Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Pod osłoną nocy - rozdział 2

Rozdział 2

 

Wyciągnęła zza pasa sztylet, z którym nigdy się nie rozstawała i przyjęła pozycję do walki. Jednak kiedy "coś" podeszło, okazało się, że to pies. O ile dobrze się orientowała, jedna z odmian owczarka. Czarne bydlę łypało na nią spod byka, obnażając kły i powarkując cicho.

- Demon! - Rozległo się wołanie.

Uśmiechnęła się pod nosem, idealne imię, nie ma co. Pies postawił uszy i zamerdał ogonem, ale nadal nie spuszczał wzroku z Liany. Te czworonogi nigdy nie przepadały za łowcami, ponieważ wyczuwały krążący wokół nich odór śmierci i demonów. Zza zakrętu wyłonił się dobrze jej znany czerwony łeb. Chłopak podszedł do psa i spojrzał na nią kpiąco.

- Proszę, proszę, kogo ja tu widzę. Czyżbyś wystraszyła się Demona?

Popatrzyła na niego, jak na idiotę.

- Takiego pluszaka? Założę się, że mój kot jest od niego odważniejszy.

Posłała mu pogardliwe spojrzenie, po czym ruszyła prosto na nich. Kastiel na chwilę zaniemówił, ale szybko odzyskał rezon.

- Zaraz zobaczysz co ten pluszak potrafi. Demon, bierz! - Chciał ją tylko wystraszyć, żeby choć na chwilę straciła tą pewność siebie. Kiedy pies nie ruszył do przodu, spojrzał na niego zdumiony. Jego pupil cofał się przed dziewczyną z podkulonym ogonem, wciąż przejmująco warcząc. - Co jest z tobą?

Mina chłopaka była tak komiczna, że dziewczyna roześmiała się w głos. Demon podskoczył na tak niespodziewany dźwięk z jej strony i szczeknął poddenerwowany. Miał od niej plusa za to, że jeszcze nie uciekł. Widocznie chęć pozostania wiernym swojemu panu, była silniejsza od strachu. Pies zrobił tyłem półokrąg, ani na chwilę nie spuszczając z niej wzroku i znów stanął przy Kastielu. Ten zapiął mu smycz i spojrzał na Lianę z niechęcią. Twarz miał teraz koloru włosów.

- Nie wiem co mu zrobiłaś, ale następnym razem nie będę tak pobłażliwy. – Próbował jeszcze ratować swój honor.

Ona jednak nie zwracała już na niego uwagi, tylko ruszyła dalej.

Dość miała wrażeń na dziś. Chciała znaleźć się jak najszybciej w domu i wziąć długą, gorącą kąpiel. Kiedy weszła do mieszkania, od razu zorientowała się, że nikogo nie ma. Na przywitanie wyszła tylko kotka. Olbrzymka sięgała jej do połowy uda, była duża nawet jak na swoją rasę. Ashery, krzyżówki kota domowego i afrykańskiego servala, były dużymi kotami i choć ich przodkami były drapieżniki, one same zdawały się całkowicie udomowione i dosyć łagodne. Choć jak każde kanapowce miały też i swoje humory. Martwiła się, że ucieknie po przeprowadzce, wszak koty przywiązują się do jednego miejsca. Ale jak widać, po nocnym zwiedzaniu czuła się znakomicie. Przyzwyczaiła się do swobodnego poruszania i Liana nie zamierzała jej tego ograniczać, nawet jeśli groziło to ucieczką. Całkiem niepotrzebnie się niepokoiła, ulubienica szybko oswoiła się z zaistniałą sytuacją. Kocica otarła się o jej nogi z taką siłą, że prawie ją przewróciła. Zaśmiała się i pogłaskała trójkątny łebek, drapiąc za uchem, aż zamruczała zadowolona.

Rozebrała się i przeszła do kuchni. Zrobiła sobie na szybko kanapki i przeniosła się na piętro. Dom miał tylko cztery sypialnie, z czego jedna była przeznaczona na gabinet. Do tego salon z kuchnią i łazienka. Niewielki, ale w zupełności wystarczał na ich potrzeby. Mały ogród dawał poczucie spokoju, a i kot miał miejsce do zabawy. Mimo wszystko tęskniła za ich domem w Nowym Yorku. Przez trzy lata zdążyła przyzwyczaić się do tamtejszego trybu życia. Brakowało jej wspólnych wypadów na polowania. Tego dreszczyku emocji, kiedy razem z innymi kadetami odbywała praktyki. Byli tam ludzie z całego świata. Wszyscy zgromadzeni w jednym celu, żeby nauczyć się jak skutecznie i szybko zlikwidować zagrożenie w postaci istot ze świata cieni. Oczywiście nie wszystkie były złe. Mnóstwo z nich przystosowało się i przestrzegało ustanowionych zasad, często współpracując też z łowcami. Jednak zdecydowana większość nie zamierzała komukolwiek się poddawać. Zadaniem łowców było pilnowanie porządku. Po to stworzono instytuty, których rolą było doglądanie przestrzegania ustalonych reguł, oraz jednoczenie i szkolenie przyszłych pokoleń łowców.

Jej rodzice zostali wyznaczeni na opiekunów i strażników instytutu w Dublinie. To nie tylko budynek. Był chroniony silnymi zaklęciami i nikt niewtajemniczony nie mógł się tam dostać, ani dostrzec go z zewnątrz. Znajdowały się tam najróżniejsze bronie, eliksiry i księgi. Była dumna, że jej rodzice dostąpili zaszczytu poprowadzenia go, po odejściu na emeryturę poprzedniego zarządzającego. Jednak nie chciała tu wracać. Nic ją tu nie ciągnęło, no może poza starym przyjacielem. Odwiedzi go pod koniec tygodnia, a na razie czas na kąpiel. Napuściła gorącej wody do wanny i z westchnieniem szczęścia zanurzyła się w pianie. Tak, po tym wszystkim zasługiwała na chwilę relaksu.

 

***

 

Następnego dnia została poinformowana przez Nataniela, że w szkole każdy uczeń musi uczęszczać do jakiegoś klubu. Tylko tego jej brakowało, jakby miała mało zajęć, to jeszcze to. Poskarżyła się Lysandrowi, który zaproponował jej dołączenie do klubu muzycznego. Zdecydowanie odmówiła. Nie potrafiła grać na żadnym instrumencie, a jej głos podczas śpiewu przypominał wrzaski zarzynanego kota.

- Nie dziękuję! - Jej stanowczy głos zwrócił uwagę, stojącej niedaleko rudowłosej dziewczyny. Podeszła bliżej, ciekawa o co chodzi.

- Liana nie może się zdecydować na jakie zajęcia pozalekcyjne się zapisać – wyjaśnił białowłosy.

- Może klub ogrodniczy? - zaproponowała. - Tak w ogóle to jestem Iris. Nie miałyśmy jeszcze okazji się poznać. – Liana uścisnęła rękę dziewczyny, krzywiąc się na wspomniany klub.

- Rośliny to ja lubię, owszem, ale podziwiać. Nie mam ręki do kwiatów. Wszystkie, którymi próbowałam się zajmować albo uschły, albo zgniły. W końcu moja mama stanowczo zabroniła mi zbliżać się do jej roślinek.

Iris wybuchła śmiechem.

- A sztuka? Violka uczęszcza do plastycznego.

Kiwnęła na koleżankę, która nieśmiało do nich podeszła. Jej włosy miały niesamowity odcień fioletu. Sama mogłaby taki mieć, gdyby nie to, że jej kłaki nie wchłaniały żadnego pigmentu, a najpierw ich utleniać nie zamierzała.

- Nie chciałabyś zobaczyć moich bohomazów. Nadawałyby się chyba jedynie na papier toaletowy.

Kącik ust Lysandra uniósł się w rozbawieniu, a dziewczyny westchnęły, zastanawiając się jak jej pomóc.

- Jest coś, co w szczególności lubisz? - zapytała fioletowowłosa. - Najlepiej dołączyć do klubu, w którym możesz robić coś, czym się pasjonujesz.

- Sztuki walki, ale nie sądzę, żeby mi to w czymś pomogło.

- W szkole jest klub samoobrony! - ucieszyła się Iris, zadowolona, że wreszcie znalazła coś, co będzie jej odpowiadało.

- No nie wiem... - mruknęła.

Owszem, kochała walkę, była wyszkolonym łowcą, więc nie miała w niej sobie równych. Jedyne czego nauczyłaby się na tych zajęciach, to jak nie dać zanudzić się na śmierć. Doszła jednak do wniosku, że skoro już musi się gdzieś zapisać, to niech będzie to chociaż coś co lubi.

- W porządku, w takim razie klub samoobrony. - Westchnęła zrezygnowana.

Dziewczyny klasnęły zadowolone, a ona pogodziła się z myślą, że będzie uczęszczać na bezużyteczne zajęcia, które do niczego nie są jej potrzebne. Od Nataniela dowiedziała się, że spotkania organizowane są we wtorki i piątki, czyli dzisiaj. Po lekcjach powędrowała do szafki po dres i z ciężkim sercem ruszyła ku sali gimnastycznej. W szatni dla dziewcząt była tylko jedna osoba. Wysoka mulatka, z czarnymi włosami sięgającymi ramion.

- Na zajęcia z samoobrony? - spytała, a kiedy kiwnęła głową, uśmiechnęła się. – Nareszcie jakaś dziewczyna! Zaczynałam mieć dość obcowania z samymi facetami. Na dodatek oni chyba uważają, że skoro jestem kobietą, to niczego nie potrafię i ćwiczenie ze mną w parze traktują jak karę. – Skrzywiła się, a na twarzy Liany pojawił się szeroki uśmiech.

Chyba jednak będzie tu miała trochę rozrywki. Utarcie nosa tym wszystkim szowinistom, sprawi jej mega frajdę.

- Po twoim uśmiechu widzę, że cieszy cię perspektywa spotkania z nimi.

- O tak, jestem Liana.

- Kim. – Podały sobie ręce.

- Chodźmy i pokażmy tym nadętym bubkom do czego są zdolne dziewczyny.

Zadowolone przeszły do sali gimnastycznej. Pierwszą osobą, na którą padł jej wzrok, był znajomy zielonooki brunet. Wspaniale, uśmiechnęła się niczym kot na widok śmietanki. Lepiej być nie mogło. Czas najwyższy utrzeć nosa temu arogantowi. On również ją zauważył i na jego ustach od razu pojawił się kpiący uśmieszek. Śmiej się śmiej, zobaczymy kto się będzie śmiał ostatni. Posłała mu pełen zadowolenia uśmiech, na co ten zmarszczył brwi. Usatysfakcjonowana przeszła z nową koleżanką na drugi koniec sali, gdzie zaczęły się rozciągać w oczekiwaniu na trenera. Liana nie widziała jego wejścia, gdyż akurat wykonywała skłony. Kiedy jednak usłyszała zamieszanie, podniosła się i spojrzała w kierunku wejścia. Na widok mężczyzny, którego tam ujrzała, z jej gardła wyrwał się okrzyk radości. Podbiegła do niego i zarzuciła mu ramiona na szyję, czym wywołała niemałe poruszenie wśród obecnych.

- Borys, to naprawdę ty? Nie mogę w to uwierzyć! - Oderwała się od niego, patrząc rozpromienionym wzrokiem na swego mistrza. Niejedna kobieta mogła mu zazdrościć długich rzęs, gęstych jasnych loków, opadających na twarz oraz dużych niebieskich oczu, które podkreślał lekko makijażem. Obcisła koszulka na ramiączka oraz dopasowane spodnie podkreślały jego wysoką i umięśnioną sylwetkę.- Co ty tutaj robisz?

Rosły mężczyzna uśmiechał się szeroko, a jego klatka piersiowa drżała, od z trudem powstrzymywanego śmiechu.

- Jak to co? Uczę, nie widać? - Zakręcił się wokół własnej osi, a ona zachichotała.

Nie mogła wprost w to uwierzyć. Mężczyzna, który nauczył ją wszystkiego, co potrafi z zakresu walki, stał właśnie przed nią i będzie miał z nią zajęcia! Czy mogło być lepiej?

Przez cztery lata razem trenowali. Kiedy powiedziała rodzicom w drugiej klasie gimnazjum, że chciałaby ćwiczyć sztuki walki, ci przedstawili jej swojego przyjaciela Borysa. Przez rok uczył ją tutaj, a potem przez trzy kolejne lata szkolenia. Przez swój zniewieściały wygląd zawsze na początku traktowany był z lekceważeniem i pogardą. Jednak bardzo szybko wszyscy przekonywali się, że nie ma nikogo, kto byłby w stanie mu dorównać, jeśli chodzi o walkę. Ci co na początku śmiali się z niego i nim pogardzali, w krótkim czasie nabierali do niego szacunku i prosili o naukę. Wciąż nie mogła uwierzyć, że go tu spotkała. Pod koniec szkolenia poinformował ją, że wyjeżdża i nie wie kiedy wróci. Myślała, że nie zobaczą się przez kilka lat. Rodzice na pewno wiedzieli gdzie jest... A to przebiegłe lisy! Jak mogli jej nie powiedzieć?!

Patrzyła z uwielbieniem na swego guru.

- No dobrze, dobrze. Też się cieszę, że cię widzę, ale czas najwyższy zacząć zajęcia. Porozmawiamy później – powiedział, puszczając jej oczko. - No dobra ludziska, na początek piętnaście okrążeń dookoła sali. Trzeba się rozgrzać.

Rozległy się jęki protestu, ale trener nie zwrócił na nie uwagi. Kim podbiegła do Liany i towarzyszyła jej przez całe ćwiczenia. Po dwudziestu minutach biegania, w czasie którego musieli także robić brzuszki, pompki, przysiady i skłony, wszyscy byli wykończeni.

- Jakim cudem nie wyglądasz na zmęczoną? - wysapała Kim, kiedy wreszcie stanęli.

- Wierz mi lub nie, ale to nic, w porównaniu do treningów, które urządzał w Nowym Jorku, gdzie mieszkałam przez trzy lata.

Koleżanka spojrzała na nią z niedowierzaniem, ale już nic nie powiedziała. Tymczasem nadszedł czas dobierania się w pary. Na twarzy Liany pojawił się pełen oczekiwania uśmiech. Podeszły w kierunku chłopaków, kiedy jeden z nich zaprotestował.

- Skoro są teraz dwie dziewczyny, to znaczy, że mogą być ze sobą w parze, no nie? Nie ma potrzeby żeby ktoś z nas się z nimi męczył.

Rozległ się ogólny pomruk zgody.

- Męczył? – Borys uniósł wysoko brew z dezaprobatą. - Czyżby przeszkadzało wam bycie w parze z kobietą? - spytał takim tonem, że chłopak się zmieszał, ale nie zamierzał ustąpić.

- Bez obrazy dla dziewczyn, ale one są słabe. Z nimi w parze niczego się nie nauczymy i na dodatek musimy pilnować, żeby nic sobie przypadkiem nie zrobiły.

Oburzona Kim, miała się właśnie odezwać, ale Liana złapała ją za rękę i pokręciła głową.

- Rozumiem. W takim razie mam propozycję. Każdy kto zechce, zmierzy się z tą dziewczyną – powiedział, wskazując Lianę. - Jeżeli ją pokonacie, udowodnicie swoją wyższość i więcej żaden z was nie będzie musiał z nimi ćwiczyć.

Wśród mężczyzn rozległ się pomruk zdziwienia. Co poniektórzy wycofali się, wspominając moment przywitania się nowo przybyłej z trenerem. Widać było, że są w dobrych stosunkach i na pewno dziewczyna nie jest nowicjuszką. Pozostali jednak podchwycili ten pomysł i teraz dyskutowali, kto miałby stanąć z nią w szranki. Tylko zielonooki brunet nie brał w tym udziału. Stał jedynie z boku i się przyglądał. Nikt nawet nie zapytał, co będzie jeśli przegrają. Pewni siebie głupcy, którzy już niedługo mieli pożałować swojej pychy.

Na środek wystąpił wysoki, dosyć umięśniony blondyn, w asyście dwóch, równie „dużych” koleżków. Cała trójka głupawo się uśmiechała.

- Trenerze, a to ma być walka na serio? - zapytał przywódca.

- Oczywiście.

- Ale nie poniesiemy konsekwencji, jeśli przez przypadek coś jej się stanie?

Gdyby nie gniew, który zawładnął Lianą na bezczelność tych durni, wybuchłaby głośnym śmiechem,.

- Jestem tutaj, w razie czego użyję gwizdka i walka zostanie przerwana.

Wszyscy pokiwali głowami na znak zgody, a Liana i blondyn ustawili się w środku okręgu utworzonego przez pozostałych uczniów. Borys uniósł gwizdek do ust i dał znak na rozpoczęcie starcia.

- Nie miej mi tego za złe mała, po prostu dziewczyny nie nadają się do walki i tyle.

Jego głupota powalała, że też tacy idioci w ogóle się trafiają. Widząc takiego, jedyne o co człowiek ma ochotę spytać, to "Serio? To jest ten plemnik, który wygrał?"

Chłopak ruszył na nią i zamachnął się pięścią. Zwyczajnie się uchyliła, przez co na moment stracił równowagę. Wykorzystała to, oraz fakt, że był teraz do niej bokiem. Przesunęła się i kopnęła go w siedzenie, tak że wylądował z hukiem twarzą na parkiecie. Ręce cały czas zwisały jej luźno, a ona się uśmiechała. Na sali rozległ się ryk śmiechu, co rozwścieczyło chłopaka. Zerwał się na równe nogi i ruszył na nią. Stała spokojnie do ostatniej chwili, po czym odskoczyła z gracją, a chłopak przeleciał z głupią miną obok niej, jednak tym razem, choć z trudem, złapał równowagę. Odwrócił się do niej, a jego twarz była cała czerwona od gniewu.

- Byłem pobłażliwy i dałem ci fory, ale widzę, że zupełnie niepotrzebnie - warknął, a Liana wzruszyła tylko ramionami.

Jego ruchy były dla niej, jak w zwolnionym tempie. Nie umywał się prędkością do demonów. Widząc jednak determinację przeciwnika, ustawiła się w pozycji do walki. Rozstawiła stopy w lekkim rozkroku, stojąc w półobrocie, ręce trzymając przed sobą. Blondyn również się ustawił, a na ten widok znów miała ochotę się roześmiać. Stał do niej bokiem, na szeroko rozstawionych nogach, kiwając dłonią, żeby podeszła.

- Dawaj Rick, pokaż jej kto tu rządzi! - rozległ się czyjś krzyk.

Liana zamierzała się jeszcze trochę pobawić, ale postawa tłumu ją rozsierdziła. Czy oni z niczego nie są w stanie wyciągnąć wniosków?! W ułamku sekundy znalazła się przy przeciwniku. Zanim zdążył choćby zareagować, schyliła się i podcięła mu nogi od tyłu, tak, że z hukiem wylądował na plecach. Upadek pozbawił go tchu, a chłopak otwierał usta, niczym ryba wyjęta z wody, próbując złapać oddech. Wyprostowała się i spojrzała na niego z pogardą. Wtem do środka kręgu wkroczyło dwóch jego kumpli.

- Trenerze, przecież tak nie można! - zaprotestowała głośno Kim, widząc co się szykuje. - Dlaczego nie przerywa pan walki?

- Powiedziałem, że może się z nią zmierzyć każdy, kto będzie tego chciał – odparł, nie odrywając wzroku od walczących.

- Ale to przecież nie jest fair, nie mogą walczyć dwóch na jedną! - Spojrzała na niego z nadzieją, że przerwie ten spektakl, ale mężczyzna nie zareagował. Ze zgrozą zwróciła wzrok ku środku koła.

Przyboczni Ricka widząc, że trener nie zamierza im przerwać, zaatakowali jednocześnie z dwóch stron. Liana w ostatniej chwili błyskawicznie odchyliła się do tyłu. Ciosy mężczyzn trafiły w powietrze, tak że niemal zderzyli się ze sobą. Będąc tuż przy ziemi, oparła dłoń o parkiet, przenosząc na nią ciężar ciała i wyprowadziła jednocześnie dwa kopnięcia w uda przeciwników. Ci pod wpływem użytej siły przewrócili się na ziemię, krzyknąwszy z bólu i trzymając się za nogi. Czarnowłosa podniosła się do pozycji stojącej, patrząc na nich z góry.

- Coś ty nam zrobiła? - wyjąkał jeden z nich, z wykrzywioną cierpieniem twarzą. - Połamałaś nam nogi?!

- Nie, trafiłam tylko połączenie waszych mięśni. Przez jakiś czas możecie mieć problemy z chodzeniem. Nienawidzę tchórzy – odparła z pogardą, po czym odwróciła się w kierunku tłumu.

- Jest jeszcze ktoś chętny?

Usłyszała gwałtowne szepty mężczyzn, którzy mówili coś do znajomego jej bruneta. Nie rozumiała słów, ale domyśliła się, że próbują namówić go, aby do stanął do walki. Uśmiechnęła się triumfalnie, czekając na dalszy rozwój wypadków.

- Jesteś najlepszy, musisz z nią walczyć, inaczej będą się z nas nabijać do końca życia! A nawet nie ma co liczyć na to, że to się nie rozniesie!

- A co ja mam do tego?! To wy uparliście się przy tym szowinistycznym podejściu!

- Czyżbyś się bał, że przegrasz? - spytał ktoś, a na twarzy zielonookiego pojawił się gniew.

- Oczywiście, że nie!

- Więc stań do walki. Trener sam to zaproponował, więc nie będzie problemów.

Wypchnęli go na środek. Zniecierpliwiony, miał właśnie zamiar komuś przyłożyć, kiedy zauważył uśmiech dziewczyny. Triumfalny i pełen zadowolenia z siebie. Może i była lepsza, w końcu jako łowczyni musiała przejść szkolenie. Nie znaczy to jednak, że musi się tak wywyższać. Owszem, grupa zasłużyła na takie potraktowanie za ich szowinizm, ale to nie usprawiedliwiało jej zbytniej pewności siebie. Stanął zatem naprzeciw niej w pozycji do walki, na co rozległy się dopingujące okrzyki.

"Wspaniale, na to właśnie czekałam." - Uśmiechnęła się i również przyjęła odpowiednią postawę. Tym razem musiała być poważna. Brunet na pewno był wyćwiczony, poza tym widział ją w akcji, przez co miał lekką przewagę, bo ona nie widziała jego stylu walki. Nie martwiło ją to jednak.

Trzej oponenci, podpierając się nawzajem zeszli już ze środka, więc mogli nareszcie zaczynać.

Ruszyli jednocześnie. Zwarli się niczym w tańcu, wyprowadzając ciosy, blokując i robiąc uniki. Obserwujący ich tłum, wstrzymał oddech z wrażenia. Widać było, że oboje są na tym samym poziomie. Ich ruchy były tak szybkie, że momentami nawet nie było widać jak i skąd padł cios.

Liana musiała przyznać, że był dobrym przeciwnikiem, szybkim, zwinnym i silnym. Dotrzymywał jej kroku w godnym podziwu stylu. Jednak mimo wszystko, nie dość dobrym. Odnalazła lukę w jego obronie i wyprowadziła uderzenie z półobrotu trafiając w prawy bok. Odskoczył od niej na bezpieczną odległość, lekko zginając się pod wpływem bólu. O tak, uderzenie w nerki nie należało do najprzyjemniejszych.

- Masz dość? - spytała.

- W żadnym wypadku – odparł z zaciętą miną. Wyprostował się i ponowił atak. Walczyli zaciekle, a żadne z nich nie zamierzało się poddać. W pewnym momencie Liana otrzymała cios w szyję, jednak w ostatniej chwili chłopak się zawahał tak, że skutki nie były tak drastyczne jak normalnie. Odskoczyła, krzywiąc się z bólu i znów ponowiła atak, wściekła, że traktuje ją jak słabszą i nie wykorzystywał całego swojego potencjału.

Kim patrzyła na to wszystko z podziwem. Ta dziewczyna była niesamowita! Nie dość, że pokonała tych trzech nadętych bufonów, którzy zawsze próbowali ją poniżyć, to na dodatek walczyła na równi z najlepszym chłopakiem w grupie! Nie, ona jest od niego lepsza – sprostowała w myślach, widząc jak brunet zgina się po kolejnym ciosie. Mimo wszystko nie przestawał atakować.

Musiał przyznać, że dziewczyna była dobra, o wiele lepsza niż można by wywnioskować z jej wyglądu. Mała, jakieś sto sześćdziesiąt centymetrów, szczupła, ale szybka i niezwykle zwinna. Doskonale odnajdywała luki i potrafiła wykorzystać okazje, które one dawały. Jej ciosy również miały niesamowitą siłę oraz precyzję. Na jego czole pojawiły się kropelki potu.

- Dalej Li, pokaż im na co stać naszą płeć! - krzyknęła podekscytowana Kim.

Na sekundę spojrzał w tamtą stronę, a czarnowłosa wykorzystała ten moment i posłała go na ziemię, blokując go i uniemożliwiając wstanie. Przez chwilę panowała cisza, po czym rozległ się triumfalny okrzyk Kim. Trener zadął w gwizdek i walka się skończyła.

- Czy ktoś jeszcze nadal uważa, że kobiety to słaba płeć i nie nadają się do walki? - zapytał Borys, patrząc wyczekująco na grupę. Nikt się nie odezwał, za to wszyscy mieli zawstydzone miny. Liana podniosła się i podała rękę brunetowi, żeby pomóc mu wstać.

- To była świetna walka. – Uśmiechnęła się szczerze.

Przyjął dłoń i podniósł się z wdziękiem, skłaniając lekko przed nią głowę.

- Zawsze do usług. – Odwzajemnił uśmiech. - Przyznaję się, że myliłem się co do ciebie.

Rozległy się oklaski, najpierw pojedyncze, niepewne, potem przeszły w głośne brawa. Liana ukłoniła się, brunet również. Może teraz zmieni się coś w myśleniu tych chłopaków - pomyślała. Reszta zajęć przebiegła już bez żadnych komplikacji. Wysłuchała pełnego entuzjazmu monologu Kim i przez pozostały czas ćwiczyła razem z nią. Koleżanka stwierdziła, że nie zamierza robić tego z nikim innym, bo najwięcej nauczy się od niej. Wtedy zaprotestowała i zaznaczyła od razu, że będą się zmieniać, ale dzisiaj jeszcze potrenują wspólnie.

Szybko nadszedł koniec treningu. Ruszyła do szatni, przebrała się, po czym zaszła do kanciapy nauczycieli. Borys siedział tam w fotelu, ledwo się w nim mieszcząc. Kiedy ją zauważył, szeroko się uśmiechnął.

- Wspaniały pokaz, widzę że przez kilka miesięcy nie wyszłaś z wprawy.

- Jakżebym mogła. – Wyszczerzyła się i usiadła naprzeciw niego. - Jak to się stało, że najlepiej wytrenowany w sztukach walki łowca, uczy w tej szkole? Myślałam, że wróciłeś do Australii.

- Zamierzałem, ale mam tu parę spraw do załatwienia, a dyrektorka jest moją daleką krewną. Kiedy poprosiła mnie, żebym został tu nauczycielem, uznałem, że skoro na razie i tak nie mam nic ciekawszego do roboty, będzie to miła odskocznia.

- Moi rodzice oczywiście o wszystkim wiedzą? - Było to bardziej stwierdzenie niż pytanie.

- Chcieli żebyś miała niespodziankę – odparł z figlarnym błyskiem w oku. Westchnęła ciężko, ale uśmiech nie zszedł z jej twarzy.

- Cieszę się, że tu jesteś. Chciałabym, żebyśmy kontynuowali nasze treningi. Co ty na to?

- Czemu nie. Przecież wiesz, że uwielbiam moją najlepszą uczennicę.

- W takim razie umówimy się telefonicznie, a teraz już zmykam.

Przytuliła jeszcze tylko mężczyznę na pożegnanie, po czym tanecznym krokiem poszła do domu.

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Tauriel pół roku temu
    Super! Czekam na dalsze! Zachęcam też do mojego opowiadania :)
  • Tooyaa pół roku temu
    Dzięki i z chęcią zajrzę w wolnej chwili :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania