Poprzednie częściPieśń pokoju cz.1

Pieśń pokoju cz.2

***

Odwiedziliśmy właścicieli pozostałych zaatakowanych zwierząt. W każdym przypadku psy biegały po podwórku, kiedy doszło do ataku, a właścicieli nie było w domu. Z początku zdziwiło mnie, że przy stosunkowo gęstej zabudowie nikt nie zareagował na potworny skowyt, który musiał towarzyszyć takiej masakrze. Z drugiej jednak strony, to nadal Warszawa: ludzie wolą pozostawać anonimowi w swoich drogich, ogrodzonych schronach.

Dochodziło południe. Została nam jeszcze ta nieszczęśliwa rodzina opisana przez panią Teresę. Zgłodniałem, więc zrobiliśmy przystanek przy miejscowej kawiarni, która według Google serwowała wyśmienite tosty. Wystrój przybytku nieco mnie zaskoczył. Wnętrze urządzono w stylu retro: drewniane, nieco toporne meble, obite skórą fotele, boazeria i liczne półki okupowane przez woluminy z dziedzin szeroko pojętych jako metafizyczne. Figurka diabła z książką w ręku usytuowana w kącie kuchni wyglądała na starą. Poczułem się jak w domu. Kochane dzieciństwo spędzone wśród zgromadzeń i licznych seansów. Piękne czasy. Muszę zadzwonić do mamy.

Podszedłem bliżej lady, żeby zobaczyć, co w menu. Renata została w samochodzie. Powiedziała, że to miejsce ma dziwną aurę. Teraz wiem, skąd to odczucie – liczba szamańskich znaków i amuletów rozwieszonych girlandami pod płazem przygniotłaby każdego naznaczonego większą wrażliwością, a zapach szałwii i lawendy przyprawiał mnie o mdłości. Zapewne dla zwykłych bywalców gęsta woń budowała klimat miejsca.

Kobieta za kontuarem wstawiała ciasto do przeszklonej lodówki. Świetnie pasowała wyglądem do przybytku. Zapewne właścicielka.

– Już podchodzę – uprzedziła moje upominające chrząknięcie. – Już pan wie, na co ma… Ojej. – Odwróciła wzrok, jakby zobaczyła coś wyjątkowo odrażającego.

Odruchowo dotknąłem połatanego policzka. Niby człowiek powinien przywyknąć, ale…

– Coś się stało? – spytałem, choć dokładnie wiedziałem, o co chodzi.

– Przepraszam. Trochę mnie pan zaskoczył. Ta blizna… – Pokazała na moją twarz. – Widzę trochę więcej. Przykro mi, że pana to spotkało. Musiało być straszne.

Pokazała mi tatuaż sabatynek Hekate na przedramieniu.

– Rozumiem. To ja zamówię i przyślę koleżankę.

– Nie, proszę się nie przejmować. Jak już mówiłam, trochę mnie pan zaskoczył. – Ściągnęła korale z bursztynową zawieszką i schowała do szuflady. Teraz będzie lepiej, mniej intensywnie. To co pan sobie życzy?

Przyszło mi coś do głowy.

– Funkcjonariusz Maksymilian Gondel. – Wyciągnąłem odznakę. – Badam sprawę psów zagryzionych w okolicy.

– Marianna Krawczyk. – Podała mi rękę. – To może jednak pan zamówi, bo mam przeczucie, że się zejdzie. Tylko zamknę na chwilę, żeby nam nikt nie przeszkadzał. Podeszła do drzwi. Przez szybę zobaczyła moją partnerkę zaciągającą się IQOS-em. – Koleżanka nie wejdzie?

Nie było sensu kłamać.

– Nie może. Ten zapach. – Machnąłem ręką, jakbym łapał coś w powietrzu.

– Rozumiem. To co? Tost ser-szynka i kawa?

– Brzmi świetnie.

Napisałem Renacie, że trochę to potrwa, wyjaśniając po krótce, dlaczego ma nie wchodzić do środka. Odpisała, że jedzie po kawę do Żabki.

 

***

 

Tost okazał się hitem. Marianna nawet nie próbowała mi przerywać; cierpliwie piła jakiś owocowy napar i kątem zliczała liczba klientów, którzy odbili się od tabliczki ,,chwilowo nieczynne” zawieszonej na drzwiach.

– To co chce pan wiedzieć, panie Maksymilianie? – spytała, gdy przełknąłem ostatni kęs czegoś tak prostego, a jednocześnie tak genialnego, jak tost z tradycyjnie wędzoną szynką.

– Istnieje podejrzenie o nadprzyrodzoną przyczynę tych brutalnych ataków na lokalne zwierzaki. Miałem cichą nadzieję, że osoba obeznana w tych sprawach, w dodatku związana z okolicą potwierdzi kilka tropów albo nasunie nowe.

Upiła łyk naparu i uśmiechnęła się serdecznie.

– Wszedł pan po jedzenie, zobaczył, co tu jest grane i postanowił wykorzystać okazję, prawda?

I po co ja oszukuję wróżbitkę.

Odwzajemniłem uśmiech.

– Tak. Dokładnie tak.

– Proszę się nie wstydzić szczęścia, z reguły nie jest przypadkowe.

– Wie pani coś na temat tych ataków?

– Wiem to za dużo powiedziane. Raczej mam silne przeczucie. Lubię układać karty, robię to dla siebie, ale i dla innych. Karty potrafią dużo przekazać, jeśli umie się ich słuchać. – Sięgnęła do kieszeni barwnej ekualamy. – To stara talia, jeszcze po babci. Nosi sporo wspomnień zaklętych w obrazach, ale i dużo wie. – Przetasowała wielkie karty z pozłacanym wzorem na rewersie.

Starałem się nie skrzywić. Nie lubiłem tarota, bo w doświadczonych rękach pokazywał więcej, niż chciałbym ujawnić.

– Wyciągniesz jedną?

Miałem wybór – zaryzykować wywleczenie własnych koszmarów albo utracić wstępne zaufanie. Sabatynki traktowały takie zaproszenia jak wypicie bruderszaftu.

Sięgnąłem po kartę i ostrożnie obróciłem.

Diabeł. Dlaczego nie jestem zaskoczony…

Marianna zaśmiała się na widok mojego zmieszania.

– Proszę się nie martwić, Drauga to najbardziej stygmatyzowana ze wszystkich kart. Poza tym od razu widać, że jest pan człowiekiem wielu tajemnic. Wyciągnęła kolejną kartę. Spojrzała na awers, uśmiechnęła się i odłożyła talię na stół. – Ostatnio mam wzrost liczby klientów, bynajmniej nie na tosty i kawę, choć te idą przy okazji. Niepokoje na świecie potęgują lęk tak samo, jak te na własnym podwórku, ale jedna sesja była nad wyraz ciekawa. Kobieta mieszka niedaleko stąd. – Marianna wyciągnęła kolejną kartę z napisem ,,Głupiec” nad zachwyconą pełnym słońcem młódką. – Przyszła z córką i spytała o los syna. Stchórzyłam. Nie byłam w stanie powiedzieć jej prawdy. Stwierdziłam, że zrobi to onkolog. Poza tym, lepiej zostawić ludziom trochę nadziei.

– Z tym się nie zgodzę. Nadzieja śmieje się najgłośniej, kiedy znika w ostatniej chwili.

– Komisarz filozof.

– Raczej człowiek ze sporym bagażem doświadczeń. Ale proszę kontynuować.

Wyciągnęła następny symbol ze stosu Wielkich Arkan.

Śmierć.

– Mała, Amelia, jeśli dobrze pamiętam, cały czas siedziała w kącie i bawiła się lalką. Miała coś w sobie, a raczej wokół siebie. Jakby coś zostawiło na niej swoje znaki. Kiedy razem z matką zbierały się do wyjścia, podeszłam do dziewczynki i spytałam, czy chce wyciągnąć kartę. Spojrzała wtedy na matkę niepewnie, ale ta z uśmiechem dała na to przyzwolenie. Ludzie nadal myślą, że karty to zabawki. Dziewczynka wyciągnęła Maga.

– Ciekawe – przyznałem z uznaniem.

– Ani mnie, ani nikomu z naszego „klubu brydżowego” dla kobiet – uśmiechnąłem się na określenie – nigdy się nie zdarzyło, żeby dziecko wyciągnęło Maga. Ta karta absolutnie nie pasuje, wręcz odpycha dzieci. Wie pan, co to oznacza?

– Że Arkana pokazały pani twórcę tego śladu w aurze dziewczynki.

– Tak mi się zdaje.

– A co to ma do naszej sprawy?

– Podczas sesji pani Wanda trochę się otworzyła. Opowiedziała o śmierci męża, chorobie syna i niedawnym wypadku, w którym córka straciła psa.

– Pitbulla?

– Nie wspomniała rasy, za to zasłyszałam z plotek, że jej syn wyszedł ze szpitala i leczy się w domu. Ponoć lekarze szepczą między sobą, że to cud. Wie pan, plotki lubią tę nutkę mistycznej fantastyki.

– Myślę, że ta historia zaczyna nabierać trochę więcej sensu.

Mocne pukanie do drzwi zburzyło spokój naszej małej sesji. Marianna wyjrzała przez okno.

– Pana koleżanka wygląda na mocno zdeterminowaną.

– I tak już miałem iść. Bardzo dziękuję.

Wstałem, zostawiłem pieniądze na stole – za tost plus coś za sesję – i otworzyłem drzwi.

– Coś się stało? – Renata zasłoniła twarz rękawem. – Dlatego chciałem, żebyś została.

– Chodź i zamknij te drzwi, zanim nabrudzę na wycieraczkę.

Skinąłem głową i wyszedłem. Mógłbym przysiąc, że Marianna trzymała w palcach kolejną kartę.

Wsiedliśmy do auta.

– Dzwonił ten policjant. Ten zajmujący się zagryzieniami. Dostał zgłoszenie o kolejnym rozszarpanym psie. Podał adres. Niedaleko stąd. – Zapięła pasy i obrzuciła mnie karcącym spojrzeniem, wymuszając podobną czynność. – Będzie na nas czekał.

 

***

Podjechaliśmy tak blisko, jak to tylko było możliwe. Kilku biegaczy znalazło rozszarpane truchło jakiegoś zwierzęcia niedaleko jednego ze starych dębów uznanego za pomnik przyrody. Drzewo faktycznie robiło wrażenie, przypominało tolkienowskiego Enta górującego nad zagajnikiem swoich pociech.

Marcin Dereń stał przy wielkim korzeniu i robił zdjęcia.

– Dziękujemy, że pan zadzwonił.

– Wystarczy Marcin.

– To dla formalności: Maks. – Podałem mu dłoń.

– Renata. – Moja partnerka zrobiła to samo.

– Co tu mamy?

Przeniosłem wzrok na zwał szarego futra, krwi i bebechów. Zrobiło mi się niedobrze na sam widok. Wnętrzności czegoś, co kiedyś prawdopodobnie było huskim, rozwleczono po mchu na kilku metrach wokół rozprutego brzucha. Jedną nogę wraz z zadem ogryziono do kości.

– Podobnie jak poprzednio. Wszystko wskazuje na wilka albo zdziczałego psa, tyle że nikt tu żadnego nigdy nie widział, a w tych laskach aż roi się od biegaczy, grzybiarzy. No, po prostu to mało prawdopodobne.

Pochyliłem się nad prawie nienaruszonym pyskiem psa. Leżał z wyszczerzonymi kłami.

– Czy mogę zostać sam, z tym, co zostało z tego psa? – spytałem Derenia.

– Proszę się nie krępować. Widziałem dużo dziwnych rzeczy, kiedy koleżanki mamy przychodziły grać w karty. Mało co jest mnie w stanie zdziwić.

Zdziwiłbyś się, pomyślałem.

Renata chyba miała podobne przemyślenia, bo aż parsknęła.

– Jak wolisz.

Położyłem dłoń na głowie psa. Przy gwałtownym zgonie zdarza się, że resztki świadomości tkwią w świeżych zwłokach, jakby myśli, obrazy i przeżycia błądziły w amoku, zanim rozpłyną się w nieistnieniu. Huskiego zagryziono niedawno. Istniała spora szansa na to, że jego wspomnienia nadal bały się eksplorować świat poza czaszką.

Wyciągnąłem skręta z suszonej szałwii i lawendy.

– Masz zapalniczkę?

Renata poszperała po kieszeniach. Od dawna już nie kupowała zwykłych papierosów, ale przyzwyczajenie palacza nakazywało mieć jakiś ogień na podorędziu.

– Łap.

Podpaliłem małą ziołową żagiew. Zaciągnąłem się gęstym aromatycznym dymem, przetrzymując go w płucach. Wspomnienia paczki z liceum i wypalanej wspólnie marihuany przemknęły przez otwierający się umysł. Reszta tlącego się skręta powędrowała do pyska zwierzęcia. Musiałem wepchnąć zwitek głęboko, co nie należało do przyjemnych doznań. Renata zaczęła odganiać resztki dymu, które do niej docierały, klnąc przy tym jak szewc.

Pies kłapnął paszczą i drgnął kończynami – tymi nieogryzionymi.

– Ćśś… – Pogłaskałem go po głowie. – Ćśś… Pokaż mi.

Spojrzałem w martwe zmętnione oko.

 

Ciemny ogar. Piana z pyska. Strach – pierwotny, zwierzęcy, paniczny.

Nie mogłem się przebić przez chaos tak odmiennego umysłu.

 

Zapachy – ostre, wyraźne jak obrazy. Las. Łowca. Biegnie. Wściekły, głodny. Odciągnąć go od domu. Od Małej Pani. Nie może zrobić krzywdy Małej Pani. Dobrej pani.

 

Pogłaskałem zimny łeb. Dobra, poczciwa psina.

Drzewa. Zapachy. Obce. Ciemno, jest ciemno. Nie mogę wrócić. Łowca jest głodny. Mała Pani nie ma szans. Odpocząć. Wody. Łowca tu jest.

Eksplozja bólu uderzyła z taką intensywnością, że zrobiłem się purpurowy. Stęknąłem, dusząc krzyk, ale i tak zabrzmiało to jak bolesne wycie. Towarzyszący nam policjant odkleił plecy od pobliskiego dębu, gotów pośpieszyć z pomocą. Renata nakazała mu trzymać się na dystans.

– Maks, wszystko gra? – spytała.

– Tak. – Zabrałem dłoń i naciągnąłem powiekę na martwe oko zwierzaka. Po policzku popłynęła mi łza. – Masz swój kord?

Renata sięgnęła po srebrny nóż.

– Co wy chcecie zrobić?

Dereń skorzystał z zamieszania i podszedł bliżej. Skierowałem na niego wzrok. Moja papierowo-blada twarz musiała wyglądać strasznie, bo zrobił wielkie oczy.

– I jak te zdjęcia? – spytałem i wziąłem ostrze od Renaty.

– Wszystko już mam. Ale nie powinniście…

– Mamy uprawnienia do takich działań, jeżeli istnieje podejrzenie ingerencji nadprzyrodzonej. W tym przypadku nie mam wątpliwości, że taka zaszła.

– Myślicie, że ktoś ma chowańca?

Czyli matka zapewniła Dereniowi porządną edukację poza programem.

– Tak mi się zdaje, aczkolwiek raczej nad nim nie panuje. To coś, co widziałem. Nie stała za tym żadna wola. Tylko głód i chęć mordu. – Przyłożyłem ostrze do czoła husky. – Mogę?

Nasz policjant ocknął się z potoku myśli i wątpliwości.

– Tak, oczywiście.

Odwrócił wzrok.

Srebrzący się sztych wszedł w skórę i utkwił w czaszce. Pchnąłem mocno, ale zbita kostna masa broniła dostępu do strzępków przerażonej aury zamkniętej w martwym ciele. Rozejrzałem się dokoła za jakimś kamieniem.

Renata zrozumiała naturę mojego problemu.

– Czekaj.

Uderzyła pięścią z całych sił w płaską głownię. Czasami zapominałem, że ona jest nienaturalnie silna. Kość chrupnęła. Ostrze weszło głęboko w łeb. Stężenie ciała ustąpiło. Ledwie dostrzegalny opar uleciał mu z pyska. Szałwia otwierała umysł, burzyła mury rozsądku, pozwalała widzieć więcej.

– Odpocznij sobie. – Pogłaskałem zimny nos i wyciągnąłem ostrze. – Możesz się już odwrócić.

Dereń tylko łypnął na truchło i z widoczną ulgą wyrysowaną na twarzy westchnął głęboko.

– Myślałem, że chcesz odciąć mu głowę.

– Odcięcie nic by nie dało. Trzeba przebić czaszkę.

Oddałem Renacie zakrwawiony sztylet.

– Masz coś, żeby wytrzeć?

– Tak. – Oczyściła klingę ścierką i schowała w pochwę. Miała ich przynajmniej trzy. – Zobaczyłeś coś przydatnego?

– To pies. Duży i wściekły. Chyba pitbull, albo jakiś kundel wymieszany z pitbullem. Tak jak opisała pani Teresa. Ciemnoszara krótka sierść, przynajmniej tak widział to ten zagryziony biedak. Nie rzuciło ci się w oczy ogłoszenie o zaginionym husky? – spytałem Derenia. – Właściciele mieli kilkuletnią córkę.

– Myślę, że wiem, o kogo chodzi. Zadzwonię, gdzie trzeba.

– A ten pitbull?

Policjant podumał chwilę.

– Osobiście kojarzę tylko jeden dom, ale nie zaręczę, że to jedyny. Tu co chwilę pojawia się ktoś nowy. No i mnóstwo imigrantów.

– Niemniej jednak to na razie nasz najlepszy trop.

– Jasne. Zorganizuję kogoś, żeby zabrał zwłoki i możemy jechać.

 

***

 

Chwilę później podjechaliśmy pod niewielki piętrowy dom ulokowany nieopodal jednego z mniejszych zagajników. Dziwnym trafem to był ten sam adres, który dostałem w bistro od sympatycznej sabatynki.

Wysiedliśmy.

– Jak chcecie to przeprowadzić?

Renata odpaliła ICOS-a.

– Proponuje wymieszać szczerość ze sporą dozą niedopowiedzeń.

– Czyli skłamać?

– Tak, ale mądrze. Na przykład powiemy, że niedaleko wściekły pitbull chciał zaatakować dziewczynkę. Kobieta ma małą córkę, na pewno ją to poruszy. Dalej będziemy improwizować. Możemy powiedzieć, że ktoś ich wskazał jako potencjalnych właścicieli opisywanego agresywnego zwierzaka.

Pokiwałem z uznaniem. Po drodze opowiedziałem Renacie trochę więcej szczegółów ze swojej wizji, a ona w oparach podgrzewanego tytoniu wysnuła całkiem dobry plan.

– Zgadzasz się na takie rozwiązanie? To w końcu ciebie tu znają.

Dereń wzruszył ramionami.

– Nie kłamiemy za bardzo.

Podeszliśmy pod drzwi. Z wewnątrz dochodziły nas dźwięki rozmowy. Renata wcisnęła dzwonek.

– Już idę!

Kobiecy głos brzmiał miło i spokojnie.

– Kończę, Teresa. Ktoś dzwoni do drzwi. No. Złapiemy się jutro.

Zasuwka zgrzytnęła. Skrzydło uchyliło się na długość łańcucha blokującego.

– W czym mogę pomóc? – Kobieta zasępiła spojrzenie na widok nieznajomej. – Bo jeśli chodzi o rozmowy o Biblii, to…

– Pani Wando. – Dereń wszedł w pole widzenia. – Jesteśmy służbowo.

Pokazałem odznakę. Moja partnerka też.

Kobieta widocznie się zmartwiła, ale po krótkiej chwili namysłu uwolniła skrzydło z łańcucha.

– Funkcjonariusz Maksymilian Gondel, a to funkcjonariuszka Renta Koleba. Wydział Ochrony Zwierząt Komendy Stołecznej. Prowadzimy śledztwo w sprawie kilku brutalnych zagryzień w okolicy.

– Tak, słyszałam, o nich.

– Aua!

Dziewczęcy głosik dobiegł z kuchni.

– Amelia! Idź do siebie i nie podsłuchuj.

Zza framugi wychynęła dziewczynka, na oko jakieś pięć, sześć lat. W dłoni trzymała klocek lego.

– Widzisz, gdybyś chodziła w kapciach, tak jak mama każe, to nic by się nie stało.

– Gdyby Bartek zbierał swoje klocki, to mogłabym chodzić boso – odburknęła.

– No już. Zmykaj do siebie. Dorośli muszą pogadać. I nie podsłuchuj pod drzwiami.

Dziewczynka odeszła niepocieszona. Wiodłem za nią wzrokiem, aż zniknęła w przedpokoju. Dziecko było wyraźnie blade i może nie wychudzone, ale na pewno bardzo szczupłe.

– Ma pani dwoje dzieci? – spytałem.

Wanda wyraźnie się speszyła.

– Tak. Bartek jest w pokoju. Niedawno wrócił ze szpitala, więc wolałabym, żeby nie wychodził, chyba że to absolutnie konieczne.

– Nie ma takiej potrzeby. – Uśmiechnąłem się serdecznie. Coś w tym domu sprawiało, że powietrze wydawało się ciężkie. W dodatku przeszczepiona skóra wokół sztucznego oka zaczynała mnie swędzieć. Choć raczej coś pod nią. – Jak już wspomniałem, prowadzimy dochodzenie w sprawie zagryzionych zwierząt. Ostatnią ofiarą padł husky należący do rodziny z okolicy.

– I jak to się łączy z nami? – W głosie pani Kowalskiej wyczułem irytację.

Nadal staliśmy w przedpokoju. Kątem oka śledziłem rozmyty kształt w głębi mieszkania. Nie chciałem skupiać na nim uwagi, przynajmniej nie otwarcie.

– Funkcjonariusz Dereń, zna go pani, prawda? – Pani Wanda skinęła głową. – Wspominał, że mają państwo pitbulla.

Kobieta westchnęła głęboko.

– Usiądźmy. – Wskazała kanapę i dwa fotele rozstawione wokół stolika ze szklanym blatem. – Dawno pana u nas nie było. – Spojrzała na Derenia. – Otóż mieliśmy psa, Boda. – Zerknęła w stronę schodów na piętro. – Zabił go samochód, więc żaden wilk czy dzik mu nie zagraża. Sam też na pewno nikogo nie zagryzł. Zakopaliśmy go głęboko pod ziemią. W lesie. Chodzimy tam czasem z Amelią, żeby zapaliła świeczkę. Kochała tego psa, a po śmierci Radka… Byłam wściekła, że Bóg cały czas ciska w nas gromami. Mąż zmarł trzy lata temu, na raka. Potem u Bartka wykryto białaczkę, a kiedy trafił do szpitala, Bodo wbiegł wprost pod samochód sąsiada.

Schowała twarz w dłoniach.

Zaczynałem szczerze współczuć tej kobiecie.

– Podać pani szklankę wody?

Renatę aż świerzbiło, żeby trochę powęszyć po domu. Może nie widziała tego, co ja, ale na pewno wyczuwała chłodną obecność snującą się po salonie.

– Nie, nie. To ja powinnam zaproponować coś do picia. – Wanda otarła zwilżone oczy. – Kawy? Herbaty?

– Dla mnie kawa, a dla koleżanki herbata. Zielona, jeśli można. – Spojrzałem wymownie w stronę Renaty.

– Czy mogłabym skorzystać z toalety?

– Tak, tylko proszę z tej na piętrze. Zaraz po prawej od schodów. Od wczoraj nie mogę się doczekać hydraulika. – Kobieta ruszyła do kuchni. – A! Zapomniałam o panu, panie Marcinie – zwróciła się do milczącego Derenia, który zajął jedno z krzeseł przy stole jadalnym. – Coś do picia?

– Ja tylko wodę.

Renata weszła po schodach ze zwinnością gazeli. Nie było jej stanowczo dłużej, niż wskazywałby rozsądek i jakakolwiek potrzeba, ale pani Wanda rozgadała się przy szykowaniu napojów, a ja dopytywałem, żeby dać mojej partnerce trochę więcej czasu na przeczesanie pomieszczeń na górze. Mnie frapowało to coś, co krążyło wokół nas. Mogłem wyczuć zmiany temperatury powietrza, a czułość na aury kreowała obraz czegoś wielkości człowieka. Mózg zawsze stara się przetwarzać bodźce na zrozumiały dla nas sygnał. W moim przypadku racjonalizował ponadprzeciętne czucie, rozkładając je na inne zmysły. Co chwila smuga zimna zbliżała się do mnie, po czym oddalała, zostawiając ślad oddechu na karku i metaliczny posmak w ustach. Raz nawet usłyszałem bezkształtny szept. Normalny człowiek zareagowałby lękiem; ja, z racji wykonywanego zawodu, przywykłem do pohuków życia. Szczątkowych świadomości przywiązanych do ścian, podłóg i pamiątek porozrzucanych po całym mieszkaniu. Kiedyś jedno medium na usługach wydziału porównało te ślady do łupieżu egzystencji, który rozrzucamy, po prostu żyjąc. Nie zgodziłem się z nim. Łupież ma negatywne konotacje i kompletnie nie pasuje do tego, co osiadło tak intensywnie w tym domu. Gniew i Miłość. Te dwa uczucia wiązały najmocniej. Tutaj nie było gniewu, tylko miłość oblekająca wszystko jak warstwa niewidzialnego cukru pudru. Mógłbym zamknąć oczy i siedzieć tu godzinami pogrążony w medytacji.

Strefa chłodu przemieściła się w stronę schodów. Rozmyty zlep resztkowej świadomości zawisł tuż przed pierwszym stopniem.

Ciekawe.

Renata wróciła na parter jak gdyby nigdy nic. Widziałem, że maskuje poruszenie, i szło jej z tym coraz lepiej.

– Już jestem. Przepraszam, musiałam zrobić sobie zdjęcia płytek w łazience. Piękna imitacja trawertynu.

Przestrzeń chłodu zawisła za nią jak posępny cień. Ta resztka czyjegoś życia nie potrafiła zrozumieć, co tak bardzo obcego wtargnęło do jej lub jego ukochanego domu. Obstawiałem, że to zmarły mąż, ale nie byłem pewny.

Wanda milczała.

– Tak, faktycznie – odezwała się po chwili. – Radek uległ mi w tej kwestii. – Uśmiechnęła się.

Obłok chłodu przesunął się do pani Wandy jak pies przywołany dźwiękiem swojego imienia. W tym momencie już nie miałem wątpliwości, kto zostawił ten cień życia.

Samotna matka dwójki dzieciaków wróciła do stołu i rozdała napoje.

– Zimno tu jakoś. – Narzuciła kocyk na ramiona.

– Jak się czuje pani syn, pani Wando? Pamiętam, że to był ciężki przypadek.

Ucieszyłem się, że Dereń zadał to pytanie – mniej dla mnie do wyciągnięcia, tym bardziej że formalnie powinienem pytać tylko o psa.

Kobieta odstawiła filiżankę i zawiesiła na niej pusty wzrok.

– Przepraszam. Nie chciałem…

– Nic się nie stało, panie Marcinie. Syn czuje się lepiej, ale nadal nie może wychodzić z domu. Leczenie białaczki mocno go osłabiło.

– A córka? – Renata pociągnęła temat.

Roześmiałem się w duchu. Znałem moją partnerkę na tyle dobrze, żebyśmy rozumieli się bez słów i tajnych znaków. Ewidentnie uzupełniała informację do jakiejś hipotezy, którą zapewne podzieli się w samochodzie.

Pani Wanda nieco się zaperzyła na to pytanie.

– Amelia? Dobrze. To znaczy, ostatnio trochę chorowała, lekarze stwierdzili lekką anemię, ale dostała leki i dietę. A dlaczego pani pyta? – Zmierzyła Renatę podejrzliwym wzrokiem.

– Wydała mi się blada, więc jakoś tak odruchowo, z troski. Przepraszam. Nie chciałam włazić z buciorami w wasze sprawy.

Pokajanie się nie odniosło zamierzonego skutku. Pani Wanda nie pociągnęła wątku zdrowia dzieciaków.

– W czym mogę jeszcze pomóc? Słyszałam o tych psach. Wszyscy myślą, że to wilki albo jakieś maciory z młodymi. Ostatnio dziki stały się prawdziwą plagą.

– Opis zwierzęcia, które zaatakowało psa na posesji niedaleko stąd, bardzo przypomina pitbulla. Masywny, grafitowa sierść…

– Bodo miał grafitową sierść, ale jak już wspomniałam, leży zakopany w lesie. Mogę wam pokazać mogiłę, jeśli jest taka potrzeba.

Musiałem ostrożnie ważyć słowa i stawiać żądania.

– Nie będzie takiej potrzeby. Bardziej liczyłem na informację, z jakiej hodowli pochodził Bodo.

– Wiem, do czego pan zmierza, ale to mało prawdopodobne. Kupiliśmy go w Gdańsku. Mąż sobie upatrzył taką jedną hodowlę na obrzeżach miasta. Mówiłam mu, że ten pies nie nadaje się do dzieci, ale on powtarzał, że każdy się nadaje, wystarczy go wychować na łagodną kluchę. Nie mylił się.

Ostatnie stwierdzenie rozświetliło nieco twarz pani Wandy. Zimna smuga wisiała za jej plecami jak eteryczny strażnik.

– Może ktoś w okolicy wam pozazdrościł?

– Nie kojarzę, a szukaliśmy mu suczki do sparowania.

– Niemniej jednak prosiłbym o namiary na hodowcę. Nigdy nic nie wiadomo. Jak pani wspominała, wasz był łagodną kluchą, ale z innym właścicielem taki pies może stanowić zagrożenie.

Wanda przytaknęła, wyciągnęła telefon i podyktowała mi numer. Miała też adres przesłany SMS-em. Nie lubiłem kłamać, ale z racji profesji mówienie prawdy zwykle stanowiło ostateczne rozwiązanie – zwykle fatalne w skutkach.

Renata dokończyła herbatę i z przesadną siłą odstawiła kubek na blat. Sygnał, że czas się zbierać.

Dopiłem kawę.

– Będziemy już wychodzić. Bardzo dziękuję, pani Wando.

Gospodyni odetchnęła z ulgą i nawet zbytnio tego nie ukrywała.

Wstała razem z nami.

– Gdybym mogła jeszcze jakoś pomóc… – zawiesiła głos.

„To proszę dać mi spokój” dopowiedziałem sobie w myślach. Nie wdrażałem planu o straszeniu historią zaatakowanej dziewczynki. Zostawimy tę kartę na później.

– Będziemy w kontakcie.

Dałem jej swój numer. Renata też.

Kobieta odprowadziła nas do drzwi, obdarzyła mocno udawanym uśmiechem i z werwą zatrzasnęła skrzydło. Funkcjonariusz Dereń milczał. Coś go niepokoiło albo krępowało. Stanęliśmy przy aucie.

– Co sądzicie? – zadał dość mało precyzyjne pytanie.

Spojrzałem na swoją partnerkę.

– Musimy sprawdzić mogiłę, ale to wieczorem – rzuciła szorstko. Chciała się już pozbyć Derenia.

– Aha… Czyli jednak myślicie, że to ten pies jakimś cudem ożył? – bardziej spytał, niż stwierdził.

– Zdarzają się przypadki niepełnej śmierci, choć to bardzo rzadkie. Niemniej jednak musimy to sprawdzić.

– Aha. No dobrze. To na mnie pora. Gdybyście jeszcze czegoś potrzebowali, to wiecie, gdzie mnie znaleźć.

– Dzięki za współpracę. W razie czego dzwoń. Numer masz.

Uścisnąłem mu dłoń. Nadal nie mogłem prowadzić, bo alkohol od starszej pani w pełni nie uleciał. Miałem też wrażenie, że Renata jest spokojniejsza za kierownicą – oczywiście dopóki jej ktoś nie wkurwi. Zapieliśmy pasy i siedzieliśmy chwilę w ciszy, śledząc wzrokiem służbowe auto Derenia, znikające za zakrętem.

– To powiesz, co zobaczyłaś w tej toalecie?

Zmierzyła mnie poważnym spojrzeniem. Może faktycznie nie pora na żarty.

– Zakładam, że wyczułeś na parterze tego zimnego gościa, co to się snuł po domu. – Skinąłem głową. – No to na górze jest zupełnie inaczej: zimno i martwo, tyle że wszędzie. Zajrzałam do pokoju tego chłopca. Spał, albo udawał, że śpi. Maks, w dziecięcym pokoju nie powinno być jak tam. Tam nie było śladu życia. Wszystko spowijała martwota, nawet pluszaki. Tylko chłopak miał słabą aurę. Nie chciałam go dotykać, ale jestem niemal pewna, że on…

– To może być wiele rzeczy. Może na piętrze stało się coś, o czym nie wiemy? Naznaczyło kilka pomieszczeń czymś zgoła odmiennym niż ciepło na parterze.

– Nie. To nie duch. Uwiązani też potrzebują życia. Poza tym, na pewno by mnie wyczuł. Wiesz, że duchy mnie nie lubią. Zaraz zaczęłyby się obwąchiwanie i straszenie. Nie, to nie był uwiązany. Pewnie zaraz mnie przygasisz, ale muszę to powiedzieć. Chłopak jest chowańcem. Trzeba znaleźć Kotwicę, zanim dojdzie do tragedii.

Spojrzałem jej w oczy. Nie dostrzegłem tam ani krzty zwątpienia tylko strach. Pod skórą czułem, że może mieć rację. Duchy, czy uwiązani, jak opisuje ich fachowa literatura, potrzebują ciepła tak samo jak strzępek świadomości snujący się po parterze, tyle że ci pierwsi wysysają to ciepło z otoczenia.

– Nie wiem, Renata. – Oparłem się o zagłówek. – Powiedzmy, że masz rację. To jakie dowody przedstawimy Górze? Z tym, co mamy, powie, żebyśmy zajęli się prawdziwą pracą.

– W pokoju młodego stały puste terrarium i klatka na gryzonia. Myślę, że wiem, co się stało z mieszkańcami obu.

Nabrałem powietrza i wypuściłem bardzo powoli. Potrzebowałem chwili na pozbieranie myśli.

– Jeśli pies też jest chowańcem, to obstawiam dziewczynkę. Wyglądała na schorowaną.

Moja partnerka przytaknęła z aprobatą.

– Też stawiam na małą, ale niewykluczone, że obie mogą kotwiczyć. Matka zachowywała się dziwnie, kiedy zadawałam pytania. – Renata oparła plecy o siedzenie i pewnie chwyciła kierownicę. – To co teraz, partnerze?

– Mamy dwa tropy. Psa i dziecko. Wątpię, żebyśmy mogli cokolwiek wskórać bez dowodów. – Podrapałem się po nieopanowanym zaroście, który zaczynał przypominać zalążek dzikiej puszczy. – Trzeba sprawdzić szpital, w którym leczono chłopca. Dereń wyglądał na zdziwionego, kiedy pani Wanda wspomniała, że jej syn jest w domu. Jeżeli ma miejsce coś spoza zakresu standardowej medycyny, to lekarze też powinni być zdziwieni. Pociągnięci za język powiedzą coś więcej.

Renata odpaliła silnik.

– Pojedziemy do szpitala. Wejdziesz sam. Ja tracę głowę w tych placówkach. Potem… Mam szpadel w bagażniku. Musimy się upewnić.

– A skąd wiesz, gdzie leczono tego dzieciaka?

Sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła małą kartkę z logiem Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Podała mi. Na żółtym papierku zapisano datę i godzinę wizyty na oddziale hematologii dziecięcej. Pokój numer jedenaście.

– Znalazłam w łazience.

Pokiwałem z uznaniem.

– No to mamy plan.

– No to mamy plan.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • Vespera 7 godz. temu

    Lecisz już z całością?

  • MKP 6 godz. temu

    Tak, po jednej części dziennie. Nie ma co chować talentu przed ludźmi:)

  • Vespera 6 godz. temu

    MKP Nie no, rise and shine!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania