Upadły Anioł - Rozdział 17

Po otwarciu oczu nie było pięknej ratowniczki, czy też miłosiernego samarytanina. Leżałem w błocie z ciałem niezdolnym do jakiegokolwiek ruchu. Już nie pamiętam, którą już z kolei porażkę miałbym dołączyć do swej listy. Może takie lekcje przydały się w skruszeniu ego i strąceniu z tronu pychy? Przez tysiąclecia tępienia demonów popadłem w skrajność, co do oceny swej mocy. Kto pokonałby takiego archanioła, który działa na zlecenie samego Boga? I to nie było jedyne takie zdanie w mej głowie.

Teraz wydawało się to śmieszne. Spróbowałem zrobić cokolwiek, lecz próżny był to wysiłek. Ból skutecznie ukrócił wszelkie próby, nawet nie spoglądałem z pomocą magii w obrażenia wewnętrzne. Ach, ile dałbym za papierosa, by móc uspokoić zszargane nerwy.

Tuż obok mnie powoli wschodziło słońce, niedługo ludzie ponownie wyjdą, by doświadczyć dziennego życia. Zlecą się do mnie jak muchy... Karetka, szpital... Próbki, odkrycie stulecia i rola królika doświadczalnego. Żyć nie umierać.

— Długo będziesz się użalał? — Usłyszałem ponury, aczkolwiek znajomy głos. Nie sądziłem, że największa niewiadoma niebios zaszczyci mnie swoją obecnością. Niestety aktualny kąt obserwacji, pozwolił na ujrzenie nagich stóp w rzemykowych sandałach.

— A daj mi spokój... Istna plejada gwiazd. Fanatyk, samotniczka i kto następny? Jeszcze tylko Jehudiela i Gabriela brakuje... No, chyba że teraz zmiana i czas na demony. — Było mi wszystko jedno, ponownie popadłem w otępienie i obojętność. Zresztą nie wiedziałem, czego mogę się spodziewać po tej kobiecie. Zawsze sama, nietowarzyska, pełna sekretów, niepasująca do reszty archaniołów. Była jedyną niewiastą w naszym gronie, choć na witrażach w kościołach, czy też w innych księgach przedstawiali ją jako mężczyznę.

— Wojowniczy, jak zwykle... — odparła cicho. Pstryknęła palcami, zmieniając całe otoczenie. Zamiast błota pod plecami, poczułem miękką trawę, delikatny wiatr powodował, przechodzące przez całe ciało zimno, tylko świecące słońce zapobiegało hipotermii.

— Czego boska opiekunka pragnie od upadłego? Nie mam nic do zaoferowania... Jeśli to dziwny fetysz, związany z zabijaniem... Wolałbym nie brać w tym udziału. — Zamknąłem oczy, oddając się ciepłym promieniom.

— Rola, którą dostałam, skutecznie uniemożliwia jakiekolwiek złe uczynki, Urielu. — Poczułem, jak siada obok mnie. Z ciekawości otworzyłem jedno oko, by zobaczyć, jak wygląda. Nawet w tym względzie odbiegała od innych. Błękitne włosy, barwy najczystszego oceanu, obcięte do połowy. Złote oczy, błyszczącego kruszcu, a nie zgniło złote, jak u wilkołaków. Niska, szczupła.

— Tylko nie mów, że masz testament Boga... Niczym w ludzkiej fikcji miałbym zrobić to, czy tamto. Żaden ze mnie heros, czy też bohater... Szczerze to w ogóle nie widzę powodu, by któraś ze stron miała mnie atakować, a mimo to robią. Żyłem sobie w spokoju, jak ludzie, nie wadziłem nikogo, a chwila później zlot niebieskich i czerwonych. Przypomina mi to piłkę nożną, gdzie ja robię za futbolówkę... — Czekałem, jakie tym razem nonsensy spadną na moją głowę.

— Bóg nie umarł, Urielu. To, że go nie widzisz i nie słyszysz, nie znaczy, że go nie ma. — Przed nami w spokoju posilały się zwierzęta, zupełnie ignorując naszą obecność.

— Swoje widziałem, Barachielu. I wierz mi, na żywego nie wyglądał. — Przed oczyma stanęła mi scena z niebiańskiego pałacu, rozmowa z Rafaelem i wyrzucenie przez portal. Nie miłe wspomnienia odżyły, raniąc me serce.

— Teraz postrzegasz rzeczywistość oczyma ziemskich, bożych dzieci. Koncentrujesz się wyłącznie na logice i na zmysłach, zapominając, że istnieją rzeczy znacznie wykraczające ponad takie pojmowanie. W takim stanie nie jesteś w stanie wypełnić bożego planu. — Powoli wstała, otrzepała tunikę z trawy i podeszła do małej sarenki. Uśmiechnęła się promienie i delikatnie zaczęła głaskać zwierzę. Nie sądziłem, że ujrzę na ponurej twarzy taki wyraz.

— Już mówiłem... Nie piszę się na żadne ratowanie świata... To domena wyobraźni ludzkiej. — Spojrzałem w niebo. Ponownie zostałem rozdarty. Nadziei trudno się pozbyć, zawsze kiełkuje w sercu.

— Od losu, zapisanego przez Stwórcę nie da się uciec. Nie dlatego, że scenariusz został już napisany, ale z powodu znajomości naszych dusz, charakterów, wad i zalet. Stworzył nam wiele dróg, byśmy mogli na którąś wstąpić. — Na chwile przerwała, by w spokoju pobyć ze zwierzętami. — Przypisując role archaniołom, doskonale znał nasze prawdziwe ja. Wiedział i nadal wie o naszych słabościach i zaletach. Nie lubię tłumów, hałasu, czy też długich rozmów, a jednak zostałam wybrana na opiekunkę.

— Znam twoją rolę... Zawsze wydawała się zbędna. Rafael był zarządcą, ja jego mieczem, Sealtiel dbał o prawo, Gabriel został posłańcem, a Jehudiel sprzątał po nas, gdy coś zepsuliśmy. A opiekun? Nigdy nie widziałem rezultatów. — Zawsze gdzieś znikała, każdy widział ją tylko ukradkiem. Czy coś robiła, czy działała z woli bożej? Tego nie wiedział nikt.

— Takie słowa to dla mnie komplement. — Jej twarz natychmiast uległa zmianie. Promienny uśmiech zastąpił ten ponury, przypominający demoniczny. — Bóg obdarzył mnie widzeniami, w których wysyła mi wiadomości, kiedy mam działać. Opiekuje się ludźmi, aniołami, demonami. Wieczna równowaga, jestem jej strażniczką. Tak jak o Rafaelu można powiedzieć prawa ręka Boga, tak ja jestem Jego lewą ręką. Niestety zostałam też zobowiązana do milczenia, więc nie potrafię ci udowodnić prawdy.

— Nawet jeśli... To nie zmienia faktów. Rafael przejął niebo i pewnie użył jakiegoś czary- mary, by Go uśpić. Kolejny raz to głupie, naiwne zaufanie doprowadziło Stwórcę do niezbyt ciekawego stanu.

— Zaufanie nigdy nie jest głupie. Bóg przypomina lekko zwariowanego artystę. Bywa i jest nieprzewidywalny w swych działaniach i myślach. Jesteś istotą małej wiary, skoro myślisz, że można Go omamić, czy też uwięzić. To wszystko to jeden wielki plan. Może uznał, że archanioły i reszta zeszły zbyt daleko od Jego ścieżki? Nawet niebiosa nie są idealne i wymagają zmian. Niektóre błędy można dostrzec, stojąc tylko na zewnątrz. Już i tak za dużo powiedziałam. — Ponownie pstryknęła palcami. Poczułem, jak krew wraca do ciała, kości się zrastają, a narządy wracają do normy. Trzeba będzie ponownie przemyśleć ranking archaniołów. Może najsłabsza jednak nie była najsłabszą?

Gdy mrugnąłem, stałem obok jeziora, a dookoła ludzie spoglądali na mnie z niechęcią. Jak zwykle niczego nie rozumiałem i niczego nie potrafiłem pojąć. Zbyt wiele dla prostego umysłu. Ruszyłem w kierunku sklepu z ubraniami. Musiałem przebrać się z tych podziurawionych, brudnych łachmanów. Jeszcze tego brakowało, by zgarnęła mnie miejscowa policja.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania