Pieśń pokoju cz.6
Prawie całą drogę z Piaseczna do Mazowieckiego Szpitala Bródnowskiego przejechaliśmy w milczeniu. Renata prowadziła. Wiedziałem, gdzie jedziemy i po co, nie musiałem pytać. Pani Wanda jechała za nami. Nie dziwię się jej, że zdecydowała się na podróż solo – i tak wykazała się dużym poziomem zaufania w stosunku do obcych ludzi, którzy zjawiają się w jej życiu, twierdząc, że rodzinny pupil zmartwychwstał wskrzeszony przez córkę medium, która na dodatek zrobiła ze swojego brata zombie.
Uśmiechnąłem się do tej myśli. Czarny humor, to jedna z tych rzeczy zapewniających psychiczne przetrwanie w obliczu kłębiących się traum z przeszłości, nie wspominając o wizji nowych w przyszłości.
Wjechaliśmy na parking szpitala. Pani Wanda szukała miejsca na swoje auto.
– Podziwiam cię – przerwałem milczenie.
– Nie masz za co. – Renata ucięła moje pokrzepiające zapędy tonem ostrym jak brzytwa. – Gdybym nie była głupia, nie byłoby tu nikogo, do kogo mogłabym przychodzić.
Nie miałem na to dobrej odpowiedzi, a frazesy działały na moją partnerkę jak podpałka rzucana do ogniska.
Przez okno dostrzegłem panią Wandę. Wyszedłem jej naprzeciw.
– Czy dowiem się w końcu, dlaczego musiałam zostawić dzieci?
– Dowie się pani. – Z tym tonem Renaty nawet sfrustrowana matka nie podjęła się dyskutować. – To ten okrągły budynek, drugie piętro, sala dwieście dwa. Chodźcie za mną.
***
Podeszliśmy do czegoś, co wyglądało jak niewielka rejestracja. Korpulentna pielęgniarka uśmiechnęła się na widok mojej partnerki. Kobieta najwyraźniej przywykła do braku odwzajemnionej sympatii, bo nie zraziły jej szorstkie komendy i krótkie zdania rozmówczyni. Pojechaliśmy windą. Dla mnie to nie był pierwszy raz – byłem tu, kiedy potwierdziliśmy tożsamość pacjenta ulokowanego w małej jednoosobowej sali. Im bliżej byliśmy, tym bardziej oblicze mojej partnerki łagodniało, a gniew ustępował smutkowi. Kiedyś powiedziała, że właśnie dlatego nie lubi tu przychodzić, bo tylko tu jest starą sobą, która nie miała dość sił, żeby skończyć swoje życie.
Weszliśmy do pokoju. Pielęgniarka krzątała się wokół łóżka, na którym leżał mężczyzna. Na oko koło pięćdziesiątki, ale wiem, że miał zaledwie czterdzieści jeden lat. Podobieństwo twarzy było uderzające. Renta usiadła na wolnym stołku tuż przy łóżku i pogłaskała mężczyznę po odsłoniętej dłoni.
Pielęgniarka spojrzała na mnie i panią Wandę, a potem na jedno wolne siedzenie.
– Przynieść dodatkowe krzesło?
– Nie trzeba. Ja postoję – odparłem.
Skinęła głową, podeszła do Renaty, zamieniły kilka słów i po chwili zostaliśmy sami.
Podstawiłem drugi stołek przy łóżku i zaprosiłem Kowalską, żeby usiadła. Sam stanąłem przy ścianie obok wejścia. To nie była moja rozmowa, nie moja historia do opowiedzenia.
– To pani mąż czy ojciec? – spytała pani Wanda.
Człowiek w śpiączce wyglądał staro, ale mama Amelii doskonale wiedziała, jak choroba może zniszczyć człowieka.
Renata uśmiechnęła się smutno.
– Syn.
Pani Wanda pobladła na twarzy. Między mężczyzną na łóżku a Renatą, głaszczącą jego dłoń, było jakieś dwadzieścia lat różnicy, ale nie w kierunku, który nakazywała logika.
– Dlatego chciałam, żebyś to zobaczyła. Moglibyśmy opowiadać ci niestworzone rzeczy, a ty i tak byś nas miała za wariatów, więc lepiej pokazać.
Pani Wanda widocznie drżała i pobladła na twarzy, ale nie poderwała się ze stołka i nie uciekła, co już należało uznać za sukces.
Renata poprawiła synowi poduszkę.
– Miał trzydzieści lat, kiedy ostatnio widziałam go przytomnego. Otworzył oczy tylko na chwilę.
– Niech pani przestanie... Ja nie chcę tego słuchać.
– Musisz. Żebyś wiedziała, co cię czeka: ciebie i twoją córkę, jeżeli nie pozwolicie sobie pomóc. Ja nie wiedziałam, nie miałam wyboru. On po prostu zatrzymał mnie przy sobie, a ja głupia myślałam, że to cud.
Obserwowałem, spokojnie oparty o framugę, z odznaką przygotowaną w dłoni na wypadek, gdyby ktoś z personelu kierowany dobrą intencją czy rutynowymi obowiązkami, chciał przeszkodzić w tej ważnej rozmowie.
– Dlaczego... – Pani Wanda wyraźnie zadrżała. – Dlaczego jest w takim stanie?
– Lata kotwiczenia własnej zmarłej matki wyniszczyły mu organizm. – Renata spojrzała na podkrążone oczy zdruzgotanej kobiety. Doskonale ją rozumiała. – Was to nie dotknie. Są metody, żeby odciążyć Amelię.
Uśmiechnąłem się na ten akt miłosierdzia. Kłamstwo czasami jest potrzebne; to ono jest miłosierdziem.
– Proszę mówić.
Ta prośba, wypowiedziana przez panią Wandę, szczerze mnie zaskoczyła, ale chyba obie tego potrzebowały.
– Piłam. Dużo. Samotna kobieta z małym dzieckiem w tamtych latach nie mogła liczyć na pomoc. Było ciężko, więc się znieczulałam. Do tego dochodziły papierosy. Jeden za drugim. – Spojrzała na Kowalską. – Na pewno wiesz, jak to jest, kiedy musisz być silna, ale nie masz już siły. Chcesz wrzeszczeć i szlochać, ale wtedy para kochających oczu patrzy na ciebie z troską.
– Wiem, aż za dobrze.
– Żyłam tylko dla niego. Któregoś dnia obudziłam się na podłodze. Piotruś stał przy łóżku i pochlipywał. Kiedy wstałam, rzucił mi się na szyję i zaczął histerycznie szlochać. Wtedy nie wiedziałam, co się stało. Pamięć wróciła później. Potworny ból w klatce piersiowej, brak tchu, krzyk mojego syna. Przeraziłam się i zapisałam do lekarza. Paradoksalnie, kiedyś nie czekało się tyle, co teraz. Morfologia, kardiolog, prześwietlenie, tomografia; badanie za badaniem. Moje serce nosiło blizny po rozległym zawale. Lekarz spytał, kiedy byłam hospitalizowana, i wygonił z gabinetu, kiedy upierałam się, że nigdy. Dalsza diagnostyka tylko pogłębiała dziwność stanu mojego ciała. Powinno być wrakiem, a tryskało zdrowiem, jakby ktoś wymazał skutki wielu lat złych decyzji. Ogólnie medycyna mówiła swoje, a ja wiedziałam swoje. Piotruś wszędzie mi towarzyszył jak wierny pies obronny.
Instynkt.
On czuł, że nie może się oddalać. Już wcześniej zauważyłam inne znaki. Kiedy szedł do szkoły, ogarniało mnie przygniatające zmęczenie i obojętność. Praktycznie cały czas przysypiałam. Czułam się rozbita, a proste domowe obowiązki zajmowały o wiele więcej czasu. Zrzuciłam to na stres i zmęczenie w nadziei, że to przeminie, ale w pracy było znacznie gorzej. Po kilku tygodniach szef zawołał mnie do siebie i wręczył wypowiedzenie. Takie były czasy. Łapałam dorywcze zajęcia, ale dopiero praca w domu pozwoliła mi zarobić na życie. Kiedy Piotruś wracał, korzystałam z każdej chwili, żeby skręcać długopisy, składać ozdobne kartki, nawlekać biżuterię. Przez chwilę było dobrze. Wyparłam wszystko. Ta dziwna codzienność i rutyna zorganizowana wokół powrotów mojego syna stała się czymś normalnym. Desperacja sprowadzi każdą paskudną prawdę do pięknych, wygodnych kłamstw.
Salowa zapukała do drzwi i wsunęła głowę przez uchylone skrzydło.
– Za pół godziny mamy wymianę pościeli i chcemy zabrać pana Piotra na ćwiczenia. – oświadczyła. Miękki ton skutecznie zamaskował żądanie.
Renata otarła łzy z policzków. Płakała tylko tu. Zawsze.
– Piętnaście minut i już nas nie ma.
Pielęgniarka skinęła głową i wyszła.
– Żeby nie przedłużać. Piotruś zaczął chorować. Z początku częste infekcje, po roku wyszła anemia, której lekarze nie mogli opanować. Potem zaczęły szwankować narządy. Specjaliści rozkładali ręce. Któregoś dnia przewrócił się w domu i stracił przytomność. Zadzwoniłam po karetkę. Nie zabrali mnie ze sobą, tylko powiedzieli, do którego szpitala jadą. Trwał sezon grypowy i SOR-y pękały w szwach. Stan Piotra był stabilny, ale on dalej był nieprzytomny. Musieli jechać na drugi koniec Warszawy.
Wtedy ostatni raz go widziałam w wieku dziecięcym...
Wpadłam do domu, zaczęłam pakować rzeczy do szpitala. Uderzyło jak zwykle. Apatia, senność, obojętność. Walczyłam z tym. Zabrałam walizkę i wyszłam. Po kilku latach dowiedziałam się, że znaleziono mnie błąkającą się po ulicy bardzo daleko od domu. Nie miałam żadnych dokumentów, a ubrania śmierdziały od ekskrementów. Praktycznie nie reagowałam na bodźce. Po diagnostyce umieszczono mnie w ośrodku dla psychicznie chorych, lekarze podejrzewali katatonię po głębokiej traumie. Nikt nie zgłosił się po Piotra do szpitala. Próbowano mnie odszukać, ale po kilku nieudanych próbach zawiadomiono ojca. Mój były mąż odebrał syna ze szpitala, po czym uznał, że jego żona alkoholiczka pewnie porzuciła dziecko, żeby chlać z menelami pod sklepem. Policja przyjęła tę retorykę, a Piotruś balansował na skraju życia i śmierci, nie miał siły mnie szukać. Nie wiedział, co się stało.
Renata spojrzała na mnie, jakby chciała wybaczenia.
– Minęło kilkanaście lat, odkąd do mojego obecnego wydziału wpłynęło zgłoszenie z prywatnego zakładu psychiatrycznego. Zakonnice bały się kobiety, która ponoć się nie starzeje i majaczy zagubiona gdzieś pomiędzy życiem a śmiercią. Tak mnie znaleźli. Połatali, poskładali, wzmocnili obecność kotwiczącą w tym świecie amuletami i paskudną dietą. Piotr żył, ale do czasu, kiedy odzyskałam sprawność umysłową, minęło ponad dwadzieścia lat. Dwadzieścia lat, odkąd wyszłam z domu, żeby biec do szpitala... Szybko go znalazłam. Już spał, tak jak teraz. Wybudził się tylko kilka razy. Nie miał własnej rodziny ani dzieci. Mój były mąż od kilku lat leżał w grobie, ale o dziwo zapewnił mu opiekę.
Renata wysunęła szufladę. W środku spoczywało kilka rzeczy osobistych pacjenta w tym dość sponiewierany pamiętnik.
– Prowadził go aż do samej śpiączki. Stąd wiem, że o mnie myślał. Czy już teraz wiesz, z czym przyjdzie ci się zmierzyć?
Spojrzała w stronę pani Wandy. Cierpienie wylewało się z oczu kobiety jak ropna wybroczyna. Tak ja to widziałem, czułem i słyszałem.
Kowalska nic nie odpowiedziała. Łzy spływały jej po policzkach. Ręce zaciśnięte na swetrze drżały nerwowo.
Pielęgniarka znów zajrzała do środka.
– Muszą państwo już wyjść. To nie potrwa dłużej niż godzinę. Mamy tu czytelnię, a na dole jest kawiarnia.
Renata pogłaskała syna po dłoni.
– Przyjadę niedługo.
Salę opuściliśmy w milczeniu. Pani Wanda przypomniała teraz bardziej kroczący posąg aniżeli kobietę. Nadnaturalna wrażliwość pozwoliła mi wyczuć burzę emocji przetaczającą się przez umysł strapionego człowieka, który nie pragnie niczego bardziej niż świętego spokoju i ciszy. Poinformowałem, że pojawimy się z psychologiem, który przygotuje ją na to, co nadejdzie i poinstruuje, jak dalej żyć w sytuacji, w której się znaleźli. Przytaknęła tylko, raczej nie w pełni świadoma tego, co się dzieje. Stwierdziłem, że nie powinna prowadzić w takim stanie i możemy ją odwieźć. Odmówiła. Wolała być sama, ale obiecała, że posiedzi trochę na parkingu i ochłonie.
Wsiedliśmy z Renatą do auta.
– Nie musiałaś tego robić.
– Chciałam, żeby wiedziała, dlaczego musimy zrobić to, co musimy. Gdzieś w głębi tego pustego serca czuję, że tak będzie jej łatwiej żyć.
– Podświadomość to mocny generator bodźców.
Renata odpaliła silnik i ruszyliśmy z parkingu. Po drodze minęliśmy samochód pani Wandy; szlochała i waliła pięścią w kierownicę. Nie mogliśmy nic zrobić. Musiała to z siebie wyrzucić. Wyjechaliśmy na główna trasę. Moja partnerka prowadziła spokojnie, bez swojego typowego złorzeczenia na wszystko, co śmie zakłócić jej drogową mantrę.
– Kiedy wkracza Ilona? – Zebrała się w sobie i zapytała.
– Znając Górę, pewnie zaczął wszystko szykować po moim pierwszym raporcie.
– Pójdziesz z nią? Ilona potrafi być bardzo zadaniowa w tych sprawach, a tu potrzeba kogoś takiego jak ty.
– Miękkiego wrażliwca romantyka?
– Miękkiego wrażliwca romantyka... – przyznała z czymś, co u Renaty oznaczało uśmiech.
– Pójdę.
***
– Cieszę się, że jesteście.
Nawet samo brzmienie głosu Ilony wsączało w człowieka nieokreślony spokój.
– A jaki miałam wybór?
– Mogliśmy odbyć sesję w domu? Zawsze to jakiś wybór. Dzieciaki, częstujcie się. – Ilona podsunęła Bartkowi i Amelii paterę z grubo krojonym ciastem.
Nasza wydziałowa mentalistka robiła pyszne marchewkowe wypieki. Albo wtłaczała wszystkim do głów, że są pyszne. Jakkolwiek było, miałem gwarancję, że w jej wypadku sesja przebiegnie wzorowo, a efektu nie trzeba będzie poprawiać.
Dzieciaki spojrzały na panią Wandę prosząco.
– Już nie róbcie ze mnie matki tyranki żywieniowej. Bierzcie.
Nie trzeba było powtarzać. Bartek wyciągnął rękę po największy kawałek. Amelia nadymała policzki.
– Ja chciałam ten duży.
Mina chłopca przybrała pusty wyraz. Odstawił wypiek od ust i oddał go swojej ,,pani". Tylko ja i Ilona byliśmy świadomi, że nie miał wyboru. Że to tylko skorupa z drobną cząstką człowieka zakotwiczoną przez cudzą wolę.
– Rozleję nam herbaty; będzie akurat do picia. Melisa i miód akacjowy. Pozwala na delikatne rozluźnienie. – Podała kubek pani Wandzie.
Już sam zapach drażnił moje wyczulone zmysły, ale musiałem zachować pozory. Przyszedłem na sesję, żeby ta umęczona kobieta bała się trochę mniej.
Ilona wykorzystała swój cały arsenał frazesów, serdecznych uśmiechów i zachęcających gestów, żeby każdy członek rodziny Kowalskich upił chociaż trochę jej specjalnego napoju. Ja też musiałem, na pokaz. Eksplozja myśli i szeptów przyszła razem z sennością. Założone blokady nie oparły się kunsztowi doświadczonej mentalistki. Musiałem wzmocnić bariery wokół umysłu.
Dzieci usiadły na szezlongu i gdyby nie podpierały się o siebie, zasnęłyby na miękkim obiciu. Oczy pani Wandy zrobiły się mętne, zmęczone.
Ilona zrobiła wyrafinowany uśmiech godny profesjonalistki.
– To chyba możemy zaczynać. Proszę z tym nie walczyć, pani Wando. Na pewno przyda się pani kilka godzin głębokiego snu. Wiem coś o tym, sama jestem matką.
– Co się ze mną... – Kowalska ziewnęła przeciągle – dzieje?
Zachwiała się i pochyliła do przodu.
Zerwałem się z fotela, żeby podtrzymać zmorzone eliksirem ciało. Ułożyłem panią Wandę wygodnie na kanapie. Dzieciaki już spały.
– Nie martw się, Maks. Wiem, co robię. Obudzi się na sesji u psychologa. Prawdziwego, bo tym się zajmuję, kiedy akurat wydział nie ma nic do sprzątania. Po stracie syna terapia to coś całkiem normalnego. – Ilona dopiła napój. – Ćwiczyłam dostarczony scenariusz przez całą noc.
W jej przypadku mieszanka ziół dodana do neutralnych składników działała jak ciemność i cisza na medytującego. U zwykłego człowieka piołun zmiękczał i uplastyczniał umysł, szałwia zaś rozmywała granicę pomiędzy wspomnieniem czegoś rzeczywistego a fikcyjną marą. Ilona wyciągnęła dwa obsydiany wprawione w srebro i położyła na czołach Amelki i pani Wandy.
Wziąłem bezwładnego chłopca na ręce.
– Sam go zaniosę.
Ilona tylko skinęła i rozsiadła się w fotelu. Musiała wejść głęboko w świadomość obu: matki i córki. Poprzestawiać obrazy i wspomnienia. Niektóre zamazać i zniekształcić na tyle, żeby jawiły niczym więcej niż bezkształtnym echem.
Wyszedłem na korytarz. Przypominałem ojca, który niesie wyczerpanego syna. Wydziałowa furgonetka stała na małym parkingu nieopodal. Mikołaj, młody chłopak odpowiedzialny za prace porządkowo, wyszedł z kabiny i otworzyły tył furgonu. Prycza z pasami wyglądała upiornie.
– Połóż go i przypnij.
Spojrzałem na niego z pytaniem „czy to konieczne?" wyrysowanym na twarzy.
– To żeby nie spadł. Z dala od Kotwicy może się wiercić: nawet przez sen.
Wykonałem polecenie. Mikołaj podał chłopcu środki uspokajające.
– Gdzieś cię podwieźć? – rzucił w moją stronę.
Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że samochód jest na przeglądzie i przyjechałem komunikacją. Ludzie nawykli do tego, że zawsze mają cztery kółka do dyspozycji, często przyjmują łatwość przemieszczania za coś tak naturalnego jak oddychanie.
– A gdzie zabierasz chłopaka?
Zmierzył mnie wzrokiem.
– Wiem, nie możesz mi powiedzieć.
– No właśnie. Nie jestem fanem procedur, ale ta akurat jest potrzebna.
Wsiedliśmy do kabiny. Mikołaj odpalił silnik. Milczałem, choć pytania nachalnie pchały się do gardła.
Czy ja zawsze muszę być taki powściągliwy?
– Powiesz mi chociaż, co z nim będzie? Nie musisz ze szczegółami.
Kolega stoczył krótką wewnętrzną walkę.
– Trafi do ośrodka pod Krakowem. Tam odetną go od dziewczyny.
– A potem?
– A potem to już nie twój interes i nie pytaj, bo złożę skargę do Góry, że angażujesz się emocjonalnie w sprawy.
Zapadła cisza. Miał rację, ale weź się nie angażuj, skoro właśnie odebrałeś dziecko kochającej matce, a koleżanka z pracy pierze jej mózg.
– Słuchaj... Powiem ci to, bo jesteś w porządku. Wiesz co nieco o chowańcach. Zakotwiczeni to nic więcej jak przywołaniec w ludzkim ciele. Ba, nawet gorzej, bo część tego chłopaka nadal tam jest i cierpi.
– Ale nadal tam jest – wyszeptałem i mimowolnie obejrzałem się w stronę noszy.
– To może inaczej. Słyszałem, że jego panią jest małe dziecko. Wyobraź sobie teraz taką sytuację. Mała chce zabawkę, a matka mówi „nie". Ta leci do brata z płaczem. Krzyczy. Mówi, że nienawidzi matki. Potem pada rozkaz „chcę, żeby zniknęła". Wiesz, co zrobi to niewinne dziecko, którego ci tak szkoda? Udusi tą nieszczęsną kobietę gołymi rękami albo weźmie nóż i poderżnie jej gardło we śnie, i to bez mrugnięcia okiem. To by się stało, Maks. Temu właśnie próbujemy zaradzić.
Mogłem tylko przytaknąć. Miał rację...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania