Pod osłoną nocy - rozdział 8

Rozdział 8

 

Nataniel szedł za Kastielem, coraz bardziej powątpiewając w zdolności czerwonowłosego, co do czytania mapy i orientacji w terenie. Uparł się, że to on będzie dowodził, a blondyn miał dość kłótni, więc się na to zgodził. Teraz jednak zaczynał podejrzewać, że to był błąd. Od ponad godziny kręcili się po lesie, a nadal nie dotarli do rzeki. Na dodatek ciągle się kłócili i parę razy już mało nie pobili. Zastanawiał się, czy on w ogóle wie dokąd idzie. Właśnie minęli drzewo, które wydawało mu się, że widział już wcześniej. Czyżby kręcili się w kółko?

- Jesteś pewien, że dobrze idziemy? - spytał powątpiewającym głosem, co rozzłościło jego partnera.

- Zamkniesz się w końcu? Twoje ciągłe gadanie zaczyna doprowadzać mnie do szału! Przecież mówię, że tak! Ja tu dowodzę, więc mógłbyś się w końcu zamknąć i dać mi się skoncentrować – warknął.

- Ale wędrujemy już półtorej godziny. Powinniśmy dawno dotrzeć nad rzekę, a tymczasem wciąż znajdujemy się w lesie!

Czerwonowłosy posłał mu mordercze spojrzenie.

- Chyba mówię, że jest dobrze! - Buntownik podniósł głos.

- Ćśśśś – powiedział gospodarz, nasłuchując.

- Nie uciszaj mnie! Myślisz, że masz prawo mówić mi co mam robić?!

- Zamkniesz się w końcu?! Chyba coś słyszę! - nie wytrzymał i też się wydarł. Na szczęście Kastiel umilkł i również zaczął słuchać. - Szum, słyszysz? To chyba rzeka.

- Tak, to rzeka! – rozjaśnił się, a na jego twarzy na chwilę pojawił się wyraz ulgi. Zaraz jednak przybrał znów pewną siebie minę. - Przecież mówiłem, że wiem gdzie idę – odparł pewnie.

- Tylko, że szum dochodzi z innego kierunku, niż ten w który nas prowadziłeś – wymruczał Nataniel, ale tamten go nie usłyszał, bo odszedł już w stronę, skąd dochodził dźwięk.

Wkrótce znaleźli się nad wodą. Nie była zbyt głęboka, ale za to szeroka. Nataniel rozejrzał się, rzeka wiła się tak, że nie było z tego miejsca widać mostu.

- Spójrz na mapę, trzeba sprawdzić gdzie możemy przejść – powiedział.

- Po co? Z tego co pamiętam, musielibyśmy nadłożyć spory kawał drogi, najłatwiej będzie w lini prostej – wskazał coś palcem. Kawałek od nich, w poprzek rzeki ułożone były kamienie.

Przy odrobinie szczęścia mogliby się tamtędy przeprawić, jednak nie był pewien, czy to dobry pomysł. Poziom wody był jeszcze podniesiony po zimie, a skały na pewno były śliskie.

- Nie sądzę, żeby to było dobre rozwiązanie – wyraził swoje powątpiewanie.

- Boisz się? - spytał kpiącym tonem, na co się najeżył.

- Chciałbyś – warknął, po czym zdecydowanym krokiem ruszył ku kamienistej ścieżce. Zatrzymał się na chwilę na brzegu, po czym skoczył. Pierwszy występ miał za sobą. Powoli i ostrożnie, przeskakiwał na kolejne, łapiąc równowagę rozłożonymi rękoma. Szło całkiem łatwo, więc był zadowolony i się rozluźnił. Znajdował się właśnie w połowie drogi, kiedy usłyszał za sobą zniecierpliwiony głos Kastiela.

- Mógłbyś się łaskawie pośpieszyć?! Nie mamy całego dnia!

Obejrzał się. Chłopak właśnie szykował się, do skoczenia na jego kamień.

- Czekaj, nie ma miejsca... - nie zdążył skończyć zdania, było za późno, buntownik skoczył.

Nataniel zachwiał się i wyginając zabawnie ciało, żeby odzyskać równowagę, poleciał w dół. Zdążył jeszcze zobaczyć usatysfakcjonowaną minę wroga, kiedy wpadł do wody. Jego ciało przeszedł dreszcz. Ubranie i plecak, szybko nasiąkły lodowatą wodą, ciągnąc go w dół.

- Tylko spokojnie - pomyślał. - Tu jest płytko, musisz złapać równowagę i oprzeć stopy na dnie.

Niestety prąd mu w tym nie pomagał, na szczęście nie był zbyt silny. Wreszcie udało mu się ukucnąć i podnieść do pozycji stojącej. Zanurzony po pas, z trudem łapał powietrze, prychając wodą, która dostała się niechciana do gardła i nosa. Lodowate strumyki ściekały z jego włosów, tocząc się po policzkach i niżej na ubranie. Kastiel wciąż stał na tym samym kamieniu, trzymając się za brzuch i zwijając ze śmiechu. Podszedł do niego, ubranie krępowało mu ruchy, ale się tym nie przejął. Nim buntownik zorientował się w jego zamiarach, popchnął go z całych sił, a ten z przezabawną miną również wpadł do wody. Wynurzył się po chwili, wściekle łapiąc powietrze. Nataniel uśmiechał się triumfująco, próbując wgramolić na kamień. Nie przewidział jednak, że dla towarzysza to nie koniec, rzucił się na niego i oboje znów wpadli w nurt, zanurzając się całkowicie. Nataniel szybko odzyskał równowagę, złapał za ubranie buntownika i wynurzył się, ciągnąc go za sobą. Miał dość tego nadętego palanta. Czas najwyższy załatwić ich konflikt raz na zawsze. Zamachnął się, ale Kastiel zrobił unik, szybko kontratakując ciosem w brzuch. Zgiął się w pół, jednak nie zamierzał się poddać. Uderzył z pięści od dołu, trafiając w podbródek. Pewnie tłukli by się dalej, gdyby nie dotarł do nich ostry krzyk.

- Co wy najlepszego wyprawiacie?!

Spojrzeli zdumieni, kto śmie im przerywać. Na brzegu stał Alexy, a obok niego Violetta z dłonią przytkniętą do ust i wpatrująca się w nich przerażonym wzrokiem. Emocje i adrenalina momentalnie opadły. Oboje spojrzeli na siebie spod byka, po czym ruszyli w ich kierunku z opuszczonymi głowami. Nagle dotarło do nich zimno otaczającej zewsząd wody, a przemoczone ciała objęły dreszcze. Z trudem wydostali się na brzeg. Alexy gromił ich wściekłym spojrzeniem.

- Co wam strzeliło do głowy?! Czy wy do reszty już postradaliście rozumy?! Musimy rozpalić ognisko, inaczej złapiecie zapalenie płuc! Rozbierajcie się szybko, pożyczę wam na razie swoje ciuchy, mam też zapasową bluzę. No już, ruchy! - dodał, kiedy zobaczył, że nie wykonują natychmiast jego polecenia. - Viola, idź i nazbieraj jak najwięcej chrustu. Dobrze, że jest w miarę ciepło i grzeje słońce.

Zdjął szybko bluzę od dresu, koszulkę i dał chłopakom. Violetta też wyjęła swoją fioletową bluzę i pobiegła do lasu.

- Że Kastiel to mnie jeszcze nie dziwi, ale ty Nataniel? - Alexy spojrzał na niego smutno, po czym zebrawszy trochę suchego igliwia i patyków, zaczął rozpalać płomień.

Przemoczona dwójka nie odezwała się słowem, tylko zdjęła ciężkie od wody ubrania i zgrabiałymi z zimna palcami naciągnęli na siebie suche rzeczy. Zaczęli dreptać w miejscu, ruszając kończynami i próbując się ogrzać, a Alexy w tym czasie rozpalił mały płomień. Przybliżyli się, chcąc poczuć choć odrobinę jego ciepła. Po kilku minutach pojawiła się Violetta, niosąc wiązkę drewna i pomogła chłopakowi w dokładaniu. Panowała między nimi grobowa cisza, przerywana jedynie śpiewem ptaków. W niedługim czasie ognisko było gotowe. Kastiel i Nataniel stali jak najbliżej, trzęsąc się z zimna.

- Nie mogę uwierzyć, że jesteście tak głupi. Co wam w ogóle strzeliło do tych łbów?! Pomyśleliście jak to może się dla was skończyć? Co by się stało, gdybyśmy się nie zjawili?! Dyrektorka to was chyba zabije, jak się o tym dowie!

Nastolatkowie się nie odezwali, nawet wiecznie wygadany Kastiel wolał milczeć. Alexy pokręcił tylko głową i poszedł do lasu, po kolejną partię gałęzi.

 

***

Upadła z hukiem na skaliste podłoże, czując jak ostre kamienie wbijają się boleśnie w ciało. Jednocześnie z przodu coś rozdarło ubranie, przecinając skórę brzucha. Napastnik znajdował się pod światło, więc nie była w stanie stwierdzić kim był, bo słońce ją oślepiało. Szarpnęła się, zamierzając uwolnić, kiedy nagle poczuła, że ciężar zniknął, a ona sama jest wolna. Błyskawicznie podniosła się do pozycji siedzącej, z jękiem wsuwając rękę pod bluzę i łapiąc za ranę. Poczuła pod palcami ciepło i lepkość świeżej krwi. Skóra była poważnie rozdarta, dolny płat zwisał, więc musiała przytrzymać go palcami. Rozejrzała się oszołomiona, a widok, który ujrzała sprawił, że natychmiast się podniosła. Gwałtowny ruch, nie poprawił jej stanu. Mimo przytrzymywania rany palcami, kolejna struga krwi polała się na ziemię. Zachwiała się, jednak nie było teraz na to czasu. Tym, kto ją zaatakował okazał się Ghul, arabski duch pustynny. Legenda głosi, że powstały one w wyniku związku szatana, z kobietą stworzoną z ognia. Demony te zwabiały, napadały i zabijały podróżnych, zwykle potem ich pożerając. Okradały też groby z umarłych. Okaz przed nią był doprawdy imponujący. Wysoki na jakieś dwa metry, postawny i bardzo umięśniony. Spodnie, które miał na sobie, uwydatniały potężne muskuły, a kaptur głęboko naciągnięty na głowę, zasłaniał pół twarzy. Dostrzegła jednak mocne zęby, osadzone w kwadratowej szczęce i otwory w miejscu gdzie powinien znajdować się nos. Palce zwieńczone były długimi szponami, pokrytymi świeżą krwią. Właśnie podnosił się z ziemi, po tym jak został od niej odciągnięty i rzucony o skałę. W zdumieniu wpatrywała się w Lysandra, który stał naprzeciw niego. Chwiejnie ruszyła w jego kierunku, kiedy pojawiły się kolejne dwie postacie, żołnierze. Hummanoidalne, niezwykle inteligentne postacie, wyglądem przypominające człowieka. Wielkie łyse czaszki, ogromne białe oczy bez źrenic oraz dolna część twarzy pozbawiona nosa i ust, sprawiały, że często brani byli za kosmitów. Czyżby wróg zamierzał pozbyć się jej bez względu na ryzyko? Jeden człowiek w tę czy we w tę nie robi różnicy? Ale przecież w każdej chwili mogli się pojawić kolejni uczestnicy biegu. Rozejrzała się i odetchnęła z ulgą, kiedy nikogo nie zauważyła. Byli bezpieczni, na razie. Trzeba to jak najszybciej zakończyć.

- Lysander, jestem wdzięczna za pomoc, później ci to wszystko wyjaśnię, ale teraz chciałabym żebyś stanął gdzieś z tyłu.

Białowłosy nie zdążył nic odpowiedzieć, kiedy spod skalnej ściany dobiegł ich mruczący, głęboki głos, który krył w sobie mityczną nutę.

- Dzisiaj jest mój szczęśliwy dzień. Nie spodziewałem się, że spotkam wampira.

Z mocnej szczęki wysunął się długi język, którym te demony wysysają szpik, oblizując czarne usta. - Twoja krew będzie dla mnie wyśmienitym posiłkiem.

Wampir? Gdzie? Rozejrzała się dookoła, ale nie zobaczyła nikogo poza Lysandrem i trzema demonami. I wreszcie do niej dotarło. To Lysander jest wampirem?! Jak to możliwe? I jakim cudem nic nie zauważyła? Nie czas się teraz nad tym zastanawiać! Jest źle, bardzo, ale to bardzo źle! Jeżeli ten Ghul pił krew wampirzą, mieli do czynienia z niezwykle potężnym osobnikiem! Duch pustynny, który wypije taką krew, zyskuje nadnaturalne moce i długie życie. Tym razem nieznany wróg nie zamierzał pozwolić jej przeżyć. Powinna była posłuchać Kentina, kiedy mówił, że nie może wyruszać bez wsparcia, bo teraz naprawdę mogło to się źle skończyć.

Błyskawicznie wyciągnęła sztylet i nakreśliła znak runiczny na brzuchu. Rana zasklepiła się, jednak wciąż była poważna, musiała uważać, żeby się nie otworzyła. Straciła również dużo krwi, przez co była osłabiona. Nawet jeśli jej towarzysz był wampirem, szanse na zwycięstwo przedstawiały się nieciekawie. Nie zamierzając dłużej czekać, szybko nakreśliła stopą okrąg z własnej krwi, rozchlapanej na podłożu.

- Miecz, do mnie! - wypowiedziała stanowczym głosem. Okrąg zalśnił i wyskoczył z niego podłużny, jednoręczny srebrny miecz, oznaczony na całej długości znakami runicznymi i wizerunkami demonów. Chwyciła pewnie skórzaną rękojeść.

- Bierzcie ją! – Demon wskazał na nią i żołnierze ruszyli w jej kierunku. - Ja zajmę się wampirzątkiem.

Jego usta rozchyliły się w przerażającym uśmiechu, dającym jasno do zrozumienia, co zamierza zrobić z chłopakiem.

Liana nie miała czasu zastanawiać się nad tym czy białowłosy sobie poradzi, gdyż dwie chude postacie właśnie ruszyły wprost na nią. Walka z dwojgiem ludzi, a demonów, to zupełnie inna bajka. Z trudem odparowywała ataki, blokując ciosy i próbując znaleźć moment na uderzenie. Żołnierze nieustannie byli w natarciu, próbowali pozbawić ją równowagi i działali niezwykle synchronicznie, i zgodnie. Łowczyni robiła co mogła, ale była słaba. Miała zawroty głowy, a jej uderzeniom brakowało odpowiedniej siły. Ich zgranie nie dawało szansy na przejście do ofensywy.

Tymczasem Lysander także był w kłopocie. Chciał pomóc Lianie, ale Ghul skutecznie mu to uniemożliwiał. Bawił się nim, niczym kot myszą. Jego ataki nie były silne, bardziej skupiał się na zablokowaniu mu dojścia do łowczyni, niż skutecznych ciosach. Zdawał sobie sprawę, że ma do czynienia z bardzo silnym przeciwnikiem, a on niestety nie był doświadczony w walce. Powinien był go zabić od razu, kiedy nie spodziewał się jego ataku, jednak wtedy myślał przede wszystkim o oderwaniu go od przyjaciółki. W tej chwili szansa na szybkie zakończenie starcia, była nikła. Postanowił za wszelką cenę skończyć to jak najszybciej. Liana długo nie pociągnie, nie po takim upływie krwi. Z determinacją ruszył na przeciwnika.

 

***

 

Szedł obok Kim, która prowadziła ich wyprawie. Kiedy to zaproponowała, machnął tylko ręką, nie zależało mu na tym. Jedyne o czym potrafił teraz myśleć to to, jak radzi sobie w tej chwili Liana. Od samego początku miał złe przeczucia co do tej wyprawy. Dlaczego ona nie potrafiła zrozumieć, jakie to niebezpieczne? Przecież taka głusza daje idealne warunki do ataku. Co z tego, że są inni ludzie i jest z nią Lysander? Zdeterminowanemu wrogowi, pozbycie się jednego czy dwóch przeszkód na drodze do celu, nie stanowiło żadnego problemu. Upór tej dziewczyny doprowadzał go do szewskiej pasji! Kiedy się tak zmieniła? Do tej pory pamiętał cichą dziewczynę w okularach, z którą zaszywał się w swoim pokoju, żeby poczytać razem komiksy. Gdzie ona się podziała? O wiele bardziej lubił jej starą wersję. Była zdecydowanie mądrzejsza i bardziej poukładana. Westchnął ciężko i przyspieszył, gdyż koleżanka znajdowała się już spory kawałek przed nim. Dość ociągania.

Wybrali drogę przez las. Drzewa rosły gęsto, ale Kim doskonale radziła sobie w terenie. Prowadziła ich bezbłędnie, więc dość szybko dotarli do drugiego etapu. Tam dowiedzieli się, że Lys i Liana także już tam byli. Ucieszył się, że jak do tej pory wszystko idzie dobrze.

- Jeśli się pospieszymy, mamy szansę ich jeszcze dogonić – powiedziała raźno towarzyszka.

Dość szybko uporali się z potrzebnymi rzeczami. Trochę zajęło im znalezienie bryłki fałszywego złota. Na koniec został jeszcze mieszkaniec lasu. Rozglądali się bezradnie, zastanawiając o co w tym wszystkim chodzi. Nagle zauważył w jednym miejscu przydeptaną dookoła trawę. Ktoś się w tym miejscu zatrzymał. Podszedł bliżej, a wtedy dostrzegł też próby ułożenia zielonych liści. Schylił się zaintrygowany i je rozchylił, a na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

- Kim, znalazłem! - zawołał i wyjął triumfalnie pluszaka z zamaskowanej nieudolnie jamy.

- Świetnie! – Rozpromieniła się. - Chodźmy po pieczątki i idziemy dalej.

Dość szybko znaleźli się na początku trzeciego etapu. Po otrzymaniu zagadki, usiedli w tym samym miejscu co wcześniej ich koledzy, żeby się chwilę zastanowić.

- Gdzie zbieg rzeki się układa... - zaczęła Kim i spojrzała na mapę. - Tutaj łączy się strumień i ta rzeka, która była na innej trasie. Myślę, że to o to chodzi.

- No nie wiem – wyraził powątpiewanie Kentin. - Nurt początek ma i koniec, nie widzę żadnego związku z tym.

- Ale tu obok masz też skały. Pośród skał korytarz ciemny, to by się zgadzało. Myślę, że to o to chodzi – powiedziała zdecydowanie i wstała. Nie był zbyt przekonany, ale nie zamierzał się kłócić, w końcu to ona dowodziła, a do tej pory szło jej dobrze. Podniósł się i ruszyli w odpowiednim kierunku.

 

***

 

Siedzieli właśnie przy stole, omawiając szczegóły ich następnego wypadu. Wpatrywała się w towarzyszącego jej mężczyznę, patrząc w zafascynowaniu, na jego ciemne długie kosmyki, okalające idealną twarz i podkreślające jej owal. Do jej nozdrzy docierał naturalny zapach jego ciała, który tak na nią działał. Gdyby nie to, że musieli omówić teraz ważne kwestie, pewnie rzuciłaby się na niego i zaciągnęła natychmiast do sypialni. Pochylał się właśnie nad niewielkim stolikiem, stojącym pomiędzy nimi, w skupieniu wpatrując się w rozłożone przed nim papiery, kiedy poderwał niespodziewanie głowę. Jego spojrzenie było twarde, brwi zmarszczone, a szczupłe idealnie wyrzeźbione ciało, wyrażało napięcie.

- Coś się stało? - spytała zaniepokojona.

- Mamy kłopoty. Musimy natychmiast iść – oznajmił stanowczym głosem. Poderwała się, nie pytając o nic i podążyła za towarzyszem, przed wyjściem tylko narzucając na siebie kurtkę. Zapowiadali na dzisiaj deszcz, a ona nie chciała zmoknąć.

 

***

Liana była już u kresu sił. Ledwo trzymała się na nogach, z coraz większym trudem utrzymując demonicznych żołnierzy na dystans. Z rany na czole, ściekała krew, nadając jej bladej twarzy makabryczny wygląd. Lewa ręka zwisała bezwładnie po tym, jak jeden z przeciwników przeciął jej mięsień przedramienia. Zachwiała się po kolejnym ataku i opadła na kolana, opierając się ciężko na mieczu. Wzrok stał się mglisty i pomyślała, że teraz to już naprawdę koniec. Z oddali usłyszała okrzyk Lysandra, kiedy Ghul zadał mu potężne uderzenie. Wszystko jakby działo się w zwolnionym tempie, była obserwatorem zza pancernej szyby. Patrzyła jak Lysander upada na ziemię, a jego ciało odbija się od skalistego podłoża. Ducha pustynnego zbliżającego się do niego i klękającego przy nim z triumfalnym uśmiechem i głodnym spojrzeniem. Jego zęby błyszczące w czarnych jak noc ustach, kiedy pochylał się nad pokonanym, oraz uniesione dłonie białowłosego, który resztkami sił, próbował go jeszcze odepchnąć. Chciała coś zrobić, pomóc mu, ale nie była w stanie nawet wydać z siebie głosu. Ręce opierające się na rękojeści tak drżały, że ostrze chwiało się niebezpiecznie, a kolana, w które wbijały się ostre kamienie, paliły żywym ogniem. Nie była w stanie zrobić nic, poza patrzeniem jak jej przyjaciel znika, przysłonięty potężnym ciałem Ghula, kątem oka widziała zbliżających się w triumfie humanoidalnych żołnierzy.

Nagle coś zasłoniło jej widok. Tuż przed nią pojawił się biały długowłosy anioł i zanim zemdlała, zdążyła jeszcze się zdziwić, że anioły noszą koturny...

Następne częściPod osłoną nocy - rozdział 9

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • Vespera 5 miesięcy temu
    I teraz pytanie: skoro dwójka łowców nie wyczuła, że Lysander jest wampirem, to znaczy to, że jest tak potężny, że bez trudu potrafi to ukryć, czy tak słaby, że właściwie niewyczuwalny?
  • Tooyaa 4 miesiące temu
    Zagadka wkrótce się rozwiąże 😊
  • Vespera 4 miesiące temu
    Tooyaa Good :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania