Poprzednie częściPod Złamanym Kilofem. Rozdzial 1.

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Pod Złamanym Kilofem. Rozdział IV — Chatka z czerwoną latarnią.

Chatka stała kawałek za pierwszą linią drzew, tam gdzie lasek przerzedzał się i otwierał na niewielką polanę. Z drogi nie było jej dobrze widać. Najpierw między pniami pojawiał się fragment niskiego dachu, potem komin, z którego sączył się jasny dym, a dopiero na końcu czerwona plamka wisząca przy drzwiach.

Chatka była zaskakująco duża.

Jej najstarsza część wyglądała jak zwyczajny wiejski dom z grubych bali, lecz z tyłu dobudowano dwa kolejne skrzydła pod niższymi dachami. Deski miały różne odcienie, od niemal czarnego po świeże, jasne drewno, i nawet z daleka było widać, że budynek rósł wraz z powodzeniem interesu, bez większego planu i bez udziału jednego cieśli.

Latarnia była niewielka, zwykła, zrobiona z ciemnego metalu i czterech szybek. Tylko szkło miała czerwone. Za dnia nie świeciła szczególnie mocno, ale nawet w szarym świetle poranka rzucała na deskę nad wejściem ciepłą, różowawą smugę.

Przed wejściem leżało kilka płaskich kamieni tworzących ścieżkę przez błoto. Z boku stała ława, beczka na deszczówkę i drewniana balia odwrócona dnem do góry. Na sznurze między dwiema brzozami suszyły się prześcieradła, trzy koszule, kilka par pończoch i jedna rzecz tak mała, że trudno było zgadnąć, czy należała do ubrania, czy była tylko wstążką z bardzo dużymi ambicjami.

Pod ścianą rosły nagietki. Ktoś starannie wyznaczył im grządkę kamieniami i najwyraźniej regularnie wyrywał chwasty. Obok, zupełnie bez troski o kompozycję, stały dwa puste dzbany po winie i wiadro bez pałąka.

Na ławie siedziały dwie kobiety.

Jedna miała ciemne włosy związane wysoko na głowie. Kilka pasm wymknęło się spod wstążki i opadało jej na policzki, lecz za każdym razem odgarniała je tym samym szybkim ruchem. Miała na sobie zieloną suknię z szerokim dekoltem i narzucony na ramiona gruby wełniany szal, bo mimo poprawiającej się pogody pod drzewami nadal było chłodno. Na jednej stopie miała miękki pantofel z zielonej skóry, na drugiej grubą skarpetę.

Druga, rudawa i piegowata, siedziała bokiem, oparta o ścianę. Trzymała w dłoniach kubek z czymś gorącym i ogrzewała nim palce. Jej suknia była prostsza, brązowa, a włosy splatała właśnie w luźny warkocz. Co kilka chwil zaciskała tasiemkę zębami i poprawiała splot, nie przerywając rozmowy.

— Mówię ci, Sara, że ktoś mi podpieprzył pantofel.

Rudawa Sara przeciągnęła tasiemkę przez palce i nawet nie podniosła głowy.

— Mira. Nikt ci nic nie podpieprzył. Tutaj nic nie ginie. I tak nie byłoby komu sprzedać. Same gołodupce naokoło.

— Te parchy z Magdebergu kupią wszystko za okazyjną cenę. Nawet jeden pantofel.

— Dawno ich tu nie było.

— Prawda. To gdzie jest pantofel?

— Zgubiłaś. Poleciałaś do zamku, schlałaś się jak świnia i wróciłaś bez jednego pantofla.

Ta w zielonej sukni podciągnęła nogę na ławę i spojrzała na samotny pantofel, jakby chciała dowieść jego istnieniem, że drugi musiał paść ofiarą przestępstwa.

— A co miałam robić? Książę po mnie przysłał. I wcale się nie schlałam. Wszystko pamiętam… prawie.

Sara westchnęła, odłożyła kubek na parapet i zaciągnęła warkocz mocniej.

— Tak? A pamiętasz, jak cię przywieźli?

— E… niedokładnie.

— Na wozie z kapustą. Sztywna byłaś jak laska pana młodego przed nocą poślubną.

— Była balanga…

Rudawa spojrzała na nią w końcu.

— Musiała być niezła zabawa, bo cię trzy dni nie było. Stara już myślała, że uciekłaś.

— Mówię ci, Sara, że była balanga i książę wymyślił, że pojedziemy w gości do sąsiadów, bo tam mieli jakiegoś nowego alchemika. Chciał sprawdzić, czy to prawda, co mówią o jego miksturach.

— No widzisz. A bajki to możesz starej opowiadać. Pewnie i tak cię obciąży za zniszczone obuwie.

Sara zaczęła się głośno śmiać.

Przy drzwiach poruszyła się zasłona. Z wnętrza wyszła trzecia kobieta z miską w dłoniach. Była boso, z włosami zawiniętymi w ręcznik. Spojrzała obojętnie na koleżanki, minęła je bez słowa, wylała mętną wodę pod krzaki i wróciła do środka. Przez chwilę z otwartych drzwi dobiegał zapach mydła, dymu i czegoś smażonego na tłuszczu.

Mira odczekała, aż drzwi się zamkną.

— To nadal nie tłumaczy, gdzie jest mój pantofel.

— Może książę go ma.

— Po co księciu mój pantofel? I do tego jeden?

Sara wzruszyła ramionami i znów sięgnęła po kubek.

— Nie wiem. Może takie zboczenie? Słyszałam, że są tacy, co lubią pić z damskiego obuwia. A może będzie chciał cię odszukać…

Kobieta w zielonej sukni spojrzała na nią powoli. W jej twarzy pojawił się wyraz łagodnego politowania.

— Jak będzie chciał mnie znaleźć, to nie potrzebuje buta.

Rudawa zatrzymała kubek przy ustach.

— A skąd ma wiedzieć, która?

Przez moment słychać było tylko wodę spadającą z liści i stukanie dzięcioła gdzieś dalej w lesie.

Mira uśmiechnęła się pod nosem. Nie szeroko. Raczej z zadowoleniem kogoś, kto właśnie dostał okazję do powiedzenia czegoś, co od dawna chciał powiedzieć.

— Uwierz mi. Wie.

Rudawa uniosła brwi.

— Aż tak?

— Powiem tylko tyle: książę ma kwalifikacje do rządzenia.

— Jakie?

Kobieta poprawiła włosy, potem szal i na końcu ułożyła dłoń na kolanie z miną niemal oficjalną.

— Potrafi długo utrzymać władzę.

Sara patrzyła na nią przez dwie sekundy, po czym prychnęła w kubek. Trochę napoju wylało jej się na palce.

— Po tym, co opowiadałaś rano, kwalifikacje ma.

Z wnętrza chatki dobiegł czyjś śmiech, potem trzask zamykanej skrzyni. Ktoś na piętrze przesunął ciężki mebel po podłodze. Z komina buchnął gęstszy dym, przynosząc zapach drewna i cebuli.

Sara zeskoczyła z ławy i przeciągnęła się. Jej dłonie na moment powędrowały wysoko nad głowę, potem opadły bezwładnie.

— Idę coś zjeść.

Nie zdążyła jednak wejść do środka. Od strony drogi dobiegł stukot kopyt.

Najpierw był cichy, tłumiony miękką ziemią. Potem koń wszedł na kamienisty fragment ścieżki i każde uderzenie podkowy zabrzmiało wyraźniej między drzewami.

Obie kobiety odruchowo spojrzały w stronę lasu.

Sara cofnęła się o pół kroku od drzwi.

— Ktoś jedzie.

Między pniami pojawiła się najpierw głowa konia, potem jasne włosy jeźdźca. Koń szedł powoli, ostrożnie wybierając twardsze miejsca. Błoto oblepiało mu pęciny, a przy każdym kroku spod kopyt odrywały się małe grudki ziemi.

Gewałt wyjechał na polanę i ściągnął wodze.

Przez chwilę przyglądał się budynkowi.

Potem zobaczył sznur z bielizną, ławę, dwie kobiety i szeroko otwarte okno na parterze. Z wnętrza dolatywał zapach gotowanej kaszy, smażonego boczku, cebuli i perfum używanych w sporych ilościach.

Koń zatrzymał się sam, zanim Gewałt zdążył go do tego zmusić. Opuścił łeb w stronę trawy rosnącej przy ścieżce. Tam, gdzie przed chwilą kobieta wylała mydliny.

— Nawet nie próbuj — mruknął Gewałt i lekko pociągnął wodze.

Kobiety obserwowały przybysza bez pośpiechu.

Najpierw jego włosy. Przetłuszczone. Niemal białe, spięte niedbale z tyłu, z kilkoma pasmami przyklejonymi wilgocią do szyi.

Potem twarz.

Blizny. Niewyspanie. Mina człowieka, który nie lubił wyjaśniać, dlaczego gdzieś przyjechał.

Potem płaszcz i skórzany kaftan. Z widocznymi śladami długotrwałego używania. Całe, ale podniszczone.

Potem dwa miecze.

Na końcu buty.

Tutaj ich spojrzenia zatrzymały się nieco dłużej.

Kobiety spojrzały na siebie.

Gewałt zsiadł z konia. Skórzane siodło skrzypnęło, gdy przenosił ciężar. Wylądował w miękkiej ziemi, od razu spojrzał na but i przesunął stopę na bardziej suchy kamień.

Sara przyjrzała mu się jeszcze dokładniej.

— Jakiś przebieraniec — mruknęła. — Od razu widać, że bez grosza przy duszy, ale z dużymi chęciami.

Mira uśmiechnęła się.

— Witaj, szlachetny panie. Długo oszczędzałeś?

Sara parsknęła śmiechem.

Gewałt zmarszczył brwi.

— Na co?

Kobieta zrobiła mały ruch dłonią w stronę chatki.

— No… na wizytę u nas.

— Nie jestem klientem — powiedział Gewałt.

Obie kobiety miały miny osób, które słyszały to zdanie wystarczająco często, by nie nadawać mu większego znaczenia.

— Jasne, jasne. Przyjmujemy tylko gotówką — dodała rudawa.

Gewałt zdjął rękawicę i wsunął ją za pas.

— Nie mam zamiaru płacić.

Teraz naprawdę straciły zainteresowanie. Rudawa oparła się o framugę, a kobieta w zieleni spojrzała z powrotem na swój samotny pantofel.

— Za darmochę to możesz sobie najwyżej popatrzeć i zwalić konia.

Koń Gewałta podniósł gwałtownie łeb i zastygł w bezruchu.

— Szukam potwora. Podobno was tu napastuje.

Cisza, która po tym zapadła, była inna niż poprzednie.

Nie trwała długo, ale wystarczyła, żeby Gewałt zauważył zmianę. Rudawa przestała się opierać o drzwi. Ta w zielonej sukni uniosła głowę. Popatrzyły na siebie. Gdzieś wewnątrz ktoś mówił głośno, po czym urwał w połowie zdania.

Kobieta w zieleni westchnęła.

— Potwora, mówisz? Zaraz zawołam.

Dziewczyny zniknęły w środku, śmiejąc się. Po krótkim namyśle Gewałt wszedł do chatki.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania