Pieśń pokoju cz.9
ROZDZIAŁ III
Droga wśród pól i stepów wschodniej Ukrainy nie zachęcała do podziwiania monotonnego krajobrazu. Smętna szarówka i siąpiący deszcz jeszcze bardziej potęgowały nijakość otoczenia. Kierowca podkręcił głośność radia; żwawa muzyka pop trzymała go z dala od snu. Obok mnie siedziało dwóch ukraińskich żołnierzy, niezbędne środki ostrożności blisko frontu. Ludzie Somy porozumieli się z obiema stronami konfliktu, ale samo wypuszczenie wiadomości mogło sprowokować atak zarówno ze strony wierzących w objawienie boskiej mocy, jak i tych którzy chcieli zatuszować wołogoskowy cud dla dobra własnej propagandy.
Żołnierze milczeli. Założyłem, że nie rozumieją angielskiego, którym posługiwałem się, odkąd opuściłem samolot na lotnisku w Kijowie. Znałem rosyjski, ukraiński, polski i angielski, ale przy miejscowych wolałem się nie ujawniać; zawsze istniała szansa, że podsłucham coś istotnego. Upozorowałem głupawy uśmiech na dźwięk „Myślisz, że on gada po naszemu?" czy „Nie. To jakiś zachodni ekspert. Zobacz, jak ta pizda się szczerzy. Nic nie rozumie". Nie protestowałem, kiedy mnie obrażali czy złorzeczyli na obłudę i bierność Zachodu. Mieli do tego prawo. Zresztą przez większość trasy przeważała cisza. I dobrze: miałem sporo materiałów do przerobienia. Najwyraźniej po zbombardowaniu rzekomych ukraińskich kryjówek rozsianych po całym Wołogosku zaczęło tam dochodzić do dziwnych incydentów. Armia ukraińska wycofała resztki sił, żeby nie prowokować dalszych zniszczeń w zabudowie cywilnej. Po ostrzale Rosjanie wkroczyli w gruzowisko i w rój smętnych nienawistnych ludzi. Rozruchy były kwestią czasu. Do pierwszego dziwnego zjawiska doszło jeszcze przed zajściem z mojego snu. Mężczyzna zaczął rzucać kamieniami w rosyjski patrol. Okupanci oddali strzał ostrzegawczy, ale drugi z ukraińskich awanturników wyciągnął pistolet. Rosyjski żołnierz nie mógł oddać celnego strzału pomimo niewielkiego dystansu. Seria przed nogami spłoszyła mężczyzn, a w raporcie uzasadniono to zacięciem broni. Potem śniączka Somy przeczesała wspomnienia Rosjanina. Celował wprost w Ukraińca, ale nie mógł nacisnąć spustu. Nie dlatego, że ten nie działał. Po prostu nie mógł. Kolejny przypadek. Ukrainka złapała za kuchenny nóż podczas przeszukania. Rosjanin zeznał, że wpadł w furię, ale w porę się opamiętał. Dalsze grzebanie mu w głowie wykazało podobny przypadek: paraliżująca niemoc, kiedy Rosjanin chciał nacisnąć spust. Inne osoby, inne części miasta, inne okoliczności, inny typ broni.
Terenówka zatrzymała się z mocnym szarpnięciem. Kierowca ewidentnie nie miał wprawy w wożeniu cywilnych pasażerów. Jeden wojskowy oświadczył łamaną angielszczyzną, że jesteśmy blisko frontu i zaraz przejmą mnie sucze syny. To ostatnie powiedział po ukraińsku. Schowałem laptopa i wyjrzałem zza siedzenia na drogę przed nami. Z naprzeciwka nadjeżdżała kolumna trzech... Musiałem się mocno przyjrzeć. Tak, to z pewnością UAZ-y. Nieraz podróżowałem takim po Syberii czy bezdrożach południowej Azji.
Ukrainiec po mojej lewej wysiadł i dał znak, żeby tamci zatrzymali samochody. Otworzył drzwi i kazał mi wysiąść. Z pierwszego UAZ-a wysiadło dwóch Rosjan. Podeszli do nas i zaczęli wymieniać rozkazy z Ukraińcem. Oczywiście padło kilka prześmiewczych uwag na mój temat: „polska wróżka", „paskudna ta karga" i tego typu sprawy. Uśmiechałem się serdecznie na przemian z robieniem miny „nic nie rozumiem". Wiedziałem, że mnie sprawdzają. W końcu ustalili, jak przekazać ładunek. Rosjanin, wnosząc po pagonach porucznik, zawołał jeszcze dwóch swoich, a Ukrainiec nakazał otworzyć bagażnik. Trzy ciężkie walizki z zamkiem szyfrowym. Wystarczyło spojrzenie Rosjanina, żebym wiedział, co robić. Otworzyłem pierwszą walizkę z napisem rzeczy osobiste. Ta była najmniej kontrowersyjna. Wojskowy pogrzebał trochę w środku i nakazał zabrać ją do UAZ-a. Przeczuwałem w duchu, że z drugą nie pójdzie tak łatwo. Otworzyłem zamek. Fiolki, szkatułki z kamieniami, torby suszu i fetysze różnego rodzaju. Rosjanin spojrzał na mnie pytająco.
– Szto eta za gawno?
To mogłem zrozumieć bez głębokiej znajomości języka.
– Do badań – rzuciłem prostą angielszczyzną.
Zamknął walizkę. Trzecia była najbardziej problematyczna, ale człowiek Reta przekazał listę – została zaakceptowana. Pytanie, czy ci Rosjanie o tym wiedzieli.
Długi pakunek w czarnym pokrowcu leżał wyeksponowany na licznych starych woluminach. Nie było sensu nic chować, to mogło tylko pogorszyć sprawę. Zresztą Ukraińcy mieli ten sam wyraz twarzy, kiedy ich przełożony rozłożył zestaw noży, szpikulców i sztyletów. Od początku mówili, że będzie z tym problem, ale ja nalegałem.
Rosjanin wziął sztylet zaklęty japońskim haiku. W rękojeść wetknięto grzywę z cienkich rzemieni z licznymi węzełkami. Odłożył go na miejsce, po czym sięgnął po mój największy i najcenniejszy eksponat – długi kord ze srebrnym ostrzem i małym rubinem osadzonym w złoconej rękojeści. Rytualne ostrze zdobyte podczas misji w Mongolii.
Chciwość porucznika była niemal namacalna. Na pewno rachował w głowie, czy opłaca mu się kradzież dość nietypowego przedmiotu. To ostrze też schował i zamknął kufer. Nakazał zabrać oba bagaże do UAZ-ów, rzucił coś do Ukraińca i zrobił drwiący ukłon połączony ze wskazaniem drogi.
Pożegnałem się z ukraińskim dowódcą konwoju i poszedłem do rosyjskiej terenówki. Ostatnie kilka kilometrów drogi do Wołogoska wiodło przez teren walk, choć tu panował nieoficjalny rozejm wynegocjowany przez Somę.
Podróż nie trwała długo. Pierwszy punkt mojej misji zakładał rozmowę z wysłannikiem Rodovery w rosyjskim obozie na obrzeżach miasta. Rosjanie otoczyli Wołogosk szczelnym kordonem posterunków, po tym jak zachęceni ,,cudem" cywile zaczęli coraz śmielej szturmować oddziały okupanta. Wtedy to pierwsza grupa Ukraińców przekonała się, że cud ma realną granicę, za którą zostaną wystrzelani jak kaczki.
UAZ-y zaparkowano w pobliżu szarego budynku z małymi oknami. Typowe depresyjne budownictwo starych rządów w starych czasach, ale czy na pewno minionych? W wielu miejscach w tak zwanym cywilizowanym świecie te stare czasy miały się dobrze i nie planowały przemijać.
Kazano mi wysiąść z samochodu.
Skromnie wyglądający człowiek w nieco staroświeckich okularach podał mi rękę.
– Iwan Czerniecew, akolita Wołchwa Dormy – przedstawił się nieco spłoszony, po czym poinformował płynną angielszczyzną, że urzędnik Rodovery czeka w gabinecie.
Dorma Ponomariow. Reto kazał mi uważać na tego człowieka. On ze wszystkich wysokich rangą wiedunów Rodovery najgłośniej agitował przeciwko przystąpieniu do Porozumienia Symeońskiego.
Podziękowałem tłumaczowi i zerknąłem na porucznika, który cały czas pilnował bagażnika z moimi walizkami.
– Musi mi pan wpierw pomóc.
– Oczywiście. W czym problem?
– Muszę zadbać o swój dobytek. Będzie pan tłumaczył.
Iwan powiódł wzrokiem za moim spojrzeniem.
– Proszę się nie martwić, wszystko będzie na swoim miejscu.
– Wolę jednak dmuchać na zimne – nalegałem.
Iwan nie oponował dłużej i razem zbliżyliśmy się do Rosjanina z eskorty. Można było łatwo poznać, że wie, dlaczego do niego idziemy. Nagle odwrócił wzrok i zaczął besztać zdziwionego kompana za brudną broń.
Raczył odnotować moją obecność dopiero wtedy, kiedy ta stała się niemożliwa do zignorowania.
– Czo?!
– Zostawiam kufry pod pana opieką. Jest tam sporo rodowych pamiątek. – Robiłem przerwy na tłumaczenie Iwana.
– Porucznik pyta „dlaczego pan mu to mówi?". Stwierdził też, że wie, jakie ma rozkazy.
Iwan był bardzo grzecznym człowiekiem, bo wojskowy w rzeczywistości powiedział, że sra na moje guślarskie gówna i że ma swoje rozkazy. Zareagowałem spokojnym skinieniem głowy.
– Ten sztylet na przykład, który porucznik wcześniej oglądał. Piękna rzecz i szalenie wredna. Mąci człowiekowi w głowie... – Iwan przetłumaczył, dodając więcej dramatyzmu. Chyba zrozumiał, o co mi chodzi. – Dawano go w podarku ludziom, których chciano się pozbyć ze sceny politycznej; budzili się ze sztyletem w rękach i trupem, albo kilkoma, u boku. Tak tylko ostrzegam, że to nie są zwykłe pamiątki.
Kiedy Iwan skończył tłumaczyć, porucznik spąsowiał na twarzy i kazał mi spierdalać.
Ustami tłumacza podziękowałem za dobrą służbę i odeszliśmy od terenówki.
– Nie musiał go pan aż tak straszyć. Wiem, jakie pogłoski krążą o rosyjskiej armii, ale ci tu nie muszą kraść.
– To dla jego dobra. Niektóre moje akcesoria potrafią nieźle namieszać w głowie.
Iwan zaprosił mnie do wnętrza budynku polowego sztabu dowodzenia.
– To prawda z tym sztyletem?
– Po części. Obdarowany z reguły sam wypruwał sobie flaki.
Iwan wyraźnie zbladł i stanął tuż za progiem.
– To po co pan wozi takie diabelstwo?
– Najlepszy sposób, żeby sprawdzić, kto ukrywa jakiś niezwykły talent. Z reguły nie jest w stanie utrzymać ostrza dłużej niż kilka sekund.
Iwan przełknął ślinę.
– Lepiej niech pan nie mówi Wołchwa Dormie.
Stanąłem przy schodach, gdzie jeden z żołnierzy bardzo uważał, żeby nie patrzeć mi w oczy. Pogłoski o czarowniku rozeszły się jak świeże bułeczki, a Rosja to większości zacofane wioski – zabobony i złośliwa magia stanowiły stały element folkloru.
Weszliśmy na górę.
***
Wołchwa Dorma, czy raczej Nazar Ponomariow, doszedł do szczytu władzy w Rodoverze jakieś dziesięć lat przed wojną. Tęgi mężczyzna o widocznych tatarskich rysach walczył o zjednoczenie pomniejszych sekt, sabatów i zrzeszeń okultystycznych, żeby wzmocnić rosyjską pozycję na arenie międzynarodowej. Kiedy doszedł do porozumienia z Wielkim Himem Syberii, macki jego wpływów wniknęły we wszystkie grupy rosyjskich starowierców. Nic dziwnego. Syberyjscy Siemiejcy podchodzili do nowożytnych zrzeszeń jak do kolejnych zachodnich nowinek, które tylko czekają, żeby zamieść ich kulturę i tradycję pod dywan, a Nazar wiedział, jak to wykorzystać.
Obecność Ponomariowa w tym miejscu świadczyła o powadze sytuacji. Działo się coś, o czym oficjalne raporty ewidentnie nie wspominały, bo albo nie chciały, albo Soma nie znała całej prawdy. Jakkolwiek by nie było, spotkanie z Wołchwa Dormą miało jakiś głębszy cel, inaczej Reto nie dodałby go do planu wycieczki.
Wielka postać uniosła wzrok znad rozrzuconych aktówek. Nazar ściśnięty za niedużym biurkiem przypominał mojego policyjnego przełożonego, kiedy siadał z nami na stołówce.
– Chyba nie musimy się sobie przedstawiać. – Powiedział to dość płynną angielszczyzną. – Iwan, zostaw nas samych. Poradzę sobie. W końcu nie ma lepszych ćwiczeń językowych niż te na żywo.
Tłumacz wyszedł i zamknął za sobą drzwi.
– Faktycznie, lepiej będzie, jak się pan nie zdradzi. – Wołchwa przeszedł na rosyjski. – Ludzie z automatu będą traktować pana jak bezbronną owcę, która umie tylko beczeć i się uśmiechać. Oczywiście tylko ci, którzy pana nie znają.
Złapał za butelkę wódki i nalał do dwu kieliszków. Gęste czarne włosy rozsiane obficie po całym ciele, wywoływały u mnie lekkie poczucie zagrożenia. Zupełnie jakbym siedział przed oswojonym niedźwiedziem: niby zachowuje się spokojnie, ale nigdy nie wiadomo, kiedy obudzi się dzikie zwierzę.
– Proszę się napić, no, chyba że zdrowie nie pozwala?
– W tym aspekcie zdrowie pozwala mi jeszcze na sporo swobody. Za wstrieczju! – przeszedłem na rosyjski i wypiłem toast.
Czuć było, że wódka jest gatunkowo dobra, ale i tak przeszył mnie dreszcz odrazy. Ogólnie nie należałem do koneserów wódki. Całe szczęście Dorma przyjął z rozbawieniem moje aż nazbyt widoczne wewnętrzne zmagania i podsunął dobrze ukiszone ogórki na zakąskę. Obie te rzeczy okazały się zbawienne dla przełyku.
– Dziękuję.
– Nie ma za co. Przejdźmy do celu pana wizyty, panie Maksymie.
Znał moją tożsamość, czyli żadnych gierek.
– Maksymie wystarczy.
Dorma obrzucił mnie spojrzeniem starego drapieżnika, który widział w swoim życiu więcej, niż by chciał zobaczyć.
– Piliśmy już, to dlaczego nie. – Uścisnęliśmy sobie dłonie. – Słuchaj, Maksym. Twoja Soma na pewno cię dobrze poinformowała, ale oni nie wiedzą wszystkiego, bo i wszystkiego wiedzieć nie muszą.
Stwierdzenie „twoja Soma" wywołało we mnie odruch buntu, ale stwierdziłem, że wyjaśnienie mojej skomplikowanej relacja z tą organizacją nie przyniesie żadnych korzyści, a wręcz może jeszcze zaszkodzić.
– Podzielisz się ze mną brakującymi szczegółami, czy będę musiał sam wszystko odkryć?
Nazar sapnął ledwo słyszalnie.
– Nie boisz się, co?
– Jeżeli znasz moje imię to zapewne też listę moich przygód włącznie z wielkim finałem z udziałem dziewczynki, mentalnych terrorystów i wielu ofiar. Mało jest rzeczy, których się boję.
Pokiwał głową i rozlał drugą kolejkę.
Po takich słowach nie mogłem spietrać się przed pięćdziesiątką wódki. Drugi strzał przynajmniej nie palił już tak mocno.
– Soma myśli, że to jakiś urok rzucany na rosyjskich żołnierzy – przeszedł do rzeczy. – Kilka przypadków napędziło rozgłos, a z nim przyszedł strach i legenda. Żołnierze boją się wjechać do miasta, a Ukraińcy nie wyściubiają głów poza granice tego, psia mać, cudu, żeby się nie przekonać na własnej skórze, że nie są wszechmocni.
– A ty co myślisz, Nazar?
– Ja czy Rodovera?
– Ty. Ciekawi mnie twoje zdanie.
Dorma oparł włochate przedramiona na blacie, jakby chciał zademonstrować swoją przewagę fizyczną. Prawda była taka, że nie tylko fizyczną. W starciu jeden na jeden to ja skończyłbym w obłędzie albo skonał brocząc krwią z nosa i z oczu. O nim też krążyły opowieści – niezbyt ładne historie, bez happy endów dla przeciwników Nazara.
– Ty widziałeś już dużo cudów, Maksym. Nawet może więcej niż ja. Wiesz, że za każdym stoi człowiek, albo grupa ludzi bawiących się mocą, której do końca nie rozumieją. Tu nie może być inaczej. Wystarczy tylko przekopać to miasto wzdłuż i wszerz, wykurzyć robactwo z piwnic i wyrwać chwasty odpowiedzialne za ten zasrany urok.
– I pewnie byś to zrobił, gdyby rada posłuchała cię kilka lat wcześniej i nie przystąpiła do Porozumienia?
– Nie igraj ze mną. – Wskazał na mnie palcem tak, jakby wskazywał, którego skazańca należy rozstrzelać. – Nie drwij, bo ja mam do ciebie szacunek, ale do siebie też.
Chyba faktycznie przesadziłem ze szturchaniem niedźwiedzia.
– Nie igram. Pytam? Myślałem, że rozmawiamy przy wódce, a nie przez mównicę.
Polałem. Ten już musi być ostatni...
Przyjął trunek i wypił, wznosząc niemy toast pojednawczy.
– A żebyś wiedział, że szybko skończyłbym te zabawy z urokami. – Ponownie wskazał na mnie palcem, ale już tak bardziej po przyjacielsku. Przynajmniej bardzo chciałem, żeby tak było.
A co mi tam. Albo zyskam szacunek, albo wroga.
– I właśnie dlatego cieszę się, że Rodovera wstąpiła do Porozumienia. – Spąsowiał na twarzy, ale milczał. – Widziałem wojnę toczoną poza Porozumieniem. Matki duszące noworodki w betach, bo malca spotkał niefart w postaci ojca polityka. Masakry wywołane szaleństwem. Ludzi skaczących z wieżowców z uśmiechem na twarzy, opęntańców strzelających do tłumu na zatłoczonym rynku, czy dziwne choroby toczące umysł i ciało. Ja to widziałem na własne oczy, Nazar, bo w takie miejsca posyła mnie Soma. Żeby dokumentować, ku przestrodze dla reszty świata. Widziałem szpalery kobiet żywcem nabitych na pale i konających w ogniu. – Spojrzałem mu głęboko w oczy. – Rozumiesz? W dwudziestym pierwszym wieku, Nazar. Dlatego myślę, że już lepiej, jak tylko do siebie strzelamy, i uważam, że Rodovera też wiedziała więcej i lepiej niż jeden człowiek, choćby tak szanowany jak ty.
Pokiwał głową.
– Dobra, już przestań pierdolić smuty przy porządnym trunku. – Niestety tej kolejki również nie dało się odmówić. – Gadaj teraz, co ty o tym myślisz?
Alkohol zaczynał mocno szumieć między uszami, ale trzymałem się dzielnie; chyba nawet lepiej niż Dorma.
– Uważam, że wojna odebrała komuś coś bardzo cennego. Uważam, że ten ktoś nie ma już wiele do stracenia, więc bawi się mocą, i będzie to robił, dopóki go nie znajdziemy. My albo kilka zbłąkanych kul. Taka jest moja teoria na dziś.
– To może być słuszna teoria. Tutejszy sabat to zgromadzenie tylko dla kobiet. Tamtejsza Babcia prowadzi pensję dla utalentowanych dziewcząt. – Zagryzł ogórka i popił słoną zalewą. – Rozumiesz, Maksym. Kilkadziesiąt kobiet ze strefy działań wojennych; pewnie co druga już kogoś straciła. Chyba nie może być więcej żalu w jednym miejscu.
Wiedziałem do czego zmierza i niestety miał rację. Na wojnie giną mężczyźni: synowie, mężowie, ojcowie.
– Myślisz, że jakaś wdowa postanowiła ukierunkować swój żal?
– Myślę, że niejedna. Jeszcze po jednym?
– Ja już podziękuję. Muszę jeszcze poczytać, a Sabat Mokosz jest po drugiej stronie miasta.
Nazar uśmiechnął się i napełnił oba kieliszki.
– Zatem mam dobre wieści: zostajesz tu. Przynajmniej na dzisiejszą noc. Poczekaj, zanim się uniesiesz. Babcia Makrid poprosiła o zwłokę, żeby wszystko przygotować. Wiesz, będziesz jedynym mężczyzną w sabacie, a panny tam samotne, noce zimne. Babcia musi przygotować ci izbę za fosą i ostrokołem. Ha! Czekaj, przyniosę nam po cygarze.
Wołchwa Dorma podszedł do kredensu przy oknie.
Zaczynał pokazywać swoją swojską kulturowo twarz. Nie lubiłem tego podejścia do kobiet. Lubieżne aluzję, klepanie po tyłku, ślinienie się starych dziadów na widok młodych dziewczyn. Tego też już za dużo widziałem. Niestety poza miastami większość Rosji tak wyglądała. To odróżniało ich od Ukraińców, gdzie kult wiedźm przekazywano z pokolenia na pokolenie wraz z szacunkiem do ich mocy i wiedzy.
Należało zakończyć to spotkanie, zanim wejdziemy w rejon żartów o chędożeniu czarownic i głębokie rozważania o polityce Putina.
– Ja podziękuję. – Wstałem z siedziska.
– A czemuż to?
Dostrzegłem szczery zawód w jego oczach.
– Chcę skorzystać z okazji i poczytać nieco więcej o mokoszankach. Da mi to pewną przewagę na starcie.
– No dobrze... Iwan!
Mężczyzna zjawił się niczym dobrze wyuczony służący. Rola adepta nie była łatwa, ale Iwan znosił ją dzielnie. A przynajmniej sprawiał takie wrażenie, bo wkroczył do tymczasowego biura Dormy jak wierny pies, szczerze szczęśliwy, że może służyć swojemu panu.
– Tak, Wołchwa?
– Odprowadź Maksymiliana do pokoju.
***
Walizki czekały na mnie w niewielkiej depresyjnej izbie. Przez małe okna zabezpieczone całkiem nowymi kratami wpadały reszki zachodzącego słońca. Nie byłem do końca pewien, czy kraty miały mnie chronić, czy powstrzymać przed ucieczką.
Zbędny zabieg w obu tych przypadkach.
Obejrzałem zamki w bagażu. Wyglądały na nienaruszone. Otworzyłem ten z księgami i sztyletami. Wszystko leżało na swoim miejscu. Wyciągnąłem materiały o lokalnym sabacie, ale nie zamierzałem czytać do późna; alkohol sprawił, że trzymane w ryzach zmęczenie podróżą wypełzło na wierzch i zaległo mi na plecach. Odłożyłem druki, zapaliłem lampkę i w przypływie zdrowego rozsądku sięgnąłem do drugiej walizki.
Rozmowa przez śniączkę przywróciła mi świadomość, jak bardzo człowiek jest bezbronny, kiedy odpływa z jawy; kiedy głębie jego umysłu stają otworem niestrzeżone przez wolę i świadomość. Przeraziło mnie uczucie bezbronności, a poziom bezmyślnego rozpasania, na który sobie pozwoliłem, wywołał gniew. Na obcym terenie takie błędy przepłaca się życiem.
Przed wyjazdem zrobiłem odpowiednie zapasy.
Wyciągnąłem z bagażu okrągły fetysz, z którego zwisały trzy pukle różnobarwnych włosów. Kiedyś uważano, że włosy niosą myśli poza ciało, dlatego dawni mentaliści golili głowy i przywdziewali peruki. Jak to w życiu bywa, prawda okazała się nieco bardziej skomplikowana. Napisano nawet o tym pracę naukową. Oczywiście tylko dla wtajemniczonych. Niemniej jednak włosy faktycznie miały to do siebie, że przetrzymywały myśli właściciela zamknięte we włóknach i cebulkach. Pospolite w dzisiejszych czasach chwytacze snów z piórkami, koralikami i drewnianymi klockami wyglądały ładnie, niektóre nawet mistycznie, ale nie przynosiły żadnej realnej korzyści prócz tej estetycznej. Mój chwytacz wykonałem sam, z prawdziwych włosów oplecionych na drewnianej obręczy jak trójkolorowa pajęczyna. Sztuka nakazywała jak najbardziej zróżnicować włosy, żeby senny najeźdźca zgubił się w plątaninie kolorów, myśli i wspomnień.
Powiesiłem fetysz nad łóżkiem tak, żeby przymocowane pukle opadały swobodnie, ale nie dotykały wezgłowia.
Położyłem się z lekturą w rękach. Nawet nie wiem, kiedy zamknąłem oczy.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania