Poprzednie części:  Rozdział 3

Rozdział 10

Powietrze o poranku miało w sobie ostrość potłuczonego szkła. Odetchnąłem głęboko, czując, jak mróz szczypie mnie w płuca. Założyłem ciężkie, robocze rękawice i od dwóch godzin pracowaliśmy z Paulem ramię w ramię, przerzucając worki z paszą i wymieniając wypaczone od wilgoci deski w zachodnim ogrodzeniu. Praca fizyczna oczyszczała umysł, chociaż moje lewe ramię ze starą blizną zaczynało już tępo pulsować od wysiłku.

Byliśmy w połowie wybiegu, naciągając gruby drut, kiedy usłyszałem chrzęst żwiru.

Na podjazd wtoczył się pick-up ze straży leśnej. Młody Perry wyskoczył z szoferki niemal w biegu, ściskając pod pachą pękatą teczkę. Wyglądał, jakby całą noc ładował w siebie tanią kofeinę. Ruszył prosto na nas z wypiekami na twarzy, gotowy wyrzucić z siebie wszystko, co znalazł w aktach.

Zignorowałem go. Zaparłem się butami o zmarzniętą ziemię i naciągnąłem stalową linkę najmocniej, jak potrafiłem.

– Wbijaj – rzuciłem krótko do Paula.

Ranczer zamachnął się i z głośnym trzaskiem wbił skobel ciężkim młotkiem, zabezpieczając drut w drewnie. Dopiero wtedy puściłem naciąg. Spojrzałem na Paula, wycierając pot z czoła wierzchem skórzanej rękawicy.

– Obiecałem ci, że skończymy ten odcinek, zanim zajmę się czymkolwiek innym – powiedziałem spokojnie, patrząc mu prosto w oczy. – I zamierzam dotrzymać słowa.

Paul opuścił młotek. Spojrzał na mnie znad ronda kapelusza, a potem przeniósł wzrok na zdyszanego Perry'ego, który stał zaledwie kilka kroków od nas, przebierając nogami z niecierpliwością. Nie musieliśmy o tym rozmawiać. Fakt, że kazałem śledztwu czekać na to, by pomóc mu w zwykłej, brudnej robocie, znaczył w jego świecie więcej niż jakiekolwiek deklaracje.

Dopiero wtedy odwróciłem głowę w stronę strażnika.

– Czekaj przy wozie, Perry. Zostały nam jeszcze trzy przęsła.

Chłopak zamrugał, ewidentnie zbity z tropu. Zerknął nerwowo na teczkę w swoich dłoniach, z której wręcz wylewały się papiery.

– Ale Adam, ja mam to nazwisko. Znalazłem tego gościa...

– Powiedziałem: czekaj przy wozie – uciąłem lodowato, całkowicie gasząc jego entuzjazm. – Morderca nie ucieknie w ciągu najbliższych dwudziestu minut.

Perry przełknął ślinę, kiwnął posłusznie głową i wycofał się do swojego pick-upa, krzyżując ramiona na klatce piersiowej. My wróciliśmy do pracy. Paul nie skomentował tego ani jednym słowem, ale podał mi kolejną deskę z niemal niezauważalnym, aprobatywnym skinieniem głowy.

Zanim zdążyliśmy dobić ostatni gwóźdź, na podjazd wjechał drugi samochód – pordzewiały, biały van z długą drabiną zamocowaną na dachu. Z kabiny wysiadło dwóch potężnych facetów w usmarowanych sadzą kombinezonach. Zmierzali w stronę opuszczonego domku dla pracowników na tyłach rancza.

Paul wytarł twarz, zdejmując rękawice.

– Ekipa od komina – mruknął, obserwując ich z dystansu. – Miało ich tu być wczoraj, ale w Blackwood czas płynie inaczej. Muszę ich wpuścić i pokazać, co jest do wymiany.

Skinąłem głową, zrzucając swoje rękawice na stos starych desek.

– Zajmij się nimi. Ja jadę do miasta z młodym.

Zrzuciłem robocze ciuchy, wziąłem kurtkę i wsiadłem do pick-upa Perry'ego. Zanim strażnik zdążył w ogóle otworzyć usta, rzuciłem:

– Jedziemy do miasta. Muszę zjeść coś normalnego, a ty musisz się napić czarnej kawy, bo wyglądasz, jakbyś miał zaraz zemdleć z niewyspania.

Jechaliśmy przez kilka minut w ciszy. Blackwood powoli budziło się do życia, choć słowo „życie” w tym miejscu oznaczało raczej ponurą rutynę. Główne skrzyżowanie było błotnistą rynną, po której toczyły się ciężkie, ubłocone pick-upy. Z kominów niskich, drewnianych budynków unosił się gęsty dym, mieszając się z zapachem sosnowych igieł i taniego diesla. Nad tym wszystkim górowało pasmo Flathead – majestatyczne, ośnieżone i całkowicie obojętne na ludzkie problemy.

Kierując się do centrum, zauważyłem pod stacją benzynową stary, pordzewiały van pomalowany w wyblakłe kwiaty. Z okna wychylała się dziewczyna z dredami, a chłopak w wełnianym ponczu tankował paliwo. Obok, przy wejściu do sklepu, stało dwóch drwali. Palili papierosy i mierzyli hipisów wzrokiem pełnym tak czystej, prymitywnej pogardy, że niemal dało się ją poczuć w powietrzu. To miasteczko było zamkniętym ekosystemem, który nienawidził obcych. Idealne miejsce, by ukryć własne brudy i zrzucić winę na kogoś z zewnątrz.

Perry bębnił palcami o kierownicę, ewidentnie szukając sposobu, by zrzucić z siebie napięcie.

– Jak to robisz? – zapytał w końcu, nie odrywając wzroku od wyboistej drogi. W jego głosie nie było już podziwu chłopca z prowincji, tylko zwykłe, ludzkie zmęczenie. – W L.A. Morderstwa, te wszystkie akta... Widzisz to na co dzień. Jak po czymś takim wracasz do domu i po prostu idziesz spać?

Spuściłem wzrok na boczną szybę.

– Nie idziesz po prostu spać, Perry – odpowiedziałem spokojnie. – Zostajesz z tym. Uczysz się to pakować do ciasnych szuflad w głowie, zamykasz na klucz i masz nadzieję, że zamek wytrzyma do emerytury. A potem, pewnego dnia, łapiesz się na tym, że idąc po bułki do sklepu, automatycznie szukasz dróg ewakuacji i patrzysz ludziom na dłonie, zamiast w oczy.

Młody strażnik pokiwał powoli głową, trawiąc moje słowa.

– Paul miał rację – mruknął cicho. – Jesteś gliną do szpiku kości. Nawet tutaj.

Zatrzymaliśmy się przed starym dinerem "Big Puff", przypominającym z zewnątrz blaszany, zardzewiały wagon porzucony na poboczu szosy. W środku pachniało spalonym tłuszczem, mocną kawą i starym, wytartym linoleum. Było ledwie po ósmej, więc lokal świecił pustkami, nie licząc tych dwóch starych drwali pijących piwo przy barze.

Zajęliśmy boks na samym końcu, z dala od okien. Perry natychmiast wyciągnął teczkę, ale nie zdążył jej otworzyć, bo nad naszym stolikiem wyrosła kelnerka.

Miała może czterdzieści parę lat. Jej ciemne włosy były spięte w niedbały kok, a w kącikach oczu malowały się głębokie zmarszczki od zbyt częstego mrużenia powiek na tutejsze słońce i ludzkie kłamstwa. Na plakietce przypiętej do różowego, wyblakłego fartucha widniało imię "Susan".

Wyciągnęła notes, ale zamiast spojrzeć na Perry'ego, wbiła ten swój twardy, prześwietlający wzrok prosto we mnie. Miała oczy kogoś, kto widział w życiu za dużo rozbitych nosów i pustych butelek, by bawić się w kurtuazję. Od razu przypomniała mi doktor Reed – policyjną psycholog z L.A. Susan miała ten sam rodzaj chłodnej, analitycznej obojętności podszytej brutalną szczerością.

– Nie jesteś stąd – stwierdziła szorstko, nalewając mi kawy z dzbanka, zanim w ogóle o nią poprosiłem. – Z reguły turyści nie zaglądają tu przed sezonem wędkarskim. A ty nie wyglądasz na kogoś, kto przyjechał łowić pstrągi. Wyglądasz na kogoś, kto ma za dużo ciężkich myśli przed śniadaniem.

– Jajka sadzone, bekon i więcej tej kawy – odpowiedziałem spokojnie, ignorując jej zaczepkę.

Parsknęła krótkim, suchym śmiechem.

– Jasne, detektywie. A dla ciebie, Perry? Znowu tosty, czy w końcu zamówisz coś, po czym nie będziesz wyglądał jak niedożywiony kojot?

– Tylko kawę, Susan, dzięki – odburknął młody strażnik. Kobieta odwróciła się na pięcie i odeszła za bar.

Dopiero wtedy Perry otworzył teczkę i przysunął ją po wytartym blacie w moją stronę.

– Zrobiłem, jak kazałeś. Skupiłem się na głównym tartaku. Właściciel to stary znajomy szeryfa, więc musiałem to wyciągać okrężną drogą, przez księgową – zniżył głos. – Mamy trafienie, Adam.

Zajrzałem do papierów. Ze zdjęcia z prawa jazdy patrzyła na mnie twarz faceta po trzydziestce, z opuchniętymi oczami i twardą, zaciętą szczęką.

– Garrett Cole – przeczytał z notatek Perry. – Operator ciężkiej ładowarki. Dwa dni temu zniknął z roboty w połowie zmiany. Wsiadł w swojego pick-upa i po prostu odjechał. Wczoraj wieczorem widziano go w barze "Pod Łosiem". Wlewał w siebie burbon, jakby jutra miało nie być. Trzęsły mu się ręce, a kiedy ktoś znajomy zapytał, co mu jest, wpadł w furię i wyszedł.

Podniosłem wzrok znad zdjęcia.

– Jeździ ciężkim sprzętem... Ma siłę, powód, by pić do upadłego, i zniknął z roboty akurat wtedy, gdy samochód Jessego znalazł się w krzakach.

– To nie wszystko – Perry nachylił się jeszcze bliżej. – Sprawdziłem jego akta. Garrett Cole miał w przeszłości problemy z agresją. Ale to, co jest najciekawsze... Pięć lat temu szeryf Reynolds osobiście wyciągnął go z aresztu za jazdę pod wpływem, a całą sprawę po cichu zatuszowano.

Mój umysł gliny zatrzasnął się na tej informacji jak stalowa pułapka.

– Masz adres tego Cole'a? – zapytałem cicho.

– Stara przyczepa na obrzeżach, niedaleko żwirowni.

Susan wróciła z talerzem ociekającym tłuszczem i postawiła go przede mną z głośnym stukotem grubego, taniego szkła. Spojrzała na rozłożone akta, po czym z ciężkim westchnieniem wytarła ręce w fartuch.

– Zsuńcie te papiery na brzeg – rzuciła znużonym, całkowicie obojętnym tonem, dolewając mi kawy z dzbanka. – Rozlejecie to cholerstwo, a ja nie mam zamiaru potem szorować rozmazanego atramentu z blatu. Smacznego.

Odwróciła się na pięcie i po prostu odeszła za bar.

Przesunąłem teczkę z powrotem w stronę Perry'ego i wziąłem do ręki widelec.

– Schowaj to – powiedziałem płasko. – Zjedz coś, bo zaraz padniesz. Za dwadzieścia minut jedziemy złożyć wizytę panu Cole'owi.

Pół godziny później zjechaliśmy z głównej drogi na wyboisty, szutrowy trakt prowadzący w stronę starej żwirowni. Krajobraz stawał się tu coraz bardziej surowy. Las urwał się gwałtownie, ustępując miejsca księżycowemu terenowi, otoczonemu zwałami szarego żwiru i porzuconymi, pordzewiałymi maszynami.

Przyczepa Garretta Cole’a stała na samym końcu tej drogi. Rdza przeżerała blachę na krawędziach, a okna były do połowy zasłonięte prowizorycznymi roletami. Z boku, na klepisku wylanym przepracowanym olejem, stał masywny, poobijany Dodge.

Kazałem Perry'emu zatrzymać wóz kilkadziesiąt metrów dalej, pod osłoną skarpy. Zapadła ciężka cisza, przerywana tylko stygnięciem nagrzanej blachy.

Zanim zdążyliśmy ustalić plan, drzwi przyczepy otworzyły się z hukiem.

Zlustrowałem faceta policyjnym okiem. Garrett Cole wyglądał jak zdesperowany zwierz, zapędzony w kozi róg. Był wielki, zbudowany jak niedźwiedź, w opiętej flanelowej koszuli. Jego twarz wydawała się opuchnięta od alkoholu. Wyrzucił na pakę pick-upa pękatą, wojskową torbę z taką wściekłością, że uderzyła w burtę z głuchym łoskotem. Zapalił papierosa drżącymi rękami, rozglądając się nerwowo po pustkowiu.

Perry odpiął pas z nerwowym trzaskiem i już łapał za klamkę, kiedy położyłem ciężką dłoń na jego przedramieniu.

– Czekaj – rzuciłem twardo. – Nie mam już odznaki, Perry. W świetle prawa hrabstwa jestem zwykłym cywilem. Nie mogę mu wejść na posesję, nie mogę go przycisnąć do muru ani przeszukać mu wozu. Patrzę, ale nie dotykam. Jeśli to zrobię, szeryf Reynolds zniszczy te dowody szybciej, niż zdążysz spisać raport. Zrozumiałeś?

Strażnik przełknął ślinę.

– Więc... co ja mam zrobić?

– Jesteś prawem w tym lesie, więc się tak zachowuj. Idziesz tam sam. Pukasz. Przedstawiasz się grzecznie i pytasz, czy wszystko u niego w porządku, bo słyszałeś, że nie było go w robocie. Jesteś po prostu troskliwym strażnikiem na rutynowym obchodzie.

– A ty?

– Ja oprę się o maskę tego wozu i zapalę papierosa – odpowiedziałem chłodno. – Zmuś go, żeby wyszedł na zewnątrz. Obserwuj jego ręce. Szukaj błota z komuny. Sprowokuj go czymś głupim. I najważniejsze... jeśli facet ma broń, przepraszasz za najście i odchodzisz.

Perry wypuścił drżące powietrze przez zaciśnięte usta. Poprawił kaburę.

– Dasz radę, młody – rzuciłem płasko. – Idź. Ja ubezpieczam.

Wysiadłem z wozu, opierając się ciężko o maskę, i wyciągnąłem z kieszeni papierosa. Perry zamknął drzwi i ruszył po żwirze w stronę przyczepy. Szedł trochę za sztywno, ale z każdym krokiem starał się narzucić na siebie maskę pewnego siebie strażnika.

Dźwięk miażdżonych pod butami kamieni sprawił, że Garrett Cole odwrócił się gwałtownie. Z tej odległości widziałem, jak całe jego potężne ciało natychmiast się spina. Lewa ręka drgnęła w stronę paska, zanim umysł zdążył zarejestrować, że zbliża się do niego chłopak w zielonym mundurze.

– Spokojnie, Garrett! – rzucił Perry, unosząc dłoń w otwartym geście. Zatrzymał się w bezpiecznej odległości. – To tylko ja. Strażnik Perry.

Cole stał w bezruchu, oddychając ciężko. Jego wzrok przeskoczył z chłopaka na mnie – opartego o wóz cywila, który spokojnie odpalał papierosa. Drwal zmrużył zasznurowane alkoholem oczy.

– Czego tu szukasz, Perry? – warknął nienaturalnie niskim głosem. – To teren prywatny.

Młody włożył kciuki za pas.

– Wiem. Przejeżdżałem obok. Szefostwo tartaku dzwoniło do biura. Podobno zniknąłeś z roboty. Wybierasz się gdzieś? – Perry kiwnął głową w stronę załadowanej paki Dodge'a.

Cole przetarł twarz potężną dłonią.

– Wziąłem wolne. Muszę załatwić parę spraw na południu – rzucił szybko. Jego wzrok znowu uciekł w moją stronę. – Kim jest ten facet z tobą?

– Turysta. Złapał kapcia na stanowej, podwożę go do miasteczka – Perry skłamał gładko, robiąc pół kroku w stronę Dodge'a, by przyjrzeć się oponom. – Wyglądasz fatalnie, Garrett. Jesteś pewien, że nie potrzebujesz pomocy? Podobno wczoraj zdemolowałeś bar.

Drwal zesztywniał. Jego dłonie zacisnęły się w pięści. Z mojej loży widziałem to dokładnie: głębokie, jeszcze świeże zadrapania na knykciach i przedramionach. Zrobiły to ostre gałęzie.

– Nic mi nie jest – syknął Cole, robiąc agresywny krok w stronę Perry'ego. Był od niego o głowę wyższy. – A teraz wracaj do pilnowania wiewiórek, młody, i zjeżdżaj z mojej ziemi.

Perry podniósł obie ręce do góry. Zobaczył to samo co ja – na przednim zderzaku Dodge'a widniała głęboka, jasna rysa, a w nadkolach zaschło charakterystyczne, gliniaste błoto.

– Już mnie nie ma. Spokojnej drogi na południe, Garrett.

Strażnik odwrócił się na pięcie, kontrolując tempo, i pewnym krokiem wrócił do radiowozu. Cole stał przy swoim pick-upie jak posąg, wpatrując się w nas z morderczą paniką w oczach, dopóki nie wsiedliśmy do środka.

Zamknąłem drzwi, wyrzucając niedopałek przez okno.

– Zarysowany zderzak. Błoto w nadkolach – powiedział Perry, odpalając silnik z trzęsącymi się od adrenaliny rękami. – I te zadrapania na dłoniach. Widziałeś?

– Widziałem – mruknąłem. – Pan Cole właśnie pakuje resztę swojego życia, żeby uciec z Blackwood. Spisał się na medal, młody. Zmusiłeś go do ruchu.

– Do jakiego ruchu? Przecież on zaraz stąd wyjedzie.

– Nie wyjedzie – powiedziałem spokojnie. – Zbyt się boi. Sam czytałeś jego akta, Perry. Ktoś w tym mieście już raz wyciągnął go z szamba, a on właśnie zrozumiał, że znowu w nie wpadł. Zanim stąd ucieknie, pojedzie do kogoś, kto kryje mu tyłek, żeby prosić o ratunek. Zjedź na pobocze za zakrętem i zgaś silnik. Zobaczymy, pod czyje drzwi zaprowadzi nas ten strach.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania