Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Pod Złamanym Kilofem. Rozdział VII — Podatek.
Na zewnątrz powietrze wydało mu się chłodniejsze niż przedtem. Po cieple izby, winie i ciężkim zapachu dymu z paleniska las pachniał niemal czysto: mokrą korą, ziemią, zeszłorocznymi liśćmi i wodą, która wciąż spadała z gałęzi po porannym deszczu.
Gewałt odetchnął głębiej. Koń, przywiązany do żerdzi obok domu, przywitał go krótkim parsknięciem i spojrzeniem, w którym trudno było dopatrzyć się radości z ponownego spotkania. Przez czas nieobecności zdążył wygryźć pół kępy trawy, kawałek młodej leszczyny i wyprodukować kilkanaście pączków.
Gewałt ostrożnie podszedł, odwiązał wodze i wsunął stopę w strzemię. Z chatki dobiegł jeszcze głos olbrzyma, potem odpowiedź burdelmamy i krótki trzask drzwi na piętrze.
Ruszył między drzewa.
Ścieżka była wąska i po deszczu zrobiła się miękka. Kopyta zapadały płytko w brunatne błoto, zostawiając za sobą ciemne odciski. Po obu stronach rosły olchy i brzozy, miejscami tak blisko drogi, że mokre gałęzie ocierały się o rękaw Gewałta. Gdzieś wyżej odezwał się dzięcioł. Z drugiej strony odpowiedziała mu sójka, a po chwili znowu było słychać tylko koński krok i kapanie wody.
Po kilkuset krokach las zaczął się przerzedzać. Między pniami pojawiły się jaśniejsze plamy nieba, potem kawałek drogi, młyn i dachy pierwszych domów. Nad polami wisiała niska szara warstwa chmur, ale od zachodu przecierał się w niej wąski pas światła.
Pastora nie było nigdzie widać ani słychać.
Na skraju lasu czekał Haracjusz.
Nie siedział. Nie spacerował. Nie oglądał krajobrazu. Stał dokładnie przy drodze z rękami schowanymi pod peleryną, tak nieruchomo, jakby ktoś postawił tam urzędnika zamiast drogowskazu. Potem zdjął pelerynę, rozwinął skrzydła jak do lotu i zaczął nimi mocno potrząsać. Wokół niego wzbiła się chmura drobnego pyłu i puchu.
Gewałt zwolnił konia. W milczeniu obserwował zabiegi Haracjusza.
Haracjusz uniósł głowę.
— Myślisz, że mógłbym sobie pofarbować końcówki albo zrobić balejaż? — zapytał.
Gewałt wzruszył ramionami.
— Po co? Komu ty tu chcesz się podobać? Poza tym i tak cały czas nosisz tę pelerynę.
— No wiesz. Albo nie! Może skrócę sobie trochę te końcówki.
Przesunął dłonią po skrajnych piórach.
— To już lepszy pomysł. Przytnij, przytnij. Nie będziesz mógł latać, a to już spodoba się na pewno paru osobom.
Haracjusz uśmiechnął się ponuro i bez słowa naciągnął pelerynę.
— I ile? — zapytał z chłodnym uśmiechem.
Gewałt zatrzymał konia kilka kroków przed nim.
— Co ile?
Haracjusz patrzył na niego przez chwilę. Potem westchnął.
— Nie ze mną te gadki. Ile zarobiłeś?
Gewałt oparł dłonie na łęku siodła.
— Nie było żadnego ogra ani potwora.
Haracjusz skinął głową bez śladu zdziwienia.
— Tak. Poprzedni też tak kłamał. Nie wysilaj się. Podatek się należy.
Z pobliskiej kałuży dobiegło kumkanie żaby. Był to jedyny głos w okolicy, który nie brzmiał, jakby sytuacja naprawdę go zainteresowała.
Haracjusz wysunął spod peleryny rękę i wyciągnął ją przed siebie, otwartą dłonią do góry.
Gest był prosty, oszczędny i najwyraźniej ćwiczony przez lata. Nie było w nim groźby. Nie było pośpiechu. Było za to głębokie przekonanie, że wcześniej czy później pieniądz i tak znajdzie właściwe miejsce.
Gewałt spojrzał na dłoń. Potem na Haracjusza. Potem znowu na dłoń.
— Od czego?
— Dziesięć procent. Od transakcji.
— Jakiej transakcji? Nie mam pojęcia, o czym mówisz.
— Oczywiście.
Haracjusz poruszył palcami wyciągniętej ręki.
— Dziesięć procent. Albo dojdą koszty ściągania należności. I wtedy dziesięć procent wyda ci się całkiem niewiele.
Gewałt zmarszczył brwi.
— Dziesięć?
Haracjusz wzruszył ramionami. Peleryna uniosła się na moment na skrzydłach i zaraz opadła.
Gewałt patrzył na niego bez słowa.
Wiatr przyniósł od strony wsi zapach dymu z kominów. Gdzieś daleko zaszczekał pies. Na drodze nie było nikogo poza nimi, co Haracjusz najwyraźniej uważał za idealne warunki do pracy administracyjnej.
— A jeśli nie zapłacę?
Haracjusz cofnął rękę odrobinę, jakby naprawdę musiał to przemyśleć.
— Będę musiał napisać raport. Jak mówiłem, dojdą koszty, excusez le mot — egzekucji, a książę w takich sprawach potrafi być okrutny.
Haracjusz skrzywił się z niesmakiem.
— Więc dawaj dziesięć procent i nie pitol. Nie mniej niż jeden talar — dodał znacząco.
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem.
Haracjusz stał spokojnie. Gewałt siedział na koniu. Koń przeżuwał coś znalezionego przy skraju drogi i jako jedyny uczestnik negocjacji wyraźnie nie miał nic do stracenia.
Gewałt westchnął i sięgnął do sakiewki.
Złoto zabrzęczało cicho.
Haracjusz natychmiast wyprostował palce.
— Fajna robota. Nic tylko stać przy lesie i ściągać pieniądze od ludzi, którzy wracają z burdelu — powiedział Gewałt. — Tylko trochę niebezpieczna.
Powoli zaczął wyciągać miecz z pochwy.
— Nie bądź głupi, Gewałt. — Haracjusz popatrzył obojętnie na miecz. — Tutaj za każdym krzakiem siedzi wieśniak i podgląda nas. Gdyby mi się coś stało, książę będzie o tym wiedział w ciągu pół godziny. Nawet do pierwszej przełęczy byś nie dojechał.
Miecz wrócił do pochwy powolnym ruchem.
— A praca jak praca. Właściwie nie narzekam. Ma wady, ale ma swoje zalety. Czasami stoję przy moście i pobieram myto.
Gewałt wyjął monetę, przytrzymał ją przez moment między dwoma palcami i spojrzał na Haracjusza. Potem rzucił talara.
Haracjusz złapał monetę i obejrzał ją pod światło. Najwyraźniej obowiązki służbowe wymagały także upewnienia się, czy podatnik nie próbuje oszukać państwa metalem gorszej jakości. Wprawdzie książę fałszował bite przez siebie monety, ale od poddanych wymagał w tych sprawach absolutnej uczciwości.
Haracjusz schował monetę do małej sakiewki ukrytej pod peleryną. Sakiewka była płaska i zawieszona wysoko pod pachą, na krótkim, mocnym rzemieniu. Wyglądała na rozwiązanie człowieka, który przez lata spotkał wielu podatników oraz kilku takich, którzy po zapłaceniu próbowali odzyskać podatek razem z poborcą.
— Muszę się do księcia wybrać — powiedział Gewałt.
Haracjusz poprawił zapięcie peleryny.
— Po co?
— Też chcę taką robotę.
Haracjusz znieruchomiał.
Przez moment patrzył na Gewałta z czymś, co mogło być troską. Albo litością. W przypadku urzędnika różnica bywała subtelna.
— Jesteś pewien?
— Czemu nie?
Haracjusz rozejrzał się odruchowo w stronę wsi. Droga pozostawała pusta. Mimo to ściszył głos.
— U niego tylko kastraci mogą pracować przy podatkach.
Gewałt zamarł.
Koń zrobił jeszcze jeden krok, zanim poczuł nieruchomą rękę na wodzach, i zatrzymał się z lekkim szarpnięciem.
— Kastraci?
— Żeby poborca nie miał żadnych innych interesów. Kobiety są strasznie kosztowne. Kościół odkrył to już wieki temu.
Gewałt patrzył na Haracjusza.
Potem jego wzrok, całkiem bez pytania właściciela, zsunął się niżej.
Haracjusz poprawił pelerynę z większą energią, niż było to konieczne. Materiał zaszeleścił, a jedno ze skrzydeł pod spodem wyraźnie się poruszyło.
Gewałt schował sakiewkę głębiej za pas.
— W takim razie zostanę przy swoich potworach. I ograch.
— Bardzo rozsądnie. Bo jak książę by cię przyjął, to zabieg trzeba by wykonać natychmiast.
Haracjusz uśmiechnął się lekko.
— A jeśli chcesz pogadać z księciem, to właśnie dzisiaj jest doskonała okazja. Dzień otwarty na zamku i sądy. Chłopki donoszą na siebie nawzajem i książę im kary wymyśla. U nas to zamiast teatrum się odbywa.
Odwrócił się w stronę wsi, wsunął obie ręce pod pelerynę i ruszył drogą spokojnym krokiem człowieka, który właśnie wykonał swoje obowiązki wobec państwa, księcia i jednej złotej monety. Potem odwrócił się.
— No. Jedziesz? Książę będzie ci rad.
Gewałt cmoknął na konia.
— Chodź. Zobaczymy to teatrum.
Haracjusz, nie odwracając głowy, podniósł palec.
— Nie będziesz żałować.
Potem rozwinął skrzydła, odbił się od ziemi i po kilku ciężkich uderzeniach wzbił się ponad drogę. Przez chwilę leciał nisko nad polami, potem skręcił w stronę wzgórza i szybko zniknął Gewałtowi z oczu.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania