Pieśń pokoju cz.5
ROZDZIAŁ II
Pani Wanda patrzyła na mnie z miną wyrażającą chęć zawiadomienia najbliższego oddziału psychiatrycznego. Przywykłem do tego rodzaju spojrzenia. I tak okazała się na tyle otwarta, że wpuściła nas do mieszkania po tym, jak na jej oczach machałem pistoletem kilka metrów od jej córki.
– Wiem, że nie jest łatwo w to uwierzyć.
– Nie jest i nie mam zamiaru. To, co pan opowiada, to jakieś brednie.
– Niestety nie. Zwierzę, które atakuje, rozszarpuje i po części zjada zwierzęta w okolicy to wasz nie do końca umarły Bodo.
Zimny kształt zawisł w powietrzu za plecami pani Wandy. Strzępki świadomości mają rację bytu tylko w miejscach, gdzie przez lata zgromadziło się „ciepło” – ich ciepło. Mieszanka uczuć i wspomnień. W zimnych, obcych pomieszczeniach rozpływają się w niebyt.
Kobieta jeszcze raz wzięła moją odznakę i przeczytała nazwę wydziału. Dla niej to wszystko musiało przypominać jakiś dziwny żart z kamerą ukrytą gdzieś pod moim płaszczem.
– I twierdzi pan, że nasza córka go wskrzesiła?
Renata wyraźnie się ożywiła.
– Uważamy, że pani córka jest czymś, co nazywamy Kotwicą. – Nie pozwoliła Wandzie dojść do słowa. – To rodzaj medium, które potrafi zatrzymać ciało i umysł zmarłego wśród żywych.
– Ja chyba mam już dosyć… – Wanda schowała twarz w dłoniach. – To co mówicie… To absurd.
– Mamy dowód w bagażniku. – Renata sięgnęła po najsilniejszy argument.
Zerknąłem na moją partnerkę z lekką mieszanką niepokoju w oczach. Prezentowanie zwłok pupila Kowalskich ze sztyletem tkwiącym w łbie miało być ekstremalną ostatecznością.
– Dowód na co?
– Dowód na poparcie naszych słów.
Pani Wanda zbladła i zamilkła. Nagle zerwała się z kanapy.
– Proszę wyjść. Natychmiast. Bo zadzwonię na policję.
Gdyby ktoś dawał mi pieniądze za każdym razem, kiedy ktoś inny straszy mnie policją, nie musiałbym pracować w policji.
– Oczywiście możemy wyjść, ale nie ucieknie pani od tego. Będę musiał złożyć raport, a wtedy pojawi się tu ktoś inny z nakazem.
– Proszę już iść…
Była blisko płaczu.
– Proszę wyjść z nami i przekonać się na własne oczy, że nie jesteśmy obłąkani. Tylko o tyle proszę. Jutro może pani przyjść do nas na komendę porozmawiać. Już na spokojnie.
Westchnęła ciężko.
– Tylko powiem dzieciom, że zaraz wracam.
***
– Jezu Chryste! – Pani Wanda odwróciła wzrok, kiedy otworzyłem plastikowy worek wrzucony do bagażnika samochodu Renaty. – Dzwonię na policję.
Sięgnęła po komórkę.
– To wasz Bodo – oznajmiłem stanowczo.
Pani Wanda zastygła z telefonem przed oczami.
– Wiem, że to niezbyt przyjemny widok, ale proszę spojrzeć.
Kowalska kręciła palcem nerwowe koła po szybce smatfona. Zerknąłem na Renatę. Widocznie traciła cierpliwość. Stukała paznokciem w bagażnik z coraz większą intensywnością. Tego właśnie się obawiałem, że zobaczy w tej kobiecie coś, co wywlecze jej własne demony. W końcu mama Amelii schowała telefon do kieszeni i podeszła do samochodu. Tylko kilka sekund wystarczyło, żeby przełamać wątpliwości. Przejechała palcem po obroży pitbulla, a potem odchyliła jego prawe ucho, ujawniając znamię w kształcie nieco koślawego serduszka.
Zapłakała.
– Jak to jest wogóle możliwe…? – skierowała pytanie w podłogę.
Poprosiłem Renatę, żeby zamknęła bagażnik.
– To bardzo rzadkie, ale nie niemożliwe. Jeśli poświęci nam pani chwilę, to odpowiemy na każde pytanie.
– Nie mówcie Amelii. – Spojrzała na mnie wzrokiem umęczonej osoby, która za długo udaje, że jest dzielna.
– Nie powiemy, aczkolwiek pani córka jest świadoma jego powrotu. Sama się do niego przyczyniła.
– Nie mówcie jej, że znów nie żyje. – Otarła policzki z łez. – Co z nim zrobicie?
– Spalimy.
Niestety nie zdążyłem zatrzymać Renaty przed jej zwięzłym prostym sposobem mówienia prawdy.
– Żeby znów nie ożył?
– Tak. Proszę. To moja wizytówka. Jeżeli zdecyduje się pani dowiedzieć więcej, to proszę zadzwonić. Spotkamy się w dowolnym miejscu, choć przyznam, że na komendzie mamy świetny ekspres.
Przyjęła laminowany kartonik. Trochę staromodne podejście z mojej strony, ale bardziej skuteczne niż podanie numeru. Numer można wprowadzić i o nim zapomnieć, a wizytówka może o sobie przypomnieć zalegając na stole czy w kieszeni.
– Dziękuję. Pójdę już, bo dzieciaki się pewnie martwią.
– Oczywiście.
Uśmiechnąłem się na pożegnanie i gdy tylko zobaczyłem, że pani Wanda chowa kartonik do kieszeni, wsiadłem na miejsce pasażera. Renata zasiadła za kierownicą i mocno trzasnęła drzwiami. Musiała się wyładować, a pod ręką miała samochód, mnie i półmartwego psa.
– Wyrzuć to z siebie, zanim zaczniesz szaleć na drodze.
– Dobrze wiesz, że ona już tu nie decyduje. Co jeżeli nie zadzwoni? Góra wyśle kogoś mniej elokwentnego niż ty.
– Wiem, ale musiałem spróbować. Muszę przynajmniej dać jej szansę na podjęcie dobrej decyzji. Powinnaś to rozumieć.
– Rozumiem, ale i tak mnie to wszystko wkurwia.
– Wiem.
***
Po złożeniu raportu komendantowi naszego niewielkiego wydziału udało mi się wybłagać tydzień na sprawdzenie mojego planu. Marek Górski zwany w skrócie Górą – albo Kutasem, zależało od jego nastroju – nie był łatwym człowiekiem do negocjacji; życie doświadczyło go na tyle mocno, że szczerze nienawidził wszystkiego, co na tym świecie postrzega się za anormalne. Działał szybko, skutecznie i zdecydowanie, bo sam doskonale wiedział, do czego może doprowadzić opieszałość.
Pamiętam ten moment, kiedy całym krajem wstrząsnęła wiadomość o zbiorowym samobójstwie w willi pod Warszawą. Sześćdziesiąt kobiet poderżnęło gardła swoim dzieciom w jakimś mrocznym szamańskim rytualne, a potem, klęcząc we krwi, wszystkie wypiły truciznę. Żona i córka komendanta znalazły się wśród ofiar. Od tamtej pory Górski dostawał ataku gniewu, na wieść o każdym nowym sabacie. Dla niego takie zgromadzenia były na równi z sektami i powinny być tępione w zalążku, ale prawo nie zabraniało „kółek brydżowych” i „klubów książki”, bo tak zwykle nazywano małe grupy kobiet. Mężczyźni woleli bardziej mistyczne formy zgromadzeń: płaszcze z kapturami, zdobione sztylety, ogniska w lesie czy polowania w środku nocy. Po tragedii niedaleko Konstancina Góra stwierdził, że przynajmniej będzie pilnował, żeby żaden obłąkany mędrzec, szaman czy inny szarlatan nie doprowadził do kolejnej masakry w jego rejonie.
„Tydzień”, mruknął, kiedy skończyłem przedkładać motywy swojego działania. Potem kazał mi spierdalać, zanim się rozmyśli.
Dziś był Kutasem.
Na szczęście okazało się, że nie potrzebowałem aż tyle. Mama Amelii i Bartka zadzwoniła po dwóch dniach i poprosiła o spotkanie na komendzie. Zgodziłem się bez wahania, sam zresztą zaproponowałem takie rozwiązanie nie bez powodu. Jeżeli pani Wanda zobaczy, że nie jestem obłąkanym łowcą psów zombie, a normalnym śledczym, to istniała większa szansa, że lepiej przyjmie wiadomość, którą miałem jej do przekazania. Renata wzięła wolne tego dnia. Uwielbiałem z nią pracować, ale jej wrodzony brak subtelności mógłby pokrzyżować mi plany. Marek zasugerował salę przesłuchań, żeby mógł się wszystkiemu przyglądać przez monitoring. Cudem mu to wyperswadowałem. Sala przesłuchań to dość mało przytulne miejsce, lekko mówiąc. Mnie chodziło o wzbudzenie zaufania, a nie zastraszenie. Góra skwitował moje argumenty komentarzem, że mam talent do owijania gówna w sreberko. Udostępnił mi nawet swoje biuro, bo duży open space z moim biurkiem mógł krępować kobietę – mnie krępuje na pewno, kiedy otwarcie rozmawiamy z Renatą na tematy z zakresu naszych niszowych kompetencji.
Szklana część ściany między wydziałami umożliwiała obserwację wejścia. Pani Wanda pojawiła się punktualnie. Drobna niewysoka kobieta w kremowym palcie. Speszona i zdezorientowana podeszła do koleżanki pełniącej dyżur przy wejściu. Uprzedziłem, że jeżeli zjawi się Wanda Kowalska, to trzeba ją pokierować do Marka. Aldona musiała użyć wszystkich sił, żeby powstrzymać się od pytań opatrzonych w sondujące spojrzenia i wskazać gabinet. Na twarzy pani Wandy pojawił się wyraz ulgi. Chyba najbardziej bała się wyjść na wariatkę, wypytując o obłąkanego człowieka, który podaje się za policyjnego łowcę dziwadeł.
Wyszedłem Kowalskiej na spotkanie. Kątem oka widziałem, jak pozostali koledzy z komendy bardzo udają niezainteresowanych. Wszyscy mogli uznawać nasz wydział za coś absurdalnego, na co marnuje się pieniądze podatników, ale nie mogli zaprzeczyć, że owiany tajemnicą WSN rozpalał ciekawość.
Zaprosiłem Kowalską do pokoju i z ulgą zamknąłem drzwi, separując koleżeński monitoring od małego świata wewnątrz wyciszonego pomieszczenia.
– Proszę dać mi płaszcz. – Powiesiłem jej chłodną kurtkę na wieszaku. Musiała ją mieć od dawna, bo wyczułem na materiale ciepłe pohuki czułych objęć. – Napije się pani czegoś?
– Kawy: czarna bez cukru.
– Proszę usiąść. – Wskazałem wygodny fotel naprzeciwko biurka Góry. – Mogę zaproponować trochę dobrego trunku na rozgrzanie, jeżeli nie przyjechała pani autem. Pogoda jest wyjątkowo plugawa.
Dobrze wiedziałem, że przyjechała samochodem; moje małe biurko stało przy oknie wychodzącym na parking. Pani Wanda siedziała w aucie trzydzieści minut, nim zdecydowała się wejść na komendę, ale drobne kłamstewko mogło pomóc w przełamaniu lodów. Uznałem to za priorytet.
– Może mi pan wierzyć, że samo przyjście tutaj kosztowało mnie tyle stresu, że cała butelka to za mało.
– Domyślam się i dziękuję. – Postawiłem przed kobietą filiżankę ciepłego napoju i usiadłem za biurkiem. – Na wstępie powiem, że muszę nagrać naszą rozmowę. – Wyciągnąłem niewielki dyktafon. – Wyraża pani zgodę na nagrywanie?
– Mam wybór?
– Oczywiście, może pani nic nie mówić, wypić kawę i jechać do domu. – Stąpałem po cienkim lodzie.
Włączyłem nagrywanie.
– Musi pani formalnie wyrazić zgodę. – Wskazałem palcem mikrofon.
– Wyrażam zgodę na nagrywanie.
– Świetnie. Co zatem chciałaby pani wiedzieć?
Kowalska zrobiła wielkie oczy. Zapewne nie tak wyobrażała sobie przesłuchanie. I słusznie, ale to nie było zwykłe przesłuchanie świadka.
– Domyślam się, że ma pani całą masę pytań. Ja też, ale to ja zapraszałem. Gość ma pierwszeństwo.
– Bodo… – Wzięła głęboki wdech. – Jak to możliwe? Sama widziałam, jak umiera na ulicy targany drgawkami. Widziałam, jak sąsiad zakopuje go na polanie. – Wbiła we mnie spojrzenie. – Jak?
– Normalnie to niemożliwe, ale wyjątki zdarzają się nawet w przypadku reguł natury, a źródłem tego wyjątku jest pani córka.
– Amelia? A co ona ma do tego?
Pani Wanda była silną kobietą zahartowaną przez liczne tragedie, ale aktorką była kiepską. Przypuszczam, że w domu Kowalskich działo się więcej dziwnych rzeczy, tylko zostały wepchnięte do szafy w nadziei, że przestaną być realne.
Trzeba wypuścić trupy.
– Tak, Amelia. Podejrzewam, że pani córka jest medium. Specyficznym medium, żeby być precyzyjnym. – Ciekawość pani Wandy wygrała z kiepskim aktorstwem i kobieta patrzyła na mnie z mieszaniną podejrzliwości i zainteresowania. – Nazywamy ich Kotwicami.
– Ich?
– Tak, Amelia nie jest pierwsza i nie będzie zapewne ostatnia, choć to dość rzadki dar. Ale żeby nie przedłużać. Pani córka potrafi zatrzymać wśród żywych istoty, które według wszelkich praw losu i natury powinny odejść z tego świata. Robi to instynktownie. Nie ma w tym planu. Więź ze zmarłym jest kluczowa.
– Ja chyba tracę tu czas. – Rozejrzała się po pokoju, żeby zlokalizować wieszak.
– Czy Amelia ostatnio podupadła na zdrowiu? Czy narzeka na koszmary i bóle w całym ciele? Być może lekarze wykryli u niej anemię, której nie są w stanie wytłumaczyć?
Bingo. Przykułem jej uwagę.
– Czytał pan jej karty medyczne? To chyba niedozwolone bez nakazu?
– Nie czytałem, nie musiałem. To zawsze objawia się tak samo. Mam w bazie cztery dobrze udokumentowane przypadki. Mogę pani udostępnić część materiałów, jeżeli pani…
– Panie komisarzu. Ja chcę tylko wiedzieć, czy moim dzieciom nic nie grozi.
– Spalimy Boda w krematorium. Po tym Amelia będzie przez kilka dni poirytowana i grymaśna, ale wróci jej część utraconych sił. Wyniki też się poprawią.
Nieubłaganie zbliżyliśmy się do najtrudniejszego momentu spotkania.
– Dlaczego część? Proszę mówić. Czuję, że pan coś ukrywa.
– Przypuszczam, że Bodo nie był jedyny. – Teraz pani Wanda zdziwiła się bardzo prawdziwie. – Pani syn, Bartek. Podejrzewamy, że Amelia też go przywróciła.
Kowalska poderwała się z krzesła jak dziki zwierz, rzucający się na ofiarę.
– Proszę nie mieszać w to mojego syna! Już i tak ma dość. Mało go jeszcze życie poturbowało!? Zresztą skąd pan ma wiedzieć.
Akurat wiedziałem, ale tak zdobyte dowody zatrzymuje się dla siebie.
– Czy kiedy stan pani syna się polepszył, to Amelia była blisko?
– Uważam, że już zakończyliśmy tę rozmowę.
Praktycznie rzuciła się na wieszak i zdarła z niego palto.
Wstałem zza biurka Góry.
– Pani Wando, może pani wyjść, ale niebezpieczeństwo jest całkowicie realne.
– Proszę mnie nie nachodzić. Jeżeli zobaczę pana w pobliżu domu czy moich dzieci to złożę skargę. Do widzenia.
Szarpnęła za drzwi i omal nie wpadła na prawdziwego właściciela tego pokoju. Marek zszedł jej z drogi, choć nie przywykł do tego, że to on wykonuje ten manewr. Oczywiście cały komisariat nagle wypełnił się dźwiękami spontanicznej pracy.
– Rozumiem, że nie poszło za dobrze. – Szepnął, kiedy kobieta sunęła do wyjścia jak niewielki buldożer.
Wszedł i zamknął sobą drzwi. Ustąpiłem mu miejsca za biurkiem.
– Lepiej, niż zakładałem.
– I co teraz, kolego? Znów mam czekać?
– Formalnie zostały mi jeszcze trzy dni z poprzedniego wybłagania.
Jego przydomek świetnie pasował do aparycji, czego najlepszym świadectwem był widok Góry za biurkiem. Kiedy siedział, zakładał ramiona na duże brzuszysko, a jego sylwetka zwężała się ku górze aż do placka łysiny na czubku dość podłużnej głowy.
– Masz te dni, ale ani godziny dłużej. – Ton jego głosu od razu wykluczył jakiekolwiek próby przedłużenia umowy.
***
Pod dom Kowalskich podjechaliśmy dobrą godzinę wcześniej. Postanowiłem chwilę poobserwować okolicę, zanim rozstrzygnie się los tej rodziny.
– Długo zamierzasz to przeciągać?
Renata wykazała się bezlitosnym pragmatyzmem. Dobrze, że ze mną pojechała.
– Wiesz, jak to jest; dopóki coś się nie wydarzyło, nigdy nie jest pewne. Góra nie rzuca słów na wiatr. Pewnie już ma odpowiednie pozwolenia na biurku.
– Chodź, partnerze. – Klepnęła mnie w ramię. – Tylko twój urok może zapewnić tej rodzinie spokój wobec nieuniknionego.
Przytaknąłem skinieniem głowy i wyszedłem z auta. Tuż przed drzwiami wyczułem niepokój przesączający się na zewnątrz. Zdolność widzenia… No właśnie. Czy coś, co się widzi, czuje i słyszy, można uprościć do miana jednego zmysłu? Z braku lepszej nazwy trzeba zostać przy tej. Według mnie nazwa sensowizja brzmiała superbohatersko i lubiłem wymawiać ją w myślach, ale mało kto podzielał mój entuzjazm. Szara mgła o ostrym zapachu gryzła mnie w skórę na szyi. Albo pani Wanda już wiedziała, kto stoi na ganku i właśnie dzwoniła na policję, albo pozostałość jej męża zamknięta w domu była na tyle świadoma, że wiedziała, co się święci i próbowała mnie odstraszyć.
Nawet nie zdążyłem zapukać czy nacisnąć dzwonek. Zamek trzasnął i drzwi otworzyły się powoli. Kobieta przywitała nas z progu kamiennym wyrazem twarzy. Ewidentnie się wahała, ale w końcu zaprosiła nas do środka. Usiedliśmy w salonie przy kuchennym aneksie, tam, gdzie poprzednio. Cisza była wręcz ogłuszająca, a zapach i smak aur kłębiących się w pomieszczeniu mglił moje własne zmysły.
Mogłem przytłumić doznania, ale teraz było już na to za późno. Ktoś musiał przebić ten mur.
– Dziękuję za szansę, pani Wando. Doskonale rozumiemy, że to nie jest łatwa sprawa.
– Kiedy Bartek wrócił do domu, byłam przeszczęśliwa. – Zaczęła bez słowa wstępu. Doświadczenie podpowiedziało mi, że teraz mam się zamknąć i słuchać. – Chodził, śmiał się, jadł, rozrabiał z Amelią jak zwykle. Nie mogłam w to uwierzyć. Cud, tak powiedział lekarz. Nie potrafił tego inaczej wytłumaczyć. Wzięłam wolne z pracy. Nie odstępowałyśmy go z Amelią na krok, jak jakiegoś bałwanka, który pozostawiony sam, mógł się roztopić i zniknąć. Cały czas miałam wrażenie, że zaraz ktoś mnie uszczypnie i obudzę się ze snu prosto w koszmar rzeczywistości. Ponoć osoby po przejściach muszą na nowo uwierzyć, że szczęście jest możliwe. Po śmierci męża nie wierzyłam bardzo długo. Nawet kiedy syn wyzdrowiał, zastanawiałam się, kiedy życie przywali mi z taką siłą, że się nie podniosę. – Sięgnęła po chusteczki ustawione na blacie.
– Mamo, dobrze się czujesz?
Dwie smukłe twarze przyglądały się nam ze schodów. Nikt nie mógłby zaprzeczyć, że są rodzeństwem. Mieli niemal identyczne rysy, jak bliźniaki. Dziewczynka ściskała pluszowego psa i patrzyła na nas ze strachem w wielkich oczach, a chłopiec rzucał groźne spojrzenia spod czarnej czupryny.
– Nie, Bartuś. Idźcie bawić się dalej.
Posłuchali matki, choć z widoczną opieszałością. Pani Wanda zajrzała w górę schodów, żeby się upewnić, że dzieci nie robią tego, co dzieci zwykle robią, kiedy dorośli rozmawiają. O dziwo tym razem rodzeństwo wykazało się posłuchem.
Wróciła na miejsce i położyła sobie pudełko z chusteczkami na kolanach.
– Wszystko, co dobre, szybko się kończy… – skwitowała dobry wstęp, do historii bez happy endu. – Po kilku dniach sielanki zawiozłam dzieci do szkoły. Sama pojechałam do pracy. Telefon zadzwonił koło dziesiątej. Bartek zasłabł. Zabrała go karetka.
Przerwała. Musiała dać sobie chwilę na zebranie myśli, znałem to uczucie aż za bardzo, pomimo iż obecnie uchodzę za oazę spokoju.
– Wpadłam do szpitala jak burza. Bartek leżał na łóżku. Przytomny, ale nieobecny. Lekarz powiedział, że szukają przyczyny, konsultował się nawet z onkologiem. Robili badanie za badaniem. Żadne nie przyniosło odpowiedzi. Musiałam przerwać warowanie na oddziale i odebrać Amelię ze szkoły. Nie miałam jej z kim zostawić. Wróciłyśmy razem. Bartek uśmiechnął się, kiedy tylko przekroczyłyśmy prób oddziału. Nic mu nie było. Zeskoczył ze szpitalnego łóżka, jakby wstał po lekkiej drzemce – chrząknęła. – Muszę się napić. zaschło mi w ustach…
Wykorzystałem chwilę przerwy, żeby zagadać do Renaty. Opowieść pani Wandy musiała szarpać ją za serce, ale trzymała się dzielnie. Potem przyznała się, że odpłynęła we wspomnienia z czasów, kiedy ta opowieść byłaby tylko ciekawa, a nie bolesna.
Kowalska odstawiła kubek z kompotem i wróciła do opowieści:
– Znów to samo: badania; zachodzenie w głowę, co się stało; następne badania i jeszcze więcej pytań. – Usiadła na welurowej podusze. Ponura aura spowijała ją ciężkim cierpkim uczuciem bólu. – Wypisałam Bratka na żądanie. Kolejne dni wyniszczyły mnie psychicznie. Kiedy Amelia wychodziła do szkoły on zasypiał albo wpadał w ten swój dziwny trans. Jadł, kiedy go karmiłam, wykonywał proste polecenia, milczał… To upiorne milczenie. Ono było najgorsze.
Kątem oka zauważyłem, że Renata zaciska dłonie na oparciu fotela.
– Wszystko zmieniało się po powrotach Amelii. Jakby wstępowało w niego życie, wiecie? Jakby ktoś włączył mojego syna do kontaktu.
– Może się pani zdziwi, ale w jego sytuacji to całkiem normalne.
– Nic mnie już nie dziwi, panie Maksymilianie. Zaczęłam czytać, szukać informacji o podobnych przypadkach. Ludzie, lekarze, szamani, mistycy… Nic nie miało sensu. W którymś artykule natrafiłam na opis podobnej przypadłości. Tłumaczono to bardzo specyficzny urazem mózgu, że ponoć wspomnienia jakiejś bliskiej osoby stymulują uszkodzone obszary w głowie. Kobieta, która miała męża dotkniętego tym przedziwny stuporem, kupiła mu psa i po czasie ten zwierzak przejął jej rolę w postaci bodźca. Pomyślałam: to ma sens.
Przytaknąłem. Niewiedza w połączeniu z desperacją pozwalają dostrzec sens w najdziwniejszych rzeczach. Potrafiłem to zrozumieć.
– Z oczywistych przyczyn nie chciałam na razie nowego psa. Zdecydowałam się na myszki i rybki. Skonsultowałam to ze znajomym z zoologicznego. Doradził, poinstruował, dał zniżkę, zaoferował pomoc przy szykowaniu. Dzieciaki miały taką frajdę, że aż miło było patrzeć. Po weekendzie Amelia poszła do szkoły. Bartek siedział przed klatką i akwarium i patrzył na zwierzęta nieobecnym wzrokiem. Pocieszyłam się, bo to i tak lepiej niż spanie. Wyszłam na chwilę na zakupy. Wiem, że to głupie, ale musiałam, a to tylko kawałek. Nie wiem, czy zajęło mi to pół godziny. Wróciłam, rzuciłam torby i zajrzałam do pokoju.
Pani Wanda przerwała. Łzy spłynęły strugami. Tej burzy nie zdołała opanować.
– Nie musi pani tego opowiadać, jeśli…
– Musi. – Głos Renaty sprawił, że oboje razem z panią Wandą wzdrygnęliśmy się w siedziskach. – Proszę mówić dalej. Co pani zastała? Co zrobił pani syn? – naciskała.
– Wszystkie zwierzęta leżały martwe: pourywane kończyny, poskręcane łebki, a rybki rozrzucono po pokoju. Bartek spał. Nie mogłam go dobudzić. Pozbierałam te truchła i wrzuciłam do pieca. Poprosiłam siostrę, żeby odebrała Amelię. Kiedy córka wróciła do domu, Bartek wstał z łóżka i spytał, gdzie jego zwierzątka.
– Czy po wypowiedzeniu tego na głos, rozumie pani, dlaczego tu jesteśmy i dlaczego ta sytuacja jest niebezpieczna?
Po tych słowach zrozumiałem, o co chodziło mojej partnerce. Wypowiedziane słowa trudniej jest schować w głowie i udawać, że to tylko głupie myśli.
– Nie pozwolę wam zabrać mojego syna.
– Nie ma pani wyboru.
– Renata, może…
– Nie, Maks. Sam wiesz, że tak jest. Twoja miękka gra już się skończyła.
Pani Wanda otarła łzy.
– Wynocha.
– My wyjedziemy, ale jutro pojawi się tu policja i zabierze chłopaka bez pytania o zdanie i…
– I co! Utniecie mu głowę! Spalicie! Zakopiecie żywcem!
– Kobieto, ogarnij się! Masz pod dachem potwora!
Renta poczerwieniała na twarzy. Musiałem interweniować.
– Posiedźmy chwilę w ciszy, dobra? Nikt tu nie jest niczyim wrogiem. Nikt też nie chce nikogo zabić. Po prostu ta sytuacja jest na tyle specyficzna, że nie bardzo są na nią procedury. Kotwiczenie to wyjątkowo rzadki dar.
Wyczułem jak bardzo Renata walczy ze sobą, żeby mnie nie zbluzgać za słowo „dar”, ale wytrzymała w milczeniu. Przynajmniej na tyle długo, że emocje nieco opadły.
– Mogłaby pani załatwić opiekunkę do dzieci?
Pani Wanda spojrzała na Renatę jak na wroga, z którym los zmusił ją do pertraktacji.
– Po co?
– Pojedziemy do kliniki. Chcę pokazać pani waszą przyszłość.
Kowalska spojrzała na mnie z niemym pytaniem wyrysowanym na twarzy.
– Uważam, że to dobry plan. Proszę się nie bać. Jeśli nie ma pani nikogo do opieki załatwimy kogoś z komendy.
Milczenie…
– Zadzwonię do siostry. Dajcie mi chwilę.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania