Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Pod Złamanym Kilofem. Rozdział V — Potwór.
Wnętrze chatki okazało się nawet większe, niż sugerowała z zewnątrz. Za niskimi drzwiami otwierała się szeroka izba z belkowanym sufitem, ciemnym od dymu i wielu zim. Deski podłogi były wypolerowane setkami butów, miejscami aż jasne, a miejscami stare i spękane.
Od razu uderzyło go ciepło. Nie przyjemne ciepło karczmy, tylko ciepło zamkniętego domu, w którym przez cały dzień pali się ogień, gotuje wodę i kręci zbyt wielu ludzi. Pachniało drewnem, winem, mokrą wełną, mydłem, i czymś słodkim, być może tanimi perfumami.
Przy palenisku siedziały dwie kobiety. Jedna cerowała pończochę, druga trzymała stopy w miednicy z ciepłą wodą. Trzecia stała przy stole i obierała jabłko tak długim paskiem skórki, jakby była to czynność wymagająca pełnego skupienia. Wszystkie spojrzały na Gewałta, lecz żadna nie zerwała się z miejsca.
W głębi izby, przy czymś w rodzaju szynkwasu, stał olbrzym. Nie wyglądał na ogra. Wszystko miał prawie normalne, tylko był duży.
Miał może osiem stóp wzrostu, a może trochę więcej. W środku trudno było ocenić, bo belki sufitu znajdowały się tak blisko jego głowy, że przy prostowaniu karku musiał uważać. Był szeroki w barkach, ale największe wrażenie robił nie wzrost, lecz masa. Wyglądał jak człowiek zbudowany z elementów przeznaczonych dla trzech innych ludzi i połączonych bez oszczędzania materiału. Ramiona miał grube, dłonie wielkie i poznaczone drobnymi oparzeniami, a szyję krótką i mocną.
Na sobie miał lnianą koszulę bez rękawów, ciemną od potu na piersi i plecach oraz szerokie spodnie z nogawkami opadającymi na wielkie, bose stopy. Przy pasie wisiał nóż roboczy, krzesiwo i mały skórzany mieszek.
Gewałt zatrzymał się kilka kroków od drzwi.
Olbrzym właśnie dopijał coś z kubka tak małego w jego dłoni, że wyglądał jak dziecięce naczynie. Odstawił go, otarł usta przedramieniem i obejrzał przybysza od włosów po buty.
Jego wzrok zatrzymał się na mieczach. Gewałt zauważył to od razu.
Olbrzym też zauważył, że Gewałt zauważył. Przez chwilę obaj milczeli.
Nikt w izbie nie przestał robić tego, co robił, ale igła kobiety przy palenisku zwolniła. Dziewczyna z jabłkiem odłożyła nóż na stół.
Olbrzym zignorował przybysza i wskazał brodą jedną z kobiet.
— Ty następna.
Dziewczyna, drobna brunetka w luźnej kremowej koszuli, zamknęła oczy.
— Znowu ja? Ja już byłam.
Spojrzała na pozostałe kobiety, jakby szukała potwierdzenia, ale wszystkie spuściły głowy i patrzyły w podłogę.
Olbrzym wzruszył ramionami. Ten prosty ruch poruszył mu całą koszulą na plecach.
— Podobasz mi się. Tym razem będę delikatniejszy.
Dziewczyna wypuściła powietrze nosem.
— To mnie właśnie przeraża.
Odłożyła trzymaną w dłoni wstążkę na parapet i ruszyła za nim w stronę jednego z bocznych pokoi. Szła bez pośpiechu, zatrzymując się jeszcze przy stole, żeby wypić łyk wody. Olbrzym czekał przy drzwiach. Z bliska był tak szeroki, że zasłaniał niemal całe przejście.
Przed wejściem do pokoju odwrócił się do Gewałta.
— Zaraz wracam. Rozgość się, kolego.
Gewałt oparł dłoń o pas.
— Nie śpiesz się… kolego.
Brunetka zatrzymała się na sekundę i spojrzała na niego ponad ramieniem olbrzyma wzrokiem skazańca, który ma nadzieję, że usłyszy, że egzekucja jednak została odwołana.
Gewałt milczał.
Drzwi zamknęły się za nimi.
W izbie zrobiło się dziwnie spokojnie.
Kobieta przy palenisku wróciła do cerowania. Ta z nogami w miednicy poruszyła palcami stóp. Dziewczyna przy stole podniosła jabłko i zaczęła odcinać kolejny fragment skórki.
Gewałt rozejrzał się po pomieszczeniu jeszcze raz. Podszedł do wielkiego stołu i usiadł ostrożnie na ławie, uważając na miecze.
Na ścianach wisiały dwie stare ryciny, obie przedstawiające damy w sukniach znacznie droższych od całego budynku. Obok nich ktoś przybił zasuszoną gałązkę jałowca i drewnianą tabliczkę z napisem „Na kredyt nie dajemy”. Litery były duże i poprawiane kilka razy, jakby zasada wymagała częstego przypominania. Obok wisiała ładnie wykaligrafowana karteczka z napisem: KUPCÓW Z MAGDEBERGU UPRASZA SIĘ O MYCIE NÓG. I CAŁEJ RESZTY TEŻ.
Na schodach prowadzących na piętro siedział rudy kot. Spojrzał na Gewałta, potem na zamknięte drzwi i ziewnął.
Przez kilka sekund nic się nie działo.
Potem ze środka dobiegł głuchy łomot. Jakby ktoś rytmicznie kilka razy uderzył głową w ścianę.
Jedna z wiszących na ścianie rycin przekrzywiła się lekko.
Następnie rozległ się jęk. Jeszcze jeden.
Gewałt uniósł wzrok na belki sufitu. Z jednej z nich osypało się trochę kurzu.
Kobieta przy stole nalała sobie wina z wielkiej flaszy. Zrobiła to spokojnie, nie patrząc w stronę drzwi.
Gewałt wskazał brodą na drzwi, za którymi zniknął wielki i jego ofiara.
— Zawsze tak? — zapytał.
Nikt nie odpowiedział. Ta przy palenisku przeciągnęła nitkę przez pończochę i przyjrzała się szwowi. Potem pokiwała głową.
Gewałt potraktował to jako odpowiedź.
Z góry zeszła kolejna kobieta, z mokrymi włosami owiniętymi ręcznikiem. Minęła Gewałta, rzuciła krótkie „dzień dobry” i zajrzała do garnka stojącego przy ogniu.
Wszystko wyglądało zaskakująco zwyczajnie.
Wtedy nagle podeszła do niego najmłodsza z kobiet.
Mogła mieć dwadzieścia lat, może trochę mniej. Była szczupła, jasnowłosa, z piegami rozsypanymi po nosie i policzkach. Miała na sobie prostą niebieską sukienkę, zbyt dużą w ramionach i zszywaną na boku ciemniejszą nicią. Włosy związała niedbale z tyłu, ale kilka pasm wysunęło się i przykleiło do skroni.
Stanęła bardzo blisko. Gewałt poczuł mocny zapach mydła i mięty.
— Zabierz mnie stąd.
Gewałt spojrzał na nią. Powiedziała to szybko i bardzo cicho, po czym rozejrzała się po izbie.
Gewałt przesunął wzrokiem po izbie. Na schody. Na drzwi. Na dziewczynę.
— Ja? Po co?
Przez chwilę patrzyła na niego, jakby nie była pewna, czy dobrze usłyszała.
— Jak to „po co”?
Z bocznego pokoju dobiegły kolejne jęki. Tym razem krótsze, ale szybsze i głośniejsze. Potem skrzypnęło łóżko.
Dziewczyna zacisnęła szczękę.
— Bo mam dość.
Gewałt milczał, patrząc w stół.
— No? — zapytała.
Zrobiła krok bliżej. Pochyliła się ku niemu, patrząc mu prosto w oczy.
— Wy wszyscy jesteście tacy sami — powiedziała nagle ze złością.
Gewałt uniósł brwi.
— My? To znaczy kto?
— Faceci.
— To dość szeroka grupa.
— Głupie chuje.
Gewałt zastanowił się chwilę.
— To już znacznie węższa grupa.
Dziewczyna parsknęła, ale złość nie zniknęła jej z twarzy. Przeciwnie, jakby ten krótki dźwięk tylko ją rozdrażnił.
— Nadęte, egoistyczne, zapatrzone w siebie skurwysyny. Każdy tylko czegoś chce. Jeden pieniędzy, drugi dupy, trzeci chwały, czwarty, żeby go podziwiać. A jak człowiek mówi, że ma dość, to stoicie i patrzycie jak barany.
Mówiła coraz szybciej. Ręce miała opuszczone, ale palce zaciskały się i otwierały przy szwach sukienki.
Kobiety przy palenisku nie patrzyły w ich stronę. Najwyraźniej słyszały podobne rozmowy wcześniej albo wiedziały, że nie należy się wtrącać.
Gewałt przyjął wybuch spokojnie.
— Posłuchaj… — zaczął, zastanawiając się, jak by tu się od niej odczepić.
Dziewczyna spojrzała na jego włosy, potem na wystające ponad ramionami rękojeści.
— Masz dwa miecze, białe włosy i minę, jakbyś wszystko wiedział, a jesteś tak samo tępy jak reszta.
Jej oczy zwęziły się.
— Idź się pierdol.
Gewałt zerknął w stronę zamkniętych drzwi.
W środku coś znowu stuknęło parę razy o ścianę.
— Chyba jest kolejka.
Przez sekundę dziewczyna patrzyła na niego z niedowierzaniem.
Potem zaczęła się śmiać.
Najpierw krótko, jednym urwanym dźwiękiem. Potem zasłoniła usta dłonią. Śmiech trwał może kilka sekund i nie miał w sobie wiele radości, ale rozluźnił jej twarz.
Pokręciła głową.
— Jesteś idiotą.
— Bardzo możliwe. Tym bardziej nie powinienem nikogo ratować. Słaby ze mnie kompan do ucieczki.
Dziewczyna odeszła do okna i usiadła na szerokim parapecie, podciągając jedną nogę pod siebie.
Rudy kot zszedł ze schodów, obwąchał jego but i bez zainteresowania ruszył dalej.
Po chwili za jego plecami odezwał się kobiecy głos.
— Cho no tutaj, biały.
Gewałt odwrócił się gwałtownie.
Do stołu podeszła kobieta, której wcześniej nie zauważył. Stała dotąd nieruchomo przy szynkwasie, z łokciem opartym o blat, i obserwowała wszystko bez potrzeby uczestniczenia.
Miała koło pięćdziesiątki, szeroką twarz, ciemne włosy zebrane wysoko i kilka srebrnych pasm przy skroniach. Nosiła bordową suknię z grubego materiału, dobrze skrojoną, ale wytartą przy mankietach. Na szyi wisiał krótki łańcuszek z mosiężnym kluczykiem. Drugi, większy klucz miała przy pasie, razem z małą sakiewką i notesem oprawionym w skórę.
Nie trzeba było pytać, kto tu rządzi.
Gewałt przesunął się w jej stronę.
Burdelmama postawiła przed nim gliniany kubek. W ręku trzymała duży dzban. Nalała z niego czerwonawego płynu.
— Pij. Pierwszy za darmo.
Gewałt wziął naczynie i powąchał.
Zapach był kwaśny, winny i nieco ziołowy.
— Co to?
— Wino.
Gewałt spojrzał na płyn.
Kobieta usiadła naprzeciwko i nalała sobie z tego samego dzbanka.
Z bocznego pokoju dobiegł przeciągły jęk.
Potem głuche uderzenie o ścianę. Potem kolejne.
Kubek stojący na półce przesunął się o szerokość palca.
Burdelmama nawet nie drgnęła.
— Skąd przybywasz i po co?
Jej wzrok przesunął się na wystające ponad jego ramionami rękojeści mieczy.
— I rozluźnij się — dodała szybko. — Wyglądasz, jakbyś czekał na egzekucję. Nie przejmuj się tamtym. To dobry i rzadki klient. Płaci.
— Słyszałem, że nie wszyscy są zadowoleni z jego obecności tutaj — mruknął Gewałt.
Burdelmama pochyliła się nad stołem. Jej głos nadal był spokojny, ale pojawił się w nim ton człowieka mówiącego o liczbach, które zna bardzo dobrze.
— Chłopi przychodzą, proszą o kredyt, obiecują, że zapłacą po żniwach, po sprzedaży świni, po śmierci teściowej albo po następnym cudzie. Pieniędzy u nich jak na lekarstwo.
Gewałt napił się wreszcie. Wino było kwaśne, ale dało się przełknąć. Posmak rzygów z niedomytego kubka był prawie niewyczuwalny.
— Z zamku też niewiele lepiej. Połowa ma tytuły, druga połowa długi, a prawie wszyscy jedno i drugie. A sam książę to osobna tragedia.
— Tak? Dlaczego?
— Jak się napije, dostaje kociego rozumu.
Gewałt odstawił kubek.
— To znaczy?
Kobieta spojrzała na niego, jakby rozważała, ile szczegółów potrzebuje człowiek, który dopiero przyjechał.
— To znaczy, że potem lepiej, żeby nikt nie widział, co robi. I do tego zapomina zapłacić. Zresztą on nie lubi się tu pokazywać. Woli zapraszać do zamku.
— Rozsądnie.
— Dla niego na pewno.
Nalała sobie jeszcze trochę.
Przy palenisku ktoś dołożył drewna. Płomienie poderwały się i przez chwilę oświetliły izbę mocniej. Pod drzwiami przesunął się cień olbrzyma, choć Gewałt nie miał pewności, czy rzeczywiście go widział.
Burdelmama westchnęła.
— W ogóle czasy są ciężkie. Ludzie biedni, podatki wysokie, zima długa, a każdy chce taniej.
Wskazała głową boczny pokój.
— A ten płaci z góry. Gotówką. Nie targuje się. Zostawia solidny napiwek. I wraca.
Gewałt obejrzał się na drzwi.
— Tylko panienki nie wyglądają na zachwycone.
Burdelmama przesunęła paznokciem po krawędzi kubka.
— One zawsze marudzą. A tamtą się nie przejmuj — kiwnęła w stronę okna. — Ona sama nie wie, czego chce. Jutro będzie narzekać, że ma za mało klientów albo że jej za mało zapłaciłam.
Dziewczyna przy oknie rzuciła burdelmamie krótkie spojrzenie, ale nic nie powiedziała.
Burdelmama machnęła ręką.
— I daj sobie spokój z tym zabijaniem. Wiem, że cię te kmioty przysłały. Ale z nich nawet złamanego szeląga nie wyciśniesz. A z nim możesz pogadać. Ma kasę i to miły gość. Najlepiej tak, żeby dalej wracał.
Gewałt oparł przedramiona o stół.
— Mam negocjować warunki korzystania z waszych usług?
Kobieta wzruszyła ramionami i przyglądała się z uwagą swojemu kubkowi. Przez chwilę siedzieli w ciszy.
Z pokoju dobiegło kolejne głuche uderzenie. Potem staccato krótkich uderzeń. Poza tym zza drzwi nie dochodziło już nic.
Gdzieś na piętrze ktoś zawołał, żeby uważać na lampę.
Burdelmama dolała Gewałtowi wina i spojrzała na niego spod oka.
— Mam wolne dziewczyny.
Gewałt spojrzał na kobietę z ręcznikiem na włosach, potem na tę, która cerowała pończochę. Obie nagle wyglądały na bardzo zajęte.
— Słyszałem, że nieczynne.
Burdelmama obejrzała go od twarzy po buty. Jej spojrzenie na chwilę zatrzymało się na dwóch rękojeściach wystających zza pleców.
— Dla ciebie możemy zrobić wyjątek. Wyglądasz mi na uczciwego.
Kobieta z pończochą zachichotała pod nosem. Burdelmama uśmiechnęła się szerzej.
— Dam ci rabat.
Gewałt pokręcił głową.
— Może innym razem. Przyjechałem do pracy.
Z pokoju dobiegł donośny, przeciągły, głęboki jęk.
Potem nagle zapadła cisza.
Burdelmama przechyliła głowę.
— O.
— Co?
— Chyba zaraz skończy.
Komentarze (1)
:-)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania