Pieśń pokoju cz.4
INTERLUDIUM
– Chodź, Bodo, nie bój się. To ja. – Amelia spojrzała za siebie, jakby to ona się czegoś bała. – No chodź, mama jest na zakupach.
Wyciągnęła rękę w stronę zielonej ścianki ze smukłych jałowców. Z gęstego igliwia wychynął psi pysk i pociągnął nosem. Posiwiałą sierść barwiły ślady zaschniętej krwi.
Amelia cofnęła rękę.
– Bodo… Coś ty zrobił?
Masywny pitbull wyszedł spomiędzy drzewek, przycupnął dwa kroki przed dziewczynką i położył uszy po sobie.
– Mówiłam ci, żebyś nie zagryzał wiewiórek! – Pogroziła mu palcem. – No już. Masz. Przyniosłam ci coś.
Pies, usłyszawszy łagodniejszy ton, poderwał się gwałtownie i merdając kikutem ogona dopadł do Amelii, gotów z radości zalizać ją na śmierć.
– No, już, przestań, bo sąsiedzi zaraz się zbiegną. Masz. – Wyciągnęła woreczek z karmą podebraną z domu. – Niewiele tego, ale mam coś jeszcze. – Dołożyła na kopczyk dwie parówki.
Pitbull spojrzał na podarek z niechęcią, powąchał i skubnął kawałek – bardziej z konieczności, żeby jego pani nie było smutno.
Dziewczynka westchnęła z rozczarowaniem.
– Prawie, nie jesz. – Otaksowała wzrokiem masywne ciało zwierzęcia. – Nie wiem, kto cię dokarmia, ale podziękuj mu ode mnie. Ciężko wynosić tyle jedzenia dla tak dużego chłopca. – Podrapała go za uchem.
– Amelia! – Kobiecy głos rozniósł się po podwórku.
– Mama wróciła, muszę iść. Schowaj się i nie pokazuj nikomu, dobra?
Pies przekrzywił łeb, zamerdał kikutem i czmychnął pomiędzy iglaki, co było dziwne, bo Bodo nigdy nie był nazbyt posłuszny. Rozpieszczany przez Amelię i Bartka zachowywał się jak wielki niesforny szczeniak, ale od wypadku słuchał poleceń, jakby dokładnie rozumiał każde słowo i gest.
– Tutaj jesteś. Z kim rozmawiałaś?
Wanda rozejrzała się po tyłach ogrodu. W myślach stwierdziła, że kiedyś musi tu posprzątać i okiełznać wybujałe krzewy.
Kiedyś…
– Przyszła tu taka wiewióra. – Amelia pokazała dłońmi rozmiar gryzonia. – Sprytna strasznie. O, tam stała – wskazała odziomek starej czereśni – ale już wskoczyła na drzewo.
– O, to miło. Przyda ci się nowy przyjaciel… – Wanda ugryzła się w język.
– Nie przejmuj się, mamo. Wszystko jest w porządku.
Kobieta westchnęła i pochyliła się nad córką.
– Wiem, że za nim tęsknisz, wszyscy za nim tęsknimy. Był częścią rodziny. – Słowo rodzina stanęło jej gulą w gardle.
Kiedyś to była rodzina, teraz…
Amelia wbiła w matkę wielkie oczy.
– Pójdziemy dziś do szpitala?
– Tak, ale najpierw wstąpimy do kościoła. Zamówię mszę za tatę i za zdrowie Bartka. Chodź. – Amelka złapała podstawioną rękę. – Trzeba cię ubrać, bo w tych ubabranych trawą spodniach to wstyd Jezusa o cokolwiek prosić.
***
Mały kościółek w podwarszawskim Piasecznie jeszcze pachniał nowością, a poruszające kazania nowego księdza zwykle przyciągały zarówno wiernych, jak i spory zastęp ciekawskich niedowiarków, którzy chętnie przychodzili z zamiarem drwienia z kapłana. Koniec końców zwykle opuszczali mszę z niemiłą niepewnością w głowach. Ojciec Wincenty, pomimo młodego wieku, miał za sobą studia teologiczne i psychologiczne; potrafił rozmawiać z ludźmi, czytał z nich jak ze świętej księgi i nie raz wspomagał dobrą radą, choć potrzebujący często nawet nie wiedział, że takiej rady potrzebuje. Po mszy ludzie zawsze obstępowali ojca Wincentego jak boskiego wybrańca, a on dzielnie wysłuchiwał wszystkich bolączek i skarg na trudy tego świata, tudzież toczył dyskusje z tymi, którzy przyszli na kazanie z nieco buńczucznym nastawieniem. Ksiądz cierpliwie znosił uszczypliwe komentarze i sarkastyczne docinki. Ludzie potrafili zrobić z ateizmu własną zastępczą religię i zaciekle bronić jej dogmatów.
Wanda usiadła na ławce w bocznej nawie. Czekała cierpliwie, aż ojciec Wincenty pobłogosławi staruszce, która ze łzami w oczach wylewała żale na wszystkie starcze uwiądy nękające jej ciało i umysł. Aczkolwiek te niezliczone dolegliwości nie odbierała jej sił, żeby z werwą złorzeczyć na polityków i terminy wizyt lekarskich. Amelia grzecznie siedziała obok mamy i oglądała obrazy przedstawiające losy apostołów u boku Syna Człowieczego. Co prawda wolała swój stary kościół na Żoliborzu: wielki, ciemny, pachnący kadzidłem – ale tu też było fajnie, bo jasno i jakoś tak weselej.
Ojciec Wincenty w końcu zauważył Wandę z córką, przeprosił staruszkę i podszedł do nich z serdecznym uśmiechem rozświetlającym pociągłą twarz.
Wanda wstała, poprawiła żakiet i powitała kapłana w należyty sposób:
– Szczęść Boże.
– Szczęść Boże wam obu.
Amelia patrzyła na niego jak na jakiegoś fantastycznego stwora, z taką fascynacją wymalowaną na twarzy, że ksiądz rzucił Wandzie zakłopotane spojrzenie.
Zrozumiała przekaz.
– To niegrzeczne tak się gapić. – Szturchnęła córkę w ramię.
– Przepraszam, proszę księdza. – Dziewczynka wbiła wzrok w posadzkę.
– Nic się nie stało.
Pogłaskał Amelkę po głowie, ku uciesze dziewczynki, i przeniósł wzrok na Wandę. Nawet gruby makijaż nie zamaskował podkrążonych oczu, a poszarzała skóra i luźne ubrania świadczyły o kiepskim śnie i marnym odżywianiu.
Kapłan przykucnął naprzeciw Amelii.
– Idź się pomodlić pod ołtarzem Miłosierdzia Bożego. Za brata i za mamę.
– Dobrze – przytaknęła grzecznie, dygnęła i szybko pomknęła przed obraz.
Wolała to ładne oblicze Chrystusa od umęczonego, zakrwawionego wisielca z rękami przybitymi do krzyża.
Ksiądz zerknął na rząd staruszek łypiących na niego z pierwszej ławki przed ołtarzem.
– Chodźmy do zakrystii. Mam kawę, herbatę i chwilę ciszy – zaproponował Wandzie.
– Nie sądzi ksiądz, że będą z tego plotki? – zażartowała rozbawiona.
– Wszystkie wiedzą, że znamy się ze studiów. – Machnął rękoma. – Co ja mówię, one wiedzą więcej o nas niż my sami o sobie, a czego nie wiedzą, to sobie dopowiedzą. To wnosi nieco blasku do ich życia.
– To prawda, powiem tylko Amelce, żeby poczekała przed ołtarzem.
– Siostra Faustyna jej przypilnuje.
Dał znak zakonnicy krzątającej się przy rzutniku.
– Zapraszam. Kawa stygnie, cisza czeka.
***
– Jak Bartek? – zadał pytanie, choć poniekąd wiedział, że odpowiedź nie może być optymistyczna.
Wanda zacisnęła pięści na rąbku spódnicy.
– Bez zmian, ale w jego sytuacji to dobrze, bo samoistnych zmian na lepsze nie należy się spodziewać.
Ojciec Wincenty podał kobiecie filiżankę kawy i sam usiadł naprzeciw przy małym stoliku z białym obrusem.
– Czyli dawcy nadal nie ma?
– Nie… Gdyby Radek żył… – Głos jej zadrżał. Wyciągnęła chusteczkę z torebki i otarła kąciki oczu z drobnych łez. – Już nawet płakać nie ma czym. – Zaśmiała się nerwowo.
– Próbuję pomóc. Co niedzielę wspominam o nim w ogłoszeniach. Rozesłałem też wieści po parafiach. Może uda się w porę znaleźć dawcę. Bądźmy dobrej myśli.
– Wiem, ale… – Wypuściła ciężko powietrze. – Ja już chyba wypaliłam całą nadzieję. Z Radkiem walczyliśmy jak lwy, do ostatniej chwili. Jeden guz, drugi, remisja, nawrót, przeszczep, remisja, nawrót… Pięć lat nadziei i pięć lat horroru. Huśtawki euforii i przygniatającego żalu. Ja… – Filiżanka zadrgała w rozdygotanej dłoni. – Nie mam już siły, żeby mieć nadzieję. Dopiero co pochowałam męża, a niedługo przyjdzie mi znów… Nawet pies nam zdechł.
– Nie mów tak. Nie wolno ci tak mówić. – Złapał ją za zimną dłoń. – Dopóki jest życie, dopóty jest nadzieja.
Wanda pokiwała głową.
– Masz dla kogo żyć; masz zdrową, mądrą córkę.
– Wiem, Witek, wiem. Muszę się wygadać, bo przy niej nie mogę płakać. Duszę tyle żalu i smutku, że zaczynam wychodzić na zakupy tylko po to, żeby iść na cmentarz i szlochać nad grobem.
– Ech… Może to małe pocieszenie, ale wiedz, że tu drzwi są zawsze otwarte. Możesz przyjść i płakać, albo najzwyczajniej posiedzieć w ciszy.
Pokiwała głową.
Ojciec Wincenty wstał z krzesła.
– Posiedź tu chwilę, a ja pójdę spowiadać. Będę zerkał na Amelię. Drzwi są grube, ściany też. – Uśmiechnął się z progu.
– Dziękuję.
***
Dziewczynka klęczała w pierwszym rzędzie tuż pod obrazem Jezusa Miłosiernego. Zawsze lubiła sobie wyobrażać, że dwa promienie wychodzące z dłoni postaci na płótnie padają jej na głowę. Czasami czuła nawet ciepło na blond czuprynie.
Po standardowym „Ojcze Nasz” spojrzała na wizerunek Chrystusa, po czym cicho poprosiła o zdrowie dla brata i dużo szczęścia dla taty, który oczywiście siedział wysoko w niebie i robił te wszystkie fajowskie aniołowe rzeczy.
– Mogę się przysiąść? – Miękki kobiecy głos wybrzmiał od strony wejścia do rzędu.
Amelia przerwała modlitwę. Starsza korpulentna pani uśmiechała się do niej spod szerokiego nosa i pięknych żółtych tęczówek. Dziewczynka skinęła głową i zrobiła miejsce obok siebie, tuż pod obrazem. Próbowała nie patrzeć w stronę nieznajomej, choć nietypowe oczy kobiety kusiły ciekawość.
Nieznajoma, dość niezgrabnie, wcisnęła się do ciasnego rzędu.
– No, w końcu.
Usiadła.
Amelia skończyła szeptanie próśb przesyconych autentycznym pragnieniem, przeżegnała się i usiadła na ławie. Kobieta obok podniosła wzrok na obraz.
– Lubię ten wizerunek. Jest taki… pozytywny. Prawda? – Amelia przytaknęła nieśmiało. – Ja zawsze proszę o szczęście dla swoich bliskich. A ty? O co się modliłaś?
– Nie wolno mi rozmawiać z nieznajomymi.
Kobieta zaśmiała się perliście.
– Nazywam się Wiraja. Znałam twojego tatę.
Amelia rozwarła usta i wlepiła zdziwiony wzrok w kobietę.
– Tak, Radosław często tu przychodził. Potrafiliśmy rozmawiać godzinami. Bardzo sympatyczny, dobry, spokojny człowiek.
– Modliłam się za brata… – wyszeptała dziewczynka. – Jest ciężko chory. – Posmutniała i uciekła wzrokiem w posadzkę.
Wiraja spostrzegła blask w szklistych oczach.
– To ja też się za niego pomodlę. – Pogłaskała dziewczynkę po ramieniu. – Pamiętaj, że życie to zaledwie pewien etap, który kształtuje rdzeń naszej egzystencji.
Amelia niewiele z tego zrozumiała, ale słowa kobiety i tak wywołały w niej przyjemny przypływ radości. Odruchowo ułożyła usta w delikatny dziecięcy uśmiech i spojrzała w kojące, żółte, niemal złote oczy.
– Dziękuję.
– Nie ma za co. Zmykaj do mamy. Już na ciebie czeka.
Wanda właśnie wyszła z zakrystii i błądziła wzrokiem w poszukiwaniu córki. Amelia powiedziała „do widzenia”, przeżegnała się pod obrazem, pocałowała medalik od taty i skocznym krokiem dołączyła do mamy. Przytuliła ją, jakby chciała się podzielić zyskanym ładunkiem radości.
Wiraja rozsiadła się wygodnie pod obrazem i spojrzała na płótno osadzone w ciężkiej ramie. Uśmiechnięte oblicze opętańca Śniącego przywołało kaskadę miłych wspomnień. Odrodzone uczucia otuliły kobietę jak miękki sweter. Znów czuła żar słońca na skórze, kiedy razem z synem cieśli wytrwale kroczyli w upale pustyni, kreśląc nowe ścieżki świata. Mówił z pasją, owładnięty pragnieniem zmiany. Szła za nim, bo wszyscy wokół ją widzieli. Rozmawiała, słuchała, radziła, koiła smutki, upajała się towarzystwem.
Zanurzyła się w tej wizji tak głęboko, że nie zareagowała, kiedy wysoki czarnoskóry mężczyzna w białym garniturze przysiadł się obok. Nie zareagowała, ale czuła jego obecność i wiedziała, kim on jest.
– Niesamowite, jak jeden człowiek może zmienić oblicze świata, prawda, Mose?
– Marzenie nie budzi się dla byle kogo – skontrował ciężkim, acz miłym basem.
– Mhm… Niestety rzadko kończy się to dobrze dla opętanego. – Zerknęła w stronę głównego ołtarza, gdzie wyniszczone gipsowe ciało Chrystusa zwisało bez życia z pozłacanego krzyża.
– Osiągnął to, o czym marzył. Ku twojej chwale. – Mose ułożył wydatne usta w delikatny uśmiech. – No i nie umierał sam, a to jest najważniejsze.
– Szkoda, że tak mało pozostało z tej pierwotnej pasji, którą rozsiał. Zdziwiłbyś się, jak niewielu ludzi, choćby w tym kościele, tak naprawdę mnie słyszy.
– Przynajmniej się ciebie nie boją.
Zaśmiali się oboje.
– No właśnie. – Wiraja obróciła się w stronę Mosego. Odbicie jej złotych oczu w czarnych okularach przypominało dwa ogniki zatopione w otchłani. – Przypuszczam, że nie przyszedłeś tu na wspominki o starych podopiecznych, co?
– Nie. Mam tu zebrać karty, ale jeszcze zanim to zrobię, chciałem spytać: jak nasza Kotwica?
Kobieta spoważniała, złożyła ręce na kolanach i przeniosła wzrok na obraz ponad głową.
– Trudno powiedzieć. Raz już to zrobiła. To bystra dziewczynka, która ma silne pragnienia. Śniący na pewno słyszy jej szepty. Ale nie ma co przesądzać sprawy. Dowiemy się, kiedy przyjdzie czas. A jeśli już przy tym jesteśmy, to ile jeszcze go zostało?
– Niewiele – szepnął Mose.
– Więc długo nie przyjdzie nam tkwić w niepewności. – Pokiwała głową.
Mężczyzna wstał i poprawił poszetkę w marynarce.
Dwa płomienie gromnic pod obrazem Miłosierdzia Bożego zastygły w czasie, jakby ktoś nagle wcisnął światu pauzę. Mose zerknął na bladą staruszkę w ławce kilka rzędów za nimi. Klęczała przygarbiona ze zwieszoną głową.
– Idę. Ty zostajesz?
– Tak, ta kobieta mnie nie słyszy; od dawna przychodziła tu tylko ze strachu. Idź, ja sobie poczekam. Może trafi się ktoś do miłej pogawędki.
Pomachała Mosemu na pożegnanie i przymknęła powieki. Szepty modlitw, miliony słów w tysiącu języków. Morze pragnień odzianych w prośby. Nie mogła spełnić ani jednej. Mogła słuchać i dawać poczucie, że ktoś słucha. Lubiła słuchać; lubiła, kiedy ludzie wołali ją imionami, których liczby żaden z żyjących nie potrafił już zliczyć. Ona znała wszystkie.
– Pani Łukaszowa, proszę się nie bać i spojrzeć mi w oczy. – Silny głos Mosego emanował spokojem.
Wiraja zamknęła świadomość w tym domu dla jednego z jej imion.
– O matko ty bosku, diabeł!
Wiraja parsknęła śmiechem. Drauga wbiłby Mosemu przyjacielską szpilę, gdyby to słyszał.
– Pani Łukaszowa, żaden ze mnie Lucyfer. Proszę się nie bać i spojrzeć w oczy.
– Czyli jednak to prawda… Jezus był czarny. Kto by pomyślał…
– Lepiej się pani czuje?
Wiraja obróciła się w kierunku rozmawiających. Młoda kobieta w zwiewnej sukience z lat czterdziestych oglądała swoją smukłą sylwetkę z wyraźnym niedowierzaniem w oczach.
– Jakby ktoś mnie wyciągnął z ciasnej, dusznej jaskini.
– Dobrze. Chodźmy na spacer.
Mose podsunął kobiecie ramię. Niepewnie złapała za rękaw marynarki, jakby ta miała zaraz zmienić się w mgłę. Faktura materiału wywołała uśmiech na jej twarzy.
– Jestem tu. To nie sen.
Złote oczy wędrowca promieniały obietnicą czegoś dobrego.
Kobieta chwyciła go pewnie i nieśpiesznie opuścili świątynię, zaabsorbowani miłą pogawędką.
Wiraja wróciła do obrazu Jeshuy z Nazaretu. Kilka nowych wspomnień wróciło wraz z lekkim rozbawieniem.
– „Czuję się jak z krzyża zdjęty” – zacytowała jego pierwsze słowa, kiedy oderwał się od ciała.
– Pani Łukaszowa! Słyszy mnie pani! Siostro! Niech siostra dzwoni po karetkę!
***
Wanda zaparkowała samochód przed szpitalem. Za każdym razem, kiedy to robiła, miała chęć szlochać i krzyczeć – teraz nie mogła tego wypuścić.
Spojrzała w lusterko.
Para zatroskanych oczu sondowała ją przenikliwym spojrzeniem. Mama Amelii doskonale znała to spojrzenie. Nie chciała jej tego robić. Nie znowu! Tylko że nic nie zależało od niej. Czuła się bezsilna jak liść w obliczu zmiennego wiatru.
Kilkukrotnie zacisnęła i rozluźniła dłonie, zamarkowała pogodną minę i odpięła pasy.
– No, idziemy, młoda damo. Bartek pewnie już nie może się doczekać.
Amelia przytaknęła i wyszła z samochodu. Kilka chwil później przekroczyły próg szpitala. Dział hematologii dziecięcej umiejscowiono na czwartym piętrze, więc wypełniona oczekiwaniem podróż windą dłużyła się w nieskończoność. Lekarz prowadzący stał przy rejestracji i przekazywał pielęgniarce jakieś dokumenty. Wanda przełknęła ślinę w daremnej próbie rozluźnienia zaciśniętego gardła. Od „sędziego” dzieliło ją zaledwie kilka metrów. Wyrok wisiał w powietrzu. Nawet nie zarejestrowała, że mocno ściska dłoń córki.
– Nic mu nie jest, mamo.
Oprzytomniała.
– Co, kochanie?
– Bartuś czeka.
– Tak, masz rację. Chodźmy.
Doktor Jerzy Figurski akurat skończył obchód i przywitał je wyćwiczonym uśmiechem, za którym mogły kryć się zarówno dobre wieści, jak i potworności ubrane w ładne kubraczki z pokrętnych półprawd. Tym razem mężczyzna w białym kitlu powiedział, że stan Bartka jest stabilny. Wanda opadła z sił i zbladła. Stres uszedł z ciała, zabierając ze sobą krew i ciepło.
Lekarz nie mógł tego nie zauważyć.
– Dobrze się pani czuje, pani Wando?
– Tak… Dobrze. Po prostu…
– Rozumiem. Zapraszam do mnie. Napije się pani wody i omówimy dalsze leczenie syna.
Przytaknęła skwapliwie, ale zreflektowała się niemal natychmiast.
– Najpierw chciałabym się z nim zobaczyć, jeśli pan doktor nie ma nic przeciwko.
– Oczywiście. – Zbliżył się do Wandy i nachylił tak, żeby Amelia nie dosłyszała szeptu. – Dostał niedawno leki, więc może być lekko otumaniony, ale jest w dobrym humorze.
– Rozumiem, nie będziemy go męczyć.
– Będę czekał w gabinecie.
Poklepał Wandę po ramieniu i odszedł.
Bartka przeniesiono do sali z inną pacjentką, praktycznie jego rówieśniczką. Często razem się bawili, o ile choroba dawała im obojgu chwilę wytchnienia. Obie z Amelią weszły do kolorowego pokoju z plakatami superbohaterów rozwieszonymi na ścianach. Łóżko po prawej od wejścia starannie posłano, a stolik obok zagłówka stał całkowicie pusty. Wanda przez chwilę skupiła na nim wzrok.
– Przenieśli Magdę. – Słaby chłopięcy głos rozszedł się po pokoju.
– Bartek! – Amelka puściła rękę mamy i rzuciła się na łóżko brata, nie bacząc na wszystkie rurki wystające spod koca.
– Też się stęskniłem. – Objął siostrę. Piżama zwisała na ramionach nastolatka jak pranie rozwieszone na sznurkach.
Wanda z trudem powstrzymała szloch.
Żył, rozmawiał, był. To się liczyło. „Póki trwa życie, jest nadzieja” powtórzyła w myślach słowa księdza i przyjaciela, choć kiedy tak patrzyła na bladą cerę i podkrążone oczy syna, to czuła, że jej serce rozpada się w krwawe drzazgi.
– Jest i mój rycerz. – Podeszła i pocałowała zimne czoło. – Jak się czujesz?
Chłopiec wzruszył ramionami.
– Doktor powiedział, że nic się nie zmieniło i że jak przyjdziesz, to żeby ci powiedzieć, że masz do niego iść coś podpisać.
– Dobrze, to wy sobie tu chwilę posiedźcie, a ja pójdę załatwić formalności. Może to przepustka do domu. – Puściła Bartkowi oko.
Chłopakowi rozpromieniła się twarz.
– Myślisz?
– Nie wiem, może. – Przytuliła syna, żeby naładować własną baterię jego bliskością.
– Idź już – pogonił mamę z nagłym przypływem wigoru.
– Dopiero co przyszłam, a ten już ma dosyć starej matki. Amelia, opowiedz bratu, co robiłaś w szkole. Ja zaraz wracam.
Wyszła z sali.
Pokój lekarski leżał na końcu korytarza, więc sztuczny entuzjazm zdążył ustąpić wtórnemu lękowi. Wanda miała już do czynienia z onkologami; w przypadku jej męża robili to samo: „Proszę się nie martwić. Jest lekkie pogorszenie. To nic groźnego. Stan jest stabilny, musimy tylko…”, a potem: „Przykro mi, ale skończyły się dostępne opcje leczenia”. Zatrzymała się przy dystrybutorze z wodą i nalała do kubka lodowatej cieczy. Przepływ kłującego zimna w przełyku wyciągnął świadomość z tej myślowej studni bez dna.
Będzie dobrze.
Podeszła pod gabinet. Na krześle siedziała czarnowłosa dziewczynka i rozmawiała z pluszowym misiem. Sama, bez dorosłego w pobliżu. Wanda wcześniej jej nie dostrzegła, ale pomyślała, że może opiekun dziecka rozmawia z doktorem. Drzwi pokoju lekarskiego uchyliły się delikatnie. Pielęgniarka z całym naręczem dokumentów ledwie przecisnęła się przez szparę.
Wanda zerknęła w głąb cichego pomieszczenia.
– Czy doktor jest sam? – sypała kobiety, która ledwie radziła sobie z papierami.
– Tak, proszę wejść. – Kobieta uśmiechnęła się i pobiegła w stronę windy.
Wanda wróciła spojrzeniem na dziewczynkę pozostawioną samą sobie i już chciała podejść, żeby wypytać, na kogo czeka, ale basowy głos doktora Figurskiego zaprosił ją do środka. Pół godziny później nawet nie zauważyła, że dziecko z misiem zniknęło, ale w takim stanie nie zauważyłaby, gdyby korytarzem przechadzała się żyrafa.
Desperacko potrzebowała powietrza.
***
– Amelko, idź się pobawić na zewnątrz. Mama musi porozmawiać z ciocią Teresą.
– Coś się stało?
– Nie, kochanie, zwykłe dorosłe sprawy. – Pogłaskała córkę po głowie. – Zmykaj.
Wanda odczekała, aż córka zamknie za sobą drzwi. Gdy tylko trzask skrzydła rozszedł się po salonie, zaczęła wyraźnie dygotać. Siedząca obok wysoka czterdziestolatka ze srogim obliczem sprawiała wrażenie strasznej jędzy, a ciężki makijaż tylko potęgował ten efekt.
Teresa przesiadła się bliżej siostry.
– Powiesz, o co chodzi, czy zamierzasz zemdleć?
Wanda zebrała siły, żeby wykrztusić słowa, które dźwięczały jej w głowie od ostatniej wizyty w szpitalu.
– Lekarz powiedział, że stan Bartka w każdej chwili może się gwałtownie pogorszyć. Kilka razy dostawał drgawek i musi być pod stałym nadzorem zespołu medycznego. Krótko mówiąc, muszą przenieść mojego syna do hospicjum, żeby miał całodobową profesjonalną opiekę. Że tam może czekać na przeszczep.
– Dla mnie ma to sens. Przecież wiesz, że oni tam nie mogą latać wokół każdego pacjenta dwa-cztery na dobę.
Wanda pokręciła głową.
– Nie rozumiesz. Ja już umiem czytać między wierszami. Gdyby była jeszcze nadzieja, lekarz zaproponowałby opiekę w domu. Zrozum, Teresa, oni, w sensie lekarze, oni kalkulują. Wiedzą, że ja mam jeszcze córkę, że straciłam męża. Przecież ten doktor Bratka wie, widzi, że… że ja jestem na skraju załamania… – zawiesiła głos. – Uznali gdzieś na jakimś spotkaniu, że Bartkowi już nie można pomóc i muszą ratować mnie i Amelię.
Teresa otaksowała siostrę z nieco wątpiącym wyrazem twarzy.
– Czy ty czasem nie dopisujesz sobie pobocznej historii do zwykłych procedur leczenia i zdrowego osądu lekarza?
Wanda zaprzeczyła.
– Uwierz mi, chciałabym, ale to wszystko już się wydarzyło. – Sięgnęła po chusteczkę, starła łzy z policzków i wydmuchała nos. – Dwa tygodnie przed śmiercią Radka było tak samo: przenosiny, czekanie, gadka o całodobowej opiece. Inny szpital, inny człowiek, ta sama procedura. Po przeniesieniu do hospicjum zadzwoniła do mnie kobieta. Przedstawiła się jako psycholog oddziału onkologii i pytała, jak sobie radzę z tą sytuacją. Pomyślałam „super. Polska służba zdrowia nie jest taka zła”… – przerwała.
– I co w tym dziwnego?
– Ona mnie szykowała na nieuniknione. Oni wszyscy wiedzieli, że nie ma już nadziei, że nie będzie leczenia. Myślę, że Radek też wiedział, tylko ja głupia nadal karmiłam serce debilnym „wszystko będzie dobrze”!
Teresa odstawiła kawę na stolik, przysunęła się do siostry i przytuliła ją mocno.
– Wczoraj dzwonił psycholog ze szpitala… – wyszeptała Wanda.
Rozpłakały się razem.
***
Amelia wyszła na podwórko, obejrzała się, potem zajrzała w kuchenne okno i przecisnęła się przez żywopłot do zagajnika tuż za domem, ot niewielkie skupisko drzew odcięte szosą od większego lasu.
– Bodo! – zawołała szeptem.
Psa nigdzie nie było. Została jeszcze szopa z drugiej strony podwórka. Obeszła dom szerokim łukiem, zerknęła przez rachityczne tujki przy podjeździe i, sprawdziwszy, czy mama przypadkiem nie szuka jej na podwórku, zwinnie niczym mysz czmychnęła do składziku. Zapaliła światło. Pisnęła, ale zasłoniła usta dłońmi. Na środku komórki leżało na wpół zjedzone truchło. Nie zdołała jednoznacznie stwierdzić, co to za zwierzę; na pewno miało cztery łapy, sierść i rozmiar niewielkiego psa. Pobladła i zmrożona strachem wycofała się do drzwi, wymacała klamkę i szybko wyskoczyła na zewnątrz.
– Wuf!
Obejrzała się.
Bodo stał kilka metrów od niej i merdał ogonem. Ulżyło jej, ale tylko do chwili, gdy nie skupiła uwagi na zakrwawionym pysku zwierzęcia.
Pitbull ruszył w jej kierunku.
Cofnęła się.
– Stój!
Tak zrobił. Potem usiadł i przyglądał się swojej pani smutnymi oczami.
– Czy… – Głos jej zadrżał. – To ty zabiłeś tamto stworzenie w szopie?
Pies spuścił uszy, przylgnął do ziemi i zaskomlał. Ewidentnie przepraszał.
– To nie jego wina.
Dziewczynka spojrzała w stronę największej z sosen w pobliskim zagajniku. Szczupły chłopak, starszy od niej może o kilka lat. Stał przy drzewie odziany w jakieś lniane workowate łachmany. Patrzył w jej stronę. W jego wielkich oczach brakowało blasku, wręcz zdawały się pożerać światło.
Podszedł do Boda, przykucnął i pogłaskał go po grzbiecie. Pies nawet nie drgnął.
– Trawi go pragnienie, nie potrafi nad tym zapanować. – Mówił sennym, zmęczonym głosem.
Amelia patrzyła na niego z fascynacją. Wielkie tęczówki kontrastowały z chudym korpusem i ramionami, jakby ciało chłopaka było zaledwie stojakiem dla tych hipnotycznych oczu osadzonych w bladej twarzy. Jego spojrzenie pochłaniało, otaczało. Czyniło człowieka bezbronnym.
– Co mu jest? Dlaczego się tak zachowuje? – Amelia spytała nieśmiało.
Chłopak wyglądał, jakby dopiero wstał z łóżka i jeszcze na dobre nie zagościł na jawie.
– Tęskni, szuka, pragnie – przemówił. – Chce znów czuć się częścią tego świata, a jego pani, jego kotwica w życiu, trochę go zaniedbała, więc wziął sprawy we własne łapy i zęby.
Nieznajomy uniósł kąciki ust w coś na kształt uśmiechu. Bodo leżał spokojnie. Patrzył na Amelię, zupełnie jakby chłopak wcale nie istniał. Dziewczynka nie dostrzegła, kiedy upiorny chudzielec zbliżył się na wyciągnięcie ręki i stanął tuż przed nią. Poruszał się jak wierzbowa witka na wietrze. Przyjemnym zapach kwitnących kwiatów wysycił powietrze.
– Chodź ze mną.
– Nie mogę odchodzić z obcymi.
– Nie jestem obcy. – Wystawił dłoń. Koszula z szerokim rękawem potęgowała rachityczność jego cienkich ramion.
Amelia podała mu rękę.
– Dokąd idziemy?
– Do twojego brata.
– Po co?
– Bo pragniesz, żeby był z tobą, śnisz o jego zdrowiu, a ten sen niesie się potwornym krzykiem. Nie pozwala mi spać. – Spojrzał na dziewczynkę. Wielkie oczy roziskrzyły się od niezliczonych drobnych błysków. – Chcesz odzyskać brata?
Skinęła głową.
– Więc chodźmy spełnić twoje marzenie.
Weszli na ścieżkę między drzewami. Światło przebijało przez korony, oświetlając szlak, którego nikt wcześniej nie widział.
***
Lekarz spojrzał na nieprzytomnego Bartka, po czym po raz kolejny sprawdził wszystkie wyniki. Dwie młode pielęgniarki trzymały się na uboczu i patrzyły na doktora jak skazaniec na kata, który ma wykonać paskudny wyrok losu. Wiedziały, że ten wyrok zapadł już dawno, nie liczyły na cud, bo hospicjum odziera ludzi z takiej wiary. One po prostu chciały, żeby doktor jeszcze tego nie mówił, żeby się wstrzymał, choćby tylko jeden dzień.
Mężczyzna odłożył kartę pacjenta.
– Skontaktujcie się z matką. Niech przyjdzie się pożegnać.
Obie kobiety spuściły głowy. Ciężar nadziei spadł z nich jak pancerz zrzucony po długiej bitwie. W obliczu nieuniknionego człowiek zawsze czuje ulgę. Nie musi już walczyć, nie musi się martwić. Może wrócić do codzienności albo odejść w spokoju.
Wyszły z sali bez słowa.
Doktor jeszcze raz spojrzał na sinego chłopca podłączonego do respiratora. Nadzieja walczyła w mężczyźnie z medycznym rozsądkiem, podżegała do walki – tylko nie było już broni. Lekarz usiadł na krześle obok łóżka, tak po prostu, żeby chwilę być sobą, a nie zimnym strategiem, władcą życia, wrogiem śmierci. Zapłakał i uśmiechnął się niemal równocześnie. Radość z faktu, że dwadzieścia lat pracy w dziecięcym hospicjum nie wyjałowiło go do końca, wymieszała się ze smutkiem bezradności.
Stwierdził, że posiedzi jeszcze chwilę.
***
Bartek otworzył oczy. Znajome pikanie aparatury pozwoliło zakotwiczyć świadomość i umiejscowić siebie w świecie. Spojrzał na biały sufit z Supermanem, na znajomy stolik z tabletem, a potem na parapet z ulubionym storczykiem przyniesionym przez matkę. Czuł spokój. Coś było nie tak. Ktoś zabrał cierpienie wraz z tymi paskudnymi igłami i rurą, która raniła mu gardło. Podciągnął się na łóżku. Płuca pracowały lekko, ciężkość serca zniknęła, mięśnie reagowały na myśli. Pojawił się strach.
Spojrzał w stronę wyjścia. Na krześle obok łóżka siedział czarnoskóry mężczyzna w ciemnych okularach i T-shircie ze Spidermanem na torsie. Patrzył na chłopca z uśmiechem ułożonym z mięsistych warg. Tasował jakieś dziwne, wielkie karty.
– Siostro! Mamo!
– Spokojnie, twoja mama już tu jedzie.
Pomimo banalności tego oświadczenia Bartek okiełznał panikę i zyskał niewytłumaczalną ufność.
– Kim pan jest?
Nieznajomy podsunął mu talię.
– Weź pierwszą od góry, to się dowiesz.
Chłopak spojrzał na stos kart z motywem złotej arabeski na rewersie. Zabrał pierwszą od góry i odwrócił. Zerknął na mężczyznę skonsternowany.
– I co? – spytał nieznajomy, markując ciekawość.
Bartek obrócił kartę. Na awersie widniał czarnoskóry człowiek w białym garniturze. Mościł się w szerokim drewnianym siedzisku i spoglądał przed siebie spod wielkiej błazneńskiej czapy z dzwonkami. Jego oczy jarzyły się złotem, tak samo jak napis GŁUPIEC wytłoczony ponad głową postaci.
Nieznajomy przy łóżku zrobił zdziwioną minę i zabrał kartę.
– To nie ta – oświadczył speszony. – Co za wpadka. – Podrapał się po głowie w udawanej konsternacji.
Bartek zaczął się śmiać.
Mężczyzna spojrzał na chłopca i wyszczerzył białe zęby w szerokim uśmiechu.
– Jestem Mose. – Podał Bartkowi rękę.
– Bartek. – Ośmielony chłopak pewnie chwycił wielką ciemną dłoń.
Mose zdjął okulary i zatknął za kołnierz koszulki. Złote oczy roztaczały ciepłą łunę.
– Chodź, młody człowieku, za długo już tu siedzisz, a na zewnątrz taka ładna pogoda. – Wstał i ruchem ręki zachęcił chłopca do tego samego.
Bartek zsunął nogi z łóżka. Zapomniał już, jak to jest chodzić.
– A mama? – Spojrzał na Mose.
– Wyjdziemy jej naprzeciw. Podaj mi ręce. Zrobimy to razem, na trzy, dobrze?
Chłopak skinął głową.
– Raz…
– Nie…! – Szept niewiele głośniejszy od samej ciszy wybrzmiał w uszach Bratka.
Mose nie zareagował w żaden sposób.
– Dwa…
– Nie zostawisz mnie…!
– Trzy…
– Nie pozwalam!
Mose pociągnął chłopca za ramiona. Potworna ciężkość wdarła się w ciało Bartka i przygniotła go do łóżka. Otworzył oczy. Chciał krzyczeć, ale plastikowa rura wepchnięta głęboko w gardło paliła strasznym bólem. Ręce, nogi, korpus. Wszystko bolało, szarpało i gryzło. Chciał wrócić do zabawnego pana o złotych oczach. Z wielkim trudem odwrócił głowę w stronę krzesła. Czarnoskóry mężczyzna zniknął, a jego miejsce zajęła dziewczynka. Nie. Nie jakaś dziewczynka, tylko jego młodsza siostra, i cień. Cień z wyraźną twarzą i wielkimi oczami. Wyrastał z niej i piął się aż pod sufit. Patrzył na niego nieobecnym wzrokiem.
– Nie pozwolę ci odejść. – Płaczliwy ton Amelii rozwiał dziwny cienisty omam za jej plecami. Dziewczynka mocno ściskała przedramię brata. – Zostaniesz ze mną! Nie odejdziesz! – Jej głos, choć dziecięcy, emanował mocą, gniewem i determinacją.
Bartek odpłynął w nieświadomość. Cierpienie ciała było nie do zniesienia. W nicości poczuł lekką ulgę i ciepło kojącego światła.
– Wybacz. Nie mogłem nic zrobić. To prawo starsze ode mnie, prawo Marzyciela.
Chłopiec rozpoznał głos śmiesznego pana.
– Czy już zawsze będzie tak bolało…? – wyszeptał spierzchniętymi ustami.
– Nie, ciało tępieje, ale umysł będzie pragnął, tęsknił, łaknął odejścia. Tyle że ja nie mogę cię zabrać, bo konsekwencją marzenia jest dotkliwe pragnienie, a ono kotwiczy cię w tym świecie.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania