Poprzednie częściPod osłoną nocy - prolog (horror)

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Pod osłoną nocy - rozdział 1

Rozdział 1

 

Wciąż jeszcze przeżywała wczorajsze upokorzenie, kiedy wstała, poszła do łazienki, stanęła przed lustrem i spojrzała na siebie krytycznym okiem. Minęły całe trzy lata, odkąd się wyprowadziła. Z chudej patykowatej okularnicy, z burzą włosów, które wyglądały jak po podłączeniu do prądu, zmieniła się w ładnie zaokrągloną, pewną siebie kobietę. Ciekawe czy ktoś ze starych znajomych by ją teraz poznał. W gimnazjum nie miała wielu przyjaciół. Nigdy nie interesowała się modą, ani innymi duperelami, którymi żyły dziewczyny w jej wieku. Wolała posiedzieć na powietrzu z dobrą książką w ręku, niż iść na zakupy. Była zatem uważana za dziwadło. Jej jedynym przyjacielem był chłopak z sąsiedztwa. Rozumieli się doskonale i zawsze mogła na niego liczyć. Ciekawe, co się teraz z nim działo? Czy nadal mieszka w tym samym miejscu? Może za parę dni pójdzie go odwiedzić. Miała nadzieję, że mimo trzyletniej rozłąki, za wiele się nie zmienił.

- Liana! - dobiegł ją z dołu, głos matki. - Pospiesz się, jeśli nie chcesz się spóźnić do szkoły!

- Już idę! - odkrzyknęła, po czym szybko się ubrała, założyła soczewki i pobiegła na śniadanie.

W kuchni czekała na nią matka. Była niezwykle piękną kobietą. Oczy koloru bursztynu, które otaczały delikatne zmarszczki, błyszczały inteligencją i poczuciem humoru, a długie, sięgające pasa czarne włosy, które odziedziczyła po niej córka, układały się w idealne fale. W przeciwieństwie do kosmyków Liany. Już dawno zrezygnowała z prób uzyskania tego samego efektu. Teraz zwyczajnie poddawała je błogosławionemu działaniu cudownego urządzenia, o nazwie prostownica i voila, gotowe.

Kobieta postawiła przed nią talerz pełen naleśników, polanych syropem klonowym. Podziękowała i z apetytem zabrała się za jedzenie.

- I jak? Gotowa na pierwszy dzień szkoły?

- Na tyle, na ile to możliwe – wymamrotała z pełnymi ustami. Szybko przełknęła i spojrzała na rodzicielkę z wyrzutem. - Nie rozumiem, po co mam tam w ogóle chodzić. Możecie mnie przecież nadal uczyć w domu, tak jak przez ostatnie lata.

- Twoje szkolenie na łowczynię dobiegło końca. Nie widzę powodu, żebyś nie mogła wrócić. Poza tym wiesz dobrze, że razem z twoim ojcem będziemy teraz mieli mnóstwo obowiązków w związku z prowadzeniem instytutu.

- Tak, ale przecież mogę uczyć się sama – zaprotestowała bez przekonania.

- Dobrze wiesz, że to niemożliwe. Poza tym potrzebujesz towarzystwa rówieśników.

- I o czym będę z nimi rozmawiać? Może tak: "O, cześć, wiesz, w nocy zabiłam trzy demony, ich flaki strasznie ochlapały mi ubranie, ale było super. A ty co robiłaś ciekawego?".

- Przekonasz się, że dobrze jest mieć kogoś w swoim wieku, z kim można pójść do kina, galerii czy na imprezę.

- Wiesz dobrze, że nie interesują mnie takie pierdoły!

- Może czas najwyższy, żebyś poznała, co znaczy być normalną nastolatką.

- Przed, czy po tym jak wypatraszam demony? - spytała z sarkazmem, przechylając lekko głowę, po czym nie czekając na odpowiedź, złapała plecak i wyszła z domu.

Kobieta westchnęła ciężko, patrząc z troską za córką, która zdecydowanym gestem otworzyła bramkę i wyszła na ulicę. Aż za dobrze zdawała sobie sprawę, że nie jest łatwo połączyć normalne życie z byciem łowczynią. Ale Liana miała już siedemnaście lat. Kiedy wyjeżdżali, była nieśmiałym podlotkiem, teraz stała się ładną młodą kobietą. Czas najwyższy, żeby poznała co to życie towarzyskie, przyjaźń i randki. Uśmiechnęła się, zebrała talerze i zabrała do zmywania naczyń. Miała nadzieję, że w szkole, posiadającej tak wymowną nazwę, jej dziewczynka znajdzie wreszcie swoją pierwszą miłość.

 

***

 

W dość krótkim czasie, dotarła przed budynek szkoły, wzdrygając się na widok jej nazwy. Sweet Amoris, co za dureń wymyślił tak głupią nazwę? Na dziedzińcu tłoczyła się masa ludzi. Różnokolorowy tłum stanowił kłębowisko kultur i ras. W zwykłych jeansach, trampkach oraz podkoszulku, na który narzuciła kurtkę, nie wyróżniała się. I o to chodziło, bo nie zamierzała zwracać na siebie zbędnej uwagi. Jednak nie zdawała sobie sprawy, że mimo zwyczajnego ubioru i tak przyciągała spojrzenia. Miękkie, pełne gracji kocie ruchy i połyskujące w słońcu hebanowe włosy, nie pozostały niezauważone. Ona jednak tego nie dostrzegała. Patrząc prosto przed siebie dotarła nareszcie do środka. Od razu zorientowała się, że znalezienie pokoju gospodarzy, wcale nie będzie takie łatwe. W środku budynek był o wiele większy, niż wydawał się z zewnątrz, a na korytarzu przewijali się uczniowie, zajęci rozmowami. Postanowiła, że sama sobie poradzi i nie będzie pytać nikogo o drogę. Ruszyła przed siebie, rozglądając się na boki i czytając tabliczki mijanych po drodze drzwi. Była tym tak zajęta, że nie patrzyła jak idzie i w pewnym momencie wpadła na coś twardego. Zachwiała się i prawie upadła na ziemię, ale w ostatniej chwili silna dłoń chwyciła jej nadgarstek.

- Przepraszam, ja... - podniosła wzrok i spojrzała wprost w tęczówki o niezwykłym kolorze skoszonej trawy. Nieznajomy był całkiem przystojny, a uśmiech, który widniał na jego twarzy, ukazywał proste białe zęby.

- Jak widzę nadal niezdarna. – Jego kpiący ton rozpoznała natychmiast.

- To ty! - Wykrzyknęła niezbyt błyskotliwie.

Uwolniła się, gwałtownie wyrywając dłoń z jego uścisku, poprawiła ubranie i rzucając mu najbardziej pogardliwe spojrzenie na jakie było ją stać, dumnym krokiem pomaszerowała dalej.

Co za pech! Że też ze wszystkich ludzi, musiała go spotkać akurat tutaj! Z tej złości omal znów na kogoś nie wpadła. Tym razem był to całkiem ładny blondyn. W ostatniej chwili ostro wyhamowała, zatrzymując się tuż przed nim.

- Liana?

- Taak? – spytała przeciągle, zdziwiona, skąd nieznajomy zna jej imię.

- Jestem Nataniel Foster, główny gospodarz. Właśnie cię oczekiwałem.

Na jej twarzy pojawił się wyraz ulgi.

- Jak dobrze, myślałam że nigdy nie znajdę odpowiednich drzwi!

W oczach chłopaka zamigotały iskierki wesołości.

- Fakt, budynek może sprawiać wrażenie ogromnego, ale szybko się przyzwyczaisz.

- Mam nadzieję. Nie chciałabym przechlapać sobie już na początku u wszystkich nauczycieli, za ciągłe spóźnienia. Na to będzie jeszcze czas. - Wyszczerzyła zęby w radosnym uśmiechu i puściła oko do blondyna. Chłopak na moment stracił rezon, ale już po chwili odchrząknął i odwrócił się w kierunku, z którego przyszedł.

- Skoro już się poznaliśmy, możemy teraz przejść do pokoju gospodarzy, gdzie dopełnimy ostatnich formalności.

Podążyła za nim i w krótkim czasie znaleźli się na miejscu. Otworzył drzwi i szarmancko przepuścił ją przodem. Pomieszczenie nie było duże. Główny element stanowił długi stół, przy którym stały krzesła, a ściany podpierały szafki z niezliczoną ilością dokumentów. Pokój, był typowym pomieszczeniem biurowym. Jedynym elementem zasługującym na uwagę, było duże okno, wychodzące na pięknie utrzymany ogród. Wyjrzała przez nie, z przyjemnością podziwiając kwiaty, które wciąż jeszcze kwitły. Z zamyślenia wyrwał ją głos Nataniela.

- To dosyć niespotykane, dołączać do szkoły w październiku.

- Moi rodzice dostali propozycję awansu. Jedynym warunkiem była natychmiastowa przeprowadzka – skłamała. - Ale mieszkaliśmy tu już kiedyś.

- A więc powrót na stare śmieci?

- Można tak powiedzieć.

Gospodarz podszedł do jednej z szaf, przewertował karty i wyciągnął odpowiednią. Wskazał krzesło, żeby usiadła i sam też zajął miejsce.

- Podobno od trzech lat uczyłaś się w domu.

- Tak.

- Mam nadzieję, że nie będziesz miała problemu z wdrożeniem się w nasz program. Gdyby jednak pojawiły się jakieś trudności, zawsze możesz się do mnie zgłosić po pomoc.

Jego ciepły i serdeczny uśmiech dodawał otuchy. To miłe z jego strony, ale jeśli chodziło o materiał, była sporo do przodu. Nie przewidywała więc żadnych problemów. Właściwie spokojnie mogła podchodzić do matury, mama jednak nalegała, żeby poszła do klasy ze swoim rocznikiem. Tak więc skończyła w szkole, do której wcale nie chciała chodzić i do tego będzie się uczyła rok dłużej niż przewidywała. Westchnęła ciężko, na co gospodarz posłał jej zdziwione spojrzenie. Nie spytał jednak o co chodzi, tylko wręczył kartkę.

- Tu masz plan lekcji. Pierwsza jest matematyka w sali trzysta piętnaście. Zaprowadzę cię, po drodze pokażę jeszcze twoją szafkę. Niestety będę musiał prosić cię o ponowne zrobienie i dostarczenie zdjęcia. Zawieruszyło się gdzieś w całym tym ferworze – dodał przepraszającym tonem.

- Trudno. – Wzruszyła ramionami.

Właśnie rozległ się pierwszy dzwonek, obwieszczający wkrótce rozpoczynające się zajęcia, wstali i wyszli na korytarz. Zatrzymali się przy szafkach, gdzie Nataniel podał jej kod, a ona odłożyła rzeczy na półkę. Wzięła tylko podręcznik i zeszyt przeznaczone do matematyki, po czym ruszyli do klasy. W niedługim czasie znaleźli się przed odpowiednią salą. Blondyn pożegnał się, a ona weszła do środka. Większość miejsc była już zajęta, a przy biurku stała dość surowo wyglądająca nauczycielka i porządkowała papiery. Kiedy ją zauważyła, zwróciła się ku klasie.

- Proszę o chwilę uwagi. – Odczekała moment, zanim nie przebrzmiały ostatnie rozmowy, po czym kontynuowała. - Do naszej klasy doszła nowa osoba. Liano, przedstaw się proszę i zajmij miejsce.

- Nazywam się Liana Vanpelth. Miło was poznać.

Odpowiedział jej ogólny pomruk, ktoś zachichotał, a ona ruszyła pod okno, gdzie zajęła wolną ławkę. Rozłożyła potrzebne rzeczy i znudzonym wzrokiem wyjrzała przez szybę. Po jakichś piętnastu minutach, drzwi sali otworzyły się, a do środka wszedł czerwonowłosy chłopak, ubrany w skórzaną kurtkę i spodnie.

- Widzę, że pan Rain jak zwykle spóźniony.

Uczeń nie odezwał się słowem, tylko szeroko ziewnął. Zirytowana nauczycielka kazała mu zająć miejsce i powróciła do tłumaczonego zadania. Chłopak ruszył leniwym krokiem w jej kierunku. Gdy ją dostrzegł uniósł nieznacznie jedną brew, ale nie odezwał się, tylko zajął miejsce za nią. Reszta lekcji przebiegła już bez zakłóceń. W momencie kiedy rozległ się dzwonek, zebrała swoje rzeczy i ruszyła do szafki. Właśnie ją zamykała, kiedy obok niej pojawiła się czerwona głowa. Chłopak wrzucił bezceremonialnie rzeczy na swoją półkę, po czym zlustrował ją spojrzeniem od góry do dołu.

- Nowa?

- Mhm. – Odwzajemniła się tym samym, leniwie przesuwając wzrokiem od jego twarzy po czubki butów i z powrotem, na co chłopak uśmiechnął się kpiąco.

- Kastiel. – Wyciągnął rękę, którą po chwili ociągania uścisnęła.

- Liana.

- I jak? - Nie zrozumiała o co mu chodzi, więc spojrzała na niego pytająco. – Podobało ci się to, co widziałaś? - Spojrzał na nią z bezczelnym uśmiechem pewnego siebie playboya.

- Widziałam ciekawszych. – Wzruszyła ramionami, po czym odwróciła się i odeszła w kierunku, w którym wydawało jej się, że znajduje się następna sala. Zdążyła jeszcze tylko usłyszeć stek przekleństw, zanim zniknęła zadowolona za zakrętem.

Szła, licząc kolejne numery, czterysta dwadzieścia trzy, cztery, pięć... Zatrzymała się na końcu korytarza, marszcząc brwi. Gdzie u licha podział się numer czterysta dwadzieścia siedem? Wróciła się na poprzedni korytarz, numery do czterystu. Na kolejnym dwieście. Rozległ się dzwonek i przejście opustoszało. Do diabła! Jednak się zgubiła, a taka była pewna siebie. Właśnie miała udać się do pokoju gospodarzy, z nadzieją że kogoś tam zastanie, kiedy nagle znikąd wyłonił się białowłosy chłopak, ubrany w dziwaczny wiktoriański strój. Szedł z opuszczoną głową, mamrocząc coś pod nosem, jakby czegoś szukał. Przez chwilę ogarnęła ją myśl, że ma do czynienia z duchem, w końcu kto w dzisiejszych czasach nosi takie stroje? Nastolatek był tak zamyślony, że wpadłby na nią, gdyby się nie odsunęła.

- Uważaj! - zaprotestowała oburzona. Duch czy nie duch, powinien być bardziej ogarnięty. Spojrzał na nią i zauważyła, że ma różnokolorowe oczy, jedno zielone, a drugie złote. Wpatrywała się w nie jak zahipnotyzowana, gdy chłopak się odezwał.

- Przepraszam, zamyśliłem się. Szukam swojego notatnika, nie widziałaś może? Tej wielkości, skórzany. – Zaprezentował dłońmi wielkość zguby, a kiedy zaprzeczyła, odwrócił się by odejść.

- Poczekaj! Nie wiesz może, gdzie znajduje się sala numer czterysta dwadzieścia siedem? Już po dzwonku, a ja nie mogę jej znaleźć.

- Był już dzwonek?

Jego rozkojarzony wzrok sprawił, że miała ochotę się roześmiać.

- Tak, wiesz gdzie to jest?

- Owszem, tak się składa, że również tam zmierzam. – A więc był z jej klasy! Ciekawe dlaczego nie było go na pierwszej lekcji. - Tylko wolałbym najpierw znaleźć mój notatnik. – Zmarszczył skonfundowany brwi.

- Teraz już i tak za późno, ale jeśli pójdziesz ze mną, obiecuję, że pomogę ci go później poszukać. Co ty na to? - zapytała, a kiedy kiwnął głową na zgodę, ruszyli we wskazanym kierunku. - Gdzie jest w ogóle ta sala? Zaczynałam już myśleć, że to jakaś pomyłka w planie.

- Sale od czterystu dwudziestu sześciu do pięciuset, znajdują się w tym mniejszym budynku, przylegającym do szkoły. Trzeba zejść na sam dół, potem przejść korytarzem łączącym oba budynki i znów na górę, na pierwsze piętro.

- Matko, w życiu sama bym jej nie znalazła – jęknęła, słysząc tak zawiły opis.

- Ty pewnie jesteś nowa?

Tym razem wybuchła śmiechem, na tak spóźniony refleks.

- Tak, mam na imię Liana. – Wyciągnęła rękę, a on podniósł ją do ust i ucałował powietrze nad palcami. Ten staromodny gest sprawił, że się zaczerwieniła. Gdyby to był ktoś inny, wyśmiałaby go za efekciarstwo, ale do tego dziwnego chłopaka w stylu wiktoriańskim, takie zachowanie pasowało, jak ulał.

- Lysander. Miło mi cię poznać Liano.

Spodobał jej się sposób, w jaki wymawiał jej imię, tak miękko i melodyjnie. Jego żółto-zielone oczy miały taki ciepły wyraz, że poczuła się wyjątkowa. Opanuj się głupia, skarciła się w myślach.

Wkrótce znaleźli się na miejscu. Nauczyciel historii, pan Farazowski, westchnął ciężko na ich widok, ale nic nie powiedział, tylko machnął ręką, żeby zajęli miejsca, kontynuując nudny wykład na temat rewolucji francuskiej.

Po lekcji zgodnie ruszyli na poszukiwania zaginionego notatnika. Liana w końcu znalazła go na dziedzińcu. Leżał sobie jakby nigdy nic, na jednej z ławek. Oddała go uradowanemu chłopakowi i reszta dnia minęła już bez większych zakłóceń. Po szkole, razem z Lysandrem wybrali się na miasto, żeby zrobić zdjęcie potrzebne do dokumentów. Po wszystkim pożegnali się i każde poszło w swoją stronę. Wracając do domu, wspominała miniony dzień i ze zdumieniem stwierdziła, że nie poznała żadnej dziewczyny. Chyba została skazana na życie na uboczu, skoro żadna z plotkarek się nią nie zainteresowała.

Jak to w październiku, szybko zrobiło się ciemno. Cienka jeansowa kurtka, nie chroniła praktycznie wcale przed zimnem. Ruszyła żwawszym krokiem, żeby jak najprędzej dotrzeć do domu. Jeszcze tylko przejdzie przez park i będzie na miejscu. Żwir chrzęścił pod jej stopami, kiedy szła wysypaną nim ścieżką, układając melodię, wspólnie z innymi odgłosami wieczoru. Zaczęła nucić do taktu, kiedy coś zastąpiło jej drogę.

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • Vespera pół roku temu
    Pod osłoną nocy to był taki serial o wampirach, moim zdaniem bardzo udany, niestety zabił go słynny strajk scenarzystów z 2008 roku (tytuł oryginalny Moonlight). A tu może na razie nie ma wampirów, ale są demony i łowcy, więc podobne klimaty. I czego jak czego, ale zmiksowania demonów i gry Słodki Flirt to ja się nie spodziewałam (a już na pewno nie na tej stronie). Jeśli będziesz pisać dalej, to ja będę czytać.
  • Tooyaa pół roku temu
    Pamiętam ten serial i też mi się podobał, niestety nie doczekałam się kontynuacji, ten tytuł jakoś mi tak tu pasował. Zastanawiałam się czy znajdę tu graczy, którzy będą wiedzieli o co chodzi, jak widać są xD Cieszę się, że jesteś ze mną, niedługo dodam kolejną część, wszelkie uwagi mile widziane :)
  • Poleczka pół roku temu
    Podoba mi się
  • Tooyaa pół roku temu
    Dziękuję :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania