Pieśń pokoju cz.1

Od autora

Przytulam ciepło po dłuższej nieobecności:). Tekst zawiera w sobie opowiadanie publikowane wcześniej pod tym samym tytułem. Stanowią interludium do głównego wątku wydarzeń i - mam nadzieję - ładnie komponują się w całość fabularną.

 

Miłego czytania

 

***

 

Obudziłem się w środku nocy oblany potem i bardziej zmęczony niż przed kilkoma godzinami, kiedy kładłem się spać w ciemnym mieszkaniu w starej części warszawskiej Pragi. Niestety w moim mieszkaniu. Po kilku latach gwałtownych pobudek powinienem już przywyknąć, ale czy można przywyknąć do czegoś takiego?

Zrzuciłem pościel, zapaliłem lampkę i, przecierając oczy, dowlokłem się do kuchni po szklankę wody. Zimna kranówka wyrwała umysł z resztkowego uścisku sennego koszmaru. Spojrzałem na zegarek – kwadrans po czwartej. Do wyjścia zostały trzy godziny. Samo zasypianie bez proszków zajmowało zwykle więcej, a przepisany psychotrop powalał na długo i otępiał na kolejne kilka godzin po przebudzeniu. Sięgałem po niego tylko z konieczności, kiedy koszmary wracały kilka nocy z rzędu, a chroniczne zmęczenie przeszkadzało w pracy.

Pierwsze otrzeźwienie nie wystarczyło, potrzebowałem mocniejszego pobudzacza. Nastawiłem zaparzarkę i poszedłem doprowadzić sfatygowaną zmęczeniem twarz do stanu zdatności do konfrontacji ze społeczeństwem. Zawsze chwilę wahałem się przed zapaleniem łazienkowego światła. Bolesna prawda odbita w lustrze sprowadzała część sennych strachów na jawę. Nawet po kilkunastu operacjach i doprowadzeniu twarzy do porządku nie mogłem wyłączyć wspomnień. One zawsze nakładały własny obraz na metaliczną powierzchnię.

Wcisnąłem bardzo ciężki przycisk.

Żółte ciepłe światło zalało klaustrofobiczną łazienkę. Odruchowo odwróciłem wzrok od lustra. Przeklinałem terapeutę za to, że kazał mi się z tym konfrontować. Gdyby widział, to co ja, gdyby wracał wizją i czuciem do piekła z zapachem własnego spalonego ciała…

Weź się w garść, Maks!

Pomacałem skórę lewego policzka. Czucie było przytłumione, ale to i tak cud medycyny, który razem ze sztucznym okiem tworzył miraż łudząco podobny do oryginału. Kilka oddechów, uspokojenie myśli i mogłem spojrzeć w lustro. Jeżeli bardzo chce się wierzyć w kłamstwo, to przybiera ono postać dziwnej kalekiej prawdy.

Umyłem zęby, ogoliłem twarz i wszedłem pod prysznic. Kiedyś lubiłem zamykać oczy pod strumieniem ciepłej wody, wsłuchiwać się w szum, wypuszczać wyobraźnię, marzyć. Ale od czasu zamachu pod powiekami kryły się potwory w postaci żywych koszmarów.

Zakręciłem wodę, owinąłem ręcznik wokół bioder i poszedłem po rytualny napój, który wtłaczał w ciało odrobinę życia. Kawa pobudzała już samym zapachem.

Gorące americano i przegląd wiadomości – dobra poranna rutyna.

Wyłuskanie prawdziwych informacji spośród morza reklam, fake newsów i sztucznie generowanych treści stawało się coraz trudniejsze. Człowiek musiał podawać w wątpliwość nie tylko źródła informacji, ale i obrazy łudząco podobne do realnych nagrań. Niemniej jednak było coś fascynującego w tych czasach. Kiedy rozmawiałem z telefonem, komputerem czy pralką, miałem nieodparte wrażenie, że stoję w bramie do jakiegoś futurystycznego świata.

Ubrałem się i zacząłem skrollować. Wiadomość, rolka, zakupy, bank, rolka. Spojrzałem na zegarek. Dwie i pół godziny zleciało, sam nie wiem kiedy. Odetchnąłem z ulgą. Mogłem już iść do pracy i nie wzbudzić podejrzeń u przełożonych i kolegów. Więcej wizyt u policyjnego psychologa, to ostatnia rzecz, której chciałem.

Zarzuciłem wiatrówkę, zabrałem kluczki i chwyciłem za klamkę.

Nie musiałem otwierać, żeby wiedzieć, że klatka schodowa nie jest pusta – ani kto czeka po drugiej stronie.

– Już myślałam, że mi nie otworzysz.

– Kiedyś musiałbym wyjść z domu. A tak ogólnie, to długo wyczekujesz pod moimi drzwiami?

Renata uśmiechnęła się w swoim smutnym i nieco łobuzerskim stylu.

– Nie. Słyszałam, że się wiercisz i bierzesz klucze. Raczej nie po to, żeby otworzyć piwo. Mogę wejść?

– Zapomniałem, że wampiry potrzebują zgody.

– Bardzo zabawne.

Zaprosiłem ją do środka.

 

***

 

Siedzieliśmy w milczeniu; całą uwagę skupiłem na materiałach przyniesionych przez moją partnerkę: krwawe zdjęcia, zeznania świadków, raporty policji. Renata cały czas sondowała mnie wzrokiem. Czułem to ponaglające spojrzenie.

– Wyglądasz jak gówno – oświadczyła dość obłym tonem.

– Dziękuję, trochę pracowałem nad opalenizną.

– Ja nie żartuję, Maks. Martwimy się o ciebie. Sypiasz w ogóle?

Oderwałem spojrzenie od akt.

– Rozumiem, że ta wizyta to pretekst, żeby sprawdzić, czy moje mieszkanie to nie wysypisko? Góra ci kazał?

– Pierwsze: tak, drugie: nie. Przyszłam ze zwykłej troski. – Odstawiła kubek na nieco zagracony stolik. – Co o tym sądzisz? – Wskazała na zdjęcia rozszarpanych psów i kotów.

– To może być jakaś dzika sfora psów.

– W Warszawie?

– Widziałem takie na Pradze.

Renta pokręciła głową.

– Przyjrzyj się. Te zwierzęta zostały rozdarte na strzępy i po części zeżarte. Siedem przypadków w ciągu kilku miesięcy. Uważasz, że miejskie kundle byłyby do tego zdolne?

– Wilki? Dziki? Słyszałem, że pierwsze całkiem sprawnie się reintrodukują, a drugie są bardziej agresywne, niż większość ludzi zakłada.

– Nie. Naoczny świadek zeznał, że to wielki pies, aczkolwiek starszej pani mogło się coś przewidzieć. Nieważne zresztą. Komenda stołeczna poprosiła Górę, żebyśmy zajęli się sprawą. – Zgarnęła akta ze stołu. – Ty prowadzisz, czy ja?

Rzuciłem jej kluczyki.

– Nawet nie wiem, po co pytasz, skoro i tak wykłócisz się o swoje. Prowadź, ja dokończę przeglądanie naszej wspólnej sprawy.

 

***

 

Droga przez centrum Warszawy w porannych godzinach szczytu nie należała ani do szybkich, ani do zbytnio absorbujących, przez co Renta mogła uciec głęboko do własnych myśli, a ja spokojnie studiowałem zapisy z miejsc zbrodni. Cztery psy, w tym jeden pitbull i labrador, czyli całkiem duże sztuki. We wszystkich przypadkach wywleczono trzewia i częściowo zjedzono, a strzępy ciał walały się w promieniu kilku metrów od głównej części korpusu. Żadnych rytualnych znaków czy amuletów w pobliżu zmasakrowanych psiaków; nic poza uderzającą w oczy brutalnością samego czynu.

– I co? Coś ci przychodzi do głowy? – spytała Renata, nie odrywając wzroku od świateł. W takich godzinach sygnalizacja to formalność, bo na zielonym stało się tak samo jak wszędzie.

Przewróciłem stronę akt na zeznania właścicielki jednego ze zwierząt.

– Jeżeli to coś z zakresu naszych zainteresowań to albo chowaniec na usługach psychopaty, albo opętanie przez coś naprawdę paskudnego.

Renata nic nie odpowiedziała, tylko patrzyła na drogę.

– Widzę, że coś ci chodzi po głowie. Możesz się tym podzielić?

Czerwone audi przed nami ruszyło nagle i zahamowało.

– Kurwa! Idiota! – Walnęła w klakson.

– To była kobieta.

– To tym bardziej powinna być mądrzejsza!

– Odpowiesz?

Renata wzięła głęboki oddech.

– Widziałam już podobne zbrodnie i to nie tylko na zwierzętach. – Pogłaskała coś na piersi zasłoniętego przez szary golf.

– Już rozumiem… Nie wziąłem tego pod uwagę.

– A ja tak. Tyle że… – Skręciła w boczną uliczkę. – Wolę już tłuc się kanałami, niż stać jak wielkie gówno w odpływie.

– Lubisz słowo gówno.

– Bo mam gówniane życie.

Postanowiłem zrobić pierwszy krok i wywlec jej przypuszczenia na światło dzienne.

– Już dawno nie zanotowano żadnej Kotwicy. – Zmierzyła mnie wzrokiem. – To znaczy żadnej nowej Kotwicy. Myślisz, że znów coś je tworzy?

– Myślę, że wygląda to jak akt bezmyślnego potwora, który nie odróżnia żywej istoty od kupy mięsa do jedzenia. Więc tak, pasuje mi to do działania Kotwicy. Kurwa, i tu się już zakorkowało. – Renata oparła głowę na kierownicy w akcie niemego buntu.

Odłożyłem dokumenty.

– Myślę, że możesz mieć rację. Często czytam raporty z placówek w całej Europie. Imigranci przynieśli swoje obrzędy i moce, a wojna na wschodzie kształtuje paskudnych ludzi, a oni tworzą jeszcze gorsze rzeczy.

– Boję się, Maks – wypchnęła z siebie z widocznym trudem.

Spojrzałem na Renatę z lekką konsternacją w duchu i na twarzy.

– Nie sądzę, żeby to miało związek z tobą.

– Boję się, że ktoś będzie miał tak przesrane, jak ja.

 

***

 

Osiedle domków w podwarszawskim Piasecznie miało ten podmiejski klimat znany z amerykańskich filmów. Po drodze zajrzeliśmy na miejscową komendę, ale po prezentacji odznak ludzie nabrali wody w usta, a komendant obdarzył nas oschłym burknięciem i przekierował do funkcjonariusza zajmującego się sprawą zagryzień. Marcin Dereń okazał się mniej sceptyczny niż większość jego kolegów. W rozmowie wyszło, że jego matka należy do lokalnych sabatynek i udziela się w zgromadzeniu. Mógłbym się założyć o kilka stów, że Dereń nosił w portfelu wrotycz przewiązany puklem własnych włosów. Kiedy omawialiśmy szczegóły, wyczułem od niego pewne zmieszanie. Sam przyznał, że ceni sobie zwykłe sprawy, zwykłego policjanta. Innymi słowy świat odkrył przed tym chłopakiem wystarczająco niepokojących tajemnic, żeby nie chciał odkrywać więcej, ale wiedział na tyle dużo, żeby rozpoznać robotę dla mojego wydziału.

Po kubku kawy dostaliśmy listę adresów i jego obszerny komentarz odnośnie do sprawy. Podziękowałem, zabrałem jedno z ciastek na drogę i razem z Renatą wróciliśmy do auta. Oboje odnieśliśmy podobne wrażenie. Cały komisariat odetchnął z ulgą, kiedy zniknęliśmy za przeszklonymi drzwiami, jakby to sama Lilith i Mefistofeles nawiedzili to miejsce, śliniąc się na widok dusz do pożarcia.

Można przywyknąć.

Teraz ja prowadziłem. Renata nie lubiła powolnej jazdy po podmiejskich drogach z garbami zwalniającym rozstawionymi co dziesięć metrów. Nie miała do tego cierpliwości. Przynajmniej tak twierdziła, choć kiedyś w barze zwierzyła się, że boi się, że jakieś dziecko nagle wybiegnie na drogę. Ciężko jej się dziwić, po tym co przeszła i nadal przechodzi.

Zaparkowaliśmy pod pierwszym wskazanym domen. Bliźniak wyglądał na dość nowy, ale elewację ewidentnie zaniedbywano latami. Kilka ciekawskich oczu wychynęło zza firanek, kiedy wysiedliśmy z auta. Nasza część budynku była tą po prawej.

Zapukałem i uśmiechnąłem się do wizjera. Gdyby nie praca najlepszych specjalistów przy rekonstrukcji mojej twarzy, to nawet z najszczerszym uśmiechem doprowadziłbym kogoś po drugiej stronie do ataku paniki i wzywania niebios na ratunek.

– Kto tam? – Ostry kobiecy głos prawie kąsał przez drzwi.

– Jesteśmy z policji. – Cisza obnażyła zakorzenioną nieufność wobec stróżów prawa. Pokazałem odznakę. – Badamy sprawę tych zabitych psów.

W końcu zamek szczęknął i w uchylonym skrzydle pojawiła się starsza pani. Obrzuciła nas wyjątkowo oskarżycielskim spojrzeniem. Renata wiedziała, że do tego typu osób lepiej wysłać kobietę.

Dała mi sygnał, że przejmie inicjatywę. Ustąpiłem jej miejsca.

– Dzień dobry. Renata Koleba, Wydział Ochrony Zwierząt Komendy Stołecznej. – Zerknąłem na nią nieco skonfundowany. – Czy możemy zadać pani kilka pytań odnośnie do tragedii pani czworonożnego przyjaciela?

Kobieta widocznie złagodniała. Zamknęła drzwi, zdjęła łańcuch i zaprosiła nas do środka.

 

***

 

Wewnątrz panował lekki zaduch, a liczba mebli i bibelotów upchniętych na niewielkiej powierzchni mogła świadczyć o zbieractwie, aczkolwiek pomimo porcelanowego zgiełku i mrowia malowanych sowich oczu śledzących każdy mój ruch, nie mogłem powiedzieć, że w mieszkaniu panuje bałagan.

– Przepraszam, że nie otworzyłam od razu. Musi pan mówić głośniej. Słuch nie ten.

– Nic nie szkodzi.

Pani Teresa, bo tak przedstawiła się starsza pani, zauważyła moje ukradkowe spojrzenia, które próbowały zliczyć ilość sztucznych ptaków rozstawionych dosłownie wszędzie i najwidoczniej uznała, że musi się wytłumaczyć.

– Kolekcjonuję je od czterdziestu lat.

– Całkiem imponujący zbiór. – Zasymulowałem minę pełną uznania.

Kobieta wprowadziła nas do salonu.

– Nie mogę już brać każdej nowej figurki. – Machnęła rękoma. – Na starym mieszkaniu było więcej miejsca, a tu ledwie starczy przestrzeni, żeby cokolwiek poukładać. Sara wiecznie coś strącała ogonem. Napijecie się czegoś? Kawy, herbaty? – Zrzuciła kilka pluszowych puchaczy z kanapy na podłogę. – Drinka?

Dopiero teraz zauważyłem zaczerwienienia na jej twarzy. Sobie ewidentnie nie odmówiła porannej lampki na krążenie.

Ja musiałem.

– Poproszę herbatę.

Kobieta przeniosła wzrok na Renatę. Jej oczy promieniały prośbą: „Napij się ze mną”.

– To ja się skuszę na coś mocniejszego. Ty prowadzisz, Maks.

Szturchnęła mnie w ramię. Pani Teresa wyraźnie potrzebowała się wygadać. Nie mogliśmy marzyć o lepszej kandydatce do przesłuchania.

Po krótkim krzątaniu się w kuchni wróciła z herbatą i staromodną kryształową karafką pełną bursztynowego płynu.

– Mam nadzieję, że lubi pani cogniac – wymówiła z francuskim akcentem i wyciągnęła bulwiastą zatyczkę.

Teraz żałowałem, że wziąłem herbatę… Zapach był obłędny.

– Uwielbiam! – Renta bardzo wczuła się w rolę przemiłej młodej policjantki z Wydziału Ochrony Zwierząt.

W końcu usiedliśmy naprzeciw siebie: my i Teresa, która wypełniła swoja pękatą szklankę do połowy i wrzuciła do niej trzy metalowe kostki wyciągnięte z zamrażarki.

– Pytajcie – rzuciła znad trunku i wypiła pół porcji jednym haustem.

– Funkcjonariusz Marcin Dereń przekazał nam akta sprawy. Bardzo nam przykro z powodu psa.

Staruszce widocznie zadrżał podbródek.

– Sara. Miała na imię Sara. Zdecydowałam się na zwierzę dopiero po siedemdziesiątce. Miałam nadzieję, że mnie przeżyje… – Dopiła drinka. – Cudowna suczka. Wierny stróż starej stetryczałej baby, którą dzieci wygoniły z jej wielkiego domu i wepchnęły do paskudnej dziupli.

Renata poczuła przymus, żeby utrzymać uwagę kobiety na psie, a nie rodzinnych animozjach.

– Nie chcemy pani dręczyć i rozpytywać o bolesne rzeczy. Oczywiście widzieliśmy zdjęcia, czytaliśmy zeznania. Jednakże śledztwo utknęło w martwym punkcie. Miejscowa komenda poprosiła o wsparcie i świeże spojrzenie.

– Proszę się nie tłumaczyć. To wasza praca. Pytajcie. Może nowe twarze i nowe pytania odświeżą i moją pamięć.

Pani Teresa dolała sobie trunku.

Niedobrze. Oceniłem, że mamy jakieś trzy drinki, zanim staruszka zaśnie na kanapie, chyba że jest mocno zaprawiona w bojach.

Musiałem działać szybko.

– Mogłaby pani opowiedzieć, co widziała tamtej nocy? Jest pani jedynym świadkiem, który widział to dzikie zwierzę.

Niby wszystko jest w spisanych zeznaniach, ale z doświadczenia wiedziałem, że zawsze należy podrążyć u źródła. Na dodatek potrafiłem wyczuć więcej niż przeciętny policjant.

Pani Teresa spojrzała na mnie smutnym zmęczonym wzrokiem.

Wstała.

– Lepiej będzie na miejscu. Chodźcie.

 

***

Kobieta zaprowadziła nas na tyły jej części podwórka. Nie było tam budy, a jedynie kilka zabawek, miska z wodą i zadaszony kojec.

– To tu. – Staruszka pokazała miejsce na trawniku. – Tutaj to się stało. Wypuściłam Sarę na wieczorne harce i załatwienie potrzeb. Sama usiadłam do serialu. Środa jak każda. W połowie odcinka usłyszałam ujadanie, a potem potworny skowyt. Nigdy tego nie zapomnę. – Przetarła oczy. – Zerwałam się na równe nogi. Zabrałam gaz pieprzowy i paralizator. Co się pan dziwi? Jestem samotną starszą kobietą. Wybiegłam tak szybko, jak tylko te stare gnaty mi pozwoliły. Sara piszczała, coraz ciszej. Zapaliłam zewnętrzne światło. Zaciskał na niej zęby i przygniatał do trawnika. Wielkie, mięsiste psisko, dużo większe od mojej Sary.

Rzuciłam w niego kamieniem i zaczęłam wrzeszczeć. Bydlę wstało, ale nie puściło mojej biednej psiny. Sąsiad wyszedł z domu. Dodało mi to odwagi. Wzięłam grabie i zaczęłam walić tego bydlaka po łbie. W końcu puścił Sarę, ale wyszczerzył kły na mnie. Powiem wam, że dawno tak się nie bałam. Złapał grabie w zębiska. Dałam mu gazem w ślepia. Szarpnął z taką siłą, że upadłam na kolana. Rzucił się na mnie, ale dałam mu drugą porcją po ślepiach. Zaskomlał. Wtedy strzeliłam paralizatorem. Myślałam, że zdechł, bo padł w drgawkach na trawnik, ale wstał po chwili i znów zaczął warczeć. Na szczęście sąsiad przeskoczył przez płot. Miał siekierę. Bydlę widać niegłupie. Uciekło tą samą drogą, którą wlazło: przez dziurę w siatce. Zasłoniłam ją deskami. – Pani Teresa wskazała wyrwę w drutach przesłoniętą grubą sklejką. – Miałam to już dawno naprawić, ale zawsze coś innego jest do roboty. Wiecie, jak jest. Teraz już za późno.

Pochyliłem się nad miejscem wskazanym przez staruszkę. Smród strachu był niemal namacalny. Przeczesałem palcami trawę. Nic, poza wyczuwalnym zimnem. Jakbym moczył palce w płytkiej kałuży.

– Nic pan tu już nie znajdzie. Wszystko zabrali na posterunek. Poza tym wczoraj padało.

Przytaknąłem z grzeczności. Śladów, których ja szukałem, nie zmył deszcz, a policja… No cóż, oni by ich nie widzieli, bo nie mieli szans ich zobaczyć.

Renata bacznie obserwowała teren za ogrodzeniem. Coś rozważała. Te miny znałem jak własną kieszeń. Później zestawimy spostrzeżenia. Ja udawałem skrupulatne przeszukiwanie uklepanej trawy. Plamy zimna prowadziły w stronę otworu w ogrodzeniu. Na jednym z wygiętych drutów wisiało coś ciekawego. Podszedłem bliżej. Mały kawałek owłosionej skóry. Policja nie przyłożyła się zbytnio, ale gdy ofiarą jest pies, to ciężko od nich wymagać cudów.

Pani Teresa załkała.

– Moja biedna Sarunia… Wykrwawiła się po drodze do weterynarza.

Renata przytuliła ją w szczerym odruchu empatii. Wzrok, który zakotwiczyła na mojej twarzy, rzucał wymowne: „Pośpiesz się”.

Nie chciałem uświadamiać pani Teresy, że w gruncie rzeczy Sara skończyła lepiej niż pozostałe zwierzaki, bo nie była wybebeszona i w połowie zjedzona. Uznałem, że to liche pocieszenie. Zabrałem kawałek skóry do badań.

– Czy poznała pani, co to była za rasa?

– Pitbull albo jakiś kundel z pitbulla. Duże to było i masywne. – Uniosła chude ramiona. – Kiedyś sąsiedzi takiego mieli, ale zdechł niedawno. To znaczy, samochód go potrącił. Strasznie paskudne zdarzenie. W biały dzień się Mietek zagapił. Kurier, też mieszka niedaleko. Pies mu na drogę za piłką wybiegł. Nie zdążył wyhamować, bo jego stary trup już ledwo jeździł. Szkoda mi się zrobiło tej Wandy. Nie dość, że mąż zmarł na raka, a jeden dzieciak więcej w szpitalu niż w domu, to jeszcze im psa szlag trafił.

– A sierść?

– Że co, proszę? Głośniej pan musi.

– Czy pamięta pani, jakiego koloru był ten pitbull! – niepotrzebnie podniosłem głos.

– A co ma zdechły pies sąsiadów do tego? I nie irytuj się tak, młody człowieku. Dożyjesz mojego wieku to słowo „co?” będzie ci tak samo bliskie, jak pieluchomajtki.

Renata włączyła do akcji swoją przymilną wersję.

– Proszę się nie denerwować. Kolega dziś wstał lewą nogą. Chodzi o kolor tego zdziczałego. Wszystko może być pomocne.

– Właśnie widzę, że pan nie za miły.

Zrobiłem mocno przerysowany uśmiech.

– Niech pomyślę… Było dość ciemno, ale na chwilę wlazł w pełne światło, kiedy się z nim szarpałam. Grafitowy był taki.

– To już coś. Bardzo dziękujemy.

Jeszcze jedno przyszło mi na myśl.

– Wspomniała pani o sąsiadach z pitbullem. Mogłaby pani podać adres? – Poznałem po minie, że kobieta nie chciała nasyłać policji na nikogo z okolicy, nawet w słusznej sprawie. Pewnie doskonale pamiętała czasy milicji obywatelskiej w erze teczek i donosów. – Mam podejrzenia, że ten zdziczały pies może pochodzić z hodowli, która organizuje sobie walki psów. Ostatnio mieliśmy zgłoszenie w tej sprawie w innej części Warszawy. – Wymyśliłem naprędce. W tym byłem dobry.

Pani Teresa pokiwała głową.

– Do końca tej ulicy i w lewo. Potem też prawie na koniec. Przy takim lasku mieszkają. Co prawda to już nie sąsiedzi, ale znam Wandę z kościoła.

– Jeszcze raz dziękujemy. – Tym razem nawet odwzajemniła mój uśmiech.

Renata sięgnęła do kieszeni jeansów i wyciągnęła wizytówkę.

– Proszę dzwonić, gdyby coś się pani przypomniało, albo gdyby pies znów zaczął się szwendać po ogródku.

Kobieta zacisnęła dłoń na laminowanej kartce.

– Sama bydlakowi grabiami skórę wygarbuję. Za moją Sarunię biedną. – Otarła łzy.

– To dziki zwierzak. Lepiej niech pani go nie prowokuje.

Zbyła mnie machnięciem dłoni.

– Wchodzicie na ciasto?

– Dziękujemy, ale mamy jeszcze kilka domów na liście.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania