Na czterech kółkach do szczęscia 4

Siedem osób rozsiadło się na dużym tarasie.

Mama Ani przyniosła pucharki z lodami oraz dużą paterę z domowym ciastem drożdżowym i kruchymi ciasteczkami.

Pousiadali na wiklinowych sofach i doniesionych krzesłach. Po chwili dołączyła do nich Ania. Ubrana w letnią sukienkę wyglądała pięknie.

Krzysiek wgapiał się w nią z uśmiechem na ustach. Mama Ani nie chciała im przeszkadzać, ale poprosili, żeby usiadła razem z nimi i posłuchała o tym, jak było nad morzem.

– Czy Ania mówiła, że pływała w morzu? – zapytała Jola.

– Nie… Jak to pływała? – to pytanie wyraźnie zaskoczyło panią Elżbietę.

– Pływałam mamuś, naprawdę! Krzyś mi pomagał, to znaczy… – zaczęła się trochę plątać dziewczyna.

– Ja nic nie zrobiłem, przysięgam! – Krzysiek uniósł dwa palce w górę.

W tym momencie dołączył do nich tata Ani, pan Jerzy.

– Cześć młodzieży! – przywitał się ze wszystkimi. Znali go i bardzo lubili. – Słyszałem, że nasza Anka pływała, ale chyba nie sama?

– Bo widzi pan doktor, mój brat – poderwał się Maciek – wziął ją na ręce i pływali razem, a my ich asekurowaliśmy.

– Ale to bardzo dobry pomysł z tym pływaniem – ojciec spojrzał na Krzyśka. – A ciebie nie kojarzę… Choć już gdzieś cię chyba widziałem. W każdym razie dziękuję, że sprawiłeś Ani tyle radości.

Teraz wszyscy zaczęli się przekrzykiwać, opowiadając, jak było, jak mijała podróż i jak spali. Ania z Krzyśkiem wymieniali ukradkowe spojrzenia i uśmiechy, co nie uszło uwadze pani Elżbiety.

Ogólnie było wesoło i bardzo przyjaźnie. Siedzieli dobre trzy godziny. Pochłonęli dwie patery ciasta, zjedli lody i ciasteczka, wypili dwa dzbanki napoju cytrynowego.

Przy pożegnaniu Krzysiek tęsknie spojrzał na Anię, a ona uśmiechnęła się i wsunęła mu do ręki karteczkę z zapisanym numerem telefonu domowego.

Nagle Marysia, widząc, że między tą dwójką zaczyna się coś dziać, stanęła na chodniku i zapytała:

– Ania, chcesz iść z nami do parku?

– No pewnie, że chcę! – ucieszyła się. Spojrzała na rodziców, a jej ojciec tylko się uśmiechnął.

– Ach, wy młodzi… Zabierajcie ją, ale oddajcie, jak już się wam znudzi.

Krzysiek dopadł pierwszy do wózka, złapał za rączki i dumnie powiózł Anię chodnikiem w stronę furtki. Rodzice zostali sami.

– Sympatyczny ten chłopiec, ten Krzysztof. Jak myślisz, Elu?

– Tak, ale wiesz co, Jurku? Wydaje mi się, że Anię coś do niego ciągnie. Podejrzewam, że się zakochała.

– Ma prawo, młoda jest. Pamiętasz, jacy my byliśmy zakochani?

– Ale my byliśmy sprawni Jurek, Ania nie powinna przy swojej chorobie… No wiesz. On jest młody i zdrowy, a ona?

– Nie martw się, Elu, na zapas. Ania i tak zrobi, co zechce, a my nie możemy jej zabronić. Widzę, jaka jest szczęśliwa i proszę cię, nie odbierajmy jej tego.

– Nie wiem, sama nie wiem, co o tym myśleć. A jak…

– Ciii… – mąż zasłonił jej usta ręką. – Ela, Ania jest rozsądną dziewczyną. Doskonale wie, co jej wolno, a czego nie powinna. Ale mimo wszystko jest też kobietą.

– Masz rację, ale się boję.

– Ela, my też korzystamy z życia małżeńskiego. Chciałabyś, żeby to się skończyło? Masz czterdzieści osiem lat, ja pięćdziesiąt. Czy teraz powinniśmy już przestać kochać się w łóżku? Nie, bo nikt nam tego nie zabroni i sami tego chcemy.

Ania pewnie też kiedyś będzie chciała spróbować, doświadczyć tego. Taka jest nasza natura, a życie w celibacie na pewno nie będzie jej służyło.

Spojrzała na męża i już nic nie powiedziała. Przytuliła się tylko mocno i go pocałowała.

– No widzisz, kochanie? Nasza córka też na pewno chciałaby móc się tak do kogoś przytulić – uśmiechnął się i odwzajemnił pocałunek.

Tymczasem paczka przyjaciół poszła do parku. Krzysztof pchał wózek Ani i był szczęśliwy, że może to robić. Co i rusz nachylał się nad nią i muskał ustami płatek jej ucha, co strasznie ją łaskotało.

– Krzysiu! – upominała go. – Bo wstanę i pójdę na piechotę!

– Ale ja ci nie pozwolę – odpowiadał niby groźnie. – Teraz jestem twoim opiekunem.

Wszyscy śmieli się z tego przekomarzania, ale Ania chciała postawić na swoim.

Pragnęła pokazać, że nie jest aż taką kaleką, by od razu potrzebować opiekuna. Kiedy na chwilę się zatrzymali, spróbowała wstać i nagle aż krzyknęła.

– Co się stało? Anka, co ci jest?! – pytali wszyscy naraz.

– Za szybko i za mocno się oparłam. Chciałam się podnieść, bardzo boli mnie ręka… – odpowiedziała z grymasem bólu na twarzy.

– Musimy ją zawieźć do domu albo do szpitala! – Krzysiek przestraszył się nie na żarty.

– Do szpitala… – poprosiła cicho.

Jako że była córką znanego lekarza, na izbie przyjęć szybko się nią zajęto. Podała numer telefonu do domu i po niedługim czasie przybiegli do niej rodzice. Zrobiono prześwietlenie, które wykazało złamanie obu kości przedramienia.

– Jak to się stało? – dopytywała pani Elżbieta.

– Elu, daj jej spokój. Przy tej chorobie złamania są nieuniknione. Ręka na cztery tygodnie pójdzie w gips i kości się zrosną – uspokajał mąż.

Wszyscy zaczęli tłumaczyć, jak do tego doszło, mówiąc jeden przez drugiego. W końcu Ania, już z całą ręką w gipsie, zaczęła się z nich śmiać.

– A co ciebie tak bawi? – zapytał ją poważnie Krzysiek.

– No bo zachowujecie się tak, jakbym umarła i powstała na nowo. To tylko ręka, zresztą nie pierwszy raz doznałam kontuzji.

– Anka, ty jesteś niesamowita. – Chłopak znów nachylił się nad nią. Zapomniał chyba, że obok stoją jej rodzice. – Za to cię kocham – dodał i pocałował ją, a ona, mimo że siedziała na wózku, mocno się do niego przytuliła.

Na studia na razie nie poszła. Chciała studiować psychologię na uniwersytecie, ale ostatecznie postanowiła, że ten rok sobie odpuści. Spotykała się ze swoimi przyjaciółmi. Iwona i Maciek również nie dostali się na studia, więc z nimi oraz z resztą paczki widywała się głównie w niedziele. Jedynie Krzysiek wpadał codziennie po pracy, żeby zobaczyć się z nią choćby przez chwilę.

Pracował w warsztacie samochodowym swojego ojca. Był tam traktowany jak każdy inny pracownik – nie było dla niego taryfy ulgowej ani tłumaczenia, że jest synem właściciela. Zarabiał i pracował tak jak wszyscy. Starał się bardzo, a sporą część pieniędzy odkładał na książeczkę PKO. Marzył o poślubieniu Ani w przyszłości, ale najpierw chciał kupić samochód dostosowany do jej potrzeb. Po godzinach często zostawał w warsztacie. Kupił od kogoś używany, ale będący w dobrym stanie wózek inwalidzki i spędzał przy nim długie godziny

Któregoś dnia ojciec zastał go majstrującego przy tym sprzęcie.

– Co robisz? – zapytał.

Krzysiek spojrzał na ojca i lekko się zaczerwienił.

– Chcę zamontować napęd elektryczny, ale nie bardzo sobie z tym radzę – odpowiedział.

– To nie takie proste, synu. A dla kogo ma być ten pojazd?

– Dla Ani – chłopak spuścił głowę.

– Dla Ani? Tej, co z Maćkiem chodziła do szkoły?

– Tak, dla tej Ani.

Ojciec nic więcej się nie odezwał. Znał dziewczynę i jej rodziców. Doktorowi kilka razy naprawiał auto i często ucinali sobie pogawędki. Postanowił, że pomoże synowi.

Od tej pory siedzieli we dwóch i montowali małe urządzenie, które jednym przyciskiem miało uruchamiać koła, a drugim służyć do skręcania. Przy okazji dużo ze sobą rozmawiali. Krzysiek zwierzył się ojcu, że kocha Anię, że nie chce żadnej innej i że chciałby rzucić jej świat do stóp oraz chronić przed złymi ludźmi.

– Tato – mówił. – Ty wiesz, jak to jest się zakochać. Przecież mamę też kochałeś, jak byłeś młody.

– Synu, ja twoją mamę kocham do tej pory – odpowiedział mu ojciec. – I będę kochał zawsze. Ona przywróciła mi chęć do życia wtedy, kiedy wszyscy inni się ode mnie odwrócili.

– Tato… Czy my z Maćkiem o czymś nie wiemy? – zapytał zaskoczony Krzysiek.

– Nie wiecie. Kiedyś wam powiem, ale jeszcze nie teraz, to są złe wspomnienia. A teraz usiądź na tym wózku i wciśnij czerwony guzik.

Krzysiek wykonał polecenie i zdziwiony spojrzał na ojca.

– Tato, jak to zrobiłeś?! – wykrzyknął. – On sam jedzie! Dzięki, tato! – Przytulił mocno ojca, choć sam był od niego wyższy.

Starszemu mężczyźnie łzy stanęły w oczach. Kochał tych swoich chłopaków, ale oddalili się od siebie z Krzyśkiem, gdy syn poszedł odsiadywać wyrok. Trzy lata…

To było za długo.

Rozpromieniony Krzysiek zapoznał się z instrukcją obsługi i pobiegł z nowym wózkiem do Ani. Długo dzwonił do furtki, aż w końcu ktoś otworzył mu domofonem.

– Dzień dobry – przywitał się z mamą Ani, a po chwili w drzwiach pojawiła się też sama dziewczyna.

– Krzysiek? – zdziwiła się.

– Tak, Aniu, to ja. Przepraszam, że wpadłem tak późno, ale mam niespodziankę. Czy mogłabyś zjechać na chodnik?

– Co to za niespodzianka i po co ci ten drugi wózek? – zapytała pani Ela.

– To właśnie jest ta niespodzianka.

Ania zjechała na podwórko wyłożone płytami. Krzysiek poprosił, żeby przesiadła się na przygotowany przez niego sprzęt, a kiedy to zrobiła, powiedział:

– Aniu, naciśnij lekko ten czerwony guziczek.

Nacisnęła i wózek ruszył, a on szedł tuż obok.

– A teraz ten zielony.

Tym razem pojazd skręcił.

– Kochanie, to dla ciebie – mówił, gładząc jej twarz dłońmi. – Zobacz, tu jest naklejka z twoim imieniem. Zrobiłem to, żebyś nie musiała już używać rąk do kręcenia kołami.

Ania siedziała i płakała ze szczęścia. Nie wiedziała jeszcze kiedy, ale była już pewna, że to właśnie on zostanie jej mężem.

Pani Ela przyglądała się im z boku i w duchu pomyślała, że nikt nie zdoła oprzeć się takiej miłości.

– On ją naprawdę kocha – szepnęła do siebie.

– Krzysiu… – odezwała się Ania. – Dziękuję, ale jest jeden problem. Dotychczas sterowałam kołami za pomocą rąk, a teraz jak?

– Będziesz trzymała ten guzik, przyciskając go palcem, a on sam będzie jechał. Na razie wypróbuj go wokół domu. W razie czego jeszcze się go usprawni, tata mi pomoże.

– Jesteś wspaniałym chłopakiem, Krzysiu – podeszła do niego mama Ani. – Dziękuję ci. Dajesz jej tyle radości.

– To nie ja, proszę pani. To ona jest radością dla mnie. Kocham Anię – odpowiedział po prostu. – I zawsze będę ją kochał.

Odprowadził je do domu. Mimo próśb, by wszedł chociaż na herbatę, odmówił, ale obiecał, że przyjdzie pojutrze

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Barmaria godzinę temu

    Witaj oczywiście *****

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania