Poprzednie częściPod Złamanym Kilofem. Rozdzial 1.

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Pod Złamanym Kilofem. Rozdział VI — Brut.

Gewałt spojrzał w tamtą stronę. Boczne drzwi otworzyły się. Najpierw pojawił się brzuch. Potem reszta olbrzyma.

Musiał obrócić barki, żeby przejść przez framugę. Wyszedł do izby, podciągając spodnie i zapinając szeroki skórzany pas. Włosy miał bardziej zmierzwione niż wcześniej, a na czole błyszczał pot. Oddychał trochę ciężej, lecz wyglądał na bardzo zadowolonego.

Za nim, jedną ręką trzymając się framugi, wyszła brunetka. Szła odrobinę szerzej niż wcześniej. Na jednym udzie miała świeży siniec, a włosy, jeszcze przed chwilą związane, opadały jej teraz na twarz.

W dłoni ściskała garść złotych monet.

Burdelmama natychmiast zauważyła pieniądze.

— Do kasy! I żeby mi się zgadzało co do talara.

Dziewczyna pokazała jej środkowy palec i pokuśtykała w stronę schodów.

Rudy kot, który siedział na trzecim stopniu, zszedł jej z drogi.

Olbrzym rozejrzał się po salonie.

Kobiety, które jeszcze przed chwilą siedziały na ławach, zaczęły nagle znajdować sobie zajęcia w innych pomieszczeniach.

Jedna podniosła kosz z praniem i zniknęła w kuchni.

Druga ruszyła na piętro tak szybko, jakby właśnie przypomniała sobie o czymś pilnym.

Trzecia otworzyła tylne drzwi i wyszła na podwórze bez płaszcza.

Olbrzym obserwował to przez chwilę. Westchnął.

— Baby. Niby interes prowadzą, człowiek płaci, a zawsze trzeba prosić.

Burdelmama przewróciła oczami.

Olbrzym podszedł do stołu.

Przy każdym kroku deski uginały się lekko pod jego ciężarem. Gdy opadł na ławę naprzeciwko Gewałta, drewno zatrzeszczało od jednego końca do drugiego.

Gewałt bez pośpiechu przesunął swój kubek dalej od krawędzi.

Olbrzym spojrzał na niego.

Sięgnął po dzban. Jego dłoń objęła niemal całą szyjkę. Nalał sobie wina, podniósł kubek do nosa i skrzywił się.

— Co to jest?

— Wino — powiedziała burdelmama.

Olbrzym wypił zawartość kubka jednym haustem. Skrzywił się jak po lekarstwie. Przez chwilę siedział z ustami zaciśniętymi, jakby czekał, czy napój nie zacznie wracać.

Potem odstawił naczynie.

— Słuchaj, kolego. Ja rozumiem, jak to działa. Ty jesteś nowy, przyjeżdżasz z dwoma mieczami, chłopi ci nagadali, książę pewnie coś obiecał...

Gewałt milczał taktownie.

— Możemy pogadać jak ludzie? Mam na imię Brut.

— Przez „d” na końcu?

Olbrzym pochylił się nad stołem. Blat jęknął cicho pod ciężarem jego przedramion.

— Przez „t”. A twoja godność?

— Gewałt.

W izbie na moment zrobiło się cicho. Jedna z kobiet przestała obierać jabłko. Druga uniosła głowę znad szycia.

Brut zmarszczył brwi.

— Z dalekiego południa?

Gewałt tylko pokręcił głową, nie spuszczając wzroku z olbrzymich rąk Bruta. Z lekkim niepokojem pomyślał, że Brut mógłby jedną ręką ścisnąć go tak za dupę, że zrobiłby z niej placek. Dwoma rękami pewnie jeszcze więcej. I żadne magiczne runy by nie pomogły. Nawet gdyby Gewałt je znał.

— Słuchaj, Gwałt, ja pracuję w lesie. Pilnuję wypału węgla dla ludzi z zamku. Czasem odstraszam złodziei. Czasem wieśniaków, którzy wchodzą nie tam, gdzie trzeba.

— Udając ogra. Albo potwora.

Brut wzruszył ramionami.

— Jestem wielki, dymi się za mną z mielerzy, czasem ryknę. Ludzie sami dopowiadają resztę.

Gewałt przyjrzał mu się jeszcze raz. Z bliska dostrzegł drobny czarny pył w fałdach skóry na szyi i pod paznokciami.

Brut przesunął się bliżej. Ława znowu zatrzeszczała.

— W każdym razie nie szukam kłopotów. Pracuję sobie w lesie. Zarabiam dobrze. Oczywiście dorabiam na boku, bo ten sknera książę płaci marne grosze. Jak w ogóle płaci. Raz na jakiś czas przychodzę tutaj odpocząć.

Z góry natychmiast dobiegł głos brunetki:

— Odpocząć?! Ty zboczony sadysto! Ciebie powinni w cyrku pokazywać! Będę musiała iść do chirurga po tym odpoczywaniu!

Brut spojrzał w stronę schodów.

— No. Ostatnim razem też tak gadałaś. I co? Poszłaś?

Nie doczekał się odpowiedzi. Wrócił do Gewałta. Sięgnął do pasa.

Ruch był szybki jak na kogoś jego rozmiarów. Gewałt odruchowo przesunął palce bliżej rękojeści miecza.

Brut jednak odpiął tylko małą skórzaną sakiewkę. Rzucił ją na stół.

Zadźwięczało złoto. Dźwięk był czysty i ciężki.

Gewałt spojrzał na sakiewkę. Burdelmama również.

— Dziesięć talarów — powiedział Brut.

Gewałt nie sięgnął po pieniądze.

— Za co?

— Za to, że wrócisz do wsi i powiesz, że potwora nie znalazłeś.

— A znalazłem?

Brut rozłożył ręce. Zajmował nimi prawie połowę stołu.

— Widzisz tu potwora? — Zerknął na burdelmamę, chrząknął i uśmiechnął się krzywo. — Zresztą ja już i tak się wynoszę. Mam dosyć na dzisiaj.

Gewałt przyjrzał mu się bez pośpiechu. Dziewczyny zaklaskały w ręce.

Burdelmama powoli wyciągnęła rękę w stronę sakiewki. Brut przykrył ją dłonią.

Kobieta zatrzymała się. Popatrzyła na Gewałta.

— Możesz to u mnie zostawić w depozyt.

Gewałt przesunął sakiewkę w swoją stronę. Brut pochylił się nad stołem.

— Przyjeżdżam raz na dwa tygodnie. Za każdym razem dostaniesz dziesięć talarów.

Uśmiechnął się.

— Dwadzieścia miesięcznie. Dogadamy się?

Burdelmama westchnęła głęboko. Uśmiechnęła się do Gewałta.

— Za pięć talarów możesz u mnie mieszkać pół roku.

Gewałt spojrzał na nią.

— Pół roku?

— Pokój, ogień, wino do kolacji. Czysto. Nie tak jak w tym brudnym szynku.

— Pięć talarów?

— Z góry.

Gewałt uniósł sakiewkę, ważąc ją w dłoni.

— I gdzie haczyk?

Burdelmama uśmiechnęła się.

— Panienki płatne osobno. Ale dla stałego lokatora mogę zrobić rabat.

Brut parsknął śmiechem. Gewałt spojrzał na niego.

— Co cię bawi?

— Nic. Po prostu zaczynasz rozumieć, jak tu działa gospodarka. Pieniądz musi krążyć.

Burdelmama wskazała sakiewkę.

— Pięć.

Gewałt schował ją za pazuchę.

— Pomyślę.

Burdelmama pokiwała głową.

— To myśl szybko. Za tydzień cena może być siedem. Pieniądze tracą wartość. Książę bije monetę bez opamiętania.

Brut oparł dłonie na kolanach.

— Czyli co? Załatwione?

Gewałt spojrzał na niego i pokiwał głową. Brut wstał.

Ława odsunęła się po podłodze z długim, szorstkim zgrzytem. Wyprostował plecy, prawie dotykając głową belki, i rozejrzał się po kobietach.

— To która teraz?

Z piętra natychmiast trzasnęły drzwi. Drugie zaraz po nich.

Kobieta w kuchni przestała nucić. Brut zarechotał.

— Żartowałem.

Gewałt dopił wino, wstał i podciągnął pas. Potem poprawił miecze na plecach.

Przy drzwiach zatrzymał się jeszcze na chwilę.

W izbie znów zaczynał panować zwykły ruch. Ktoś wnosił wodę. Ktoś otwierał okno. Kot wskoczył na ławę zwolnioną przez olbrzyma.

Gewałt spojrzał na burdelmamę.

— Coraz bardziej podoba mi się to miejsce.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania