Pod osłoną nocy - rozdział 4

Rozdział 4

 

Jak przez mgłę, słyszała jakieś głosy. W klatce piersiowej czuła ogień, a z jej gardła wydobywał się świst, wraz z każdym z trudem pobieranym oddechem.

- Kto to jest? Dlaczego ją przyprowadziłeś, wiesz dobrze jakie to dla nas niebezpieczne!

- Wiem, ale co miałem zrobić? Sam widzisz w jakim jest stanie. Trzeba jej pomóc.

Ktoś wydał z siebie westchnienie rezygnacji.

- Ale zaraz potem masz ją stąd wynieść, zanim zdąży się obudzić.

Próbowała otworzyć powieki, ale rażące światło, natychmiast zmusiło ją do zamknięcia ich z powrotem. Czuła się jakby ktoś w jej głowie uderzał młotem, na dodatek w rytm jakiejś porąbanej rock and rollowej piosenki. Była tak bardzo śpiąca, pragnęła znów zapaść w słodki letarg, ale cudowne wybawienie nie chciało nadejść.

- Trzeba opatrzyć jej rany.

- Ja to zrobię. - Tym razem odezwała się jakaś kobieta. - Wy tymczasem przygotujcie napar, jeszcze trochę, a nie będzie w stanie oddychać.

Poczuła jak czyjeś ręce szybko i zręcznie pozbywają się jej ciuchów. Chciała zaprotestować, ale była zbyt słaba. Nie mogła nawet się poruszyć, czarna mgła zdążyła opanować jej organizm. Po chwili poczuła na skórze błogosławione działanie maści. Zanim obcy wrócili, była już z powrotem ubrana. Uniosła lekko powieki, ale obraz zamazywał jej się przed oczami, że nie mogła rozróżnić żadnych szczegółów, poza nieostrymi konturami trzech sylwetek. Zamknęła je z powrotem, kiedy jedna z nich zbliżyła się do niej. Ktoś podniósł ją do pozycji półsiedzącej i przytknął jakieś naczynie do ust.

- Pij - usłyszała szept. Posłusznie rozchyliła wargi i połknęła gorzki płyn, zakrztuszając się i krzywiąc przy tym nieznacznie. Kiedy to się stało, została z powrotem ułożona na plecach. Usłyszała jak obecni o czymś dyskutują, ale nie dotarł do niej sens słów, gdyż znów ogarnęła ją ciemność.

 

***

Obudziło ją słońce świecące prosto w oczy. Zmarszczyła brwi i położyła się na boku, odgradzając od ostrego światła. Czuła znajomy, kojący zapach konwalii i bzu.

Zaraz, co? Poderwała się do pozycji siedzącej i uświadomiła sobie, że jest w swoim pokoju. Rozejrzała się zdezorientowana, wszystko było jak zawsze. Czyżby ta cała sytuacja tylko jej się śniła? Stanęła na nogi, ale zakręciło jej się w głowie, więc natychmiast usiadła z powrotem. Nie, to wszystko działo się naprawdę. Czuła napięcie i ból w miejscach, gdzie zęby blackdoga zostawiły swoje ślady, oraz było jej wciąż słabo, po tym jak czarna mgła dostała się do organizmu. W takim razie jak znalazła się w domu? Ktoś opatrzył jej rany, podał odtrutkę, a potem przyniósł do domu i nawet przebrał w pidżamę! Zaczerwieniła się zażenowana, wiedząc, że ktoś widział ją w bieliźnie. Dobrze, że chociaż ją wciąż miała na sobie. Ale skąd ten ktoś wiedział gdzie mieszka? Niepokoiło ją, że najwyraźniej ją zna. Nawet jeśli jej pomógł, mógł okazać się niebezpieczny. Inaczej dlaczego nie ujawnił swojej tożsamości? Chciała porozmawiać o tym wszystkim z rodzicami, ale zdecydowała, że na razie nie będzie ich martwić. Mieli teraz wiele na głowie w związku z prowadzeniem instytutu, poza tym pojawiły się jakieś trudności i praktycznie nie było ich w domu. Nie chciała dodatkowo obciążać ich swoimi problemami. Ktoś ją uratował, więc chyba nie chciał jej zgładzić. Nad przyczynami pojawienia się piekielnego ogara, zastanowi się innym razem.

Położyła się z powrotem do łóżka, sen był najlepszym lekarstwem. Miała czas do jutra, żeby porządnie odpocząć i nie zamierzała tego marnować. Zanim odpłynęła zdążyła jeszcze pomyśleć, że powinna nałożyć runy leczące, ale nim ten pomysł na dobre zalęgł w jej głowie, usnęła.

W poniedziałek od samego początku wszystko szło nie tak jak trzeba. Nie zdążyła wejść do szkoły, a spotkała dyrektorkę, która wydarła się na nią, prawie tocząc pianę z ust za to, że nie złapała jej psa. Przez dwie godziny latała za tym głupim kundlem, zanim w końcu udało się jej go schwytać. Kobieta nawet jej nie podziękowała, tylko ściskając i całując żarliwie pupila, poszła do swojego gabinetu. Nie dziwiła się, że pchlarz uciekł, na jego miejscu też by tak zrobiła. Poza tym kto przyprowadza do szkoły zwierzęta? Nawet jeśli jest dyrektorką, jakieś zasady chyba powinny obowiązywać?

Kastiel z wielce urażoną dumą, próbował ją zdenerwować, włamując się do szafki i zabierając tenisówki, które powiesił na słupie przed szkołą. Jednak pomylił się, myśląc że jej dopiecze. Jego mina była przezabawna, kiedy zwyczajnie się po nie wspięła. Stał z otwartymi ustami nawet wtedy, kiedy już zeszła i z butami w ręku, ruszyła do budynku szkoły, nie odmówiwszy sobie przedtem, posłania kpiącego spojrzenia w jego stronę. Czy on spodziewał się, że będzie z tego powodu płakać i załamywać ręce? Litości.

Wychowanie fizyczne miała z inną klasą. Był w niej Kentin i Kim. Po krótkiej rozgrzewce, mieli grać w dwa ognie. Podzielili ich na dwie grupy, ustawiły się naprzeciwko siebie, każda gotowa wygrać. Kastiel był w przeciwnej, ciągle kręciła się przy nim jakaś długonoga blondynka, próbując zwrócić na siebie jego uwagę, ten jednak całkowicie ją ignorował. Odpadła zaraz na samym początku, królową zręczności to ona nie była. W krótkim czasie zostało tylko po kilka osób w każdej drużynie. W ich między innymi była Liana i Lysander. Białowłosy miło zaskoczył ją swoim refleksem i siłą. Do tej pory uważała go za raczej spokojnego romantyka. A tu nagle okazało się, że jest wysportowany, szybki i zręczny. Wkrótce zostali już tylko oni, przeciwko Kentinowi i Kastielowi, który wciąż za wszelką cenę próbował ją zbić. Liana zręcznie robiła uniki, a on był coraz bardziej sfrustrowany tym, że nie może jej trafić. Zrobił się przez to nieuważny i dostał piłką od Lysandra. Ken bronił się dzielnie, ale z ich dwójką nawet łowca nie miał szans. W krótkim czasie został pokonany, a oni przybili sobie piątkę za dobrą grę. Po skończonym meczu, wszyscy zmęczeni udali się do szatni. Iris i Violetta pochwaliły jej zręczność i razem poszły na następną lekcję.

Na długiej przerwie, zagadnęła Lysandra.

- To był świetny mecz, nie wiedziałam, że jesteś taki zwinny.

- Każdy kryje w sobie parę niespodzianek – odrzekł z uśmiechem. - Ty też radziłaś sobie znakomicie.

- Dziękuję. Wiesz, nie chciałabym cię urazić, ale jesteś osobą spokojną i opanowaną. Jakim cudem przyjaźnisz się z kimś takim jak Kastiel. Widziałeś co zrobił dzisiaj z moimi butami?

- Czemu miałabyś mnie urazić? - Uśmiechnął się ciepło. - Nie ty jedna się nad tym zastanawiasz. Na początku naszej znajomości tak nie było. Jak wiesz Kastiel jest dosyć... – zrobił krótką pauzę przed ostatnim słowem. - specyficzny. Ale nie jest taki, jak może wydawać się na pierwszy rzut oka. Pod tą całą jego otoczką neandertalczyka, kryje się całkiem dobra osoba.

- Trudno w to uwierzyć, ale skoro ty tak mówisz, to musi być prawda.

Spojrzał na nią tym specjalnym wzrokiem, który zawsze sprawiał, że robiło jej się jakoś ciepło w środku. Zmieszana odwróciła wzrok i zmieniła temat.

Nadszedł koniec zajęć, więc przebrała się i ruszyła do wyjścia. Jednak nie dane jej było wyjść z budynku. W korytarzu zaczepiła ją ta sama blondynka, która wcześniej latała koło czerwonowłosego. Trąciła ją ramieniem, prawie przewracając. Liana spojrzała na nią ze złością, poprawiając torbę na ramieniu.

- Masz jakiś problem?

- Tak, ciebie. Nie zbliżaj się do Kastiela, on jest mój, rozumiesz?!

Łowczyni spojrzała na nią, jak na kompletną kretynkę, po czym roześmiała jej się w twarz.

- Czy rozjaśniacz wybielił ci też mózg? Skąd w ogóle przyszło ci do głowy, że coś mnie z nim łączy?

- Poświęca ci za dużo uwagi. Nie życzę sobie, żebyś się koło niego kręciła – warknęła.

- To nie jest koncert życzeń – odparła i odwróciła się do wyjścia. Tamta jednak najwidoczniej nie zamierzała odpuścić. Chwyciła ją za przedramię, boleśnie wbijając paznokcie w skórę. Tym razem przegięła. Liana odwróciła się, szybkim ruchem złapała ją za dłoń i oderwawszy jej palce, wykręciła rękę w nadgarstku. Dziewczyna aż kucnęła z bólu, a w jej oczach zakręciły się łzy.

- Ała, puszczaj. Odbiło ci?!

- Nie będę się więcej powtarzać – powiedziała cichym, stanowczym głosem, który wywarł większe wrażenie, niż gdyby krzyknęła. - Nic mnie nie obchodzi ten burak, więc radzę ci odpuścić, albo na tym ucierpisz.

- Co się tutaj dzieje?! - Rozległ się znajomy głos. Puściła blondynkę i spojrzała na Nataniela. Nie zdążyła nic powiedzieć, kiedy tamta rzuciła mu się w ramiona szlochając i mówiąc, że na nią napadła.

- Że co?! - Zła, miała coś powiedzieć, ale blondyn jej przerwał.

- Liano, moglibyśmy przejść do pokoju gospodarzy? Amber, ty idź do domu. – Dziewczyna posłała jej za plecami chłopaka triumfujące spojrzenie, po czym wciąż chlipając, wyszła z budynku.

- Ale ja...

- Pokój gospodarzy – powiedział twardo, po czym odwrócił się, a jej nie pozostało nic innego, jak iść za nim. Tylko zamknęły się za nimi drzwi i zaczęło się. - Nie do wiary! Czy ty wiesz, co by się działo, gdyby zamiast mnie, zjawiła się dyrektorka? - Otworzyła usta żeby coś powiedzieć, ale nie dał jej szansy. - Skończyłabyś w kozie na tydzień! Jak nie lepiej. Dlaczego w ogóle ją zaatakowałaś?

- To nie ja byłam osobą, która zaatakowała – odparła.

- Jakoś trudno mi w to uwierzyć, zważywszy na to, co tam zastałem. Amber może jest rozpuszczona i nie ma za wiele rozumu, ale nie posuwa się do rękoczynów.

- To lepiej uwierz – odparła wściekła i wysunęła w jego stronę rękę, na której wciąż były widoczne zaczerwienione ślady półksiężyców po paznokciach. W dwóch miejscach skóra została przecięta i pokazała się krew. Nataniel był zszokowany. - Ta kretynka ubzdurała sobie, że mnie i Kastiela coś łączy. Ja tylko oderwałam ją od siebie i dałam do zrozumienia, że nie zamierzam tolerować takiego zachowania.

- Ja, nie wiem co powiedzieć – wybąkał. - To moja siostra, nie sądziłem, że może się tak zachować, przepraszam.

- To nie ty powinieneś przepraszać.

- Wiem, że proszę o wiele, ale czy to mogłoby zostać między nami? Obiecuję, że porozmawiam z nią w domu. To wciąż moja siostra – popatrzył na nią prosząco.

- Dobra – westchnęła. – Ale wiedz, że jeśli jeszcze raz wywinie taki numer, to będę mniej miła.

- Jeśli podobna sytuacja się powtórzy, sam na nią doniosę – odparł twardo.

Kiwnęła głową, po czym wyszła. Czas najwyższy wracać do domu. Miała dość wrażeń jak na jeden dzień. Idąc, wciąż miała nieprzyjemne wrażenie, że ktoś ją śledzi, jednak ani w sklepowych witrynach, ani przystając na zawiązanie buta i rozglądając się, nic nie dostrzegła. Uczucie to, towarzyszyło jej aż do samego domu. Weszła do środka i spojrzała szybko przez wizjer, ale ulica była pusta. Kocica otarła się o nią, mrucząc. Pogłaskała ją zamyślona i poszła do swojej sypialni. Coś było nie w porządku. Najpierw ten piekielny ogar i tajemniczy wybawca, a teraz to. Trzeba będzie porozmawiać z rodzicami, ale dopiero jak wszystko się uspokoi. Tymczasem ma trochę lekcji do odrobienia.

 

***

 

- Jak możesz mnie oskarżać? - W oczach Amber błyszczały krokodyle łzy, ale na nim nie robiły już wrażenia. - To ona się na mnie rzuciła, nie widziałeś? Jestem ofiarą!

- Widziałem ślady, które zostawiły twoje paznokcie – odparł chłodno. – Ja nie żartuję Amber. Jeszcze raz wywiniesz taki numer, nie ujdzie ci to na sucho. Dość mam ukrywania twoich wybryków. Następnym razem sama będziesz musiała sobie radzić, bo więcej ci nie pomogę.

Nataniel wyszedł, a Amber ciskała się wściekła po pokoju. Jak ona mogła?! Nie dość, że śmiała wykręcić jej rękę, to jeszcze na dodatek nastawiła przeciwko niej jej własnego brata! Nie ujdzie jej to na sucho. Czas obmyślić plan zemsty. Przez chwilę zastanawiała się nad domalowaniem kilku szczegółów do jej zdjęcia i rozwieszeniu ich po całej szkole, ale szybko zrezygnowała z tego pomysłu. Liana nie była osobą, na której zrobiłoby to wrażenie. Nie, potrzeba jej czegoś innego.

Długi czas głowiła się nad tym, co mogłaby zrobić, ale odrzucała każdy kolejny pomysł. W końcu w swej bezsilności weszła w internet. Może tam znajdzie coś ciekawego? Przejrzała mnóstwo stron, ale nic ją nie zainteresowało. W pewnym momencie jej wzrok padł na słowa „Jak wezwać demona”. Zaintrygowana weszła na stronę. Był tam opisany cały proces oraz co można zyskać, dzięki takiemu pomocnikowi. W zależności od kategorii, każdy demon miał inny wygląd i umiejętności. Według hierarchii pełniły różne funkcje, a przywołany, musiał słuchać tego kto go wezwał. Z lekceważeniem ominęła tekst o zagrożeniach, związanych z przywołaniem i trudnościach ze zmuszeniem do posłuszeństwa silniejszych demonów. Zafascynowana czytała o mocach jakie posiadają, były nawet takie które mogły stać się niewidzialne. Jakże wspaniale byłoby mieć takiego! Już sobie wyobrażała do czego go wykorzysta. Mógłby wszędzie się wślizgnąć i podwędzić coś jak będzie trzeba. Nie mówiąc już o tym, jak uprzykrzyłby życie Liany! Podniecona tą myślą, odsunęła dywan i z braku kredy, użyła białego pudru, żeby narysować pentagram. Zemsta wymaga poświęceń, a była to mała cena, za możliwość odgrywania się bez końca na znienawidzonej rywalce. Trochę się przy tym namęczyła, a efekt końcowy może nie był idealnie proporcjonalny, ale co tam, wystarczy.

Ustawiła w oznaczonych miejscach świece i przyniosła z kuchni nóż, krzywiąc się na myśl o tym co ją czeka. Zapaliła w skupieniu knoty, nacięła wnętrze swojej dłoni i recytując znalezione zaklęcie, naznaczała krwią kolejne punkty pentagramu. Skończywszy, odsunęła się od koła, wypowiadając stanowczym głosem:

- Przyzywam cię demonie!

Okrąg zalśnił niebieskim światłem, a ona uśmiechnęła się triumfująco. Intensywność blasku na moment ją oślepiła, a do nozdrzy dotarł zapach siarki. Kiedy wreszcie mogła otworzyć powieki, spojrzała w kierunku pentagramu. Jednak na jej twarzy nie widać już było zadowolenia. Oczy rozszerzyły się z przerażenia, a w gardle uwiązł krzyk.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Vespera 4 miesiące temu
    Amber wzywająca demony :D Oryginalna gra powinna mieć taką fabułę.
  • Tooyaa 4 miesiące temu
    xD

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania