Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Pod Złamanym Kilofem. Rozdzial VIII — Zamek.
Droga do zamku prowadziła łagodnie pod górę. Przez pierwsze pół mili nie różniła się niczym od wszystkich innych dróg w księstwie. Była błotnista, rozjeżdżona przez wozy i miejscami tak głęboka, że koń musiał wybierać przejście między koleinami z większą ostrożnością niż niejeden człowiek wybierał żonę.
Dopiero kilkaset kroków przed zamkiem wszystko nagle się zmieniało.
Błoto kończyło się niemal jak odcięte nożem.
Dalej prowadziła szeroka, równa droga wyłożona płaskim kamieniem. Kamienie były dobrze dopasowane, rowy oczyszczone, a pobocza wysypane drobnym żwirem.
Gewałt obejrzał się za siebie. Kilka kroków dalej kończyła się cywilizacja. Przed nim zaczynała się reprezentacja. Jak się domyślał, do tego miejsca był dobry widok z okien zamku.
Zamek stał na łagodnym, lecz wyraźnym wzniesieniu ponad wsią. Zbudowano go z ciemnego, ciężkiego kamienia. Wszystko było masywne i pozbawione delikatności. Cztery narożne wieże wznosiły się ponad murami, każda nakryta stromym dachem. Na jednej powiewała chorągiew księcia, tak duża, że przy słabym wietrze wisiała bez życia i przypominała brudne prześcieradło.
Całość otaczała fosa. Nie była szeroka, ale wystarczająco głęboka, by zniechęcić człowieka rozsądnego i wystarczająco cuchnąca, by zniechęcić każdego innego.
Most zwodzony był opuszczony.
Po obu jego stronach stali strażnicy w kolczugach i czerwonych kaftanach z herbem księcia. Jeden opierał się o włócznię. Drugi dłubał sobie czymś między zębami. Obaj wyprostowali się dopiero wtedy, gdy Gewałt znalazł się kilkanaście kroków od bramy.
Haracjusz czekał już przy wjeździe, oparty o ścianę strażnicy.
Powoli zdjął rękawice i trzymał je w jednej dłoni.
Jeden ze strażników podszedł do Gewałta.
— Kto zacz? — zapytał.
Haracjusz dał mu w pysk rękawicami, aż hełm zabrzęczał, i strażnik usunął się natychmiast na bok. Haracjusz nawet na niego nie spojrzał.
— Ze mną — rzucił w kierunku Gewałta.
Przejechali przez most.
Kopyta konia zadudniły głucho na grubych deskach, a chwilę później stukot zmienił się w twardy, równy rytm na kamieniach dziedzińca.
W środku panował ruch.
Wozy stały pod ścianami. Służący nosili skrzynie, beczki i kosze. Dwóch chłopców ciągnęło coś ciężkiego na płachcie grubego płótna, kłócąc się przy tym, który z nich ciągnie bardziej. Kobieta w fartuchu przebiegła przez dziedziniec z naręczem bielizny. Ktoś krzyczał z okna na pierwszym piętrze. Z otwartych drzwi stajni dobiegało rżenie koni, stuk podków i przekleństwa stajennego.
Po lewej stronie dwóch żołnierzy ćwiczyło walkę drewnianymi mieczami.
Po prawej służący próbował dogonić gęś. Gęś wygrywała te wyścigi.
Haracjusz zeskoczył z niskiego kamiennego stopnia i machnął ręką na chłopaka stojącego przy stajni.
— Ty. Zajmij się koniem.
Chłopak podbiegł. Haracjusz dał mu rękawicami w pysk i chłopak skłonił się pokornie.
Gewałt zsiadł.
— Ostrożnie z nim. Kopie. I gryzie.
Stajenny spojrzał na konia, potem na Haracjusza i kiwnął głową energicznie.
Haracjusz ruszył już w stronę głównego budynku.
— Chodź.
Gewałt poprawił miecze i ruszył za nim.
Weszli przez szerokie drzwi okute żelazem i znaleźli się w chłodnym, kamiennym korytarzu.
W środku było ciemniej niż na dziedzińcu.
Ściany pokrywały stare arrasy, miejscami wyblakłe, miejscami naderwane. Przedstawiały bitwy, polowania i ludzi, którzy najprawdopodobniej od dawna nie żyli, ale nadal wyglądali na niezadowolonych.
Haracjusz szedł szybko. Znał zamek jak swoją kieszeń.
Minęli kuchnię, z której dochodził zapach pieczonego mięsa i cebuli, potem wąskie przejście, dwóch strażników i szerokie schody prowadzące na piętro.
— Musisz tutaj zostawić miecze — rzucił Haracjusz.
Gewałt zdjął z pleców oba miecze wraz z uprzężą.
Strażnicy odebrali broń z szacunkiem. Haracjusz zadbał o odpowiedni poziom szacunku, dając w pysk rękawicami. Po kolei, jednemu i drugiemu.
Na górze hałas był coraz większy. Najpierw pojedyncze głosy.
Potem kilkanaście. Potem cały gwar.
Kiedy Haracjusz otworzył ciężkie podwójne drzwi, Gewałt zrozumiał, skąd dochodził.
Sala tronowa była ogromna.
Wysoki strop wspierał się na ciemnych belkach. Po obu stronach wisiały chorągwie i tarcze z herbami. Na końcu sali, na podwyższeniu, stał tron. Pusty.
Przed nim zebrał się tłum.
Chłopi, mieszczanie, żołnierze, służba, kilku lepiej ubranych ludzi i paru takich, którzy wyglądali, jakby przyszli tylko dlatego, że nie mieli nic lepszego do roboty.
Wszyscy mówili naraz. Ktoś się kłócił. Ktoś przeklinał. Ktoś domagał się sprawiedliwości. Ktoś domagał się zwrotu kozy.
Powietrze było ciężkie od potu, mokrej wełny, błota, dymu, czosnku i ludzi stojących zbyt blisko siebie.
Gewałt zatrzymał się przy wejściu.
— Przyjemnie tu. Tylko trochę śmierdzi gnojem.
Haracjusz pchnął lekko dwóch chłopków stojących przed nimi. Odwrócili się do niego i otrzymali w pysk rękawicami. Przejście zrobiło się natychmiast. Gewałt pokiwał głową i mruknął:
— To już jest niezłe teatrum.
— Poczekaj, aż zaczną się sądy — odparł Haracjusz z uśmiechem.
Na środku sali stało kilku urzędników przy długim stole zawalonym papierami. Jeden coś liczył. Drugi pisał. Trzeci próbował uspokoić dwóch mężczyzn, którzy najwyraźniej zamierzali rozstrzygnąć swój spór bez udziału księcia.
Przy bocznej ścianie stali strażnicy. Obok nich czekał herold z długą srebrną trąbą.
Gewałt rozejrzał się po sali.
— A gdzie książę?
Haracjusz wzruszył ramionami.
— Książę zawsze się spóźnia.
— Dlaczego?
— Żeby wszyscy wiedzieli, że mogą czekać. Poza tym on uwielbia mieć wejście.
Jakby na potwierdzenie tych słów rozległ się nagle przeciągły dźwięk trąby.
Rozmowy ucichły. Nie całkiem. Ale wystarczająco.
Drugi herold podniósł własną trąbę.
Odpowiedział mu jeszcze głośniejszy sygnał.
Strażnicy wyprostowali się. Urzędnicy odsunęli papiery.
Ludzie zaczęli przepychać się na boki, tworząc wąskie przejście przez środek sali.
Haracjusz pochylił się lekko w stronę Gewałta.
— Teraz patrz.
Boczne drzwi otworzyły się. Najpierw weszło dwóch strażników.
Za nimi herold. Potem książę. Szedł powoli. Bardzo powoli.
Miał na sobie ciemny, bogato haftowany kaftan, szeroki pas i ciężki płaszcz zarzucony na jedno ramię. Na głowie nosił niewielką koronę. Twarz miał napiętą, brwi ściągnięte i spojrzenie tak groźne, jakby właśnie zamierzał skazać połowę sali na śmierć, a drugiej połowie podwyższyć podatki.
Nikt się nie odzywał.
Książę przeszedł środkiem sali, nie patrząc na nikogo. Wszedł na podwyższenie.
Odwrócił się. Usiadł na tronie. Przez kilka sekund trwała kompletna cisza.
Potem spojrzał na zebranych z miną człowieka, któremu właśnie przerwano coś znacznie ważniejszego.
— No dobra — powiedział. — Zaczynajmy.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania