Sklep rzeczy utraconych - rozdział 9b
— Oczywiście. Jeśli potrzebuje pani chwili spokoju, na piętrze jest ciszej.
Eveline zerknęła w stronę schodów.
— Dziękuję.
Lucien skinął głową, a Eveline ruszyła w stronę sali, ale po kilku krokach skręciła między dwie grupy gości i przyspieszyła.
Na schodach nikt jej nie zatrzymał. Muzyka cichła z każdym stopniem.
Korytarz ciągnął się w obie strony, oświetlony kilkoma lampami ustawionymi pod ścianami.
Eveline ruszyła w lewo. Ostatnie drzwi po lewej. Nacisnęła klamkę, jednak ta nie ustąpiła.
Eveline obejrzała się przez ramię. Korytarz był pusty. Zapukała. Raz, cicho.
W środku nic. Potem zgrzyt klucza. Drzwi uchyliły się na tyle, żeby mogła wejść, i zamknęły się za nią, zanim zdążyła się odwrócić. Nikogo nie było naprzeciwko.
Lampa na biurku paliła się przykręcona, ledwie na tyle, żeby czytać. Drzwiczki szafki pod półkami stały otworem, a na podłodze leżały trzy teki, rozłożone jedna przy drugiej.
Vaelen stał przy ścianie, po stronie zawiasów, z ręką na klamce.
— Miała pani zostać na dole.
— Lucien przeniósł papiery ojca — powiedziała. — Do biblioteki.
Palce Vaelena zacisnęły się na klamce. Za drzwiami rozległy się kroki. Oboje zamilkli.
Vaelen zaczekał, aż ucichną, i dopiero wtedy powiedział szeptem:
— Ile osób widziało, jak pani wychodziła?
— Lucien. Sam mi to zaproponował.
— Powiedział pani sam, gdzie są dokumenty?
— Nie pytałam ani o gabinet, ani o dokumenty.
Vaelen przez chwilę nic nie powiedział. Potem odłożył tekę na właściwe miejsce, wyrównał stos papierów i domknął szufladę biurka.
— Gdzie jest biblioteka?
— Nie wiem.
Vaelen spojrzał na drzwi.
— W takim razie będziemy musieli ją znaleźć.
Vaelen wyszedł na korytarz pierwszy. W tej samej chwili na jego końcu otworzyły się drzwi.
Pojawił się w nich mężczyzna, poprawiając mankiet. Eveline poznała go od razu — ten sam, który przy wejściu odwrócił się od Vaelena i zajął się rozmową z sąsiadem. Na ich widok zatrzymał się.
Vaelen objął ją lekko w pasie i pochylił się do jej ucha, jakby obecność mężczyzny przeszkodziła im w czymś znacznie bardziej osobistym.
Eveline zesztywniała na ułamek sekundy, zaskoczona dotykiem. Zaraz potem zmusiła się, żeby nie odsunąć.
Mężczyzna popatrzył na nich chwilę dłużej niż wypadało. Potem uśmiechnął się kącikiem ust i zszedł na dół.
Vaelen zabrał rękę. Eveline wygładziła suknię w pasie. Ruszył dalej korytarzem, naciskając po kolei każdą klamkę.
Pierwsze drzwi były zamknięte. Drugie prowadziły do pustego salonu. Trzecie ustąpiły. Za nimi była biblioteka.
Kiedy weszli do środka, Vaelen zamknął za nimi drzwi i przekręcił klucz. Eveline rozejrzała się po pomieszczeniu.
Oszklone regały sięgały sufitu, a przed wysokimi oknami stały dwa ciężkie stoły. Na jednym leżały otwarte książki i kilka gazet. Przy drugim ustawiono trzy duże drewniane skrzynie.
Pierwsza skrzynia zawierała korespondencję. Druga rachunki, wymieszane z zeszytami rozliczeń domu. Trzecia była pełna teczek związanych sznurkiem, wrzuconych bez widocznego porządku.
Vaelen zaczął wyjmować je po kolei.
— To zajmie godzinę — powiedziała Eveline.
— Nie mamy godziny.
— Więc niech pan przestanie.
Zatrzymał się. Eveline uklękła przy skrzyni, wyjęła cztery teczki naraz i rozłożyła je na podłodze przed sobą.
— Nikt nie opisuje takich teczek na wierzchu — powiedziała. — Data jest na pierwszym dokumencie w środku. Zawsze.
Rozwiązała pierwszą, zajrzała, odłożyła na lewo. Drugą na prawo. Trzecią na lewo.
Po czterech minutach miała przed sobą dwa rzędy.
Dwadzieścia jeden lat temu. Dwadzieścia. Dziewiętnaście.
— Tutaj.
Vaelen przykucnął obok niej. Eveline otworzyła kolejną teczkę. Listy przewozowe, opłaty portowe, nazwy statków. Druga wyglądała podobnie. Trzecia była wyraźnie cieńsza.
Pierwszy dokument nosił datę sprzed dziewiętnastu lat.
Następny sprzed siedemnastu.
Przewróciła jeszcze kilka stron.
— Brakuje roku.
Ramiona jej opadły. Cofnęła się do pierwszej strony i przejrzała wszystko jeszcze raz, wolniej. Potem resztę teczek.
Nic.
Vaelen jej nie przerwał. Czekał, aż skończy.
Eveline wyprostowała się i spojrzała na dno skrzyni.
Leżało tam kilka luźnych kartek, które wysunęły się spod sznurków. Rachunek za magazyn. Pokwitowanie naprawy nabrzeża. Trzecia była złożona na pół. Rozprostowała ją. Był to fragment zestawienia transportów. Górną część strony ktoś oderwał, ale kilka ostatnich pozycji pozostało czytelnych. Numery. Daty. Nazwiska przewoźników. Eveline przesunęła palcem w dół i zatrzymała się.
— Maret.
Przy nazwisku widniał numer.
47-B.
Dalej krótka adnotacja.
Veyr. Punkt północny.
Przeczytała ją jeszcze raz.
— Veyr.
Vaelen nie odpowiedział. Spojrzała na niego. Jego twarz była spokojna.
Z dołu dobiegł wybuch śmiechu, a zaraz po nim brawa. Taniec się skończył. Vaelen spojrzał w stronę drzwi.
— Musimy wracać.
Eveline nadal trzymała kartkę.
— Co tam jest?
— Jeśli będziemy mieli szczęście, nic.
Oddała mu dokument. Vaelen złożył go na pół i wsunął do wewnętrznej kieszeni surduta.
Czterdzieści siedem B. Eveline powtórzyła to sobie dwa razy, tak jak powtarzała numery cechów, kiedy nie miała pod ręką notesu.
Zeszli osobno, w odstępie kilkunastu kroków, tak jak schodzą ludzie, którzy nie byli razem. Lucien stał u podnóża schodów z kieliszkiem w dłoni.
— Panno Vale. Widzę, że lepiej się pani czuje.
— Znacznie. Dziękuję.
— To dobrze. — Lucien uniósł kieliszek. — Mówiłem, że na górze jest ciszej.
Odszedł w stronę sali, zanim zdążyła odpowiedzieć.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania