Pieśń pokoju cz.3
Tak jak ustaliliśmy wcześniej, próg szpitala przekroczyłem sam; Renata miała zamiar spożytkować czas i wypytać Derenia o miejsce pochówku pitbulla Kowalskich. W Piasecznie nie było legalnego cmentarza dla zwierząt, a pani Wanda nie hamowała się przy Dereniu, oświadczając, że pies leży w pobliskim zagajniku.
Podszedłem do recepcji. Miła blondynka z plakietką ,,Aneta” przypiętym do niebieskiego uniformu zapytała, w czym może pomóc. Kiedy spytałem o Bartosza Kowalskiego, kobieta zasępiła spojrzenie i spytała, czy jestem krewnym. Wyciągnąłem odznakę – tę neutralną, bez nazwy wydziału. Recepcjonistka zaczerwieniła się na twarzy i nieco zmieszała, ale odpowiedziała na wszystkie pytania łącznie z tym, kto leczył chłopka. W kwestii historii choroby odesłała mnie do lekarza prowadzącego. Całe szczęście doktor Figurski miał dziś dyżur. Poprosiłem, żeby go uprzedziła. Ludzie zwykle reagują dość nerwowo na zainteresowanie policji; wertują pamięć w poszukiwaniu niezapłaconych mandatów czy innych pomniejszych przewin, za które na pewno nie grozi wizyta policjanta, ale panika kieruje się własną wyolbrzymioną logiką. Lekarz będzie miał chwilę, żeby ochłonąć, zanim pokonam kilka pięter schodami – wszystko dla zdrowia.
Dziecięce oddziały miały to do siebie, że nie przygniatały jałowością zimnych barw i oświetlenia, a wszechobecne motywy superbohaterów Marvela dodawały pomieszczeniom więcej radości. Po drodze spytałem pielęgniarkę, gdzie znajdę pokój lekarski. Wskazała mi jedne z wielu kolorowych drzwi w dość gwarnym korytarzu. Rodzice spędzali bardzo dużo czasu ze swoimi pociechami, żeby wesprzeć ich w tym trudnym lub wręcz tragicznym okresie. Za młodu zawsze myślałem, że w szpitalach aż roi się od duchów, błąkających się upiorów i migających jarzeniówek na bardzo długich korytarzach. Kino robi swoje. Paradoksalnie, w żadnej placówce tego typu nie czuć śmierci – nie czuć w sensie metafizycznym. Ludzie, którzy tu umierają, nie są przywiązani do tego miejsca, przez co po śmierci nie mają się gdzie zakotwiczyć. Domy spokojnej starości są w tym względzie o wiele ciekawsze. W życiu zetknąłem się tylko z jednym przypadkiem nawiedzenia szpitala. Samotny stary ordynator dostał zawału za swoim biurkiem. Potem przechadzał się korytarzami, odtwarzając codzienne rytuały praktykowane za życia. W takich przypadkach z reguły wystarczy wyrzucić wszystkie rzeczy zmarłego i zrobić mały remont, czy chociażby poprzestawiać meble: pozostałość świadomości traci przywiązanie do nowej przestrzeni, gubi się i rozprasza, tudzież trafia do tych czy innych zaświatów. W dużym szpitalu było trudniej, bo lekarz pozostawiał mentalne odciski na cały wydziale, ale załatwiliśmy sprawę przemalowaniem korytarzy i przerobieniem gabinetu ordynatora na salę zabiegową.
Po dość długiej wspinaczce zapukałem do pokoju lekarskiego.
– Proszę!
Wszedłem. Doktor, na oko około pięćdziesiątki, poderwał się zza biurka.
– Proszę, proszę wchodzić.
– Maksymilian Gondel, Komenda Stołeczna.
– Jerzy Figurski. Proszę usiąść. – Wskazał krzesło przy kozetce. – W czym mogę panu pomóc, panie władzo?
Konkretny człowiek, więc będzie konkretnie.
– Prowadzę sprawę w Piasecznie. Jeden trop prowadzi do domu Wandy Kowalskiej. Leczył pan jej syna, prawda?
– Spodziewałem się, że ktoś w końcu zainteresuje się chłopakiem. Cuda nie zdarzają się często.
Strzał w dziesiątkę. Nawet nie spytał, o jaką sprawę chodzi.
– Cuda?
– Chciałbym zobaczyć odznakę, jeśli można. Prasa próbuje dostać się do informacji na wiele sposobów, a myk na policjanta nie należy do najrzadszych.
Sięgnąłem do kieszeni w kurtce. Przez chwilę zastanawiałem się, czy pokazać mu tę odznakę dla wszystkich, czy tę prawdziwą. Koniec końców zdecydowałem się zaryzykować. Szczerość czasami popłaca.
Podałem mu dokument.
Spojrzał na mnie zdziwiony, chcąc się upewnić, czy to nie jakiś żart i czy zaraz nie powiem, że jest w ukrytej kamerze.
– Wydział Spraw Nadprzyrodzonych Komendy Stołecznej – przeczytał na głos, jakby chciał rozwiać iluzję własnych oczu. – Żartuje pan, prawda?
– Nie. – Zabrałem odznakę. – Mój wydział nie jest zbyt popularny i nie cieszy się powszechnym szacunkiem, ale istnieje i ma pełne ręce roboty.
Doktor milczał przez chwilę, jakby sprawdzał, czy nie zniknę mu sprzed oczu.
– Może pan zadzwonić na komendę i spytać. Proszę tylko powiedzieć, że jestem u pana.
Przez chwilę rozważał tę opcję, ale odpuścił. Chyba sam potrzebował uwierzyć w istnienie takiego wydziału.
– Proszę pytać.
– Wspomniał pan o cudzie. W recepcji dowiedziałem się, że Bartosz Kowalski chorował na bardzo ostrą białaczkę.
– Tak, to prawda.
– Jednakże dzisiaj jest w domu i ma się dobrze.
– Zgadza się.
– Opowie pan, co się stało, czy będę musiał zadawać pytania tak-nie?
– Tak. To znaczy przepraszam. Dla człowieka nauki to trochę dziwne tematy, jakbym rozmawiał o wróżkach i elfach, tyle że to widziałem na własne oczy i nie potrafię wytłumaczyć. Chłopak był w agonii. Kazałem zadzwonić po matkę; miała się pożegnać. Pamiętam jak dziś. Wyszedłem z intensywnej terapii, żeby zaczerpnąć powietrza. Strata małego pacjenta boli dotkliwiej, bo moja niemoc zabiera znacznie więcej cennego czasu. Kiedy wróciłem na salę, przy łóżku stała jego siostra. Obejmowali się. On ponakłuwany wenflonami jak poduszka na igły. Jeszcze chwilę wcześniej nie oddychał samodzielnie, a potem siedział na krawędzi posłania. Podszedłem i wymacałem materac. Sam nie wiem, co chciałem sprawdzić. Wtedy ta mała spojrzała w kąt sali i krzyknęła: „on jest mój!”. Ciarki przeszły mi po plecach. Odruchowo osłuchałem chłopaka, bo charczał przy każdym oddechu. Rura w przełyku robi swoje. Serce biło równomiernie, a ciśnieniomierz dał książkowe wskazania. Kazałem pobrać krew. Dziewczynka powiedziała, że poczeka na mamę. Faktycznie pani Wanda wbiegła na piętro jakiś kwadrans później. Na widok obojga dzieci opadła na krzesło blada jak ściana.
– To faktycznie cud.
Doktor pokręcił głową, jakby słowo „cud” stanowiło niedorzeczną abstrakcję.
– Jeżeli to cud, to cudotwórca ma bardzo dziwny charakter. – Wyciągnął z fartucha e-papierosa i pociągnął mocno z ustnika. Dym wydmuchał w stronę uchylonego okna.
Widział, że gapię się na jego klockowaty model waporyzatora nikotyny.
– Czasami jeszcze się truję. Wiem, głupie jak na lekarza.
Odwlekał temat, ale ja świdrowałem go spojrzeniem, nie dając nadziei na pas.
– Matka i siostra zostały do wieczora – podjął po chwili. – Zrobiliśmy chłopakowi badania. Wszystko w normie. Pani Wanda nawet nie dopytywała, kiedy Bartek wyjdzie ze szpitala, bo w głębi serca dawno pogrzebała taką możliwość. Po ozdrowieniu chłopak robił niezłe zamieszanie na oddziale. Musieliśmy go przenieść do innego pomieszczenia i postawić pielęgniarza przed drzwiami, bo zdesperowani rodzice innych dzieci nie daliby mu spokoju. Straszne, jak nadzieja potrafi odebrać rozum. – Zaciągnął się po raz kolejny i schował e-papierosa do kieszeni. – Wróciłem do Bartka rano. Leżał i majaczył w gorączce. Jedna z pielęgniarek powiedziała, że dotkliwie ją pogryzł, kiedy chciała zmierzyć mu temperaturę. Zrobiliśmy kolejne badania. Książkowe wyniki morfologii, tylko zwiększone ciśnienie i temperatura trzydzieści dziewięć.
– Przy białaczce krew jest ważniejsza, prawda?
– Tak, zdecydowanie, tyle że nie wiadomo, skąd to pobudzenie i gorączka. Chłopak dostał końską dawkę środków przeciwbólowych, nim zasnął. Byłem kompletnie rozbity… Nie wiedziałem, co robić. Poszedłem do gabinetu, żeby poczytać w internecie, poszukać czegoś podobnego. Godzinę, może dwie później przyjechała jego matka razem z małą. Opowiedziałem, co zaszło i uprzedziłem, że Bartek jeszcze trochę pośpi, ale mogą przy nim posiedzieć. Kiedy weszliśmy do środka, chłopak stał ubrany w fartuch cały w skowronkach, jak gdyby nic się nie stało. Oglądał swoją dziwną piżamę i przewody od kroplówki. Pani Wanda zmierzyła mnie wzrokiem jak jakiegoś oszusta.
– Chyba domyślam się dlaczego. Niewyjaśnione ozdrowienie to łakomy kąsek. Może dać rozgłos lekarzowi.
Mogłem sobie wyobrazić, że pani Kowalska spojrzała na doktora Figurskiego właśnie tak, jak on spojrzał na mnie.
– Niech pan się nie wygłupia! Ja już mam ugruntowaną opinię. Nie potrzeba mi królików doświadczalnych.
– Proszę się nie denerwować. Sam pan powiedział, że zrobiło się o tym głośno. Po prostu z racji wykonywanego zawodu często zgaduję, co kieruje ludźmi, i często słusznie.
Do doktora dotarło, że rozmawia ze śledczym, bo jego twarz złagodniała.
– Może mieć pan rację. Pani Wanda wypisała chłopca na żądanie. Przeforsowałem wizyty kontrolne w domu, i to chyba jedyne, na które jeżdżę osobiście, kiedy tylko mogę. Chłopak fizycznie jest zdrów jak ryba, ale…
– Ale?
– Sam nie wiem. Mam wrażenie, że coś z nim jest nie tak. Nikomu się z tego nie zwierzałem. Głupio, kiedy onkolog dziecięcy mówi, że czuje się nieswojo w towarzystwie dziecka.
Musiałem odpowiednio dobrać słowa, bo jeżeli teoria Renaty była prawdziwa, to mieli na tym oddziale więcej szczęścia, niż im się wydaje.
– Proszę się tak nie zadręczać. Spotkałem wiele dzieci, przy których ciarki przechodziły mi po plecach. Również z racji zawodu i wydziału. Zaskoczyłem go. Chyba spodziewał się bardziej wnikliwego przesłuchania, a może też kilku odpowiedzi na własne pytania. Nie mogłem ziścić jego ukrytych nadziei. Lepiej, żeby myślał, że mu nie wierzę. Mniejsza szansa, że skontaktuje się z Kowalską.
– Dziękuję, panie doktorze. – Wstałem. – Nie zabiorę panu więcej czasu.
– Ja również dziękuję. Chyba musiałem to z siebie zrzucić. Może mi pan wierzyć, że nawet bez takich ekscesów mamy tu trudną pracę.
– W to nie wątpię. Nie wymieniłbym się z panem za żadne pieniądze.
Uścisnąłem mu dłoń i wyszedłem. Jeżeli miałem jakieś wątpliwości co do przyczyny tych dziwnych ataków na zwierzęta i ich powiązania z rodziną Kowalskich, to rozmowa z tym lekarzem rozwiała wszystkie. Pozostało nam złapać główny dowód rzeczowy.
***
Późnym popołudniem wróciliśmy do Piaseczna. Pogoda sprzyjała naszym posępnym planom; niebo spowiła warstwa szarych chmur, które przyniosły wiatr i siąpiący deszcz. Pobliskie tereny zielone wyludniły się ze spacerowiczów, biegaczy amatorów i cyklistów – zostali tylko pasjonaci, ale ci przedkładali monitorowanie własnych osiągów nad rozglądanie się po okolicy. Niemniej jednak postanowiliśmy poczekać, aż słońce zawiśnie nisko nad horyzontem. Rozkopywanie mogiły czyjegoś pupila bez zgody byłego właściciela nie należało do rzeczy, z których byłem jakoś specjalnie dumny. Z drugiej strony, jakakolwiek mogiła nie była legalna, więc prawo stało po mojej stronie.
Czas do zmierzchu wykorzystaliśmy z Renatą na zjedzenie całkiem dobrych kebabów – przynajmniej mój był dobry, ale sądząc po tempie z jakim moja partnerka pochłonęła swoją bułę XL z mieszanym, mogę śmiało domniemać, że przynajmniej nie był najgorszy.
– To co? W drogę? – spytała z wyraźną niechęcią.
Rozumiałem ją w pełni. Ta sprawa miała dla niej bardzo osobisty charakter. Normalnie poprosiłbym, żeby odpuściła, ale miała w tym przypadku największe doświadczenie.
Otworzyłem bagażnik na znak rozpoczęcia misji.
Wysiedliśmy.
Renata wyciągnęła saperkę, latarkę i nasze niezbędniki, których wystawianie na widok publiczny było raczej niewskazane. Spięliśmy klamry dość ciężkich pasów i ruszyliśmy we wskazane miejsce. Dereń nie znał dokładnej lokalizacji mogiły, ale wskazał wzgórze w lasku nieopodal domu Kowalskich jako najbardziej prawdopodobne: ludzie ponoć przysposobili sobie tamtejszą polanę na miejscowy cmentarz dla pupili.
Znalezienie polany nie stanowiło problemu. Moja wrażliwość medium niemal ciągnęła mnie za rękę. W końcu wyszliśmy na przerzedzenie w krzakach leszczyny. Kilka zniczy i patykowych nagrobków nie pozostawiały złudzeń, że jesteśmy w dobrym miejscu. Oboje spodziewaliśmy się jednak rozkopanego dołu gdzieś w okolicy. Nic takiego tu nie zastaliśmy. Pitbull to duże zwierzę, więc ciężko byłoby przeoczyć taki wykop. No chyba że pies Kowalskich nadal spoczywał pod ziemią, a postrach w okolicy sieje jego wściekły sobowtór. Renata jednak nie wątpiła ani przez chwilę w słuszność naszych założeń.
– Poszukasz? Ty masz do tego lepsze predyspozycje.
Rzeczywiście miałem.
Obszedłem kilka kopców rozmiarem pasujących do wymiarów dorosłego pitbulla. Zatrzymałem się przy jednym z nich, który wyglądał na świeżo usypany. Kucnąłem i zanurzyłem dłoń w wilgotnej glebie.
– To ten – szepnąłem jakby ogarnięty wizją.
Renata podeszła bliżej.
– Jesteś pewien?
– Wątpisz w moje umiejętności? – Zrobiłem poważną minę.
– No… nie. Ale…
Przerwałem jej, podając nieco wypłowiałe zdjęcie pitbulla ze znajomą dziewczynką obejmującą jego szeroki kark.
– Bardzo zabawne. – Zabrała fotografię i obróciła. Napis na rewersie nie pozostawiał złudzeń: „Amelia i Bodo” okolone sercem. – Kopiesz dowcipnisiu.
Renata wcisnęła mi saperkę w ręce.
Spojrzałem na mogiłę.
– Nie wiem, czy jest sens. Nie czuję tam absolutnie nic.
– Ja też, ale skoro już jesteśmy, to wypada się upewnić. – Renata skinęła na gołą glebę z krzyżykiem z patyków. – Myślisz, że młoda Kowalskich go odkopała?
– Myślę, że pies jej pomógł kopać. Wiesz, chowańce przejmują trochę od swoich właścicieli; zwierzęta robią się bystrzejsze, a ludzie zmieniają charakter.
– Cieszę, że mi to tłumaczysz – fuknęła sarkastycznie.
– Przepraszam. Nie chciałem.
– Kop.
Szelest w pobliskich krzakach zmącił ciszę otoczenia. Spojrzeliśmy po sobie. Renata położyła dłoń na glocku. Z leszczyn wychynął potężny pysk z wyszczerzonymi kłami. Pitbull nie spuszczał z nas morderczego wzroku, ale trzymał się na dystans. Warczał przy tym ostrzegawczo.
– To on – stwierdziłem. Bardziej, żeby oswoić się z sytuacją, niż realnie poinformować o tym moją partnerkę.
Wyciągnęła broń. Pies wyraźnie spokorniał na widok pistoletu i wycofał się nieco pomiędzy krzewy.
– Jaki jest plan? – Renata celowała prosto w łeb zwierzaka.
Musieliśmy uważać na słowa. Chowaniec z pewnością rozumiał więcej mowy niż normalny pies.
– Muszę mieć dowód.
Wyjąłem telefon i cyknąłem zdjęcie.
Pitbull poderwał się do ataku. Zaskoczył mnie, nas. Renata strzeliła. Bodo nie zwolnił. Wszystko trwało kilka sekund. Kula rozorała zwierzęciu bok, ale pies tylko zaskomlił. Za mało, żeby zatrzymać worek mięśni w pełnym pędzie. Ciężar masywnego cielska powalił mnie na ziemię. Zasłoniłem twarz. Pitbull złapał mnie za rękaw kurtki i szarpnął z niebywałą siłą. Solidny materiał rozpruł się jak bibuła. Gdyby zatopił kły w ciele… Wypuściłem telefon. Kolejne strzały. Bodo zaskowyczał. Łapy przestały przygniatać mnie do ziemi.
– Jesteś cały?
Renata pomogła mi wstać.
– Chyba tak. – Obejrzałem rękę. Trochę krwawiła, ale to tylko powierzchowne zadrapania. No i kurtka pójdzie do kosza. – Gdzie pobiegł?
– Tam. Zabrał twój telefon.
Potrzebowałem chwili, żeby to do mnie dotarło.
– Aż tak się przejął, że nie wyszedł dobrze?
– Pilnuje swojej pani. – Renata spojrzała w prześwit między drzewami. W oddali widać było światła z domu Kowalskich. – Chodź. Musimy to opatrzyć.
– Nic mi nie będzie. Tylko mnie podrapał. Trafiłaś?
– Dwa razy. Krowa by padła.
– To wróci w bezpieczne miejsce. Idziemy.
Odbezpieczyłem glocka i ruszyłem w stronę domu.
***
Późny wieczór w połączeniu z zachmurzonym niebem skutkował ciemnością na tyle gęstą, że bez latarki ciężko było pewnie stąpać po miękkiej ściółce. W świetle co jakiś czas pojawiały się dowody na to, że idziemy dobrym tropem: plamy ciemnej krwi. Wyszliśmy na tyły domu Kowalskich. Światło paliło się tylko na piętrze. Renata powiedziała, że to pokój tego chłopaka. Ślady prowadziły do drewnianej szopy i w samą porę, bo właśnie zaczęło padać, a woda zmyła trop. Przygotowałem broń.
– Ale wiesz, że jak zaczniemy strzelać na terenie cudzej posesji, na której jesteśmy bez zaproszenia i bez nakazu, to będzie dużo pisania i tłumaczenia? – spytała.
Bardziej chciała rozwiać własne wątpliwości, niż sprawdzić moją znajomość regulaminu.
– Wiem. Pamiętaj, że w takich przypadkach mamy specjalne przywileje. – Uśmiechnąłem się.
Nie byłby to pierwszy raz, kiedy pełni skruchy stajemy przed biurkiem Góry i tłumaczymy działania poza procedurami. Cały nasz wydział był luźną interpretacją procedur policyjnych, bo jak ubrać w procedury kontakty z rzeczami z pogranicza nauki i metafizyki, kiedy każdy taki kontakt jest dość rzadki i na swój sposób unikatowy?
Oparłem się o deski przy wejściu do szopy. Renata przylgnęła z drugiej. Usłyszeliśmy powarkiwania dochodzące z wnętrza komórki.
– Na trzy. Raz. Dwa. T…
– Nie strzelajcie!
Obróciłem się. Dziewczynka stała na deszczu i trzęsła się z zimna. Uchylone drzwi od szopy rozwarły się gwałtownie. Pies wyskoczył w stronę Amelii. Wycelowałem, ale pitbull schował się za dziewczynkę.
Renata skierowała światło latarki w stronę córki Kowalskich. Z rany w boku psa wyciekała krew, a pysk przybrał łagodniejszy wyraz.
Opuściła broń.
– Ubezpieczaj mnie. – Ruszyła w stronę dziecka.
– Co ty…?
– Bliżej Kotwicy powinien być spokojniejszy.
– Niech pani nie podchodzi!
– On jest niebezpieczny. Wiesz o tym, prawda? – Moja partnerka próbowała wykorzystać czas, kiedy w chowańca wstępowała utracona normalność. Jeśli przekonałaby panią, przekonałaby też strażnika.
– Bodo nie jest zły! On… – Amelia załamała głos. – On jest taki przeze mnie… Ja nie wiedziałam. Nie chciałam… – Wbiła wzrok w ziemię i zaczęła pochlipywać.
– Już dobrze. Porozmawiamy o tym. Tylko odsuń się od niego, dobrze?
Renata zbliżyła się na kilka kroków. Dostrzegłem błysk wyciąganego noża. Niestety nie tylko ja. Pies rzucił się do ataku.
– Bodo! Przestań!
Pitbull kłapnął pyskiem blisko przedramienia Renaty. Rąbnęła go w łeb. Zaskowyczał. Latarka upadła na podjazd.
– No chodź, piesku. – Renata odciągała go od małej.
Znikome światło ujawniało jedynie masywny kształt i ślepia wpatrzone w ofiarę. Odgłosy zwierzęcia brzmiały niemal demonicznie.
Skoczył.
Nie miałem czystej linii strzału. Bolesny skowyt sprawił, że w oddalonych domach zapaliły się światła.
– Zostawcie go! – Amelia złapała Renatę za rękaw. – Uciekaj, Bodo! Już!
Otarł się o mnie i pobiegł do lasu. Długa smuga świateł oświetliła podjazd po drugiej stronie domu.
Renata podniosła latarkę.
– Nic ci nie jest? – Obejrzała dziewczynkę.
Pokręciła głową przecząco.
Drzwi od niewielkiej Skody zamknęły się z impetem, a Amelia pobiegła w stronę mamy.
– Co tu się dzieje? Co robisz na deszczu?
Dziewczynka rozpłakała się na dobre, wtulona w spodnie pani Wandy. Kobieta spojrzała wpierw na Renatę, a potem na mnie. Przepchnęła córkę za siebie.
– Policja już tu jedzie!
Słaby blef, ale zawsze to coś. Nie mieliśmy teraz czasu na tłumaczenia. Podstawiłem odznakę pod światło z czujki świetlnej.
– My jesteśmy z policji. Proszę się nie bać. – Chyba dopiero teraz poznała mnie po głosie.
– Chodź! Później będziemy tłumaczyć. – Renata szarpnęła mnie za ramię. – Jest ciężko ranny. Daleko nie ujdzie.
– Pani Wando, obiecuję, że wszystko wyjaśnię.
Zanim zniknęliśmy między drzewami, spojrzałem w okno na piętrze. Chłopiec stał tam nieruchomo oświetlony ciepłym światłem jakiejś nocnej lampki. Patrzył na nas martwo jakby cały hałas i to, co się stało, nie zrobiło na nim nawet najmniejszego wrażenia.
Wbiegłem w zagajnik za niknącym światłem latarki.
***
Faktycznie Bodo nie uciekł daleko. Dwa postrzały to za dużo nawet jak na chowańca. Znaleźliśmy go blisko jego własnej mogiły. Leżał, spazmatycznie podrygując ciałem. Nawet w takim stanie wyszczerzył na nas kły i warczał na przemian z bolesnym skomleniem. Przez emocje nawet nie zauważyłem, kiedy przestało padać.
Renata zbliżyła się do zwierzaka na odległość kilku kroków. Bodo próbował poderwać ciało do ataku, ale nie miał już nad nim tyle władzy. Widziałem, że moja partnerka patrzy na to stworzenie z mieszaniną pogardy i współczucia. Oboje byliśmy świadomi, co musi się wydarzyć, ale dla niej ta sprawa była czymś więcej niż tylko kolejnym sprzątaniem po ludziach, którzy nie rozumieją tego świata w takim stopniu jak my.
– Ja to zrobię – oświadczyłem.
Renta wyciągnęła z przybornika zdobiony puginał z klingą długości dłoni. Srebrne ostrze roztaczało delikatną chłodną łunę.
– Zrób to szybko; żadne zwierzę nie zasłużyło na taki los. – Wręczyła mi sztylet. To musiał być jej sztylet, niczyj inny. – Pójdę po kanister.
– Jeszcze nie możemy go spalić. Musimy mieć dowód dla matki.
– Zrób zdjęcia – prawie na mnie krzyknęła.
Pokręciłem głową.
– Na to, co ta kobieta usłyszy, zdjęcia nie będą dowodem. Szczerze mówiąc, nie jestem do końca pewny, czy nawet zmartwychwstały pies będzie.
Renata musiała przyznać mi rację, choć ewidentnie bardzo chciała jak najszybciej skrócić cierpienie istoty, której istnienie drażniło jej zdruzgotane sumienie.
– Nikt nie powinien tworzyć tych potworów. – Wystawiła dłoń.
Domyśliłem się, o co jej chodzi. Oddałem ostrze.
Pitbull nie miał już nawet siły warczeć. Wodził tylko wzrokiem za klingą, kiedy ta zbliżała się do jego skroni.
Jedno zdecydowane pchnięcie wystarczyło, żeby ostrze weszło w czaszkę aż po samą rękojeść. Pitbull wzdrygnął kończynami, zesztywniał i zaległ bez życia. Renata zostawiła ostrze w głowie chowańca, tak na wszelki wypadek, żeby ten nie zaczął znów wysysać życia ze swojej małej pani. Dziecko w roli Kotwicy nie było zbyt silne, a Amelia prawdopodobnie musiała utrzymywać dwie przywrócone istoty.
– Kurwa – przekląłem na głos.
– Co się stało?
– Widziałaś, jak córka Kowalskiej wygląda? Skóra i kości. Ona długo tego nie wytrzyma. Nawet bez psa.
– Kurwa.
Moja partnerka powtórzyła najbardziej trafny opis sytuacji.
– Będziemy musieli poinformować matkę, że straci albo jedno, albo dwoje dzieci.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania