Pieśń pokoju cz.10
Poranek przywitał mnie silną sugestią, że powieszenie chwytacza było bardzo dobrym pomysłem. Włosy świeciły bielą – zarówno te utkane w pajęczynę wewnątrz obręczy, jak i doczepione pukle. Końcówki nadal zachowały kolor. Nikt nie dostał się do głowy, choć bardzo próbował. Dobrze, że miałem mały zapas włosów – ewidentnie się przyda.
Pomimo tego dość niepokojącego wydarzenia czułem się... dobrze? Wyspany, nawet trochę podekscytowany. Obmyłem twarz, wyszczotkowałem zęby, wklepałem krem i założyłem świeże ubranie.
Dlaczego czuję się jak na wakacjach?
W końcu do mnie dotarło... Koszmar. Nie było koszmaru. Wizje nie przyszły. Czyżby wódka była remedium na moje dolegliwości senne? Raczej nie. Muszę spytać Nazara, czy nie było w niej nic innego, bo pomimo mocy wyczułem ziołową goryczkę.
Rosyjski żołnierz zapukał z typowym dla wojskowych brakiem subtelności. Nie czekał też na zaproszenie. Wparował do pokoju, rzucił, że zabiera walizki i przeszedł do działań. Chwilę później do pokoju wszedł Iwan i zaprosił mnie na śniadanie w towarzystwie Wołchwa Dormy. Spakowałem kosmetyki i brudne ciuchy do bagażu podręcznego i poszedłem za akolitą wprost do niewielkiej jadalni. Wielki Wołchwa siedział przy zastawionym stole i ocierał usta z resztek śmietany po pochłoniętych syrnikach. Starsza kobieta krzątająca się przy kuchni popatrzyła na mnie jak na bezpańskiego psa.
– Siadaj, Maksymie – powiedział po angielsku Nazar. – Co wy tam jecie na śniadanie w tej Polsce?
Chyba jednak zyskałem przyjaciela.
– Ja to zwykle kawę i ciastko.
– To bierz blini i świeży dżem. – Nałożył sobie kolejny twarogowy placek i suto polał śmietaną. – Darya, daj Maksymilianowi kawy.
Szczupła kobieta podała mi filiżankę i dzbanek z dolewką. Jej szybkie precyzyjne ruchy zdradzały stłumione zdenerwowanie, a niechęć do mojej osoby aż kipiała pod ciemną zgrzebną suknią. Zacząłem patrzeć podejrzliwie na podane jedzenie.
– Świetna kucharka, jeszcze lepsza śniączka i tarocistka. – Nazar uśmiechnął się do niej, ale w zamian dostał tylko krótkie spojrzenie podkrążonych oczu.
Chyba rozumiem skąd ta niechęć. Jeśli to ona chciała grzebać mi w głowie, to przeżyła koszmar, zaplątana we wspomnienia przynajmniej trzech kobiet.
– Jak ci się spało? – Dorma włożył nie lada wysiłek, żeby powstrzymać usta od szyderczego uśmiechu.
– Bardzo dobrze.
Oczywiście usłyszałem sykliwe przekleństwa gosposi.
Wziąłem sobie blini. Były przepyszne.
– Najedz się, bo w mieście brakuje prawie wszystkiego. – Nazar spojrzał w ekran telefonu. – Twój transport już tu jest. Nie popędzam, ale im krócej Ukraińcy będą w obozie, tym bezpieczniej.
Dopiłem kawę i podałem mu rękę.
– Dziękuję za gościnę i podzielenie się spostrzeżeniami.
– Zabierzesz przesyłkę dla Babci Makrid. Już zapakowaliśmy kufer.
Zapytać, co tam jest, czy nie zapytać? Okazać zaufanie i ryzykować przewóz bomby czy postawić na szali dobre relacje?
– Wiem, co myślisz. To leki. Mokoszanki prowadzą przytułek i lecznicę.
Ivan stanął w drzwiach i ponaglił mnie wzrokiem.
– Idź już, i powodzenia. – Nazar wstał ociężale i poklepał mnie po ramieniu.
Chciałem się ruszyć, ale wielka dłoń spoczęła na moim barku jak kotwica na dnie zatoki. Nazar pochylił się i dotknął palcami mojego połatanego policzka.
– Dobra robota. Dla zwykłego człowieka nie do poznania.
– Efekt dziesięciu operacji najlepszych szwajcarski chirurgów plastycznych.
– Nie daj się zwieść, Maksymie. – Jego oczy nabrały jakiejś niepokojącej przenikliwej głębi. – Tam dzieje się coś strasznego, a na wszystko narzucono maskę z cudu w walce z okupantem. Nie przyjmuj stron; przynajmniej dopóki nie poznasz motywów. Możesz mi to obiecać?
– Doskonale wiesz, Wołchwa Dormo – użycie oficjalnego tytułu stanowiło wyraz szacunku – po czyjej stronie tego konfliktu jestem. Tego nic nie zmieni, ale grozi nam inny wymiar wojny. Tak samo groźny dla obu stron. Noszę pamiątkę konsekwencji takiej wojny.
Wskazałem sztuczne oko, które poruszało się nieco inaczej niż to prawdziwe, ale i tak stanowiło cud inżynierii i medycyny.
– Idź już.
***
I znów wylądowałem w samochodzie. Tym razem zwykła osobówka w kombi, chyba Skoda. Nie byłem biegły w markach aut. Tym razem moim kierowcą był młody mężczyzna, może dwadzieścia, dwadzieścia parę lat. Nie znał angielskiego, więc milczał i unikał mojego wzroku w lusterku. Mieliśmy do pokonania raptem kilka kilometrów. Schowałem laptopa, żeby przyjrzeć się okolicy. Wołogosk nosił paskudne blizny po niedawnym bombardowaniu. Oficjalny przekaz Federacji Rosyjskiej usprawiedliwiał zbrodnię wojenną, powołując się na raporty wywiadu, świadczące o rzekomych ukraińskich bazach wypadowych rozsianych po całym mieście. Paradoksalnie mieli rację, ale to nadal nie usprawiedliwiało masowych bombardowań i ostrzału na ślepo.
Skręciliśmy w dość wąską ulicę. Po obu stronach drogi rozciągały się rzędy niewysokich budynków o bardzo małych – jak na dzisiejsze standardy – oknach. Przy rondzie stała cysterna oznaczona symbolem czerwonego krzyża, a przy niej rzędy ludzi z wszelkiego rodzaju butlami i bańkami. Obok rozdawano też wodę butelkowaną. Dopiero teraz dotarło do mnie, że miasto jest odcięte od Ukrainy, a Rosjanie boją się tu zapuszczać. Pewnie niebawem poznam więcej skutków tej patowej sytuacji.
Zatrzymaliśmy się przed dużym dwupiętrowym budynkiem z czerwonej cegły. Wyróżniał się mocno na tle nijakich sąsiadów, z których odpadały płaty tynku. Kierowca odwrócił się do mnie i wyciągnął coś na dłoni. Spojrzałem z konsternacją na materiał. Krajka z ludowym wzorem różnokolorowych rombów, każdy z symbolem ziarna w środku.
Chłopak pokazał swoją opaskę przewiązaną na ramieniu. Nie oponowałem. Czytałem, że mokoszanki są w tych rejonach bardzo poważane, a symbol pola i płodności był jednoznaczną deklaracją protekcji czy przynależności. Dopiero kiedy skończyłem okręcać materiał wokół rękawa, kierowca wyszedł z auta i otworzył mi drzwi. Stanąłem naprzeciw masywnych wrót z ciemnego drewna. Miałem wrażenie, że powietrze jest tu ciężkie i zimne, a z okien spoglądają na mnie setki oczu, jakby całe miasto oceniało, czy jestem swój, czy tamtych. Specjalnie obróciłem się w miejscu, eksponując czerwony ornament starannie wyszyty w lnianej płachcie. Niby, żeby obejrzeć otoczenie.
Zwaliste skrzydła rozchyliły się z wolna. W progu stanęła kobieta o srogiej twarzy podkreślonej ciemnym makijażem. Nie nazwałbym jej starą, ale młodą też nie. Czarny kolor i rozkloszowany krój sukni nadawał jej wygląd typowej wiedźmy z filmów. Brakowało tylko spiczastego kapelusza i kurzajek.
– Mykola! – zawołała po ukraińsku. – Pośpiesz się z tymi klamotami!
– Dobrze, Babusia.
Mój kierowca wziął dwie walizy, a ja wyciągnąłem trzecią. Został jeszcze kufer od Nazara. Ruszyliśmy w stronę wejścia. Kobieta patrzyła na mnie z taką wrogością, że aż ciarki przeszły mi po plecach.
– Maksymilian Gondel – przedstawiłem się z najlepszym angielskim akcentem, jaki byłem w stanie wykrzesać i wystawiłem rękę. – Miło panią poznać.
Kobieta szarpnęła za moją dłoń i przejechała palcami po liniach życia i losu.
– Makrid – fuknęła pod nosem i skinęła do kogoś głową. Z wnętrza budynku wyszła młoda szczupła mokoszanka o kruczoczarnych włosach.
– Elena, powiedz panu Maksymilianowi, że będziesz tłumaczyć i że pokój już czeka.
Babcia Makrid oddała mi ręką, co przyjąłem z wielką ulgą.
– Elena Prudnikowa. – Spojrzałem na ładną choć naznaczoną smutkiem twarz. – Babcia nie mówi po angielsku ani po polsku – wyjaśniła płynną polszczyzną z charakterystycznym miękkim zaciąganiem.
Mykola właśnie wtaszczył kufer za próg sabatu, pokłonił się i odjechał.
– Maksymilian Gondel. – Wystawiłem dłoń w nadziei, że może tym razem nikt jej nie obwącha. Elena odwzajemniła uścisk. – Dla przyjaciół Maks.
Uśmiechnęła się nieśmiało.
– Co on gada? – warknęła Babcia Makrid.
– Jest miły. – Elena poczuła zakłopotanie, o czym świadczył lekki rumieniec na bladej cerze.
– Szybko, każ mu wejść do środka. Zanim ludzie zobaczą, że sprowadzamy sobie mężczyzn. – Oburzenie Babci zaczynało kipieć i wyciekało z każdym słowem.
Prawie wepchnęły mnie do budynku. Walizki stały obok zabytkowej berżery przy dużym kominku. Całe wnętrze przypominało staromodną rezydencję z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku.
– Powiedz mu, żeby zabrał, ile się da. Wróci po resztę.
– Pomogę mu.
Nadal udawałem, że nic nie rozumiem, więc mogłem tylko patrzeć z miną baranka.
– Ma długą linię życia, da sobie radę. Niech się zmęczy, to mu harce nie będą w głowie huczeć.
Chiromantki czytały dłonie jak autobiografię właściciela kończyny, a długa linia życia u mężczyzn oznaczała dużo sił również w lędźwiach.
– Chodźcie.
Elena tłumaczyła szorstki monolog Babci, zmiękczając nieco suchy instruktażowy przekaz. Doceniałem, że stara się być miła, bo Matrona zgromadzenia kojarzyła mi się ze starą metodą nauczania i mocnymi uderzeniami linijką po rękach. Tak, ciepłe określenie Babcia bardzo nie pasowało do tego dobermana w sukience. Matrona było bardziej adekwatne.
Po drodze dowiedziałem się, że przydzielono mi pokój w części dla gości, z dala od rezydentek i przygarniętych podopiecznych. Makrid mocno dała mi do zrozumienia, że zwiedzanie tej dość ciekawej rezydencji nie jest mile widziane. Zaznaczyła, że w pokoju jest toaleta, a posiłek dostarczy mi Elena lub inna z sabatynek. To zgromadzenie mocno różniło się od tych na Zachodzie, gdzie kobiety prowadziły normalne życie poza regularnymi spotkaniami w wynajmowanych lokalach. W tym sabacie panowały surowe zasady dotyczące obyczajności.
Minęliśmy kilka kobiet w zgrzebnych sukniach. Najwidoczniej ubiór też musiał być mocno obyczajny. Na tle nijakich strojów wyróżniały się szarfy z rombami Mokosz. Wystrój korytarza też nie zachwycał przepychem, lekko mówiąc. Kilka prostych stolików, wazony ze sztucznymi roślinami, tapeta z kwiatowym wzorem – nieco odrapana, ale nie obskurna – no i unoszący się gęsty zapach lawendy.
Spojrzałem na sufit. Tam też nie było czego oglądać prócz staromodnych żyrandoli z zawieszonymi woreczkami.
Matrona Makrid dała znać, że jesteśmy na miejscu, po czym wprowadziła mnie do ciasnej, schludnej izby. Ostro oświadczyła, że w pokoju nie mogę przyjmować gości i że Elena będzie moją opiekunką na czas pobytu. Podziękowałem grzecznie, odprowadziwszy Babcię do wyjścia. Kiedy chciałem zamknąć drzwi, Makrid wetknęła stopę za próg.
– Nie zamykamy, jeśli/kiedy w środku jest kobieta!
Byłem pewny, że Elena tłumi chichot za moimi plecami, bo minęła chwila, nim była w stanie przetłumaczyć wydany rozkaz.
– Oczywiście.
Ostentacyjnie rozwarłem drzwi na oścież. Matrona Makrid uznała moją kapitulację i oddaliła się, stukając gniewnie butami o świeżo pastowaną posadzkę.
– Musi pan jej wybaczyć. Kiedyś prowadziła dom poprawczy dla młodych kobiet, które mocno pogubiły się w życiu. Do tego trzeba mieć charakter.
– Tego waszej Babci na pewno nie brakuje. I wystarczy Maks, bez pana.
– Elena, ale przy Babci Makrid stosujmy formalizmy. Tak będzie lepiej. Jeżeli będziesz czegoś potrzebował, to pisz albo dzwoń. Numer masz w notesie na stoliku, razem z hasłem do WI-FI, choć dzięki Rosjanom internet działa z przerwami.
Miałem swój sprzęt, zabezpieczony przed ingerencją i wolny od cenzury.
– Dziękuję i przepraszam za cały kłopot. Na pewno będę chciał wyjść na miasto i zadać dużo pytań, co, jak mniemam, nie spodoba się Babci. – Zerknąłem na walizki. – Będę miał też sporo pracy mistycznej do wykonania, więc jeżeli jest na to jakieś specjalne miejsce, to byłbym wdzięczny za wskazanie.
Coś dziwnego przemknęło po jej twarzy. Jakiś grymas, impuls, drobny rozbłysk w aurze, który rozlał się po ciele.
– Co do wycieczki, to zwyczajnie napisz kiedy. Będę ci towarzyszyć. Inne zabiegi konsultuj z Babcią Makrid. Od czasu tych cudownych zdarzeń zrobiła się mocno przeczulona na takie praktyki. Nad wszystkim chce mieć kontrolę.
– To zrozumiałe. W tym przypadku sabat zapewne jest w centrum podejrzeń.
Tylko się uśmiechnęła. Szanse, że chwyci przynętę i pociągnie temat, nie były wysokie, przynajmniej jeszcze nie teraz, ale zawsze warto próbować szczęścia.
– Rozpakuję się i dam znać w kwestii wyjścia.
***
Zabrałem kilka przydatnych rzeczy i powiedziałem Elenie, że będę czekał przy wyjściu. Kazała mi nie wychodzić na zewnątrz bez niej. Zaczynałem podejrzewać, że oni mają mnie za ofiarę losu wysłaną przez Zachodnią Europę w celu wykonania jakichś tam badań. Miałem wrażenie, że nikt mnie tu nie chce, zupełnie jakby całe miasto miało jakiś mroczny sekret zakopany w ogródku, w którym węszy pudel sąsiadów. Czyli jak na razie wszystko szło według założeń. Gdyby Matrona Makrid wiedziała, kogo dostała od Somy, kazałaby mnie przywiązać do łóżka i obłożyć amuletami.
Nie musiałem długo czekać na moją przewodniczkę. Pomimo bladości skóry i skromnego ubrania odniosłem wrażenie, że wygląda coraz piękniej, za każdym razem, kiedy pokazuje się w drzwiach. Nie nosiła biżuterii ani makijażu, a jednak miała w sobie to coś co przyciągało męskie spojrzenie. Moje bardzo.
– Przepraszam, że musiałeś czekać. Siostra zadzwoniła. A raczej siostry. Martwią się.
– Nic się nie stało.
Wyszliśmy na ulicę. Dochodziła trzecia i zbierało się na deszcz, więc naturalna depresyjna szarość budynków nabierała druzgocącego nastrój wyglądu.
– Gdzie nauczyłaś się polskiego?
– Ojciec jest Polakiem. Rzadko się widujemy, ale dużo rozmawiamy. On nie zna innego języka niż polski.
– A matka?
Elena zatrzymała się na skrzyżowaniu.
– Chcesz zobaczyć jakieś konkretne miejsce czy po prostu pochodzić po okolicy?
Szybko oszacowałem w głowie, ile można jej powiedzieć. Trochę mnie to przeraziło. Wchodzenie w rolę agenta, gierki słowne, zastawianie werbalnych i emocjonalnych sideł... Zbyt łatwo przestawiałem się na ten tryb gry pozorów, w której prawda przypominała pojedynczy biały włos w plątaninie szarych sztucznych nici.
– I jedno, i drugie. Wiesz może, gdzie doszło do tego pierwszego incydentu nagranego z okna? Widziałeś to nagranie?
– Tak, to było jeszcze zanim zdążyli wszystko ocenzurować. Znam takich miejsc przynajmniej kilka, ale tamto jest akurat niedaleko.
– To super. Chciałbym odwiedzić wszystkie... Ten urok. – Spojrzała na mnie z ukosa, ale zmitygowała się natychmiast. – On ma swoją granicę, więc jest związany z czymś wewnątrz miasta. Im więcej punktów na mapie, tym szybciej uda się wyznaczyć centrum.
– No to musimy się śpieszyć. – Elena przytaknęła, wykrzesując blady uśmiech.
Moja przyzwoitka miała zadatki na aktorkę – ładną aktorkę.
Uspokój się, Maks! Żadnych romansów!
Po dosadnym samobesztaniu i pokonaniu kilku przecznic dotarliśmy do miejsca z nagrania wyświetlonego przez śniączkę Reto...
Reto! Muszę do niego napisać, jak wrócę.
Ogólnie ta część miasta nie ucierpiała tak bardzo jak główne centrum mieszkalne położone bardziej na północy. Zastanawiałem się, czy to rozwaga, strach czy Rodovera podszepnęła Rosjanom, że bombardowanie sabatu pod protekcją Somy, to bardzo zły plan. Jakkolwiek było, ocaliło to przynajmniej część miasta.
Ulica, na której rozegrała się scena z nie mojego snu, wyglądała identycznie jak kreacja śniączki, z tym że teraz było jasno. Spojrzałem nawet w okno, z którego nakręcono film. Tym razem nikt nie nagrywał – a przynajmniej miałem taką nadzieję, bo zabrałem kilka ingrediencji do rytuałów otwarcia. Dar widzenia aur był bardzo pożyteczny w pracy śledczego, przekonałem się o tym już dziesiątki razy. Wszyscy zostawiamy jej ślady, jak odciski palców, tyle że te są strzępkami emocji. Przeciętny bandyta może wyczyścić miejsce zbrodni, zabezpieczyć się kombinezonem czy rękawiczkami, ale z reguły nie wie, że należy zapalić kadzidło i okopcić dotykane przedmioty. Jeżeli ktoś denerwował się przy włamaniu, to całe pomieszczenie świeci jak choinka w Boże Narodzenie.
Włożyłem palce do jednego z mieszków przytroczonych do pasa. Podsuszona szałwia stanowiła podstawowe narzędzie pracy. Zgniotłem nieco w kulkę i wsadziłem do ust. Cierpki posmak zapowiedział nadchodzące działanie. Wziąłem dość dużo. Musiałem usiąść. Elena przyglądała się uważnie. Nie pytała. Myślę, że wiedziała, co robię. Usiadłem na środku ślepego zaułka i zamknąłem oczy. Mój umysł stopniowo miękł, myśli zaczynały płynąć swobodnie, mieszać się i przeplatać.
Smugi i obrazy. Zapachy i dźwięki. Wszystko przenikało ciało jak delikatne fale, pozostawiając ślady w zmysłach. Smak, wyczuwalna słodycz na ustach. Satysfakcja. Duszny zapach. Dość intensywny. Lęk. Gorąco strachu i zimo determinacji. Plama czerwieni. Rozkwitła w różę i rozgrzała się do białości. Obrazy. Przyszły chaotycznie.
Mężczyzna. Uśmiecha się. Mówi, że zabije. Że nic mu nie zrobię. Strzał. Ostry ból i metal wgryzający się w trzewia. Pieśń. Coś śpiewa w tle. Słowa. Szepty, delikatne jak wiosenny podmuch wiatru. Wszędzie. Dokoła. Pojawiają się, dryfują jak mgła o poranku. Oplatają. Ciasno. Coraz ciaśniej. Zimne martwe palce.
Strzał.
Słowa znikają, rozproszone większym krzykiem. Eksplozja fioletu.
Ból, ból i samotność.
– Maks... Maks!
Otworzyłem oczy i spojrzałem Elenie w twarz.
– Miałem wizję.
– Co widziałeś?
Z jej głosu na chwilę zniknęła niewinność, choć jej aura wyglądała nader delikatnie, dziewczęco i smutno.
– Urywki. Tu go zastrzelono. Ten, który strzelał, wiedział, że jest bezpieczny. Wiedział, co robi. – Spróbowałem się podnieść, ale zachwiałem się na nogach.
Elena wzięła mnie pod ramię.
– Za dużo wziąłeś, za bardzo się otworzyłeś. To niebezpieczne.
– Ale czasami konieczne. Potrzebuję chwili i możemy ruszać.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania