Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Pod Złamanym Kilofem. Rozdział X — Pocałunek.
Następnego dnia, późnym popołudniem, Gewałt zjeżdżał spod zamku w znacznie gorszym stanie, niż do niego przybył. Koń ruszył powoli w stronę wsi. Gewałt kiwał się w siodle, próbując nie spaść. Ból głowy był nie do zniesienia. Burdelmama mówiła, że pijany książę dostaje kociego rozumu. Gewałt uznał teraz, że była wobec niego wyjątkowo wyrozumiała. Jeżeli to było małe przyjęcie, Gewałt nie chciał wiedzieć, jak wyglądało duże.
Droga spod zamku opadała łagodnie ku wsi. Minęli wybrukowaną część drogi i Gewałt odetchnął z ulgą. Stuk kopyt jego konia rozrywał mu czaszkę.
Gewałt nie poganiał go. Siedział luźno w siodle, jedną ręką trzymając wodze, drugą od czasu do czasu sprawdzając sakiewkę ukrytą pod pasem. Dziesięć talarów od Bruta, minus jeden dla Haracjusza, ciągle tam było. Nadal był to całkiem przyjemny wynik jak na wyprawę, podczas której nie trzeba było nikogo zabijać, podpalać ani nawet szczególnie długo udawać bohatera. I nikt mu w nocy nie ukradł niczego.
Pierwsze zabudowania pojawiły się za zakrętem: niskie kamienne domy, płoty naprawiane drewnem różnego pochodzenia i ogródki, w których kapusta radziła sobie wyraźnie dobrze. Przed jednym z domów kobieta trzepała mokry chodnik. Zobaczyła Gewałta, przerwała na moment i odprowadziła go wzrokiem.
Przy studni stały dwie dziewczynki z wiadrami. Jedna szturchnęła drugą łokciem. Druga obejrzała się za Gewałtem, po czym coś szepnęła. Obie zaczęły chichotać.
Gewałt poprawił się w siodle.
Nie miał pojęcia z czego. Wolał założyć, że go podziwiały.
Przy pierwszej stodole czekało kilku chłopów. Kiedy dostrzegli Gewałta, wszyscy jednocześnie ruszyli w jego stronę.
— I co?! — zawołał najstarszy.
Gewałt zwolnił jeszcze bardziej, choć koń i tak poruszał się w tempie pozwalającym dokładnie obejrzeć każdy kamień na drodze.
— Nic.
Chłopi spojrzeli po sobie.
— Jak to nic? Zabiłeś potwora? Jak było? Walczył z tobą? Bardzo był straszny? — pytania padały jedno za drugim.
Gewałt spojrzał chłodno na ostatniego mężczyznę, który zadał pytanie. Był to ten sam chłop, który wcześniej z takim przekonaniem opowiadał o potworze w lasku. Teraz stał z rozpiętą pod szyją koszulą, włosami przyklejonymi do czoła i miną człowieka, który oczekiwał przynajmniej głowy ogra. Ewentualnie innej części ciała. W najgorszym razie wiarygodnej opowieści o krwi.
Gewałt powoli przechylił się w siodle, otworzył sakwy i wydostał parę dużych skórzanych rękawic. Chłopi natychmiast rozproszyli się jak stadko wróbli. Gewałt uśmiechnął się z wysiłkiem.
Przed kuźnią kowal pracował przy otwartych drzwiach. Młot uderzał w rozgrzane żelazo równym, ciężkim rytmem. Za każdym ciosem sypały się iskry, krótkie i jasne nawet w szarym świetle dnia.
Kowal podniósł głowę.
— Do kopalni? — krzyknął.
— Tak! — odkrzyknął Gewałt.
Kowal zastanowił się sekundę.
— Przypomnij tym pieprzonym gnomom, że mi jeszcze za dziesięć kilofów wiszą!
Gewałt ruszył dalej stępa.
Droga do kopalni zaczynała się za ostatnimi domami i wspinała pod górę. Tutaj błoto było zmieszane z czarnym pyłem, więc koń zostawiał za sobą ciemne, głębokie ślady. Powietrze pachniało dymem, mokrym kamieniem i rudą. Z wejścia do szybu dochodził przytłumiony stuk kilofów, skrzypienie kół i nawoływania pracujących w środku krasnoludów.
Przy wozach stało kilku górników. Jeden naprawiał uprząż, drugi siedział na odwróconym wiadrze i jadł chleb z cebulą. Na widok Gewałta obaj unieśli głowy.
Ten z chlebem przeżuł ostatni kęs, odchylił się lekko i wypuścił z siebie przeciągłe pierdnięcie.
— Zabiłeś? — zapytał.
— Nie. Nie było żadnego ogra.
Krasnolud skinął głową, jakby właśnie potwierdziła się jego opinia o całym przedsięwzięciu.
— Mówiłem, że chłopy pierdolą.
Drugi pociągnął mocniej rzemień uprzęży.
— Pierdolą jak połamani — potwierdził.
Gewałt zsiadł z konia i przeprowadził go pod daszek przy stajni.
— Zaraz wracam — powiedział.
Przy samym wejściu do kopalni czekał Burdok.
Stał z rękami założonymi na piersi, szeroko rozstawionymi nogami i miną wskazującą na niezadowolenie, że fachowiec od zadań specjalnych się spóźnił. O dobę. Na włosach i brodzie miał drobny czarny pył. Skórzany fartuch był rozpięty z jednej strony, a z kieszeni wystawał zwinięty kawałek papieru.
Kiedy Gewałt podszedł, Burdok nawet się nie przywitał.
— No? Miałeś być wczoraj. Dziewczynki cię zatrzymały?
Gewałt zatrzymał się przed nim.
— Nie całkiem. W każdym razie nie te z lasu. U księcia byłem.
— Szybko się wspinasz. A ogr?
— Nie było żadnego ogra.
Burdok skinął głowa i odwrócił się w stronę wejścia do kopalni.
— No to chodźmy.
Gewałt stał bez ruchu. Krasnolud spojrzał przez ramię.
— Królewna nie może się doczekać.
Z wnętrza kopalni wyjechał wagonik z rudą. Pchało go dwóch krasnoludów, obaj spoceni i czarni od pyłu. Minęli ich bez słowa, tylko jeden rzucił Gewałtowi krótkie spojrzenie i uśmiechnął się pod nosem.
Burdok spojrzał na niego.
— Pocałunek sam się nie zrobi.
— Jeszcze chwilę wytrzyma. Piwa bym się napił.
Burdok prychnął i wszedł pod drewniane zadaszenie przy szybie.
— Jakoś wytrzymasz. Ona leży tam sto siedemnaście lat i już wystarczy.
Gewałt poprawił pas z mieczem i ruszył za Burdokiem.
Chłód kopalni objął go już po kilku krokach. Z zewnątrz nadal wpadało rozproszone światło, ale dalej korytarz przechodził w znajomy półmrok lamp. Gdzieś w głębi uderzał kilof, równym rytmem, jakby góra miała własny zegar.
Burdok szedł przodem bez pośpiechu.
— Jeszcze możesz zmienić zdanie — powiedział Gewałt.
— Nie.
Przed nimi korytarz skręcał w stronę starych wrót.
Burdok otworzył powoli te wrota i weszli.
Za nimi znajdowała się komora znacznie większa, niż Gewałt się spodziewał. Sklepienie ginęło wysoko w półmroku, a w czarnej skale błyszczały żyły jasnego minerału i drobne kryształy, łapiąc światło lamp jak nieruchome gwiazdy.
Lampy ustawiono w równych odstępach wzdłuż kamiennej posadzki. Nie przypominały poobijanych kaganków z kopalnianych korytarzy. Były czyste, osłonięte szkłem i ktoś wyraźnie pilnował, żeby nigdy nie zabrakło w nich oleju.
Gewałt obejrzał się przez ramię.
Krasnoludy, które im towarzyszyły, zostały przy wejściu. W roboczych fartuchach, z pyłem we włosach i lampami w dłoniach wyglądały nagle jak goście we własnej kopalni.
Burdok wszedł dalej pierwszy.
— No. Chodź.
Pośrodku komory stało łoże. A na nim leżała kobieta.
Gewałt zatrzymał się. Przez pierwszą chwilę pomyślał, że krasnoludy robiły sobie z niego jaja.
Królewna była piękna.
Nie piękna w sposób, który wymagał dobrego światła, odpowiedniej ilości wina i życzliwego charakteru. Nie piękna z odległości, pod kapturem albo po zmroku.
Była piękna naprawdę.
Gewałt zorientował się, że od kilku sekund stoi z otwartymi ustami. Zamknął je.
Burdok obserwował go spod brwi.
— No? Co powiesz?
Gewałt nie odpowiedział. Obszedł łoże powoli. Dopiero po chwili zauważył poduszkę. Była wielkości siennika.
Spojrzał niżej. Potem jeszcze niżej.
— O kurwa… ja pierdolę.
Burdok skinął głową.
— No.
Gewałt zrobił dwa kroki w tył i zmierzył królewnę wzrokiem od stóp do głów.
Miała dobre osiem stóp wzrostu. Może więcej.
— Ona zawsze była taka?
Burdok wzruszył ramionami.
— Podobno.
— Podobno?
— My jej nie hodowaliśmy.
Z tyłu ktoś zachichotał.
Gewałt zbliżył się ponownie. Z bliska baśniowa doskonałość zaczynała mieć kilka mniej baśniowych szczegółów.
Najpierw je zauważył. Potem poczuł zapach. Wyprostował się i cofnął pół kroku.
— Od jak dawna ona tu leży?
— Sto siedemnaście lat.
Gewałt bardzo powoli odwrócił głowę.
— I nikt jej nie mył?
Za Burdokiem nastąpiła krótka wymiana spojrzeń.
— Próbowaliśmy — powiedział krasnolud. — Ale weź tu umyj coś tak wielkiego. Robiliśmy, co mogliśmy.
Z łoża dobiegł niski pomruk. Królewna zachrapała.
Długie, głębokie chrapnięcie przetoczyło się przez komorę jak odległy grzmot. Z góry posypały się trzy drobne kamyki.
Burdok odczekał, aż echo ucichnie.
— Widzisz?
Gewałt spojrzał na niego.
— Ona wam rozwala kopalnię.
— Od siedemnastu lat podpieramy strop dwa razy częściej.
— Nie możecie jej wynieść?
Burdok popatrzył na niego jak na idiotę.
— Próbowaliśmy. Za ciężka.
Gewałt wrócił w okolice głowy królewny. Popatrzył na jej twarz, potem na usta.
— Czyli mam ją obudzić.
— Tak.
— Pocałunkiem.
Burdok skrzywił się.
— Podobno.
Gewałt spojrzał na niego.
— Podobno?
— Jest kilka legend. W jednej ma ją pocałować odpowiedni człowiek.
Gewałt westchnął.
— A pozostałe?
— Jest coś o mieczu. Coś o pierścieniu. I jedna wersja, której nie będziemy próbować.
— Czemu?
— Nie pytaj.
Gewałt przyglądał się śpiącej jeszcze przez chwilę.
— A jak ona się nazywa?
Burdok zawahał się.
— Śmieszka.
Gewałt spojrzał na niego. Potem jeszcze raz na królewnę.
Do kamiennego łoża prowadziła krótka drabinka oparta o jeden z bloków. Nie była częścią żadnej legendy. Była zwyczajna, robocza, z ciemnego drewna, z jednym szczeblem pękniętym pośrodku i drugim owiniętym szmatą, żeby nie kaleczył dłoni. Ktoś postawił ją tutaj najwyraźniej po to, żeby łatwiej było dostać się do królewny bez wspinania się po jej łóżku jak po murze obronnym.
Gewałt stanął przed drabinką i spojrzał w górę.
— To co? Muszę tam wejść? — zapytał.
Łoże z tej perspektywy wyglądało jeszcze większe. Kamienne bloki tworzyły ścianę sięgającą mu prawie do piersi, a ponad nią, na grubych warstwach pożółkłych tkanin, spoczywała Śmieszka. Jej jasne włosy rozlewały się po poduszkach i ramionach szeroką smugą, miejscami srebrzystą w świetle lamp, miejscami przygaszoną od pyłu. Z dołu wciąż mogła uchodzić za postać z fresku albo świętego obrazu. Trzeba było tylko stać odpowiednio daleko i nie oddychać przez nos.
Burdok popatrzył na niego z miną człowieka, który miał już za sobą wszystkie możliwe wersje tej rozmowy i żadnej nie wspominał dobrze.
— Nie. Możesz ją pocałować z dołu. Tylko dobrze się napnij.
Gewałt ocenił odległość między sobą a ustami królewny.
— Bardzo zabawne.
Za plecami Burdoka stało pięciu pozostałych krasnoludów. Ustawili się półkolem w odległości, która pozwalała dobrze widzieć, ale — jak można było podejrzewać — również bardzo szybko uciec. Jeden trzymał lampę. Drugi miał pod pachą złożony koc. Trzeci przyniósł wiadro pełne wody.
Gewałt wskazał wiadro.
— Po co to?
Krasnolud z wiadrem spojrzał na naczynie, jakby sam dopiero teraz zauważył, że je trzyma.
— Na wszelki wypadek. Jakby trzeba było coś gasić.
Gewałt przez chwilę patrzył na niego bez słowa.
— Bardzo mnie uspokoiłeś.
Wszedł na pierwszy szczebel. Drabinka zaskrzypiała.
Na drugim szczeblu zapach stał się wyraźniejszy. Na trzecim nabrał osobowości. Gewałt dmuchnął w swoja dłoń i powąchał. Potem zatrzymał się i odwrócił głowę.
— Ona śmierdzi.
Burdok westchnął tak ciężko, że poruszyła mu się broda.
— Sto siedemnaście lat leży.
Gewałt wszedł na ostatni szczebel i oparł dłoń o kamienny brzeg łoża. Z góry zobaczył Śmieszkę z bliska i natychmiast zrozumiał, dlaczego odległość służy legendom równie dobrze jak wino pieśniom.
Była piękna. Tego nie dało się jej odebrać. Regularne rysy twarzy, długie rzęsy, pełne usta, gładkie czoło. Nawet po stu siedemnastu latach wyglądała młodo, niemal świeżo, jeśli pominąć kilka drobiazgów, które z bliska stawały się coraz trudniejsze do pominięcia.
Na skroni miała cienką warstwę szarego pyłu. Przy linii włosów tkwiło coś, co mogło być zaschniętym płatkiem kwiatu, kawałkiem mchu albo bardzo starym okruchem chleba. Gewałt nie zamierzał prowadzić dochodzenia w sprawie pochodzenia chleba.
Pochylił się trochę. Natychmiast się wyprostował.
— To naturalny zapach — powiedział krasnolud z lampą.
Gewałt spojrzał na twarz Śmieszki.
— Ona wygląda na dwadzieścia kilka lat.
Burdok odwrócił głowę.
Gewałt przesunął palcem po policzku królewny. Skóra pod opuszkiem palca była zaskakująco ciepła i miękka. Została na nim jednak cienka, wyraźnie widoczna smuga szarego pyłu.
Gewałt uniósł dłoń.
— Przykurzona.
Burdok wyprostował się oburzony.
— Jak przykurzona?
Gewałt pokazał palec.
— Odkurzamy ją. Raz na tydzień. Pełny serwis.
W komorze zrobiło się cicho.
Gewałt powoli odwrócił głowę w stronę Śmieszki. Jej twarz pozostawała spokojna. Usta miała lekko rozchylone.
— Delikatna jest — dodał Burdok.
— Bardzo — potwierdził krasnolud z wiadrem.
Z tyłu odezwał się następny:
— Tą miękką szczotką. Od koni.
Gewałt zamknął oczy na chwilę.
— I nikt jej nie myje?
— Próbowaliśmy. Woda spływa. Ale zapach zostaje.
Gewałt spojrzał na ogromne ramię królewny. Na nadgarstku miała złotą bransoletę tak szeroką, że Burdok mógłby nosić ją jako pas. W zagłębieniach ornamentu zebrał się kurz. Ktoś kiedyś musiał pracować nad tą ozdobą tygodniami.
Gewałt westchnął.
Potem spojrzał na usta Śmieszki. Przez moment nic nie mówił.
— Zęby. Myte?
Krasnoludy spojrzały po sobie.
Najpierw jeden na drugiego. Potem drugi na trzeciego. W końcu wszyscy na Burdoka, bo w trudnych chwilach przywództwo polegało głównie na tym, że reszta mogła patrzeć na ciebie z pretensją.
— Słuchaj, biały — zirytował się Burdok. — Miało być - pocałować, a nie przegląd sanitarny.
Gewałt odsunął się od twarzy królewny.
— Mam ją całować. To mam prawo wiedzieć, w co się pakuję.
Burdok chrząknął.
— W usta.
— Dzięki. Teraz wszystko jasne.
Krasnolud z kocem zachichotał.
Burdok rzucił mu spojrzenie i śmiech natychmiast umarł.
— Leży tu ponad sto lat i nikt jeszcze tyle nie marudził.
Gewałt spojrzał w dół.
— Ilu próbowało?
Krasnolud z wiadrem zainteresował się nagle jego dnem. Ten z lampą zaczął poprawiać knot, mimo że płomień palił się idealnie. Jorg zapatrzył się w ścianę z taką koncentracją, jakby właśnie odkrył w skale sens życia.
— Ilu? — powtórzył Gewałt.
Burdok chrząknął.
— Kilku.
— „Kilku”?
— No… ze dwunastu, jeśli dobrze liczę.
Gewałt znieruchomiał. Spojrzał na Śmieszkę. Potem na Burdoka.
Potem znowu na Śmieszkę, jakby liczył, że za drugim razem liczba będzie wyglądała mniej niepokojąco.
— Dwunastu ją całowało?
— Nie wszyscy w usta.
Gewałt ponownie pochylił się nad Śmieszką.
Teraz patrzył na królewnę z ostrożnością człowieka stojącego przed drzwiami, na których napisano „nie otwierać”, a potem dla pewności zabito je deskami.
Śmieszka chrapnęła.
Powietrze z jej nosa poruszyło kilka jasnych włosów przy policzku Gewałta.
Gewałt odsunął głowę.
Królewna wypuściła kolejny oddech. Tym razem Gewałt poczuł go na twarzy.
Znieruchomiał.
— Jadła coś przed zaśnięciem?
Burdok wzruszył ramionami.
— Jabłko.
Jorg prychnął śmiechem.
Gewałt wskazał na niego.
— Ty się śmiej. Zaraz zamienimy się miejscami.
Jorg spoważniał natychmiast.
Gewałt spojrzał na usta Śmieszki jeszcze raz.
Nie były brzydkie. Wręcz przeciwnie. W innych okolicznościach wielu mężczyzn mogłoby uznać je za warte poważnych błędów życiowych. Problem polegał na tym, że okoliczności obejmowały sto siedemnaście lat snu, szczotkę do koni, dwunastu poprzedników o niejasnym zakresie obowiązków i grupę krasnoludów obserwujących wszystko z poziomu podłogi.
Romantyzm miał swoje granice.
Gewałt wyciągnął rękę.
— Dajcie mi coś do picia.
Burdok podał mu małą manierkę.
Gewałt odkręcił korek, powąchał i skrzywił się.
— Co to?
— Gorzałka. Swojej roboty.
Wypił duży łyk.
Płyn przeszedł przez gardło jak mały pożar i natychmiast poprawił kilka rzeczy: temperaturę, odwagę i obojętność na przyszłość.
Gewałt oddał manierkę.
— No dobrze. Spróbujmy — mruknął i spojrzał z niechęcią na śpiącą królewnę.
Z dołu rozległo się kilka zadowolonych pomruków. Ktoś nawet klasnął raz, ale szybko przestał, kiedy Burdok odwrócił głowę.
Gewałt wskazał palcem na krasnoludy.
— Ale jak coś odpadnie, to kończę.
Pochylił się bliżej jej twarzy.
Łoże było tak szerokie, że musiał wejść na kamienny blok kolanem. Skóra spodni zaszurała po chropowatej powierzchni. Jedną ręką oparł się obok ramienia królewny, drugą odgarnął jej włosy z policzka.
W dole sześciu krasnoludów patrzyło w górę w zupełnej ciszy.
Jeden zdjął czapkę.
Gewałt obejrzał się przez ramię.
— Rób swoje! — rzucił Burdok niecierpliwie.
Gewałt odwrócił się z powrotem.
Śmieszka spała spokojnie. Z bliska jej twarz wypełniała niemal całe pole widzenia. Każdy oddech unosił lekko jej pierś pod grubą suknią. Gdzieś wysoko w komorze kapała woda. Kropla spadła na kamień. Potem następna.
Gewałt pochylił się mocniej.
Zatrzymał się tuż przed jej ustami.
— Kurwa.
— Co znowu? — jęknął Burdok.
— Nic. Przygotowuję się duchowo.
Pochylił się jeszcze niżej. W ostatniej chwili wstrzymał oddech. Odwrócił się do Burdoka.
— Czyli co? Całuję ją, a jak się obudzi, to spierdalam. Tak?
Burdok tylko wzruszył ramionami i popatrzył na niego złym wzrokiem.
Gewałt pochylił się szybko nad królewną i zamknął oczy.
Jego usta dotknęły zaskakująco miękkich warg Śmieszki. Przez pierwszą sekundę nie wydarzyło się nic.
Przez drugą również.
Gewałt już miał się cofnąć, gdy poczuł, że pod jego dłonią coś się poruszyło.
Tutaj kończą się bezpłatne rozdziały, a historia tak naprawdę dopiero się zaczyna. :-)
Książka będzie dostępna na Allegro od początku drugiego tygodnia października 2026.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania