Na czterech kółkach do szczęścia 6

Małżeństwo Ani z Krzysiem trwało od miesiąca. Byli w sobie zakochani bardziej niż przed ślubem. On pracował w dalszym ciągu w warsztacie ojca, a ona przygotowywała się do podjęcia studiów – wprawdzie zaocznych, ale bardzo chciała się uczyć.

Jej zdrowie też jakby się poprawiło, o co bardzo dbał jej ojciec. Było na tyle dobrze, że zaczęła coraz częściej poruszać się bez pomocy wózka, a przynajmniej w domu prawie z niego nie korzystała.

Jej mama była tym faktem bardzo zaskoczona, ale też ogromnie się cieszyła. Ania mówiła, że ma w domu prywatnego lekarza, a mąż jest dla niej najlepszym terapeutą.

Ich pożycie małżeńskie nabierało rumieńców. Przestali już się siebie krępować, sypiali bez nocnych ubrań i dosyć często dochodziło między nimi do zbliżeń.

W pewien piątek, kiedy Krzysztof wrócił po pracy do domu, oznajmił, że jutro idą na dancing.

– Jak na dancing? – zapytała pani Ela, będąca akurat w kuchni razem z Anią.

– Maciek ma urodziny i zaprosił całą naszą paczkę „Pod Dęby” – odpowiedział.

– Ale z dancingiem? Ja nie umiem tańczyć... – zasmuciła się Ania.

– Nauczę cię, to nic trudnego!

Wiedziała, że jej mąż uwielbia tańczyć. Nie mogła mu odmówić ani powiedzieć, że nie będzie mu towarzyszyć. Zrobiło się jej jednak trochę smutno.

– Anka? – spojrzał na nią. – Co z tobą?

– Może pójdź sam? Co ja tam będę z wami robić? Przeszkadzać?

– Nie ma takiej opcji! Idziesz ze mną albo ja też zostanę z tobą w domu.

– Dobrze, nie złość się, będziemy razem.

Przy kolacji, którą jedli we czworo, ojciec Ani poparł zięcia.

– Jesteście młodzi, wolni od dzieci, powinniście się zabawić w gronie waszych rówieśników. Aniu, nie możecie się ograniczać tylko do czterech ścian własnego domu.

– Wiem, że masz rację, tato. Pójdziemy – powiedziała i lekko ścisnęła dłoń męża.

 

W sobotę równo o osiemnastej przybyli do restauracji. Wszyscy już na nich czekali. Znajomi ucieszyli się, że są w komplecie: Mirek i Jola byli parą, Maciek przyszedł ze swoją dziewczyną Kasią, Zbyszek z Marysią, a Iwona ze swoim chłopakiem Rafałem. Dziesięć osób – młodych, pięknych i wesołych.

Mieli złączone dwa większe stoły ustawione w rogu sali, tak żeby nie przeszkadzać innym bywalcom dancingu. Odśpiewali Maćkowi „Sto lat”, rozmawiali wesoło i często wybuchali śmiechem.

Ania siedziała na krześle, ale z boku Krzysiek postawił złożony wózek

Zagrała orkiestra, wszyscy poszli tańczyć. Tylko oni zostali przy stole. Ani zrobiło się przykro, ale zaraz mąż poprosił ją do tańca.

– Wiesz, że nie umiem – szepnęła.

– Aniu, umiesz i potrafisz. Obejmij mnie tylko mocno, tak jak wtedy, kiedy pływaliśmy w morzu.

Wyszli na parkiet, a ich przyjaciele utworzyli krąg, w którym zaczęli tańczyć. Ania obejmowała męża, a on unosił ją w powietrzu. To był wolny taniec, ale dla niej świat wirował. Oparła głowę na jego ramieniu i przymknęła oczy.

– Chwilo, trwaj – szepnęła.

Przytulił ją mocniej i pocałował z uśmiechem na ustach.

– Ta chwila będzie trwała bardzo, bardzo długo – odszeptał.

Kiedy zaczęto grać szybsze kawałki, Krzysiek posadził Anię na wózku i tak tańczyli. On stał z tyłu za wózkiem i kierował nim w takt muzyki.

Była przeszczęśliwa, roześmiana. Siedząc na wózku, tańczyła rękami i biodrami, a on balansował nim wśród innych tańczących.

Panowie z orkiestry zarządzili przerwę, na sali rozległy się oklaski, ktoś krzyczał „brawo!”. Jakaś para podeszła do nich i pogratulowała Ani męża, a jemu żony. To był piękny wieczór, który zakończył się późno w nocy.

Tej nocy, po powrocie do domu, wspólnej kąpieli i położeniu się do łóżka, jeszcze długo nie mogli zasnąć. Nie wiedzieli, że ta nieprzespana noc stanie się nowym rozdziałem w ich życiu.

Minął miesiąc od tamtego czasu. Ania rozmawiała z mamą, która zaniepokojona tym, że córka nie przyszła na śniadanie, zajrzała do sypialni. Krzysztof był w pracy, więc śmiało weszła bez pukania. Ania leżała, ale wyglądała inaczej niż zwykle. Była jakaś przygaszona, a może zdziwiona?

– Córcia, co ci jest? – zapytała. – Dlaczego nie przyszłaś na śniadanie?

– Nie jestem głodna, mamo. Chciałam nawet przyjść, ale jak usiadłam, to zakręciło mi się w głowie.

– Aniu... – matka spojrzała na nią badawczo. – Czy ja o czymś nie wiem?

– Mamuś, ja sama nie wiem... Ale jeżeli to jest to, o czym pomyślałam, to...

– Jesteś w ciąży? – przerwała jej mama.

– Podejrzewam, że tak – przytaknęła. – Ale nie mów mamo nikomu, najpierw Krzysiek musi usłyszyć to ode mnie.

– Anka! – pani Elżbieta się zdenerwowała. – Czy wy jesteście normalni? Przy twojej chorobie ciąża? Nie wiem, do lekarza trzeba natychmiast iść!

– Mamo, jutro pójdę z Krzysiem, nie panikuj proszę.

– Dobrze, już dobrze... Ale dziecko? Ono może ci zaszkodzić, nie pomyślałaś o tym?

– Jeżeli okaże się, że jestem w ciąży, to urodzę to dziecko. Bez względu na wszystko, mamuś.

– Rozumiem – mama wyszła z pokoju.

Ania domyśliła się, że za chwilę będzie dzwoniła do taty, i nie pomyliła się. Słyszała, jak mówiła do słuchawki:

– Jurek, Anka jest chyba w ciąży, wyobrażasz sobie? No tak, wiem, ale przecież... Porozmawiamy, jak wrócisz do domu.

Ale Krzysztof wrócił wcześniej.

– Głodny jestem jak wilk! – wołał już od progu.

Ania wyszła mu na spotkanie i oboje weszli do kuchni. Podgrzała mu obiad, a kiedy usiadł za stołem, zapytał, czy ona też jadła.

– Nie, jeszcze nie... – zauważyła, że w drzwiach kuchennych stoi mama i badawczo na nią patrzy. – Bo widzisz, Krzysiu, zjedz spokojnie, a wtedy wszystko ci powiem.

– Co mi powiesz? – odsunął talerz. – Dziękuję, pyszne było! – skierował te słowa do teściowej, bo to ona gotowała.

– Usiądź, mamo, z nami – poprosiła Ania.

Kiedy matka usiadła, dziewczyna spojrzała na swojego młodego męża i wyrzuciła z siebie:

– Chyba będziesz ojcem.

Roześmiał się tylko i pogładził ją po dłoni.

– Żartujesz?

– Raczej nie. Krzysiek, ja chyba naprawdę jestem w ciąży.

Wstał i zaczął nerwowo chodzić po kuchni, ale zaraz podszedł do niej, mocno ją przytulił i pocałował.

– Anka, a jeżeli się okaże, że naprawdę jesteś... to co wtedy?

– Wtedy będziemy rodzicami.

– Ale...

– Nie ma żadnego „ale”! – przerwała mu. – Urodzę to dziecko, choćbym sama miała umrzeć. Będziesz miał po mnie pamiątkę – rozpłakała się.

– Nie płacz – ocierał łzy z jej twarzy. – Najpierw pójdziemy do lekarza. Zbada cię i powie, co i jak.

– Aniu, zjedz coś – odezwała się mama. – Krzysiu, ona dzisiaj nic nie miała w ustach.

W końcu dała się namówić. Zjadła trochę zupy pomidorowej z ryżem i poszła się położyć.

Krzysiek został w kuchni z teściową. Spojrzał na nią bezradnie.

– To moja wina... – powiedział cicho.

– Nie, Krzysiu, to wasza wspólna wina. Nie zabezpieczyliście się i tyle, nie możesz winić tylko siebie. Teraz możemy się już tylko modlić, żeby Ania urodziła zdrowe dziecko i żeby sama przy tym nie ucierpiała.

Następnego dnia zawiózł Anię do lekarza. Diagnoza się potwierdziła – za osiem miesięcy mieli zostać rodzicami. Jednak ze względu na stan zdrowia Ani, ta ciąża od początku była ogromnym ryzykiem.

Pierwsze trzy miesiące spędziła w domu. Nie wolno jej było nic robić, musiała nawet ograniczać chodzenie.

W czwartym miesiącu ciąży zaczęły się poważne problemy – bardzo bolały ją plecy, nogi i kręgosłup, pojawiły się też niepokojące zmiany w miednicy.

Ojciec natychmiast umieścił ją w szpitalu na oddziale patologii ciąży. Założono jej gipsowy pancerz na miednicę, który miał chronić kości przed popękaniem wraz ze wzrostem płodu. Miała odsłonięty tylko brzuch. Nie wolno jej było nawet korzystać z łazienki – cały czas musiała leżeć.

Odwiedzał ją mąż oraz rodzice. Pytana o to, jak się czuje, zawsze odpowiadała, że dobrze, i niezmiennie była radosna. Naprawdę czuła radość, bo nosiła w sobie nowe życie, choć nie wiedziała jeszcze, czy to chłopiec, czy dziewczynka. Zdaniem lekarzy dziecko rozwijało się prawidłowo.

W szóstym miesiącu w miednicy coś jednak pękło. Lekarze zdecydowali, że zrobią wszystko, by przetrzymać ciążę do siódmego miesiąca, a potem natychmiast wykonają cesarskie cięcie.

Ania potwornie bała się, że straci dziecko, ale na szczęście najczarniejszy scenariusz się nie spełnił. Maleńki chłopczyk urodził się zdrowy i silny.

Oboje płakali ze szczęścia. Choć Ania wciąż musiała leżeć w gipsie, Krzysztof zawoził ją na wózku do synka, który przebywał w inkubatorze. Malec był karmiony jej mlekiem i szybko przybierał na wadze.

– Jak damy mu na imię? – zapytał któregoś razu Krzysztof, patrząc na żonę.

– A ty jak byś chciał? – odpowiedziała pytaniem.

– Michał? – zaproponował, a ona aż promieniała.

– Też o tym myślałam. Będzie Michasiem.

Po miesiącu Ania wraz z synkiem w końcu opuścili szpital. Wrócili do domu i rozpoczęli swoje nowe, wspólne życie we trójkę.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Barmaria 6 godz. temu

    Witaj
    Akcja rozwija się bardzo ciekawie🫶

  • Grażyna 2 godz. temu

    A to jeszcze nie koniec .🙂

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania