Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Pod osłoną nocy - rozdział 3

Witam serdecznie wszystkich czytających :) Musicie wiedzieć, że każda odsłona, opinia i komentarz, które tu zostawiacie bardzo mnie cieszą, nie tylko dobre, ale i krytyka, jeśli czegoś mnie nauczy. Czekam na wasze opinie i życzę miłego czytania :)

 

Rozdział 3

 

Dwa tygodnie minęły jak z bicza strzelił. W dzień chodziła na lekcje, a w nocy polowała. Z jakiegoś powodu nie weszli sobie więcej w drogę z brunetem, a ona z niewiadomej przyczyny, czuła się z tego powodu lekko zawiedziona. W tym czasie poznała lepiej Kim i zaprzyjaźniły się. Dobrze się rozumiały, interesowały je podobne rzeczy i obie nie znosiły mody i plotek. Z Iris i Violettą także miło jej się rozmawiało. Pierwszy raz w życiu, miała koleżanki, które nie tylko jej nie irytowały, ale także doskonale się bawiła w ich towarzystwie.

Pod koniec miesiąca podjęła decyzję, że nadszedł wreszcie czas na odwiedzenie innego przyjaciela. Był właśnie weekend, więc pora jak najbardziej odpowiednia. Miała tylko nadzieję, że zastanie go w domu. Z bijącym sercem zatrzymała się przed niewielkim domkiem w kolorze oliwkowym. Nic się nie zmienił przez te lata. Przy wejściu nadal pięły się róże, a w powietrzu unosił się ich zapach, pomieszany z aromatem ziół i przypraw. Jego mama uwielbiała gotowanie i robiła to tylko i wyłącznie z ziołami wychodowanymi własnoręcznie. Stała przez chwilę niepewnie, ale po kilku sekundach, które zdawały się być wiecznością, nacisnęła dzwonek. Drzwi otworzyła niska, szczupła kobieta z dużymi okularami na nosie. Wzruszenie ścisnęło ją za gardło, była dla niej jak druga matka.

- Dzień dobry pani Black.

- Czy my się znamy? - Kobieta przyjrzała jej się z ciekawością, poprawiając przy tym okulary.

- To ja, Liana. – Uśmiechnęła się niepewnie, poprawiając nerwowo włosy.

- Liana! - Pani domu wzięła ją w objęcia i serdecznie uściskała. - Jak ty się zmieniłaś, nie poznałam cię! Te proste włosy i brak okularów! Wchodź szybko i opowiadaj co u ciebie słychać, aleś ty urosła! W życiu bym cię nie poznała na ulicy. Musisz zobaczyć Kentina, on też się sporo zmienił!

Jakoś trudno jej było w to uwierzyć. Nie wyobrażała go sobie inaczej niż w tym zielonym swetrze, który tak uwielbiał, dużymi okularami na nosie i opychającego się ciasteczkami czekoladowymi. W jej oczach pojawił się ciepły wyraz, na to wspomnienie.

- Niestety nie ma go teraz w domu, ale powinien niedługo wrócić z siłowni. - Usłyszały trzask drzwi. - O! O wilku mowa. Kentin, nie uwierzysz kto nas odwiedził! - zawołała, wychodząc szybko na korytarz.

Siłownia? Liana zmarszczyła brwi. Kentin chodzi na siłownię? Próbowała połączyć ten obraz, ze znaną jej osobą, ale za nic nie mogła sobie tego wyobrazić. Wciąż była jeszcze w szoku po usłyszanej rewelacji, kiedy do kuchni weszła pani Black, a zaraz za nią znajomy jej brunet. Wpatrywała się w niego z otwartymi ustami, nie mogąc wykrztusić z siebie słowa. Kentin także był w widocznym szoku. Stał sztywno, zdawając się nie zauważać radosnej paplaniny matki.

- A nie mówiłam, że się zmienił? - zaświergotała gospodyni. - A teraz uciekajcie na górę, na pewno macie sobie mnóstwo do opowiedzenia.

Liana wstała z ociąganiem, ale popychani przez kobietę ruszyli spięci do pokoju chłopaka. Czy to naprawdę był Kentin? Ten cyniczny i uszczypliwy wysoki chłopak, miałby być jej ciasteczkowym potworkiem, jak go kiedyś nazywała? Kiedy znaleźli się w jego sypialni, a drzwi za kobietą zamknęły się z cichym trzaskiem, zapadła cisza. To miejsce również się zmieniło. Zniknęła konsola do gier oraz plakaty z spidermanem, a zastąpiły je wojskowe gadżety. Na ścianie wisiała różnoraka wyeksponowana broń. Jedyne co się nie zmieniło, to półka z książkami przygodowymi i fantasy.

- Jak? - wykrztusiła w końcu z siebie.

- Jak co? Jak się zmieniłem? Jak zostałem łowcą? - spytał, a kiedy kiwnęła głową, odpowiedział. - Ty też się zmieniłaś, nie poznałem cię. Miałaś złamany nos?

Bezwiednie dotknęła nosa, który był lekko krzywy po tym, jak dostała zbyt mocno na jednym z treningów.

- To tylko kontakty i prostownica. – Machnęła ręką, a on obrzucił ją spojrzeniem od góry do dołu.

- Nie powiedziałbym. – Pod jego wzrokiem, poczuła wypływający na policzki zdradziecki rumieniec. - Szkolenie na łowcę zrobiło swoje – wzruszył ramionami.

- Jak to w ogóle się stało? Z tego co wiem, twoi rodzice nimi nie są.

- Niedługo po twoim odjeździe, napadł mnie demon. Uratował mnie łowca i po moich naleganiach, widząc moją determinację, zaczął mnie szkolić.

Liana była pod dużym wrażeniem. Rzadko się zdarzało, żeby ktoś nie mający pojęcia o świecie cieni, został dopuszczony do tajemnic łowców. Z reguły były to kolejne pokolenia obecnych strażników. Musiał być naprawdę zdeterminowany i uparty, jeśli udało mu się namówić kogoś do szkolenia go. Przyjrzała mu się, ale tak, jak nie robiła tego wcześniej, dokładnie porównując zmiany jakie w nim zaszły. Potężne mięsnie, rysujące się pod koszulką, długie szczupłe nogi, oraz twarz, kiedyś tak dobrze jej znana, a teraz zupełnie obca. Tylko oczy pozostały takie same, choć teraz wypełnione bólem i cynizmem. Jak mogła tego nie zauważyć? Chłopak lekko zaczerwienił się pod jej wzrokiem. A więc coś w nim jeszcze zostało ze starego Kena.

- A ty? - spytał. Spojrzała na niego, nie wiedząc o co mu chodzi. - Jak zostałaś łowczynią?

- Moi rodzice nimi są. - Wzruszyła ramionami. - Wyjechałam na trzyletnie szkolenie do Nowego Jorku.

- Dlaczego mi nigdy o tym nie powiedziałaś? - W oczach miał wyraźny wyrzut.

- Przecież wiesz dlaczego. Nikt spoza wtajemniczonych nie może wiedzieć.

- Podobno byliśmy przyjaciółmi, uważałaś, że nie dotrzymam tajemnicy?

- To nie tak... - zaczęła, ale nie dał jej skończyć.

- A jak? - zapytał wściekły. - Czy my naprawdę byliśmy przyjaciółmi?! Myślałem, że jesteśmy sobie bliscy i możemy rozmawiać o wszystkim. Tymczasem ty wyjechałaś, nie powiedziałaś dlaczego ani w jakim celu, przez trzy lata nie odezwałaś się nawet słowem! - Jego głos był przepełniony żalem i złością. Ten słuszny zarzut sprawił, że zapragnęła się bronić. Owszem, nie odezwała się, choć chciała. Jednak na początku tyle się działo, przeprowadzka, szkolenie, nauka. Wracała do domu późną nocą, tylko po to, żeby zjeść, przespać się, a z samego rana znów wyruszyć. Nie miała siły ani czasu o tym myśleć, a potem im więcej mijało dni, tym bardziej głupio było jej napisać.

- Ty też się nie odezwałeś, nie musiałeś czekać z tym na mnie! - odparowała atak.

- Może, ale nie zamierzałem, skoro ty nie odczuwałaś takiej potrzeby – warknął. Co miał jej tłumaczyć, że z początku czekał, bo myślał, że pewnie ma dużo na głowie i nie chciał jej przeszkadzać, a po ataku przez kilka miesięcy dochodził do siebie i nie był w stanie. A skoro przez tyle czasu nie interesowało jej, co się z nim dzieje, to nie zamierzał się narzucać?

Westchnął ciężko i odwrócił w stronę okna, patrząc zamyślonym wzrokiem na ulicę.

- Chyba już pójdę – odpowiedziała urażona i zanim zdołał coś powiedzieć, zniknęła.

Może tak będzie i lepiej. Już nie mieli o czym ze sobą rozmawiać. Ta rozłąka i brak wiadomości, stworzyła przepaść, której nie da się już zasypać. Położył się na łóżku z rękami za głową i wpatrując się w sufit, próbował sam siebie do tego przekonać.

 

***

 

Nie chciała iść od razu do domu, więc ruszyła szybkim krokiem prosto przed siebie, próbując wywietrzyć z serca żal i rozgoryczenie. Jak mogła być tak naiwna i sądzić, że Ken się nie zmienił? Jednak to, jak wielka była ta zmiana, wstrząsnęło nią do głębi. Chyba czas najwyższy pożegnać się ze starym przyjacielem...

Przez ponad dwie godziny włóczyła się bez celu. Dopiero opuszczając miasto zauważyła, że jest już ciemno. W pewnym momencie znalazła się na klifach. Wędrowała dalej przed siebie kamienistą drogą, która zmieniła się w piaszczystą ścieżkę. Gdy uderzyła ją wilgoć wieczornego powietrza znad zatoki, instynktownie skręciła, idąc niespiesznie przez bujną, mokrą trawę, aż dotarła do skraju klifu nieporośniętego żadną roślinnością. Mokry wiatr rozwiewał jej włosy, które pod wpływem wilgoci zaczęły się skręcać i częściowo przysłoniły twarz. To było ulubione miejsce jej i Kentina. Szum fal, wściekle rozbijających się o skałę kilkanaście metrów pod stopami, uspokoił ją. Nieograniczona otwarta przestrzeń dookoła, sprawiała że czuła się wolna i szczęśliwa. Podniosła twarz ku ciemnemu niebu, które iskrzyło się miliardami gwiazd. Księżyc nieznacznie uśmiechał się do niej i dodawał otuchy swym blaskiem. Wciągnęła mocno słone powietrze, rozkoszując się zapachem nocy.

Nie wiedziała czy usłyszała jakiś dźwięk, w końcu huk fal zagłuszał wszystko inne, czy był to instynkt, ale coś kazało jej się odwrócić. Tuż przed nią wyrósł jak z pod ziemi stwór prosto z czeluści piekieł. Był to blackdog, zwany inaczej piekielnym ogarem. Potwór wyglądem przypominał psa. Wielkie ciężkie łapy, wyposażone w ostre jak brzytwy pazury, miękko stąpały po skalistym podłożu. Ogromny pysk, naszpikowany wielkimi zębami i pokryty pancerzem, skierowany był wprost na nią, a z głębi wyzierały żarzące czerwienią oczy bestii. Przeraźliwie chude, powleczone skórą ciało, gdzie można było policzyć wszystkie kości, sprawiało nędzne wrażenie. Jednak ci co myśleli, że to oznacza, iż nie jest zbyt silny, byli zgubieni. Demon ten był wytrawnym myśliwym, niezwykle potężnym i niebezpiecznym. Często przywoływany przez czarowników do pozbycia się przeciwników. Miała ogromne szczęście, że był tylko jeden. Gdyby to była sfora, nie miałaby najmniejszych szans. Ostrożnie sięgnęła do pasa po sztylet, jednak z przerażeniem uświadomiła sobie, że jest pusty...

Całkowicie wyleciało jej z głowy, że zostawiła broń w domu, żeby nie narazić się na niewygodne pytania Kena, gdyby coś zauważył. Teraz stała oko w oko z bestią, kompletnie nieuzbrojona! Pomyślała o bransoletce z ukrytym wewnątrz cienkim ostrzem, ale blakdog mógłby co najwyżej wyczyścić nim zęby. W tym czasie potwór ruszył na nią z warkotem. Rozejrzała się dookoła, ale w pobliżu nie było żywego ducha. Kto zresztą miałby jej pomóc? Zwykli ludzie tylko by przeszkadzali. Kiedy demon był tuż tuż, uskoczyła w bok i popędziła przed siebie. Niestety nie obyło się bez uszczerbku. Potwór zarysował zębami ramię, które teraz obficie krwawiło. Rozglądała się rozpaczliwie w poszukiwaniu czegoś, co mogłaby użyć jako broni. Słyszała za sobą wściekłe warczenie i prawie czuła na karku gorący oddech ogara. Kluczyła zygzakami, chcąc zmylić przeciwnika, ślizgając się po mokrej powierzchni skalnej, kilka razy mało się nie przewróciła. Potwór złapał jej kurtkę, przecinając ostrymi kłami delikatną skórę pleców. Poczuła ogromny ból i pieczenie, udało jej się jednak wyrwać i biec dalej. W oddali, tuż przy klifie zauważyła pozostałości metalowego ogrodzenia, które kiedyś tam stało. Pobiegła w tamtym kierunku, słysząc za sobą kłapanie potężnych szczęk. Była tuż tuż, kiedy poślizgnęła się i tym razem nie udało się utrzymać równowagi, wylądowała na ziemi. Kiedy sunęła po mokrej powierzchni, udało jej się złapać jeden z prętów. Zatrzymała się tuż nad urwiskiem, w ostatniej jeszcze chwili zdążywszy się odwrócić. Potwór skoczył, osłoniła się rurą, na której oparły się grube jak pnie drzew, łapy blackdoga. Wokół niej zawirowała czarna mgła, trujące opary wydzielane przez te demony. Wstrzymała oddech, ledwo będąc w stanie przytrzymać bestię. Tuż przy jej głowie kłapały ostre szczęki, a ona powoli opadała z sił. Czuła jak drżą napięte z wysiłku mięśnie, nie zostało jej wiele czasu. Uniosła nogi i z całej siły kopnęła stworzenie, które przeleciało jej nad głową w stronę przepaści. Usłyszała pisk i zgrzyt, jaki wydawały ostre pazury, szorujące o skałę. Podniosła się z trudem, trzymając przed sobą pręt niczym miecz. Po odgłosach zorientowała się, że bestia jakimś cudem się zatrzymała, a teraz wspina się po zboczu. Za chwilę znajdzie się na górze. Podeszła bliżej, a kiedy potwór wyskoczył, nadziała go na ostry koniec. Uderzył z taką siłą, że przebił się na wylot. Blackdog skowyczał i wił, próbując się uwolnić, Lianie ledwo udało się go utrzymać. Mięśnie tak jej drżały, że w każdej chwili mogły odmówić posłuszeństwa, musiała się pospieszyć.

- Teraz albo nigdy - pomyślała i zaczęła recytować.

 

"Duchy, które przez wieki stoicie za łowcami.

Wy co w cieniach się kryjecie,

Wy co wspieracie nas swą mocą.

Wzywam was na pomoc

Ta co stoi na straży porządku.

Abyście wymierzyli karę

Wysłannikowi piekieł!"

 

Kiedy tylko przebrzmiały ostatnie słowa, demon stanął w ogniu. Przez chwilę patrzyła jak jego ciało się rozpada, po czym wiatr zwiewa popioły w stronę morza. Odetchnęła z ulgą, czując jak jej płuca z trudem chwytają powietrze. Opary blackdoga mimo wszystko przeniknęły do jej organizmu. Musiała jak najszybciej poddać się leczeniu, nie zdążyła jednak zrobić nawet kroku, gdy ogarnęła ją ciemność. Zachwiała się i opadła do przodu, wprost w rozdzierającą się przed nią przepaść. Nie poczuła już dłoni, które w ostatniej chwili ją chwyciły i przyciągnęły do muskularnego torsu.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania