Poprzednie częściRozdział 3

Rozdział 4 Imago

Poranek po tamtej nocy był… zwyczajny. I to uderzyło mnie mocniej niż jakakolwiek konfrontacja, do której układałem sobie w głowie scenariusze.

Zbiegając po skrzypiących schodach, moje mięśnie wciąż były napięte. Oczekiwałem, że Paul będzie drążył. Że spojrzy na mnie z litością, zapyta o krzyki, o to, przed czym uciekam. Wszedłem do kuchni gotowy na obronę. Paul stał przy piecu. Nawet nie odwrócił głowy.

– Kawa w dzbanku – rzucił tylko swoim niskim, porannym głosem, dorzucając grube polano do ognia. – Pij szybko. Śnieg zwiało pod same drzwi stodoły, musimy to odrzucić, zanim konie zaczną wariować.

Zamarłem z ręką na uchu kubka. Żadnych pytań. Żadnego współczucia. Tylko robota do zrobienia. Wypuściłem powietrze, o którym nawet nie wiedziałem, że je wstrzymuję, i poczułem, jak ten pieprzony, paranoiczny węzeł w moim żołądku odrobinę puszcza. Zima w Montanie nie pytała o twoje demony, po prostu kazała ci przetrwać. I to był dokładnie ten rodzaj terapii, którego potrzebowałem.

Następne dwa tygodnie zlały się w ciąg fizycznej, mroźnej rutyny, w której byliśmy skazani wyłącznie na siebie. Odśnieżanie, rąbanie drewna, naprawa pękniętych od mrozu rur w stajni. Pracowaliśmy w ciszy, ale ta cisza zmieniła swój ciężar. Przestała być terytorium dwóch obcych samców, którzy się nawzajem sondują. Stała się wspólnym rytmem. Kiedy ja podnosiłem ciężką belkę, Paul bez słowa wsuwał pod nią wspornik. Kiedy on mocował się z zamarzniętym łańcuchem, ja podawałem mu palnik, zanim w ogóle zdążył o niego poprosić.

I właśnie w tej monotonii, kiedy mój zniszczony, policyjny radar w końcu przestał bez przerwy skanować otoczenie w poszukiwaniu zagrożenia z L.A., zacząłem zauważać detale. Drobne anomalie w obrazie prostego, prowincjonalnego ranczera, za jakiego brałem Paula od pierwszego dnia.

Zauważyłem książki. Regał w salonie nie był tanią atrapą z wyprzedaży. Stały tam grube tomy, od klasyki po historię, a wiele z nich miało zagięte rogi. Paul czytał je wieczorami, w półmroku, z okularami wsuniętymi na nos, wyglądając przy tym tak naturalnie, że łapałem się na tym, iż przyglądam mu się o kilka sekund za długo.

Zauważyłem też porządek. W tym domu nie było chaosu, rzuconych byle gdzie brudnych ubrań czy pustych butelek po piwie, co stanowiło normę u chłopaków takich jak Mitch czy Carl. Paul miał zasady.

I był jeszcze zapach.

Któregoś wieczoru minęliśmy się w wąskim korytarzu. Włosy miał jeszcze wilgotne po prysznicu. Zrobiłem krok w bok, wciskając się w futrynę, żeby go przepuścić. Kiedy przechodził tuż obok, poczułem to. Spodziewałem się ostrego, chemicznego mydła, którym faceci tacy jak Mitch zmywali z siebie gnój i pot. Ale Paul pachniał inaczej. Wytrawnie. Był to surowy zapach wysuszonego drewna, dymu i wyprawionej skóry. Bardzo oszczędny, suchy, bez grama taniej słodyczy.

To był głupi detal. Drobnostka. Ale mój zwichrowany, policyjny mózg od razu wyłapał ten zgrzyt. Zwykły, zaharowany kowboj, który po czternastu godzinach harówki przykłada wagę do tego, jak pachnie. To był kolejny element układanki, który za cholerę nie pasował mi do obrazu prostego człowieka z prowincji.

Ten kruchy, zimowy azyl trwał w najlepsze, aż do momentu, w którym mróz na chwilę zelżał, a drogowcom udało się przebić pługiem przez zaspy na głównej drodze do miasteczka.

Było południe, trzy dni przed Świętami. Siedziałem w kuchni, wycierając do sucha naczynia, kiedy usłyszałem trzaśnięcie drzwi od podwórza. Paul wszedł do środka i rzucił kluczyki od wozu na drewniany blat.

Przetarłem oczy. Nie miał na sobie ubłoconych buciorów, drelichu ani wytartej flaneli. Zamiast tego założył czarne, dopasowane chinosy, czyste buty i grubą, idealnie skrojoną skórzaną kurtkę w stylu cafe racer, która opinała jego szerokie ramiona. Wyglądał w niej tak, jakby zaraz miał odpalić klasyczny motocykl gdzieś na asfalcie, a nie pick-upa z toną gnoju na pace. Przez chwilę po prostu gapiłem się na niego, zapominając, co trzymam w rękach.

– Zbieraj się, miastowy – powiedział, zapinając zamek pod samą szyję. – Jedziemy do miasta.

Spojrzałem na niego z ukosa, odkładając ścierkę. – Po co? Zapasów w spiżarni starczy nam do wiosny.

– Bo tobie kończą się papierosy, mi kończy się cierpliwość do patrzenia, jak chodzisz z kąta w kąt, a poza tym na rynku jest dzisiaj jarmark – odparł tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Jeśli mamy tu razem przetrwać resztę zimy bez wydrapania sobie oczu, musisz czasem zobaczyć żywych ludzi.

Chciałem odmówić. Instynkt gliny z San Pedro znowu zapulsował z tyłu głowy, każąc mi unikać tłumów, kamer i niepotrzebnych pytań. Ale Paul stał tam, przyglądając mi się swoimi ciemnymi oczami, a ja uświadomiłem sobie, że od miesiąca moją jedyną rzeczywistością były śnieg, konie i on. Wziąłem kurtkę z wieszaka.

Kiedy pół godziny później zaparkowaliśmy w centrum, uderzyło mnie ciepło i gwar. Główny plac tonął w żółtych światłach rozwieszonych między drzewami. W powietrzu pachniało cynamonem, dymem z ognisk i pieczonym mięsem. Z głośników płynęła jakaś stara, country-świąteczna nuta. To był kompletnie inny świat niż betonowe, deszczowe ulice San Pedro.

Szedłem krok za Paulem, odruchowo trzymając ręce w kieszeniach, gotowy na to, że ktoś w końcu rzuci nam wrogie spojrzenie. Ale działo się coś zupełnie odwrotnego.

Co kilka metrów ktoś go zatrzymywał. Paul zbijał piątki z facetami w znoszonych stetsonach, uśmiechał się do kobiet podających grzany cydr, a lokalny zastępca szeryfa podszedł do niego tylko po to, by podziękować mu za pożyczenie ciężkiego sprzętu do odśnieżania dróg stanowych. Widziałem, jak ludzie na niego patrzą. Z czystym, nieskrywanym szacunkiem.

A potem zatrzymaliśmy się przy stoisku z gorącą czekoladą, obsługiwanym przez starszą, siwą kobietę o twarzy pooranej życzliwymi zmarszczkami.

– Paul! – zawołała, podając mu parujący kubek. – Myślałam, że w tym roku śnieg całkiem odetnie twoją dolinę. Znowu Święta bez nikogo specjalnego u boku? Żadnego przystojnego kawalera, którego w końcu przyprowadziłbyś na moją świąteczną kolację?

Zesztywniałem. Oczy odruchowo powędrowały w stronę kobiety, szukając w jej głosie złośliwości, ukrytej drwiny, czegokolwiek, do czego przyzwyczaiło mnie L.A. Ale tam nie było nic poza szczerą, sąsiedzką troską.

Paul wziął kubek, uśmiechając się szeroko i ze spokojem odwrócił głowę w moją stronę. – W tym roku stawiam na spokojny wieczór przed kominkiem, Martha – odpowiedział, a jego wzrok zatrzymał się na mnie na ułamek sekundy dłużej, niż powinien. – Ale nie będę sam. Adam potrafi zjeść za trzech, więc jeśli masz jeszcze to ciasto z pekanami, chętnie wezmę dwa kawałki.

Kobieta spojrzała na mnie, mrużąc wesoło oczy. – Wygląda na takiego, co potrzebuje domowego jedzenia. Dbaj o niego, Paul.

Odeszliśmy od stoiska w milczeniu. Ścisnąłem swój papierowy kubek tak mocno, że mało go nie zgniotłem. Z każdym krokiem docierało do mnie, jak bardzo byłem ślepy. Ten facet nie ukrywał niczego. Całe miasteczko wiedziało, z kim sypia Paul z rancza w dolinie, i miało to głęboko gdzieś, bo bardziej liczyło się to, jakim jest człowiekiem.

Spojrzałem na niego, gdy profil jego twarzy oświetlały żółte lampki z nadmuchiwanego Mikołaja. Wziął łyk czekolady, nawet na mnie nie patrząc.

– Następnym razem – odezwałem się chrapliwie, przerywając ciszę między nami – kiedy będziesz zamawiał ciasto za moimi plecami, upewnij się, że nie nienawidzę orzechów.

Paul w końcu na mnie spojrzał. Z kącików jego oczu zniknęło napięcie. Roześmiał się cicho, głęboko, a z jego ust uleciał obłok białej pary.

– Zanotowane, detektywie.

I w tamtej chwili, po raz pierwszy od bardzo długiego czasu, stojąc w tłumie obcych ludzi, poczułem, że mogę po prostu odetchnąć.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania