Upadły Anioł - Rozdział 11

Jaskinia nie była duża, przynajmniej nie w poziomie. Kończyły ją drewniane schody, oświetlone, jak zwykle pochodniami. Niby demony idą z duchem czasu, a jednak nie używają elektrycznego światła w takich miejscach. Oszczędność, a może podkreślenie klimatu?

Astaroth powoli zaczęła schodzić w dół, do każdego jej kroku wtórowało pojedyncze skrzypniecie. Kto wie, ile to miało lat... Musiałem ją dogonić, posiadałem odwagę, miałem siłę, ale wraz z upadkiem otrzymałem jeszcze jedną niechcianą umiejętność.... Strach... Uczucie przenikające aż do szpiku kości, zmuszające serce do szaleńczego galopu, paraliżujące wszystkie mięśnie. Coś, co potrafi przyćmić wszystko, od euforii po wielki gniew. Nie odczuwałem paniki, przynajmniej nie teraz, pomimo tego wolałem mieć towarzystwo kogoś na poziomie znajomego. Astaroth nie ufałem, pomagała mi z sobie znanych powodów. Jak mawiają, lepszy rydz niż nic.

— Poruszasz się dość swobodnie po tym przybytku, czyżbyś tu już była? — szepnąłem, rozglądając się dookoła. Przez setkę poskręcanych schodów w dół prócz litej ściany nic nie widziałem.

— Nie musisz szeptać... Tu wyjść można tylko z demonem. Po co pilnować złamany i łatwy do kontroli produkt? — Jej szybkość pokonywania stopni zadziwiała. Krąg chciwości raczej nie obfitował w windy, czy też portale. Znając jego władcę, nie musiałem nawet gdybać, że tak się przedstawiał stan rzeczy. — Bywałam tu z orszakiem Amona, gdy dokonywał inspekcji. I to nie jeden raz, mogłabym policzyć każdą rysę w tych ścianach. Lucyferowi bardzo zależy na tej inwestycji. Za małą cenę zyskujemy naprawdę wiele. I przede wszystkim wy, znaczy się anioły, nie mogą nic zrobić. Wszyscy tutaj są z własnej woli, nikt nikogo nie porywa. Powiedziałabym, że prędzej wabią, niż zmuszają. — Zamilkła na chwilę, gdy dotarliśmy do celu. Smród, który nas owionął, był jak gęsta masa, zwalająca z nóg. Pomimo "zapaszku" i hałasów, skala obiektu budziła podziw, długa alejka prowadząca do nieprzeniknionej ciemności oraz odnogi z licznymi pomieszczeniami. Spojrzałem do pierwszej komnaty, gdzie na zimnej podłodze leżała brudna, naga kobieta. Drżała, jak osika, lecz nie z zimna. Oczy przekrwione, cera blada, tylko reszta ciała nietknięta, wsparta zapewne eliksirami, czy też magią. Umierała z przedawkowania narkotyków, czy innego świństwa, dałbym jej minuty, albo i mniej. Zabawka, już zupełnie niepotrzebna. Dziwne, w takim wypadku powinni oddać ją szaleńcowi... O czym ja do cholery myślę... Zaczynam przesiąkać tutejszą zgnilizną.

— Ulubiona dziewczyna... Była gwiazda, musiała służyć dłuższy czas... O jeden złoty strzał za daleko. Nie można ciągle unikać przeznaczenia...— Spojrzała w jej stronę.

— Czemu tak myślisz? — Zupełnie nie wyglądała na vipa. Gorzki koniec jak na kogoś ważnego.

— Tutaj nikogo się nie chowa. Jak mówiłam recykling, jednak niewielu ginie naturalnie, czy też spokojnie kona.

— To ma być wyróżnienie? — Coś we mnie pękło. — Ta nastolatka została wykorzystana, jak lalka w sklepie, a teraz cała brudna kona w jakieś ciemnej jaskini... Bez godności i prywatności.

— Wiedziałam, że tak będzie... — westchnęła głośno. — Ta nastolatka ma jakieś... — Kucnęła obok i chwile poobserwowała. — Powiedziałabym, że osiemdziesiąt, albo więcej...

— Żartujesz... — Dołączyłem do oględzin. Dla mnie wyglądała na osiemnaście albo mniej. Biała Europejka z północy.

— Tu nic nie wygląda na to, jakie jest. — Usłyszałem znajomy głos. — Ruszcie dupy z mojej drogi i dajcie mi jej pomóc. Nie widzicie, że ta duszyczka cierpi? To nie obiekt muzealny, banda nieczułych idiotów. — Jan nie zmienił się w ogóle. Długa, siwa broda, czarna bandana na głowie i brązowy gruby fartuch kowalski. Ustąpiliśmy mu miejsca. Klęknął przed umierającą dziewczyną i nie okazując obrzydzenia, chwycił za jej klejące dłonie. — Niech pan wybaczy twe winy i pozwoli oglądać swoje królestwo. Idź w pokoju, duszyczko, nadszedł czas twego spokoju. — Poczułem, jak użył magii. Twarz umierającej rozpogodziła się, jakby odczuła ogromną ulgę. Jakiś czas później jej oczy straciły swój blask, a kowal delikatnie je zamknął.

— Czyżbyś przerzucił się na kapłana, kurduplu? — spytała moja towarzyszka, gdy Jan skończył odprawiać modły.

— Jeśli byłoby trzeba, zostałbym nawet damą do towarzystwa, cholerno demonico... Zobaczmy, co my tu mamy... — Spojrzał na naszą dwójkę. — Archanioł bez skrzydeł, aureoli i łaski oraz ekstrawagancką demonicę, oprowadzającą go, niczym po kurorcie. Czyżby na środkowym świecie zmieniło się aż tak bardzo, gdy mnie nie było? A może góra i dół to teraz jedno?

— Można tak powiedzieć... Czy jest tu miejsce, by w spokoju porozmawiać? — Wolałem nie wpaść na Lilith albo jakiegoś służącego. A była na to duża szansa, stojąc w przedsionku.

— No tak, gdzie moje maniery. Chodźcie za mną. — Jak na osobę niskiego wzrostu, poruszał się bardzo szybko, ledwo nadążałem, za jego ruchami. Dotarliśmy do jego pracowni. Pojedyncze łóżko, wielki piec i inne wyposażenie. Tu jak we wszystkich pomieszczeniach nie było drzwi. — Skoro już tu jesteś, znaczy, że potrzebujesz mojej pomocy. Nie jestem pępkiem świata, czy też wielkim mędrcem, ale trochę oleju w głowie mam. Nikt nie zapuszcza się tutaj z własnej woli, oprócz tych nieszczęsnych dusz. A anioły raczej nie są masochistami, by tutaj chodzić. Jestem zdziwiony, Urielu, że nadal trzeźwo myślisz i nie słaniasz się na nogach. Wprawdzie już od wielu lat panuje zakaz przetrzymywania aniołów, lecz raczej wątpię, by sukkuby z gwardii przybocznej nie skorzystały z osłabionego boskiego wysłannika. Te babsztyle biorą wszystko, co się rusza. Jeszcze jakieś z tysiąc lat temu może bym z tego skorzystał, ale teraz jestem za stary na takie harce.

— Nie wyglądasz na stolarza...

— Jakiego stolarza? — Szybko mi przerwał. — Gdzie ja do roboty w drewnie...

— Taka plotka chodzi w niższej hierarchii demonów — wtrąciła się Astaroth.

— Ha! A to dobre... Co prawda zrobiłem kilka zabawek ze spróchniałego drewna, ale żeby zaraz stolarz? — Z uśmiechem na twarzy gładził brodę. — Trafiłem tutaj przypadkiem, kiedy jakaś paniusia obiecywała mi złote góry. Wzięła mnie za człowieka, wprawdzie nic nie podpisywałem, ale zostałem tutaj. Pomagam tworzyć przedmioty codziennego użytku, daje ukojenie cierpiącym. Wreszcie czuje, że jestem potrzebny, a nie jak robot z młotem w ręku.

— Co to w ogóle za miejsce? Loch? Więzienie? — Wprawdzie moja towarzyszka tłumaczyła mi w czasie podróży na dół, ale nadal w pełni tego nie rozumiałem.

— To? Ukryta część utopii na górze. Mieszkają tu niewolnicy cyrografu, którzy w zamian za wieloletnią służbę mogą zyskać jedno życzenie. Haczyk tkwi w czasie, Nikt im nie napisał, ile trzeba odsłużyć, jednak powiem ci, że większość jest z tego zadowolona i chętnie się na to godzi. Nie ryzykują własną duszą, a warunki pracy są w miarę znośne. — Podszedł do stołu i wziąwszy fajkę, zaczął ją nabijać tytoniem. Był dosyć dziwnym aniołem, tworem Boga. Bez skrzydeł, bez wielkich mocy, z niewyparzonym jęzorem i prostym obyciem.

— Teraz to ja nie rozumiem... Jestem demonem tak długo i pierwsze słyszę, by nazywać cyrografem coś takiego. — Oparła się o ścianę i spoglądała na życie tutejszych mieszkańców. Mimo brudu, zmęczenia wyglądali nawet dobrze, a widziałem wielu niewolników. Tych tutaj określiłbym, jako bogaczy, patrząc na niektóre kraje starożytności, czy też współczesne.

— Cyrograf to wynalazek Lycyfera, to umowa oparta nie na ludzkich prawach, a na boskich, dlatego tak ciężko go unieważnić. Jednak nie każda umowa podpisana krwią musi dotyczyć zapłaty w duszy. Kiedyś w czasach, gdy ty Urielu uczyłeś się od Boga, a Astaroth była małym aniołkiem, najlepsi z ludzi zawierali umowy z aniołami, podpisując się specjalnym piórem. W teorii miało to zapewnić nie tylko opiekę, jak to bywa z każdym, ale "klient" dostawał moce anioła oraz jego mądrość i wszelaką pomoc w każdym możliwym znaczeniu tego wyrazu. Niestety szybko z tego zrezygnowaliśmy. Tak wielka potęga plugawiła każdego, a niektórym zabierała życie. Tworzyliśmy wielkich despotów, dyktatorów, którzy na szczęście ginęli w odmętach czasu. Teraz w dobie tego internetu tuszowanie takich spraw byłoby niemożliwe. Cyrograf powstał właśnie na podstawie takich umów, nie był od zawsze, jak to mogłoby się wydawać ludziom. Specjalne pióro zostało zmienione na znacznie bardziej praktyczną krew i dopisano cenę w postaci duszy. Wraz z upływem czasu powstawały inne umowy, o których się nie mówi, bez ostatecznego poświecenia, wymaga to znacznej ilości krwi "ofiary", ale w porównaniu do utraty duszy, to nic. Tu na dole są właśnie takie osoby, ich kontrakt może zostać zmodernizowany w każdej chwili. Każdy jest gotów, by zyskać luksusy i znaleźć się wyżej... Nawet jeśli stracą całą swoją godność i dumę. Ostatecznie i tak wrócą tutaj, konający albo martwi. Nawet wtedy ich ciała nie pozostaną w spoczynku... — Zadumał się na chwile, wypuszczając co jakiś czas kłęby dymu. — Dobra, pogadaliśmy, na mój temat, a teraz wy. Co się stało na samej górze, że archanioł wyrwał sobie skrzydła i stracił świętość?

Zacząłem więc swoją historię, nie pominąłem niczego, nawet szaleństwa wewnątrz mnie. Trochę to potrwało, nim skończyłem.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Kavita 4 miesiące temu
    Znów ja ;) Fajnie, że wśród "prawych" aniołów znalazł się taki mały gagatek - oczami wyobraźni go widzę i bardzo podoba mi się jego postać. Czekam na kontynuację :)
  • krajew34 4 miesiące temu
    Dzięki za wizytę i komentarz

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania