Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Pod Złamanym Kilofem. Rozdział IX — Książę.
Jeden z urzędników przy długim stole natychmiast poderwał się z miejsca. Był chudy, miał długi nos i ręce poplamione atramentem. Przejrzał leżące przed nim kartki, odchrząknął i podniósł głos.
— Sprawa pierwsza. Bartłomiej syn Wawrzyńca przeciwko Maciejowi synowi Jakuba. Przedmiot sporu: jedna świnia płci żeńskiej, maści—
— Dość — przerwał książę. — Wystarczy.
Urzędnik skinął głową.
— Tak jest, wasza wysokość.
Z tłumu wypchnięto naprzód dwóch chłopów.
Pierwszy był niski, szeroki w ramionach i trzymał czapkę obiema rękami. Drugi wyższy, chudszy, z twarzą zaczerwienioną od zimna albo gniewu.
Obaj zatrzymali się przed podwyższeniem i skłonili niezgrabnie. Książę wskazał palcem na niższego.
— Mów.
— Wasza wysokość — zaczął niższy. — Ta świnia jest moja.
— Nie jest — powiedział głośno drugi.
Książę podniósł dłoń.
Obaj zamilkli.
— Sąd nie jest karczmą — powiedział podniośle książę. — Tutaj argumentujemy według porządku prawnego, a nie według objętości płuc.
Wieśniacy popatrzyli po sobie, usiłując zrozumieć, co jego wysokość miał na myśli. W sali zrobiło się trochę ciszej.
Książę wskazał niższego chłopa.
— A więc twierdzisz, że ta świnia jest twoja?
— Świnia urodziła się u mnie, wasza wysokość. W moim chlewie. Od mojej maciory.
— Masz świadków?
— Mam.
— Ilu?
— Cała rodzina.
Książę westchnął.
— Rodzina nie może być świadkiem.
Urzędnik natychmiast coś zanotował.
Drugi chłop uniósł rękę.
— Ale ona od wiosny mieszka u mnie, wasza wysokość. Karmię ją, daję jej ziemniaki. Śpi w moim chlewie.
Książę pochylił się na tronie.
— Jak się nazywa ta świnia?
Obaj odpowiedzieli jednocześnie:
— Maryśka.
Książę zamrugał.
— Wprowadzić.
Przez salę przeszedł pomruk.
Po chwili boczne drzwi otworzyły się i dwóch chłopców wprowadziło dużą, różową świnię na sznurku.
Zwierzę zatrzymało się na środku sali i spojrzało na zebranych z wyraźną niechęcią.
— Wołajcie ją — zarządził książę.
Pierwszy chłop przykucnął.
— Maryśka! Chodź ino tu, no, śliczna!
Świnia poruszyła uchem.
Drugi zaczął cmokać.
— Maryśka! Chodź do pana!
Świnia spojrzała na niego.
Potem odwróciła się i ruszyła w stronę starego mężczyzny stojącego przy ścianie.
Starzec cofnął się gwałtownie.
Świnia zatrzymała się przy nim i wsadziła ryj pod jego płaszcz.
Z kieszeni wypadło jabłko. Sala wybuchnęła śmiechem.
Książę nie zaśmiał się. Siedział nieruchomo, z łokciami na poręczach tronu i brwiami ściągniętymi w skupieniu.
Po chwili uniósł rękę. Śmiech ucichł.
— Sąd wysłuchał stron, zbadał okoliczności pochodzenia, posiadania, karmienia oraz dobrowolnego przemieszczania się przedmiotu sporu.
Gewałt zerknął na świnię. Haracjusz patrzył przed siebie z nieprzeniknioną miną.
— Jedna strona wykazała prawo wynikające z urodzenia zwierzęcia. Druga strona wykazała prawo wynikające z długotrwałego posiadania i ponoszenia kosztów utrzymania.
Obaj chłopi kiwali głowami coraz energiczniej, chociaż tylko z grubsza domyślali się, o czym mówi jego wysokość.
— Wobec niemożności pogodzenia obu tytułów własności bez dalszego naruszania ładu publicznego, sąd postanawia dokonać sprawiedliwego podziału korzyści.
Chłopi spojrzeli po sobie. Książę wyprostował się.
— Świnię zabrać do kuchni zamkowej.
Cisza.
— Pierwszemu przysługuje głowa. Drugiemu ogon. Reszta przechodzi na rzecz dworu tytułem kosztów postępowania.
Pierwszy chłop otworzył usta. Drugi również.
Urzędnik pochylił się nad papierem.
— Zapisać jako precedens? — zapytał.
Książę zastanowił się. Potem uniósł nieco głowę.
— Jak uważasz, Markusie, ale zdecydowanie tak. Te wyroki przejdą do historii sądownictwa.
Świnię wyprowadzono.
Urzędnik wstał ponownie.
— Sprawa druga. Jan syn Michała przeciwko Wojciechowi synowi Pawła. Spór o kamień graniczny i pas ziemi szerokości—
Książę zamachał rękami.
— Niech podejdą.
Przed tron wyszło dwóch starszych mężczyzn. Obaj wyglądali tak, jakby zdążyli się znienawidzić wiele lat wcześniej i od tamtej pory tylko rozwijali umiejętność.
— Wasza wysokość — zaczął pierwszy. — On przesunął kamień.
— Nie przesunąłem.
— Przesunąłeś.
— Sam się przesunął.
Książę uniósł brwi.
— Kamień?
— Po zimie.
— Kamienie czasami pracują — powiedział drugi z przekonaniem.
Z tłumu ktoś prychnął. Pierwszy chłop obrócił się.
— Nie śmiej się, Józek! Tyś mi trzy lata temu płot przestawił!
— Boś go postawił na moim!
— Twój ojciec—
— Cisza! — ryknął sekretarz.
Sala zamilkła. Książę patrzył na obu chłopów przez kilka sekund.
— Ile ziemi dotyczy spór?
— Cztery łokcie, wasza wysokość.
— Długość?
— Od gruszy do rowu. Pół stajania.
Książę zwrócił się do urzędnika.
— Ile to warte?
Urzędnik zaczął liczyć.
— Przy obecnych cenach ziemi... może dwa talary. Tam same piachy.
— Ile już kosztowała sprawa?
Urzędnik przejrzał kartki.
— Opłata za pozew, opłata za oględziny, opłata za dwóch świadków, opłata kancelaryjna...
Przesunął palcem po kolumnie.
— Trzy talary i trzy grosze.
Książę spojrzał na chłopów.
— Bardzo rozsądnie gospodarujecie.
Żaden się nie odezwał.
Książę wstał. Powoli. W sali zrobiło się jeszcze ciszej.
— Skoro kamień od lat stanowi źródło waśni, konfliktów sąsiedzkich, kosztów, donosów i obrazy majestatu sądu przez konieczność zajmowania się czterema łokciami błota...
Urzędnicy przestali pisać i podnieśli głowy.
Książę wskazał palcem przed siebie.
— ...należy usunąć przyczynę sporu.
Pierwszy chłop uśmiechnął się niepewnie. Drugi również.
— Kamień usunąć.
Obaj odetchnęli.
— Pas ziemi szerokości czterech łokci przechodzi na własność korony.
Uśmiechy zniknęły. Książę usiadł.
— Teraz nie macie wspólnej granicy. A niech mi który spróbuje wleźć na moje.
Przez kilka sekund nikt nic nie mówił. Haracjusz pokiwał głową. Gewałt spojrzał na niego.
— Zaczynam łapać sens tych wyroków. Zawsze zamek korzysta — mruknął cicho.
— Sprawiedliwość musi być. — Haracjusz rozłożył ręce.
Urzędnik wywołał następną sprawę.
Tym razem przed tron wyszła młoda, niebrzydka kobieta z kilkumiesięcznym dzieckiem na ręku oraz dwóch mężczyzn.
Jeden był dobrze ubrany, z grubym pasem i srebrną sprzączką. Drugi miał znoszoną kurtę, ręce rolnika i minę człowieka, który od rana przeczuwał katastrofę.
— Sprawa o ustalenie ojcostwa — oznajmił urzędnik.
W sali natychmiast zrobiło się ciszej. Kilka osób przesunęło się bliżej.
Haracjusz poprawił pelerynę.
— Mówiłem — szepnął. — Teatrum.
— Ciekawe, jak książę z tego wyciągnie coś dla siebie — odpowiedział Gewałt.
Książę spojrzał na kobietę, która kołysała małe dziecko owinięte w szmaty.
— Który z nich jest ojcem twego dziecka?
Kobieta wskazała lepiej ubranego.
— Un, wasza wysokość. Ja u niego robiłam i tak me obłapiał, że i obłapił.
Mężczyzna natychmiast uniósł ręce.
— To niemożliwe.
— Dlaczego?
— Bo ja z nią nawet nie spałem!
Książę zmarszczył brwi.
— To argument natury ogólnej. Kto mówi o spaniu?
W tłumie ktoś zachichotał. Mężczyzna poczerwieniał.
— Ona ciągle z nim gdzieś znikała. To z nim się gziła! — wskazał drugiego.
Drugi cofnął się.
— Ino raz!
Kobieta obróciła się gwałtownie.
— Dwa!
— Drugiego nie pamiętom!
— Hale?!
— Byłem pijany!
Sala wybuchnęła śmiechem. Książę uderzył dłonią w poręcz.
— Cisza! — krzyknął sekretarz.
Wszyscy umilkli.
— Kiedy dziecko się urodziło?
— W lutym, wasza wysokość.
— No to łatwo policzyć, kiedy zostało poczęte.
Kobieta zaczerwieniła się.
— W sianokosy.
Książę zaczął liczyć na palcach.
— No właśnie! — krzyknął bogaty chłop. — Na wiosnę to ona nawet u mnie nie pracowała.
— Juści. A kto we młynie sprzątał, jak nie ja? Kto mi obiecywał złote góry na worach z mąką? Może ni?
Młoda kobieta spuściła głowę.
Książę spojrzał kolejno na obu mężczyzn.
— Ojcostwo jako instytucja prawna nie może pozostawać bez gospodarczego zabezpieczenia.
Pierwszy mężczyzna zmarszczył brwi. Drugi również.
— Skoro żaden nie chce się przyznać i nie możemy stwierdzić, który z was jest ojcem według natury, ustalimy ojca według możliwości.
Książę wskazał lepiej ubranego.
— Ty masz młyn.
— Pół młyna, wasza wysokość. Połowa jest brata.
— Nieważne. Masz z czego płacić.
— Ale—
— Ustalam cię ojcem. Chłopak wyrośnie, będziesz miał pomocnika.
Mężczyzna zbladł, ale potem pokiwał głową z rezygnacją.
— Wasza wysokość, ale ja nawet—
— Protest odnotowany. Żeby ci było lżej, udzielę wam u pastora osobistego poparcia w sprawie zawarcia małżeństwa i otrzymacie stosowny prezent ślubny. Oczywiście po skonsumowaniu przeze mnie przysługującego mi prawa pierwszej nocy.
Książę spojrzał na drugiego.
— Ty jesteś zwolniony z obowiązku łożenia na dziecko, ale będziesz u mnie odrabiał pańszczyznę raz w tygodniu aż do pełnoletności dziecka. Czyli aż nie skończy trzynastu lat i nie pójdzie do roboty.
Po sali przeszedł pomruk. Gewałt chciał zagwizdać z podziwu, ale powstrzymał się w ostatniej chwili.
Kobieta spojrzała na księcia z wyrazem wdzięczności na twarzy.
Urzędnik zawahał się z piórem nad papierem.
— Zapisywać?
— Oczywiście.
Haracjusz nachylił się do Gewałta.
— Nowa gałąź prawa rodzinnego.
Urzędnik wywołał kolejną sprawę.
Przed tron wyszła stara kobieta w czarnej chustce. Szła powoli, podpierając się laską.
Nie było śmiechu.
Kobieta stanęła przed księciem i skłoniła się.
— Wasza wysokość, poborca zabrał mi krowę.
Książę spojrzał na urzędnika. Potem na Haracjusza. Haracjusz skłonił się lekko i wbił wzrok w posadzkę.
— Za co?
— Zaległość podatkowa. Dwa talary.
— Krowa ile warta?
Urzędnik przejrzał papiery.
— Osiem, może dziewięć. Jeszcze niestara była.
Książę zmarszczył brwi.
— Gdzie obecnie jest krowa?
Urzędnik zawahał się. Szybko przerzucił papiery.
— Według moich danych została sprzedana wędrownym kupcom z Magdebergu za sześć talarów.
Książę spojrzał w stronę bocznych drzwi.
Potem na starą kobietę. Wdowa ścisnęła laskę obiema rękami.
— I co tera będzie? Bez niej nie mam mleka. Ani cielaka na przyszły rok.
Książę przyjrzał jej się dłużej. Po raz pierwszy od początku sądów nie wyglądał na znudzonego.
— Poborca przekroczył proporcję świadczenia.
Haracjusz uniósł lekko brwi i opuścił głowę jeszcze niżej.
Książę zwrócił się do urzędnika.
— Wypłacić dwa talary i wydać dwie kozy z moich stad.
Wdowa podniosła wzrok.
— Wasza wysokość... krowa daje mleko...
Książę zamachał rękami.
— Dobrze. Trzy kozy.
Kobieta milczała.
— I umorzyć dług.
Urzędnik spojrzał na księcia.
— Cały?
— Cały.
— Ale—
Książę odwrócił głowę.
— Czy „cały” jest słowem, które wymaga dodatkowego objaśnienia?
— Nie, wasza wysokość.
Wdowa skłoniła się nisko.
— Bóg zapłać.
Książę machnął ręką.
W sali zapadła cisza. Książę rozejrzał się po zebranych.
Jego wzrok zatrzymał się na Haracjuszu.
— Haracjusz.
Haracjusz znieruchomiał.
— Wasza wysokość?
Książę wskazał tron.
— Zastąpisz mnie.
Haracjusz spojrzał na tron. Potem na księcia.
— Tak, wasza wysokość.
Książę wstał.
Haracjusz zrobił krok do przodu, lecz zatrzymał się. Spojrzał na Gewałta.
Gewałt uśmiechnął się lekko.
— Miłej pracy.
Haracjusz nie odpowiedział. Wszedł na podwyższenie. Usiadł na tronie.
Natychmiast poderwał się z powrotem. Jedno ze skrzydeł zaklinowało się między oparciem a poręczą.
Książę patrzył na niego. Haracjusz poprawił pelerynę, przesunął się trochę bokiem i usiadł ponownie.
Tym razem ostrożniej. Urzędnik przy stole spojrzał na niego.
— Kontynuujemy?
Haracjusz zamknął na chwilę oczy.
— Proszę bardzo. Następna sprawa.
Książę zszedł z podwyższenia. Tłum rozstąpił się przed nim. Podszedł prosto do Gewałta.
Przez chwilę przyglądał mu się z bliska.
— Chodź waćpan ze mną do komnat.
Książę ruszał w stronę bocznych drzwi.
— Tu się nie da rozmawiać.
Za ich plecami urzędnik odchrząknął.
— Sprawa kolejna. Mikołaj syn Tomasza przeciwko parafii w sprawie bezprawnego—
Wyszli z sali. Za drzwiami hałas natychmiast przycichł. Korytarz był prawie pusty.
Książę szedł szybko, zdecydowanie inaczej niż podczas ceremonialnego wejścia. Zniknęła dostojność. Płaszcz zsunął mu się z ramienia, więc poprawił go jednym szarpnięciem.
Minęli dwóch służących niosących skrzynię, potem strażnika i weszli po krótkich schodach na wyższe piętro.
Książę zatrzymał się przed drzwiami.
Strażnik nacisnął klamkę i pchnął wrota. Książę wszedł do pomieszczenia. Gewałt wszedł za nim. Wrota zamknęły się za nimi z cichym zgrzytem.
Komnata była znacznie mniejsza od sali tronowej, ale wystarczająco duża, by zmieścić ciężki stół, kilka foteli, skrzynię, dwa regały i wysokie okna wychodzące na dolinę. Na ścianach wisiały mapy, broń i portret jakiegoś ponurego mężczyzny z brodą, który był do księcia podobny na tyle, by nie pozostawiać większych wątpliwości co do pokrewieństwa. Portret wyglądał na namalowany niedawno. Farby były jeszcze świeże i nie zdążyły ściemnieć od dymu i czasu. Błyszczał w jasnym świetle sączącym się z wysokich okien.
Książę podrapał się w pośladek. Rajstopy, które miał na sobie, były bardzo obcisłe i podkreślały jego zgrabną sylwetkę, ale niewątpliwie bardzo „gryzły”.
Na stole stał dzban wina. Książę natychmiast nalał sobie kubek. Nie zaproponował Gewałtowi.
Pomieszczenie wyglądało na jakiś gabinet albo kancelarię. Książę zdjął koronę i rzucił ją na stół obok papierów.
— Nienawidzę tego gówna. Ciężkie i ciśnie w czoło.
Usiadł w fotelu i wyciągnął nogi przed siebie. Odetchnął głęboko z ulgą. Groźny władca z sali tronowej zniknął niemal całkowicie.
Gewałt nie był pewien, czy może usiąść bez pozwolenia, więc stał. Książę spojrzał na niego znad kubka.
— Haracjusz mówił, że jesteś płatnym... ehm, że zarabiasz na życie, rozwiązując problemy.
Gewałt skłonił się nisko i nic nie odpowiedział.
Książę wypił łyk.
— Przydałby mi się ktoś taki. U nas, jak widać, mamy trochę problemów i czasem trzeba tupnąć mocniej nogą. Zabijasz potwory?
— Czasami. Jeśli akurat są.
— A ludzi?
Książę oglądał dno swojego kubka, nie podnosząc oczu.
Gewałt zastanowił się chwilę.
— Jeśli muszę. Wtedy zwykle zarabiam najlepiej.
Książę uśmiechnął się.
— Wiedziałem, że cię polubię. Angażuję cię. Haracjusz cię wprowadzi.
Gewałt zbladł lekko.
— Wasza wysokość, ja się na poborcę podatkowego nie nadaję.
Książę wstał i podszedł do okna. Na dole widać było dziedziniec. Służba nadal biegała między stajnią a kuchnią. Ktoś niósł beczkę. Ktoś inny ciągnął ławę.
— Widzę, że już ci naopowiadali legend o mnie. Nie słuchaj tych bajek. Poznajmy się lepiej. Dzisiaj wieczorem będzie małe przyjęcie. Przyjdź. Pogadamy — powiedział książę.
Gewałt przypomniał sobie opowieści kobiet z chatki pod czerwoną latarnią.
Na dziedzińcu dwóch służących właśnie wnosiło kolejną beczkę.
Gewałt spojrzał na nią. Małe przyjęcie to chyba było lekkie uproszczenie, sądząc po ilości okowity i wina, które wnoszono do kuchni. Z boku dziedzińca rżnięto bydło i z tego też wynikało, że książę i jego goście lubili wypić i przekąsić.
Książę uśmiechnął się szerzej.
— Będzie wino. Muzyka. Damskie towarzystwo. Może coś do jedzenia, jeśli kucharz nie zacznie pić przed gośćmi. Miałem zamiar go ściąć, ale nikt nie umie zrobić combra baraniego w sosie truflowym z leśnymi jagodami tak jak on.
Gewałt skinął głową.
— O której mam się stawić, wasza wysokość? — zapytał.
Książę spojrzał przez okno na niebo.
— Jak się ściemni.
Książę odstawił kubek.
— Możesz odejść. A jutro pogadamy o interesach.
Gewałt zatrzymał się już przy drzwiach.
— O interesach, wasza wysokość?
Książę przez chwilę przyglądał mu się z dziwnym uśmiechem.
— Takich, do których przydają się dwa miecze i człowiek, który nie zadaje zbyt wielu pytań. Mamy tu jeden problem. Poważny, chociaż na razie uśpiony, że tak powiem.
Gewałt skłonił głowę i wyszedł. Drzwi zamknęły się za nim.
Przez chwilę stał samotnie na korytarzu.
Z sali tronowej dobiegł nagle podniesiony głos Haracjusza:
— Powiedziałem: wyrok jest ostateczny!
Gewałt uśmiechnął się pod nosem i ruszył po schodach. Strażnik oddał mu miecze i wyraźnie czekał na bicie po pysku, ale Gewałt nie miał rękawic, więc dał sobie spokój.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania