Nowy wróg część 15. Star Wars

Projekt współtworzony z użytkownikiem: Kapelusznik. Dodatkowe podziękowania w Jego stronę za czas poświęcony na pomoc w napisaniu tej części opowiadania.

~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~

 

Wnętrze kanonierki rozświetlała czerwień lamp ostrzegawczych. Pomimo zamkniętych drzwi we wnętrzu transportowca dało się poczuć panującą na powierzchni księżyca chłodną atmosferę. Dźwięki strzałów z ciężkich dział przeciwlotniczych mieszały się ze szczękiem przygotowywanych do walki karabinów a ryk silników myśliwców co chwila przecinał milczenie podróżujących ku powierzchni wojowników.

Asaro poczuła jak statek zadrżał hamując i ostatecznie zatrzymując się nisko nad czarną ziemią Yaltin-6b. Metalowe drzwi otworzyły się ukazując podróżującym obraz wrzącej bitwy. Niebo przecinały rakiety i roje strzałów. Konwencjonalne kolorowe linie pocisków karabinów blasterowych przeplatały się z niewielkimi puszkami ładunków wystrzeliwanych z magnetycznych broni Terian.

Dwa zielone miecze zajaśniały w dłoniach Asaro kiedy odważnie postawiła pierwsze kroki w stronę walczących. Zakręciła seledynowym ostrzem w dłoni idąc naprzód otoczona rojem pocisków. Żaden jednak jej nie trafiał. Parła naprzód a za nią nadciągali żołnierze Republiki.

Ramię w ramię z nią szedł Treeke, również z jaśniejącą klingą w dłoni. Dwójka Jedi stała na przedzie formujących się oddziałów klonów. Zimny wiatr uderzał w ich twarze rozwiewając włosy i targając ubrania. Brązowa peleryna chłopaka łopotała w nieregularnym rytmie podczas gdy wicher opływał pozbawione okrycia ramiona Asaro.

Szarowłosa podniosła miecz do góry po raz pierwszy odbijając nadciągający w jej kierunku pocisk. Nie zatrzymała się jednak nawet na chwilę. Zimna furia widoczna jedynie przez ogień w jej oczach napędzała działania wojowniczki.

Wojska klonów w końcu były gotowe i rozpoczęły atak na walczących żołnierzy królestwa Terian. Przeciwnik został zamknięty między prącą na niego armią Republiki a wysokimi murami stolicy księżyca. Skaliste otoczenie nie pozwalało na znalezienie odpowiedniego ukrycia i jedynie wysadzone wcześniej ładunkami okopy stanowiły osłonę dla walczących po stronie wroga. Morze pocisków zalewało szarą kamienną pustynię.

Asaro postanowiła nie czekać ani chwili dłużej. Wykonała daleki skok, lokując się wprost na pierwszej linii przeciwnika. Zielone ostrza zawirowały a powietrze przepełnił krzyk rannych Terian. Jedi poruszała się jak w tańcu, odbijając nadlatujące pociski w stronę ich nadawców. Nie mogła zobaczyć nadciągającego ładunku wystrzelonego z pobliskiej, przenośnej wieżyczki. Nie musiała się też nim przejmować. Treeke pojawił się za jej plecami w ostatnim momencie. Wyprostował rękę a metalowa puszka zmieniła trajektorię wpadając prosto do wydrążonego obok okopu.

— Co do chole… — dobiegł czyjś głos od strony umocnień zanim granat eksplodował zalewając ufortyfikowanych żołnierzy żywym ogniem.

Armia Republiki poruszała się sprawnie i już w pierwszych chwilach starcia klonom udało się zająć pierwszy z wydrążonych okopów. Do wnętrza skalnego wyłomu wskoczyła również Asaro i oparła się plecami o zimne kamienne ściany. Kątem oka zobaczyła zmierzającego w jej stronę klona o szaro-zielonych zdobieniach na pancerzu.

— Pierwsza faza przebiegła dobrze — poinformował kapitan Pike. — Terianom zajęło chwilę żeby odpowiedzieć na nasz atak. Udało nam się zająć najbliższe okopy — przerwał mu ryk pobliskiej eksplozji. — Mamy ich uwięzionych. W takiej sytuacji to tylko kwestia czasu aż zdecydują się poddać.

Asaro zamyśliła się na chwilę i schowała miecze.

— To są Terianie, oni się tak szybko nie poddadzą. Płynie w nich krew Mandalorian.

— Są na gorszej pozycji — upierał się Pike. — Muszą rozumieć swoją porażkę.

— Zamiast dywagować skupcie się lepiej na walce!

Zielone ostrza znowu zabłysły a Asaro wyskoczyła na szczyt umocnień. Pike obserwował jak Jedi zawzięcie osłania siedzących w okopach żołnierzy. Opuścił wzrok a przed wizjerem zobaczył poważną twarz Treeke.

— Jakieś rozkazy, dowódco?

— Czas sprawić by Terianie zapłacili za wyrządzone szkody.

Zielona klinga zabłysła a obie dłonie chłopaka zacisnęły się na czarnej, długiej rękojeści. Padawan wykonał skok i również znalazł się u szczytu okopu, ruszając w ślad za swoją mistrzynią. Grad pocisków uderzał w jego stronę, ostrze miecza świetlnego było jednak nieugięte. Zaledwie parę metrów przed sobą chłopak widział pogrążoną w walce mistrzynię.

Powietrze gęstniało utrudniając oddychanie. Kawałki skalistego gruzu, wyrzucane w powietrze siłą otaczających pole walki eksplozji, opadały w postaci kamiennego deszczu. Atmosferę wypełniały spaliny dobiegające z pobliskich rafinerii a niewielkie czarne okruchy spalanego weń materiału osadzały się na skórze i ubraniach.

Treeke zobaczył jak jego mistrzyni jednym skokiem wpada do ostrzeliwanego przez klony okopu. Wystraszył się, że mistrzyni mogło się coś stać i czym prędzej pobiegł w stronę skalnego wyłomu. Zwolnił jednak kiedy usłyszał krzyki teriańskich żołnierzy. Po chwili ciało jednego z nich wyleciało wysoko w powietrze, upadając prosto u stóp chłopaka. Na torsie wojownika widać było cięcie miecza świetlnego. Powietrze zabarwił odór spalonego mięsa oraz skóry, wychodzącej spod pokiereszowanych części ubioru. Brunet spojrzał w martwe oczy żołnierza. Mógł przysiąc że wyczuł jak energia życiowa opuszcza ciało, jednocząc się z przepełniającą wszechświat mocą. Treeke poczuł jak zaczyna go mdlić. Pomimo doświadczenia w walce po raz pierwszy zobaczył faktyczną krew przeciwników a nie jedynie sterty poprzerywanych kabli droidów.

Poczuł jak uderza go wspomnienie rozmowy z Adamem Terramem. Przypomniał sobie widok płaczącej kobiety – żony jednego z pilotów królestwa, która za sprawą Treeke straciła ukochanego męża. Strach zaczął po raz kolejny wypełniać umysł chłopaka. Stał nad martwym ciałem teriańskiego żołnierza niezdolny do postawienia kroku naprzód. Zza pleców słyszał krzyki nacierających klonów. Biała armia wyprzedziła go zmierzając w stronę kolejnego okopu. Padawan zobaczył, jak walczący w imieniu Republiki żołnierze nacierają na ukrytych przeciwników, ponosząc przy tym ogromne straty.

Nad jego głową przeleciała grupa myśliwców goniąca jeden z ocalałych transportowców wroga. Pomarańczowa eksplozja rozświetliła szarzejące niebo a Treeke poczuł podmuch ciepłego powietrza. Kiedy ponownie spojrzał w stronę okopów zobaczył co jakiś czas pojawiające się zielone końcówki mieczy a ich niskie dźwięki przeplatały się z wrzaskami dochodzącymi z kamiennej wyrwy.

— Czy wszystko w porządku, dowódco? — z koszmaru wyrwał go głos jednego z żołnierzy. Treeke spojrzał na wojaka. Po oznaczeniach na pancerzu rozpoznał Shada.

— Tak… nie… znaczy, daję radę — wymamrotał niepewnie, wciąż spoglądając w stronę walczącej w okopach Asaro.

— Jesteśmy coraz bliżej miasta! — przekrzykiwał hałas bitwy Shad. — Jeszcze trochę i zajmiemy najważniejsze pozycje!

— Dobrze, ruszaj dalej. Będę was osłaniał — odpowiedział Treeke. Starał się by jego głos zabrzmiał pewnie ale sam nie wiedział już jak odnaleźć się w tej sytuacji.

Zielona klinga zawirowała odbijając nadciągający pocisk a chłopak postawił krok naprzód. Wziął głęboki wdech i natychmiast zakaszlał. Przetarł twarz rękawem szaty i skupił się na nadciagających przeciwnikach. Skupił się na towarzyszącym mu uczuciu strachu i gniewu. Gniewu wykierowanego w niego samego, rosnącego w siłę od momentu ostatniej rozmowy z Adamem Terramem. Skupił się i postanowił przekierować emocje. Złość zasilała jego nogi, ręce, umysł oraz śmiercionośne ostrze.

 

*

 

Tarkin z uśmiechem popatrzył na zmierzający w kierunku planety wrak kosmicznej fregaty Separatystów. Posiłki doskonale spełniały swoje zadanie, usuwając z pola bitwy również jedną z Lanc królestwa. Po stronie Republiki również doszło do niemałych strat. Trzy lekkie krążowniki, a w zasadzie ich wraki, oddalały się leniwie od pola bitwy. W atmosferze widać było również płonące szczątki Vanatora kapitana Tennecy’ego. Razem z jego zestrzeleniem z oryginalnej floty przysłanej na walkę z królestwem pozostał jedynie krążownik „Niepowstrzymany”, oraz lekkie jednostki kapitana Tancerville’a oraz kapitan Kutłow.

— Problemy na lewej flance — usłyszał admirał. — Część wrogich myśliwców zdołała się przebić przez naszą obronę i rozpoczynają podejście na jeden z Arquintesów.

— Przekierować część broniących centrum na to skrzydło. Niech jednostki walczące w atmosferze planety zredukują swoje siły i wrócą do nas. Wlecą od prawego skrzydła. Na spokojnie powinno wystarczyć nam czasu na płynne przesunięcie pozostałych sił.

Wstrząs targnął krążownikiem. Admirał złapał się ręką za holostół i wyjrzał przez trójkątne okna. Ku jego zdziwieniu nie dosięgnął ich ostrzał żadnego z mniejszych krążowników. To sam Behemot rozpoczął ostrzał w kierunku mocno uszkodzonego Venatora.

„Ale dlaczego?” zastanawiał się Tarkin. „Przecież w tym momencie takie natarcie nie ma sensu!”

— Zwiększyć moc osłon dziobowych! — wydał rozkaz.

— Sir, nie mamy osłon dziobowych. Właśnie padły.

— Ustawić krążownik burtą do linii ognia i na niej skupić moc tarcz. Wszystkie baterie strzelać w krążownik dowodzenia Terian!

— Baterie mają problem z obraniem celu. Komputery pokładowe przeciążone. Inżynierowie informują o awarii centralnej jednostki sterowania!

Tarkin spojrzał na nieprzerywającego ostrzał Behemota. „To dlatego spróbowali tego ataku” pomyślał. W ułamkach sekund Venatror stał się najłatwiejszym celem całego pola bitwy.

— Osłony mostka padły! — wykrzyknął ktoś z załogi.

— Podnieść zapory! — rozkazał admirał.

Metalowe klapy zasłoniły okna w ostatnim momencie. Silne pociski dosięgnęły mostka krążownika Republiki. Dźwięk alarmu rozbrzmiewał na całym pokładzie. Tarkin analizował sytuację próbując jak najszybciej znaleźć rozwiązanie. Niestety, wszystko wskazywało na to, że początkowa osłabiona jednostka nie będzie w stanie przetrwać tej bitwy.

— Przygotować wahadłowiec! Wydać rozkaz do opuszczenia statku.

—Tak jest, sir!

— Poinformujcie również kapitana najbliższego z krążowników. Niech przygotują się na nasze przybycie.

Po wysłaniu odpowiednich komunikatów grupa żołnierzy opuściła mostek krążownika. Tarkin w milczeniu zjechał windą do głównych hangarów i skierował kroki do szarego wahadłowca. Wszedł po ukośnym trapie do wnętrza pojazdu w towarzystwie dwóch osłaniających go klonów i zajął miejsce na podłużnej ławie. Kiedy zapiął pasy kolejny potężny wstrząs targnął Venatorem, a siła wydarzenia była na tyle duża, że admirał usłyszał jak metalowe podwozie zaskrzypiało, przesunięte po płycie lądowiska.

— Melduje się kapitan Igras — usłyszał niespodziewanie w słuchawce komunikatora Tarkin. — Odebraliśmy waszą informację o ewakuacji. Mój krążownik zbliża się do waszej pozycji i będziemy w stanie was przechwycić.

— Dziękuję kapitanie — odparł głównodowodzący siłami Republiki.

Szary wahadłowiec opuścił ginący pod ostrzałem Terian krążownik przez rozwarte klapy, chroniące główny hangar. Odgłosy walki na chwilę się uspokoiły kiedy maszyna oddaliła się wystarczająco od wraku niegdyś wspaniałego krążownika.

— Kapsuły ratunkowe wystrzelone — poinformował jeden z podróżujących z admirałem żołnierzy.

— Dobrze, niech ci którzy mogą, spróbują dotrzeć na nasze krążowniki. Jeśli są za daleko niech podejmą próbę lądowania albo oddalą się od pola walki i czekają na dalsze instrukcje.

— Rozkaz, admirale.

 

*

 

Żołnierz ubrany w typowy dla teriańskiego wojska strój: specjalne pancerze osłaniały ramiona, głowę oraz tors wojaka, u pasa wisiał sporawy blaster a w dłoni mężczyzny znajdywał się uzbrojony w bagnet karabin, zawzięcie ostrzeliwał nadciągające w stronę okopów klony. Część z jego towarzyszy wyszła z obronnych pozycji i wdała się z żołnierzami Republiki w walkę w zwarciu. Z dumą spojrzał jak jeden z jego ludzi zamaszystym ruchem przebił pancerz republikańskiego niewolnika.

Krzyk przerażenia odwrócił jednak jego uwagę. Szybkim ruchem obejrzał się w prawo. Za zakrętem okopu zobaczył jaśniejącą zieloną łunę. Kolejny krzyk dopadł jego uszu kiedy na tle kamiennych ścian pojawiła się szarowłosa kobieta z dwiema seledynowymi klingami w dłoniach.

— Wszyscy atakujcie Jedi! Zabić tego psa! — warknął mężczyzna i pogrążył się w ostrzeliwaniu wojowniczki. Ta jednak zdawała się być niemożliwa do powstrzymania. Na własne oczy zobaczył jak szarowłosa płynnym ruchem rozcina stojącego przed nim żołnierza. Jeden z teriańskich służbistów niespodziewanie zawisł w powietrzu przed kobietą, przesuwając się razem z nią jako żywa tarcza. Nieznana siła pchnęła martwe ciało mężczyzny w stronę pozostałych, chowających się w okopie wojowników. Szarowłosa zawirowała odbijając nadciągające w jej kierunku pociski.

— Kapralu! Jej się nie da zatrzymać! — krzyknął któryś z teriańczyków.

— Walczcie żołnierzu! — odparł dowodzący, sam nie do końca wierząc w to że przeżyje to spotkanie.

Niespodziewanie jednak szarowłosa opuściła okop jednym szybkim skokiem. Rozmawiający przed chwilą mężczyźni spojrzeli po sobie nie wiedząc co też mogło się stać. W tym momencie u ich stóp wylądował granat.

 

*

 

— Asaro! — zakrzyknął Treeke w stronę mistrzyni. Jedi usłyszała jego wołanie i czym prędzej podbiegła do ucznia.

— Co się dzieje? — spytała.

— Kapitan Pike powiedział że udało nam się już zająć najważniejsze punkty — przekrzykiwał odgłosy walki. — Sytuacja na orbicie również wygląda dobrze. Z ostatniego raportu admirała Tarkina wynika, że wróg próbował już otwarcia korytarza do ucieczki.

— Doskonale! Dokończmy co zaczęliśmy. — Już miała ponownie wrzucić się w wir walki kiedy poczuła jak uczeń złapał ją za nadgarstek. — O co chodzi? — warknęła gniewnie.

— Dokładnie o to! — Padawan zrobił wymach rękami, bezpośrednio wskazując na otoczenie.

— Kolejna bitwa! Nie dramatyzuj!

— Pani generał…

— Czego?! — odwróciła się Asaro a jej spojrzenie trafiło na kapitana Pike’a. Klon wyraźnie ostrzeżony tak gwałtowną reakcją, odsunął się nieznacznie od wojowniczki.

— Nowe wieści z pierwszej linii ataku. Zauważono jeden z mechów królestwa.

Asaro uniosła brwi nie ukrywając zaskoczenia. Chwilę później morderczy uśmiech pojawił się na jej twarzy. Treeke poczuł jak na jego widok ciarki przeszły mu po plecach.

— Czyli mają tu jakieś elity. Wyśmienicie! — zaśmiała się. — Potrzebujemy jeńców!

Walczące w pobliżu żołnierze zaczęli przegrupowywać się obok dwójki Jedi. Pike co chwila wykrzykiwał rozkazy, informując towarzyszy o nadciągającym zagrożeniu.

— Gotowi na starcie? — spytała Asaro.

— Zawsze i wszędzie, pani generał! — z werwą w głosie odpowiedział Pike. — Pomożemy ci…

Wypowiedź kapitana została przerwana przez wypełniający powietrze ryk silnika odrzutowego. Jedi poczuli jak spokój okalającej ich mocy został zakłócony. Chwilę później cień na ułamek sekundy przysłonił górujące na niebie słońce. Wojownicy zakonu, kierowani raczej instynktem niż doświadczeniem, odskoczyli na boki, odpychając wszystkich zgromadzonych dookoła nich żołnierzy. W tym samym momencie potężny wstrząs targnął ziemią, wzbijając tumany pyłu i odłamków skalnych. Zielona łuna trzech mieczy świetlnych przebijała się przez nieprzejrzystą chmurę. Asaro obróciła ostrza w dłoniach szykując się do ataku. Jeszcze zanim pył opadł, w jej stronę już zmierzała energetyczna klinga przeciwnika. Złączyła dłonie i sparowała zmierzające w jej kierunku uderzenie. Pęd był tak duży że Jedi poczuła jak traci grunt pod nogami. Zamaszyste cięcie wyprowadzone przez pilota mecha posłało ją w tył. Jeszcze zanim jej ciało dotknęło ziemi spróbowała użyć mocy aby zmniejszyć prędkość i ograniczyć obrażenia. W końcu poczuła jak jej stopy i kolana odnajdują twarde skalne podłoże i jak tarcie ostatecznie całkowicie ją wyhamowuje. Kiedy podniosła głowę zobaczyła sylwetkę nowego wroga.

Maszyna wysoka była na ponad trzy metry, pomalowana w mieszankę czerni i czerwieni. W prawej dłoni dzierżyła długi miecz, podobny do tego którego używał kastelan, z którym przyszło się Asaro mierzyć podczas jednej z bitew, lewa natomiast uzbrojona była w potężne działo plazmowe, które błyszczało niebieskim ogniem. Trzy mechaniczne, błyszczące ślepia ulokowane na kwadratowej głowie wpatrzone były w stojących na ziemi Jedi. Na plechach konstrukcji znajdywały się dwa, sporych rozmiarów silniki odrzutowe, zdolne do oderwania wielotonowego pancerza od ziemi.

Przeciwnik wziął kolejny zamach. Dopiero w ostatniej chwili Asaro zrozumiała, że ostatnie cięcie nie było kierowane wyłącznie w nią. Dookoła maszyny leżały ciała martwych żołnierzy Republiki, formujących tym samym krwawy krąg dookoła Teriańczyka. Asaro zadrżała na myśl, że nawet z pomocą ucznia, pchnięcie mocą okazało się niewystarczające żeby uratować wszystkie klony. Teraz jednak nie miała czasu opłakiwać losu poległych. Jej przepełniony nienawiścią wzrok spoczął na kolosie, szykującym się do kolejnego ataku. Przed stalowym pancerzem Asaro zobaczyła postać Padawana, stojącego z uniesionym mieczem tuż przed przeciwnikiem. Kątem oka dostrzegła również jak grupa ocalałych, w tym kapitan Pike, dobiegli do okopów i ukryli się w skalnej szparze. W duchu odetchnęła widząc, że towarzysz wyszedł ze starcia bez szwanku. Szarowłosa czym prędzej ruszyła w stronę swojego ucznia.

Oczy Treeke płonęły ogniem nienawiści. Zielone ostrze trzymane w obu dłoniach migotało, gotowe by uderzyć w każdej chwili. Brunet zobaczył jak u stóp mecha leżał jeden z rannych żołnierzy, próbujący ze wszystkich sił odciągnąć się na rękach od górującego nad nim robota. Serce Treeke zamarło z przerażenia, kiedy zobaczył jak stalowa konstrukcja unosi stopę i nonszalancko wgniata klona w skalisty grunt księżyca. Widział jak czerwone stróżki życiodajnej cieczy wypełniają niewielkie bruzdy w kamiennym podłożu.

— NIE! — wrzasnął a głos jego wypełniała czysta nienawiść. W szale skoczył na wroga. Mech wziął zamach prawą ręką szykując się do uderzenia. Treeke był jednak gotowy. Z użyciem mocy oraz własnego miecza odbił się od pędzącego w jego stronę ostrza. Jego oczy wwierciły się w kwadratową, nieludzką głowę mecha a ręce szykowały do oddania morderczego ciosu. Padawan zdecydowanie za późno spostrzegł kolejny zmierzający w jego stronę cios. Maszyna machnęła lewą ręką, z całej siły trafiając młokosa.

— Treeke! — wrzasnęła Asaro, kiedy zobaczyło jak obracające się w locie ciało jej ucznia oddala się od przeciwnika.

Padawan użył mocy by wyhamować lot. Mimo wszelkich prób nie udało mu się jednak bezpiecznie wylądować. Zdezorientowany przetoczył się parę metrów po skalnym podłożu. Czarna rękojeść wyleciała z jego ręki a do jego uszu dobiegł jedynie metaliczny szczęk broni, ginącej gdzieś pośród porozrzucanych kamieni. Spróbował przełamać towarzyszący mu ból. Wsparł się na rękach i spojrzał w stronę przeciwnika. Zamglonym wzrokiem dostrzegł jak lewa ręka mecha wycelowana była w jego stronę i jak na końcu lufy jaśnieje niebieski płomień działa. Nie miał szans na uniknięcie nadciągającego pocisku. Usłyszał wystrzał. Kula plazmy poszybowała w jego stronę. Poczuł wstrząs kiedy śmiercionośna energia trafiła w ziemię zaledwie parę metrów od niego. Kiedy zdezorientowany spojrzał w stronę robota zobaczył Asaro, stojącą z wyprostowanymi rękami, która przy użyciu mocy pchnęła stalową konstrukcję w bok. Teriańczyk na chwilę stracił równowagę i to właśnie spowodowało że spudłował. Teraz, sterowana przez wroga maszyna skupiła całą swą uwagę na postaci szarowłosej.

Treeke spróbował wstać. Poczuł w ustach ciepłotę własnej krwi. Jego poobijane ciało omawiało posłuszeństwa.

— Dowódco! Czy wszystko w porządku? — usłyszał za sobą głos jednego z klonów. Żołnierz pomógł Jedi wstać na równe nogi. Treeke splunął wymieszaną z krwią śliną. Widząc to żołnierz nie potrzebował dodatkowego rozkazu. Z przypiętej do pasa torby wyjął strzykawkę wypełnioną mieszaniną medykamentów i wbił ją w szyję bruneta. Zaledwie kilka sekund wystarczyło aby ból zelżał a ostrość wzroku powróciła. Padawan kiwnął w stronę klona z wdzięcznością i spojrzał na toczący się pojedynek.

Nie można było jednoznacznie stwierdzić która ze stron wygrywała. Asaro dyszała zmęczona i wściekła, cały czas dzielnie stawiając czoła wrogowi. Na pancerzu mecha widniały wyraźne ślady cięć mieczy świetlnych, lecz mimo tego maszyna nadal zdolna była do walki. Treeke zacisnął zęby i ignorując świadomość w jakim stanie znajdywało się obecnie jego ciało, ruszył na pomoc mentorce. W biegu przywołał do siebie, zagrzebaną w kamieniach, rękojeść miecza świetlnego a zielone ostrze znów zajaśniało w jego dłoni.

Pogrążona w walce Asaro spojrzała w błękitne oczy maszyny. Nie padło ani jedno zdanie, jednak każdy ruch wojowniczki wyrażał więcej niż mogły przekazać jakiekolwiek słowa. Jedi wyczuwała gotującą się we wnętrzu mecha furię.

Maszyna drgnęła niespodziewanie a powietrze wypełnił dźwięk silników odrzutowych. Robot zaczął się unosić pragnąc spróbować ostrzału z powietrza. Asaro zobaczyła jak Treeke dołącza do walki. Dwójka wojowników wykonała wspomagane mocą skoki. Ciężkie działo plazmowe ponownie wymierzone było w Padawana, podczas gdy zamaszyste cięcie nadciągało w kierunku Asaro. Tym razem jednak moc prowadziła ich w zgodzie. Uczeń i mistrzyni, jakby w tańcu, uniknęli obu wymierzonych ciosów. Szarowłosa uczepiła się nogi mecha podczas gdy Treeke wylądował na jego lewej ręce. Wziął zamach a zielone ostrze przebiło ramię przeciwnika. Zobaczył jak błękitna łuna działa plazmowego znika. Pomimo unieszkodliwienia broni, łapa mecha wciąż była sprawna. Stalowa dłoń pochwyciła płachty płaszcza Treeke i szarpnęła w dół, sprawiając że brunet stracił grunt pod nogami.

Asaro doskonale wiedziała, że nie mogła pozwolić by podopieczny odniósł więcej obrażeń. Energicznie odbiła się od nogi robota i wylądowała na jego prawym barku. Jednym płynnym cięciem dokonała dekapitacji przeciwnika. Uchwyt na płaszczu Treeke zelżał a wypuszczony z uścisku chłopak użył mocy by wyhamować i łagodnie wylądować na ziemi. Zobaczył jak konstrukcja zaczyna obniżać lot, by ostatecznie z głośnym tąpnięciem stanąć na skalistym gruncie. Nie czekając ani chwili dłużej pobiegł w stronę mistrzyni.

— I po elicie — wysapała Asaro, zeskakując z ramienia mecha. Poprawiła opadające na pokrytą kroplami potu twarz włosy i odwiesiła miecze na miejsce na pasku spodni. – Nie było to takie trudne jak się spodziewałam.

W tym momencie usłyszała dźwięk przypominający rozrywanie metalu. Odwróciła się w stronę mecha. Konstrukcja cały czas stała pewnie na obu nogach dzierżąc w dłoni potężny miecz. Na torsie konstrukcji pojawiło się jednak pewne nowe zniekształcenie. Niewielki właz otworzył się a we wnętrzu stalowego pancerza zabłysła para niebieskich oczu.

— Imponujące, Jedi — pilot mecha odezwał się ostrym głosem. — Słyszałem, że jesteście niezłymi szermierzami a mimo to jestem pod wrażeniem.

Obaj wojownicy Zakonu momentalnie złapali za swoje miecze świetlne. Grymas nienawiści wpełzł na twarz Asaro kiedy wymierzyła w stronę pilota.

— Poddaje się teraz albo doczekaj się konsekwencji! — jej głos był ostry.

Pilot milczał przez kilka chwil po czym poprawił uchwyt na własnym mieczu.

— Nie splamię honoru mojego rodu — odpowiedział. — Albo zatriumfuję, albo polegnę! W mym sercu nie ma żalu czy strachu — chwycił miecz w obie dłonie. — Tylko determinacja!

Silniki odrzutowe ryknęły a mech prawie nie odrywając się od ziemi ruszył na Jedi z zabójczą prędkością. Dwójka wojowników w ostatnim momencie odskoczyła na boki pozwalając by wielotonowa konstrukcja ich ominęła. Przeciwnik wyhamował lot i szykował się do kolejnego natarcia.

— Zaatakuj od prawej. Ja odciągnę jego uwagę! — krzyknęła Asaro do ucznia.

Zielone miecze osłoniły ją przed kolejnym ciosem ze strony przeciwnika a ciężka metalowa klinga pokryta pomarańczowawą energią ześlizgnęła się po seledynowych ostrzach Jedi. Przeciwnik jednak nie zwalniał a pierwotny plan z odwróceniem uwagi okazał się bezużyteczny. Wspomagany systemami elektronicznymi pilot mecha był w stanie spokojnie analizować poczynania dwójki Jedi, atakując ich niezależnie. Determinacja pilota jednak, nie równała się wytrzymałości maszyny. Mimo że miecz teriańczyka z pewnością przewyższał miecze świetlne Jedi w walce, tak reszta pancerza nie wytrzymywała kolejnych cięć i systemy maszyny zaczęły zawodzić pilota. Treeke zdołał uciąć mu prawą stopę i lewe przedramię. Asaro rozcięła kadłub, tworząc wyraźną wyrwę, przez którą widać było plecy pilota, tym samym dezaktywując silniki odrzutowe. Ostatecznie podwójny cios zielonych kling odciął prawą dłoń robota, a sama maszyna upadła na jedno kolano. Asaro i Treeke stanęli przed mechem unosząc w stronę pilota jaśniejące ostrza.

— Jeżeli nie możesz tknąć miecza, utnij dłoń która nim włada — kobieta odezwała się cicho.

— Co? — Treeke spojrzał na mistrzynię pytająco.

— Cytat mistrza Choi — Asaro odpowiedziała i spojrzała na pilota. — Poddaj się!

Mężczyzna, którego widziała wyraźnie przez szparę wykonaną przez jej cięcie, spoglądał na nią z tą samą determinacją co wcześniej. Jej uwagę zwróciły wychodzące z ciała Teriańczyka kable, kończące się w licznych podzespołach, w które wyposażona była maszyna. Wojownik, mimo iż był osobą z krwi i kości, sprawiał wrażenie jedności z otaczającą jego ciało konstrukcją. Pilot kiwnął głową i kliknął przycisk we wnętrzu kokputu. Szum komunikatora doszedł uszu Asaro.

— Tu pułkownik Bell, do wszystkich pozostałych przy życiu sił Królestwa Terian. Mój pancerz został rozbrojony i unieruchomiony przez Jedi. Nie byłem dla nich wyzwaniem. Nie mam jak kontynuować walki… — Asaro spodziewała się, że mężczyzna wyda rozkaz do kapitulacji, jednak płomień w oczach żołnierza tylko urósł w siłę. — NIE DAJCIE SIĘ POCHWYCIĆ! ŚMIERĆ PRZED HAŃBĄ! — pilot krzyknął wyciągając przyczepiony do ściany maszyny podręczny blaster. — Lepiej zginąć za króla niż żyć dla samego siebie — powiedział patrząc na Asaro.

Pojedynczy wystrzał rozjaśnił wnętrze kokpitu, kiedy pułkownik popełnił samobójstwo na oczach dwójki Jedi.

Asaro nie wiedziała co powiedzieć. Stała w milczeniu nad martwym ciałem przeciwnika, wolącego poświęcić się w imię królestwa niż dać się pojmać. Spojrzała na swojego ucznia. Brunet wciąż oddychał ciężko; na jego twarzy widać było zaschniętą krew a przez poszarpane fragmenty szaty dostrzegła sińce i zadrapania na jego rękach.

Ostrożnie położyła mu dłoń na ramieniu.

— Jesteś cały? — spytała z troską w głosie.

— Ja? Tak, nic mi nie jest. Ale oni… — wskazał na rozsiane po polu walki ciała klonów. Część z pancerzy nosiła wyraźne ślady osmalenia przez pociski z blasterów. Nie ci jednak martwili Padawana najbardziej. Dookoła unieruchomionego mecha leżały zdeformowane truchła żołnierzy Republiki: niektórzy poprzecinani, inni zadeptani przez ciężką maszynę.

— Rozumiem jak się czujesz. Mnie również nie jest z tym lekko — powiedziała spokojnie. Czuła jednak jak fala nienawiści ponownie zalewa jej serce. — Chodź ze mną. Razem możemy położyć kres tej bitwie i sprowadzić pokój! — wykrzyknęła ochoczo.

Razem z uczniem ruszyła w stronę najbliższego okopu. Kiedy dwójka Jedi znalazła się w skalnym ukryciu podszedł do nich kapitan Pike.

— Niezła rozróba, pani generał — powiedział.

— Cieszę się, że nic ci się nie stało.

— Mamy wieści z orbity. Kontaktował się z nami admirał Tarkin. Mówił, że wygląda na to, iż flota Terian szykuje się do odwrotu.

— Doskonale! A jak wygląda sytuacja tutaj?

— Ogień od strony wroga zelżał. Sądzimy że wrogowi skończyła się amunicja.

— Pani generał! Kapitanie! — Asaro usłyszała głos innego z klonów. — Wróg wyszedł z okopów i kieruje się w naszą stronę.

— Otworzyć ogień! — wydał rozkaz Pike.

Asaro nie czekała na dalszy rozwój sytuacji. Wyskoczyła z okopu wykonując w powietrzu salto. Zielone ostrza ponownie zabłysnęły w jej dłoniach, przygotowane na nadciągające serie pocisków. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Zamiast żołnierzy ostrzeliwujących nieprzyjazną armię, Jedi zobaczyła pędzących przed siebie mężczyzn i kobiety z okrzykiem gniewu na ustach. W dłoniach trzymali karabiny zakończone bagnetami, wibroostrza a nawet zwykłe łopaty.

— Co oni robią? — spytał Treeke kiedy również i on wyskoczył z ukrycia, gotów do walki.

— Śmierć przed hańbą — Asaro powtórzyła ostatnie słowa pułkownika Bella.

Wróg dopadł siedzących w okopach żołnierzy Republiki. Dopiero teraz rozpoczęła się największa masakra trwającej na powierzchni księżyca bitwy. Kompletnie nieprzygotowane do walki wręcz klony z trudem stawiały opór pogrążonym w wojowniczej malignie Terianom. Asaro zobaczyła jak uzbrojeni w broń białą przeciwnicy wpadają do okopów, zalewając kryjących się w nich służbistów Republiki.

Jedi bez ociągania ruszyli towarzyszom z pomocą. Asaro dopadła pierwszych walczących. Jednym szybkim machnięciem pozbawiła mężczyzn broni. Przecięte karabiny wypadły z ich rąk kiedy salwa niebieskich strzałów zakończyła ich życie. Wroga jednak nie ubywało. Szarowłosa dosłownie w ostatnim momencie uchyliła się przed nadlatującym znikąd nożem. Chwilę później jej zielone ostrze przecięło zakończony bagnetem karabin kolejnego z Terniańczyków, a końcówka miecza Jedi dosięgnęła również torsu mężczyzny.

Kawałek dalej od pogrążonej w walce Asaro stał jej Padawan otoczony przez wroga. Starcie z w zasadzie bezbronnymi żołnierzami nie stanowiło prawie żadnego wyzwania. Jedno potężne uderzenie mocą rozrzuciło osaczających chłopaka mężczyzn. Kiedy brunet odwrócił się w stronę pozostałych walczących klonów, zadowolony z własnych umiejętności, zobaczył obraz, którego nie spodziewał się zobaczyć nawet w najgorszych koszmarach. Terianie w furii wpadali na żołnierzy Republiki zadając koszmarne straty. Na jego własnych oczach jeden z wrogów wbiegł w postać w białym pancerzu a impet powalił służbistę na ziemię. Wrogi żołnierz uniósł dzierżoną w dłoniach łopatę i z całej siły wbił jej koniec w czarny wizjer hełmu klona. Treeke zobaczył jak krew chlusnęła spod pancerza, pozostawiając czerwone ślady na pozostałych jego częściach. Obrzydzenie ugięło kolana chłopaka. Teriańczyk nie zdołał już odzyskać swojej broni. Zielone ostrze pomknęło przez pole walki, rozcinając oddanego królestwu wojaka na pół.

— Dowódco, pomocy! — krzyknął jeden z klonów. Treeke rozpoznał stojącego w oddali Lifteda, siłującego się z dwójką przeciwników. Padawan wykonał jeden szybki skok już w locie trafiając pierwszego z wrogów. Zanim drugi z nich zdołał zrozumieć co się stało, zielone ostrze rozcięło go idąc od dołu ku górze.

Treeke sapał ciężko nie tylko ze zmęczenia. Porażała go tocząca się dookoła walka. Odwrócił się w stronę powalonego na ziemię klona i wyciągną w jego stronę rękę. Żołnierz z radością przyjął pomoc a kiedy się podnosił Padawan dostrzegł ślady cięć na pancerzu towarzysza.

— Jesteś cały? — spytał.

— Tak. Dziękuję dowódco!

Ich uszu dobiegło głośne stęknięcie jednego z przeciwników. Treeke oraz Lifted spojrzeli w stronę z którego dobiegł dźwięk i zobaczyli jednego z klonów, walczącego wręcz z Teriańczykiem. Zakończone pomarańczowym polem energetycznym ostrze ugodziło prosto w serce wroga. Klon wyciągnął ostrze i ponowił atak. Kiedy kolana pod żołnierzem się ugięły służbista Republiki pozwolił mu upaść na kamienny grunt.

— Dobrze wiedzieć, że chociaż Shad sobie jakoś radzi — jednocześnie zdegustowanym ale i ironicznym tonem powiedział Lifted.

Treeke z podziwem patrzył na ruchy towarzysza, sprawnie obracającego nowoczesne wibroostrze w dłoni. Jedi pracował z Shadem od samego początku wojny, jednak nigdy nie widział go w prawdziwej walce wręcz. Klon uniknął zamachu kolejnego z wrogów, płynnym ruchem podcinając przeciwnika. Teriańczyk upadł a Shad z całej siły kopnął mężczyznę w bok. Zanim ten zdołał się podnieść, żołnierz Republiki zakończył jego żywot.

Walka trwała a pozostała część armii zdawała się radzić sobie zdecydowanie gorzej niż dwójka Jedi i Shad. W końcu jednak i to starcie dobiegło końca. Asaro w piruecie pozbawiła broni ostatnich ze stojących na nogach Terian a celne strzały ukrytych w oddaleniu klonów dokończyły zadanie. Kobieta stała z zapalonymi mieczami w bojowej pozie dysząc ciężko, uważnie obserwując czy skądś nie nadejdzie kolejny atak. Po jej ramieniu ściekała stróżka krwi z miejsca w którym cele cięcie dosięgnęło jej skóry.

Kiedy upewniła się że sytuacja się uspokoiła, wyłączyła oba miecze i przywiesiła do paska spodni. Wyprostowała postawę a kiedy postawiła pierwszy krok poczuła jak podeszwa ślizga się na czymś w rodzaju lepkiej mazi. Spojrzała w dół. Nieopodal leżało martwe ciało klona z wbitym weń bagnetem. Ciężki karabin sterczał z piersi żołnierza a przez pęknięcie w jego pancerzu sączyła się krew, mieszając z czarną ziemią księżyca.

Asaro szybko odwróciła wzrok. Wygrali tę bitwę – udało im się zabezpieczyć stolicę, jednak kiedy rozejrzała się po kamiennym pustkowiu, obecnie ociekającym krwią żołnierzy, coraz bardziej zaczynała wątpić w prawdziwość tego zwycięstwa.

 

*

 

— Mamy wyłom w obronie! — zakrzyknął ktoś z załogi. Kapitan Tancerville spojrzał na wyświetlaną przed nim holograficzną mapę pola bitwy. Jego krążownik znajdywał się najbliżej wspomnianej luki.

— Zastawić im drogę! — wydał rozkaz.

— Ale kapitanie, to samobójstwo!

— Nie odważą się na zderzenie — odpowiedział Talis. — zbyt duże ryzyko.

Lekki krążownik zmienił kurs i ruszył wprost na powstającą wyrwę. Przez okna kapitan dostrzegł zmierzające w jego stronę wojska Terian, z krążownikiem Providence na czele. Potężna konstrukcja była wielokrotnie większa od ginącego w rozmiarach Arquintesa.

— Kapitanie, nie zwalniają!

— Niemożliwe, nie mogą tak po prostu w nas wpaść! — zszokował się Talis.

— Nadal brak zmiany kursu!

— Przygotować się do wyminięcia! — ostatecznie wydał rozkaz Talis. — Pełna moc silników! Usuńcie się z drogi!

Czerwony statek zaczął gwałtowny manewr wymijania, zbliżając swoją pozycję do atmosfery księżyca. Szarość pancerza separatystycznego krązownika wypełniła całe okno kiedy niewielki okręt dosłownie o milimetry uniknął potężnej jednostki.

— Co miał znaczyć ten manewr!? — we wnętrzu sterówki rozbrzmiał głos admirała Tarkina. — Macie się natychmiast usunąć! Jesteście na kursie kolizyjnym!

— Przepraszam admirale — odpowiedział niepewnie Talis. — Na szczęście uniknęliśmy zderzenia. Zagrożenie wyeliminowane.

— Nie! Nadal jesteście na kursie kolizy…

Przestrzeń wypełnił szczęk gniecionego metalu, kiedy niczego niespodziewający się Arquintes zderzył się z potężnym cielskiem krążownika Behemot.

 

*

 

— Sytuacja opanowana — powiedział kapitan Pike. — Zajęliśmy wszystkie miejsca obrony teriańskich wojsk. Gubernator poinformował że nikomu nie udało się zdobyć miasta.

— Co z pozostałymi żołnierzami? — spytała Asaro.

— Podczas odwrotu zobaczyliśmy grupę ocalałych, kierującą się w stronę pobliskich gór. Widziano również odlatujące stamtąd transportowce.

— Wszyscy uciekli?

— Wydaje nam się że nie. Nie mieli tyle miejsca w statkach.

— A zatem mamy ich uwięzionych — uśmiechnęła się szyderczo Asaro. — Weź część ludzi. Idziemy złożyć wizytę ocalałym. Zobaczymy ile da się wyciągnąć z teriańskich służbistów.

Po upływie około pół godziny grupa kanonierek wylądowała u podnóża rozpościerającego się na wiele kilometrów pasma górskiego. Powietrze w tym miejscu było jeszcze chłodniejsze niż w położonej na kamiennej równinie części księżyca. Asaro odruchowo potarła dłońmi zmarznięte ramiona. Podczas samej bitwy, kiedy znajdywała się w ogniu walki, nie odczuwała zimna tak dotkliwie. Teraz jednak, zmęczone mięśnie sporadycznie podrygiwały przy każdym mocniejszym podmuchu.

Jedi obserwowała jak żołnierze rozkładają wzięty ze sobą sprzęt i kalibrują ustawienia. Pozostali powoli rozchodzili się w różnych kierunkach, przeczesując teren w poszukiwaniu oznak obecności wrogich wojsk.

— Pani generał? — usłyszała za sobą głos jednego z majstrujących coś przy urządzeniach żołnierzy. Po oznaczeniach na pancerzu rozpoznała starego kompana.

— Co tam znalazłeś, Pi?

— Pod nami są jaskinie a w nich skanery wykryły formy życia. Zbyt płytko by mówić o tutejszych organizmach i zbyt duże skupisko jak na stada jakichś dzikich watahach.

— Terianie! Skupić się wszyscy i przygotować broń! — krzyknęła Jedi do zebranych.

Grupa żołnierzy republiki skierowała kroki w stronę najbliższej z kawern. Kamienne wejście odsłaniało zawiły i ciemny korytarz. Asaro złapała za jeden z mieczy a czerń mroku ustąpiła zielonemu blaskowi energetycznej klingi. Nie musieli daleko wędrować. Już po parunastu metrach usłyszeli rozmowy ukrytych w podziemiach żołnierzy. Kiedy szarowłosa pokonała ostatni zakręt, jej oczom ukazała się spora jaskinia. Pod kopułowatym sklepieniem siedzieli wszyscy ocaleli z ostatniego starcia żołnierze, którym nie udało się ewakuować.

— Przegraliście tę bitwę — powiedziała tak by każdy w jaskini był w stanie ją usłyszeć. Podniosła rękę trzymającą miecz w górę aby rozświetlić większą część skalistego pomieszczenia. Za nią stanęła grupa ubranych w białe pancerze klonów z karabinami w ręku. — Macie dwie opcje, choć tylko jedna wydaje mi się rozsądna. Proponuję wam, żebyście się poddali a unikniecie rozlewu krwi.

Milczenie zostało przerwane chichotem. Asaro spojrzała w stronę mężczyzny który to najwyraźniej uważał obecną sytuację za wielce zabawną.

— Powiedziała to „obrończyni pokoju”, okryta krwią naszych braci i sióstr, na czele armii niewolników! — żołnierz spróbował się podnieść. Dopiero teraz Jedi zauważyła że teriańczyk stracił w walce nogę. — Kpisz z nas!? Śmiesz z nas kpić!?

— Zabójczyni! — krzyknął ktoś inny z tłumu.

— Wysłannicy bezdusznej Republiki! Wszystkich was do piachu!

— Spaczenie waszych wartości!

— Do diabła z takimi obrońcami pokoju!

— Zakon zabójców a nie strażników ładu! A może powiesz, że wasze mecze leczą?

Głosy zebranych zaczynały narastać a część z siedzących na ziemi żołnierzy zaczęła się podnosić i łapać za karabiny. W odpowiedzi na to zamieszanie grupa klonów oddała parę ostrzegawczych strzałów. Błękitne pociski uderzyły w kamienne ściany, na moment ukazując ogrom jaskini.

— Jak już mówiłam, przegraliście tę walkę. Chciałabym porozmawiać z jakimś waszym przedstawicielem w celu ustalenia dalszych działań. Wyznaczcie kogoś i załatwmy to w cywilizowany sposób!

Po chwili zamieszania samotny, stary mężczyzna odniósł się z miejsca i powoli, lecz pewnie, zbliżył się do Jedi. Asaro przejrzała jego emocje. Nie było w nich strachu ani desperacji… jedynie smutek; akceptacja tego co musiało nadejść. Mężczyzna uniósł wzrok i uśmiechnął się smutno.

— Pragniesz, abyśmy się poddali?

— Tak. Bitwa jest skończona — zdecydowanym głosem powiedziała Asaro. Zobaczyła jak rozmówca pokiwał głową. Jedi poczuła jak moc ostrzega ją przed nadchodzącym niebezpieczeństwem.

— A mimo to się nie poddamy!

Teriańczyk odsłonił poły płaszcza ukazując kamizelkę, na której błyszczały światełka ładunków wybuchowych. Takie same błyski dało się obecnie zauważyć w każdym zakątku jaskoni. Asaro, zbyt zszokowana tym aktem, odruchowo pchnęła starca. Za późno zauważyła, że kaleka, który na początku obrzucił ją obelgami trzymał detonator.

Kiedy wyrzucony przez Jedi przedstawiciel upadł na ziemię, całą jaskinię wypełniła kula ognia. Wszystkie ładunki, jak na wspólny sygnał uległy detonacji pochłaniając uwięzionych pod ziemią żołnierzy. Asaro prawie nie zdążyła przekierować lecących w jej stronę płomieni. Machnęła rękami a wrzący język rozbił się o sufit jaskini. Ściany zaczęły drżeć a od sklepienia odłupywały się coraz większe kawałki skalne. Żołnierze republiki rzucili się do ucieczki, w szybkim tempie biegnąc krętym korytarzem w stronę wyjścia.

Eksplozję dało się poczuć również na zewnątrz. Pi obserwował powstające w skale pęknięcie. Niespodziewanie ziemia pod jedną z kanonierek zapadła się ciągnąc w otchłań zamkniętego w jej kokpicie pilota. Kiedy towarzyszący wydarzeniu pył opadł, ocalała część klonów zaczęła rozglądać się za panią generał. Przestrzeń jednak zdawała się uspokoić a na powierzchni nie było śladu szarowłosej wojowniczki.

— Brać sprzęt i do roboty! — wydał rozkaz Pike. — Oczyśćcie wejście do jaskiń! Musimy znaleźć panią generał!

Jeszcze zanim skończył mówić zobaczył jak spora sterta kamieni samoistnie zaczęła się poruszać. Ciężkie głazy opadły na ziemię ujawniając postać kobiety w przypalonych i porwanych ubraniach. Na bladej twarzy widać było cieknącą stróżkę krwi.

— Pani generał! Wezwać medyków! — zakrzyknął Pike, jednak zamilkł kiedy zobaczył jak wojowniczka uniosła rękę.

Asaro powolnym krokiem opuściła skalne gruzowisko a jej oczy wlepione były w widoczny z płaskowyżu krajobraz. Krajobraz dopiero co odbytej bitwy. Czarna ziemia usiana była setkami ciał żołnierzy w białych pancerzach a co jakiś czas widać było kopce zarytych w gruncie, rozbitych statków transportowych. Gdzieś w oddali zdołała nawet dojrzeć blaszany kształt pokonanego w walce, teriańskiego mecha, wewnątrz którego leżało martwe ciało jednego z wrogich dowódców. Dookoła miasta wciąż widać było czarne kominy dopalających się szczątków ciężkich dział przeciwlotniczych. Ciemne chmury zebrały się nad miastem ale zamiast deszczu sypał się z nich popiół spalonej ziemi. Szare łzy opadały na pobojowisko przykrywając tych którzy zaledwie przed paroma godzinami gotowi byli poświęcić się w imię bronionych idei.

Asaro zamknęła oczy. Przepływająca obok skroni kropla szkarłatnej krwi zmieszała się z uciekającą z kącika łzą.

Następne częściNowy wróg część 16. Star Wars

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (5)

  • Zapraszamy do zabawy z LBnP.
    # Temat pierwszy - RZUT MONETĄ
    # Temat drugi - KOŁDRA ZE SŁÓW
    Piszemy jeno opowiadanie: zamieszczamy jeden lub drugi lub obydwa tematy.
    Olbrzymi wachlarz pomysłów i myśli pozostawiamy Autorom.
    Termin do 25 lutego. Jednak to nie jest wyścig i nikt nas nie goni, jeśli będzie potrzeba przedłużymy.
    Do piór!!!
    Liczymy na ciebie!!!

    Literkowa
  • Vespera dwa lata temu
    Wow. Niektóre fragmenty wywołały we mnie naprawdę spore emocje. Bardzo, ale to bardzo dobra scena militarna.
  • Pontàrú dwa lata temu
    A dziękuję bardzo. Miło mi że udało mi się osiągnąć zamierzony efekt ;)
  • Vespera dwa lata temu
    Pontàrú Czuć dopracowanie, wręcz dopieszczenie szczegółów. Myślę, że całe to opowiadanie/książka będzie na lepszym poziomie niż wiele wydawanych oficjalnie książek z uniwersum SW.
  • Pontàrú dwa lata temu
    Vespera, oh, wow. Dziękuję <3

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania