Poprzednie częściPieśń pokoju cz.1

Pieśń pokoju cz.8

INTERLUDIUM

 

Szedł niespiesznie, a raczej wlókł się ostatkiem sił, byleby uciec od tego piekła dokoła. Wołogosk płonął. Nalot i ostrzał obrócił większość zabudowań kilku dzielnic w morze dymiącego gruzu, a całe miasto zdawało się jęczeć z bólu, przypalone ognistym deszczem. Krzyki, swąd spalenizny i desperackie wystrzały mieszały się w makabryczną zapowiedź wstąpienia piekieł na Ziemię. Rosjanom nie udało się sforsować obrony w konwencjonalny sposób. Czwarta kompania batalionu Ajdar walczyła jak opętana; strzelali z okien, szybów i śmietników; zza powalonych pojazdów i wszystkiego, co nadawało się na osłonę, a Rosjanie przeklinali wołogowskie „Szerszenie”, mocząc portki na samą myśl o wejściu do miasta. W szeregach Ukraińców krążyła anegdota, że kacapy boją się unosić klapę od sracza, żeby nie dostać kulki w dupę.

Mykola zaśmiał się do tej myśli. Ból poharatanych wnętrzności nieco zelżał, ale krwawy ślad, który zostawiał za sobą młody żołnierz, nie wróżył niczego dobrego. Mimo wszystko nie dopuszczał do siebie myśli, że dla niego to już koniec. Widział już gorsze rany przepijane dobrą wódeczką. Jednego z jego oddziału kacapy tak naszpikowali śrutem, że chirurg zapełnił całą paterę, kiedy go łatał. Potem śmiali się z chłopakami w koszarach, że Bohdan musi dziury w bebechach palcami zatykać, bo mu będzie horilka bokiem uciekała.

Zaczynało już zmierzchać, kiedy Mykola wszedł do częściowo zawalonego budynku i wymierzył karabinem w środek izby oświetlonej krwawym światłem zachodu. Wewnątrz nie było nikogo. Ulżyło mu. Po nalocie nie spodziewał się orków tak głęboko za linią frontu – jeszcze nie, ale nie chciał zasypiać na zewnątrz wśród zmasakrowanych ciał kolegów i cywili, więc szukał jakiegoś schronienia – zawsze bał się trupów.

Usiadł pod ścianą, zdjął majluka z ramienia i położył na podłodze, tuż pod ręką, żeby być gotowym na pierwszy zwiad wargów. Nazwy ze Śródziemia Tolkiena szerzyły się od początku wojny: po części po to, żeby ośmieszyć Rosjan, a po części dlatego, że łatwiej zabija się fikcyjne kreatury aniżeli ludzi – nawet po stronie wroga.

Mykola spojrzał na nasiąknięty szkarłatem dół munduru. Dostał porządnie i w pierwszej linii już raczej nie zawalczy, ale miał nadzieję, że chociaż uda mu się ustrzelić jeszcze jeden kacapowy czerep, który zabłądzi pośród zgliszczy.

Bombardowanie trwało. Pohuki docierały do centrum miasta w miarowych odstępach – bardziej głuche, oddalone, ale nie mniej bolesne, bo każdy grzmot niósł śmierć niewinnym ludziom, jego rodakom, a wszystko przez tego svolotaka na Kremlu! Musiał rzucić coś na stół, inaczej sam zniknąłby gdzieś na Sybirze. Pieprzony Putler. Wiedział, że mu już powróz szykują, więc wyzbył się hamulców, resztek człowieczeństwa i posłał na miasto nawałnicę ognia i śmierci.

Mykola splunął krwią i zadrżał. Ból szarpał mu flaki z każdym ruchem, a okropny chłód wędrował od nóg w górę ciała.

Zimna strasznie ta wiosna, pomyślał i objął się ramionami.

Spojrzał w okno. Rozbłyski poprzedzały coraz to bardziej stłumione wybuchy.

– No, Polinko… – pogłaskał karabin. – Poczekamy tu na pomoc. Nasi za rzeką stali i w mieście przecież też ktoś musiał zostać przy życiu. – Spróbował poruszyć nogami, ale lewa była cała zdrętwiała, a prawa bolała jak diabli. Jęknął. – Poczekamy, Polinko. Cierpliwość to cnota. – Poklepał karabin.

Coś poruszyło się za zwałami gruzu. Mykola pochwycił broń i wycelował, ale lufa kręciła w powietrzu szerokie zawijasy. Nie miał siły porządnie wycelować.

– Kto tam! Wyłaź albo sito z rzyci zrobię!

Poła ciemnej wełnianej sukienki wychynęła zza zwaliska gruzu, a za nią małe ciałko okutane brudnym kożuchem. Dziewczynka wbiła w żołnierza piękne, wielkie oczy i zastygła w miejscu. W dłoniach ściskała szmacianego misia.

Opuścił broń i podziękował Bogu, że nie wystrzelił.

– Skądś ty, dziecko, się tu wzięła?

Dziewczynka nic nie powiedziała, tylko nieśmiało podeszła bliżej.

– Gdzie matula twoja? – O ojca nie pytał, bo najpewniej na wojnie: albo walczy, albo już odpoczywa.

– Nie wiem – odpowiedziała dziecięcym, kojącym głosem. – Myśli pan, że nic nam nie będzie?

Mykola uśmiechnął się i przesunął nieco w stronę okna, żeby zrobić małej miejsce obok siebie.

– Nasi pewno już w odwecie idą. Chodź, usiądź, pewno ci zimno, bo nawet shapki nie masz. Razem poczekamy, cieplej będzie.

Dziewczynka uśmiechnęła się delikatnie i zajęła wskazane miejsce.

– Boli pana? – zapytała, spojrzawszy na ranę.

– Jak cholera. Wyliżę się, tylko ruszać kopytami nie mogę, bo jucha leci… – Ugryzł się w język. Przy dziecku musiał się hamować. – Jak ci na imię?

– Nadia, proszę pana – odpowiedziała grzecznie. – A panu?

– Mykola.

– Wszytko będzie dobrze, Mykola. – Położyła mu głowę na ramieniu, a on pogłaskał ją po ciemnej czuprynie. Była taka ciepła.

– A ten twój obrońca to jak ma? – Wskazał na niedźwiadka trzymanego w uścisku małych urękawiczonych dłoni.

– Mykola – odpowiedziała z uśmiechem.

Zaśmiał się w głos.

– To tak jak ja.

– Tak. – Dziewczynka położyła Mykolę na brzuchu Mykoli i nakazała trzymać, po czym wstała i podeszła do okna.

– Nie podchodź! – Chciał się poderwać, ale nie czuł już niczego od pasa w dół, i jeszcze ten przeszywający chłód… Odbierał chęci do czegokolwiek.

– Przyjdą po nas, Mykola, wiesz – powiedziała z taką pewnością siebie, że poczuł spokój.

– Wiem.

– Tylko się nie ruszaj, dobrze. – Uśmiechnęła się ślicznie.

– Dobrze – wychrypiał.

Ciężko oddychał, ciężko mówił i ciężko mu było myśleć; nawet powieki ważyły każda tyle, co worek kartofli. Oparł głowę o zimną ścianę, gotów uciąć sobie drzemkę, ale ciepłe rączki chwyciły go mocno za policzki i odciągnęły od kuszącego oparcia.

– Nie śpij, Mykola, nie zasypiaj! Bo będę musiała sobie iść!

– Nie… idź… nigdzie. Tam jest wojna… Jest… niebezpiecznie – plątał mu się język. Wszystko było takie trudne, tak niewyobrażalnie ciężkie. Chciał zdjąć drobne dłonie z twarzy, ale one trzymały go jak stalowe kleszcze.

– Puść, odpocznę, tylko chwilę…

– Nie śpij, Mykola, proszę, jeszcze trochę… Twoi już idą.

Wbite w twarz palce sprawiały mu ból, ale nie chciał jej zostawić, więc otworzył oczy.

– Już dosyć, Nadia. – Basowy głos wybrzmiał pomiędzy dziurawymi murami czegoś, co jeszcze rano było salonem fryzjerskim.

Ranny ukraiński żołnierz otępiałym ruchem obrócił głowę w kierunku wyważonych drzwi. Wysoka postać. Mężczyzna, łysy i chyba czarnoskóry… Wzrok płatał Mykoli figle a obraz rozmazywał się w chwili, kiedy ten chciał się na czymś skupić. Nieznajomy stał w progu roztrzaskanego wejścia otulony światłem zachodzącego słońca. Wyglądał niemal nierealnie.

Przybysz podszedł do obojga, ale Nadia nawet na niego nie spojrzała. Cały czas trzymała głowę Mykoli i szeptała coś, czego chłopak nie był już w stanie zrozumieć. Ogromna dłoń delikatnie spoczęła na jednej z kruchych rączek dziewczynki.

– Już daj mu spokój.

– Jeszcze chwilę, zaraz przyjdą. Słyszałam sygnał karetki – warknęła ochrypłym głosem.

– Zabierz misia i wracaj do siostry. Jest dziś bardzo zajęta, musisz jej pomóc. – Dziewczynka odwróciła się gwałtownie. Zeszklone oczy i nadęte policzki natrafiły na serdeczny uśmiech pełnych ust. – No już, zmykaj. Nie męcz Mykoli. Niech się prześpi.

– Dobrze, Mose.

Puściła twarz żołnierza. Jego wiotki, zdrętwiały kark nie utrzymał ciężkiej głowy i chłopak uderzył o ścianę. Nadia wyrwała mu misia. Mykola chciał coś powiedzieć, ale jego ciało zmieniło się w sopel lodu; zdrętwiałą bryłę z resztką świadomości. Dziewczynka wybiegła z budynku wprost do zrujnowanego miasta i zniknęła w promieniach zachodu. Mykola chciał za nią pobiec, ale jedyne, co mógł zrobić, to wydać ledwo słyszalne jęknięcie.

Postawny mężczyzna przykucnął naprzeciw.

– Spójrz na mnie – nakazał.

Ciężkość głowy i karku zniknęła. Mykola jak gdyby nigdy nic odkleił potylicę od ściany i spojrzał prosto w parę ciemnych okularów.

Mose sięgnął za ucho i ściągnął przesłony.

Trwoga zalała serce młodego obrońcy Wołogoska. Oczy zarośnięte skórą przenikały go niewypowiedzianą grozą. Chciał uciekać, ale nie miał ciała, jedynie głaz niezdolny już do niczego.

– Kim jesteś? – spytał, choć nie był pewien, czy ruszył ustami.

– Ślepcem, Diabelskim Krupierem, Wędrowcem, różnie na mnie mówią – oświadczył nieznajomy. – Ty już wiesz, gdzie idziesz, prawda?

Chłopak tylko patrzył bez zrozumienia w potworną twarz, która teraz wydała mu się bardzo sympatyczna, niczym oblicze dobrego przyjaciela. Złote tęczówki zastąpiły bezdenne otchłanie.

Żołnierz zamknął oczy.

Majaki, przeklęte omamy, pomyślał i przywołał modlitwę jak tarczę chroniącą przed złem.

Przybysz zaśmiał się gromko.

– Chodź, Mykola, nie będziemy już rzucać kośćmi. Wstań.

Nieznajomy wyciągnął masywną dłoń. Mykola złapał ją mimowolnie i wspomożony potężnym szarpnięciem poderwał się do góry. Cały ciężar zniknął jak za dotknięciem magicznej różdżki. Ból, zimno, odrętwienie… Wszystko zostało tam w dole, za plecami. Radość wsączyła się w umysł żołnierza. Cieszył się, że może walczyć, że znów będzie bronił ojczyzny i rodaków. Chciał się obrócić i podnieść karabin, ale nieznajomy nie pozwolił.

– Tam już nie ma nic dla ciebie.

– Czemu tak mówisz?

Kolejny mięsisty uśmiech ozdobił twarz Mose.

– Popatrz mi w oczy.

– Nie chcę… – Mykola zacisnął powieki z takim zawzięciem, jakby uciskał krwawiącą ranę.

– Musisz.

Chłopak spojrzał niechętnie. Ciepłe płynne złoto promieniało miłością i obietnicą.

– Kim jesteś? – powtórzył.

– Mówią mi Mose. Chodźmy. Nie będzie gry. Los w obliczu pewności odkłada karty i zbiera kości.

Mykola myślał przez chwilę nad słowami nieznajomego – choć teraz Mose nie był już obcy. Był Mose.

– Czy ja umarłem? – spytał upojony błogą lekkością umysłu.

– Jeszcze nie, na razie patrzysz mi w oczy. – Dotknął palcem skroni i uśmiechnął jeszcze szerzej. – Ale to już pewne, inaczej byś ich nie zobaczył. Pora na nas.

Mose objął młodego żołnierza ramieniem i poprowadził do wyjścia. W progu chłopak obejrzał się za siebie i pomachał w stronę sinego ciała z rękami zaciśniętymi na broni.

– „Spojrzeć śmierci w oczy” – wyszeptał Mykola. – Tak mówiła babka… Że już patrzy śmierci w oczy. – Przeniósł wzrok na Mose i przesłonił oczy rażony blaskiem, który wlał się do pomieszczenia jak światło długo wyczekiwanego poranka.

– Pamiętam ją – wspomniał Mose z rozbawieniem. – Kapciem mnie chciała tłuc, kiedy stanąłem przy jej łóżku.

Wyszli na zewnątrz.

– Jak się nazywa ten miś? – dobiegło gdzieś z oddali.

Wszystko wydawało się Mykoli takie przyjemnie miękkie, oddalone, rozmyte i nierzeczywiste. Czas straciła kierunek i znaczenie.

– Jegor, proszę pana – odpowiedziała dziewczynka. – Tak jak pan.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania