Upadły Anioł - Rozdział 21

Gdy skończyłem swoją opowieść zapadła cisza. Miałem nadzieję, że choć raz będzie inaczej i rozmówca z marszu, bez przemyślenia opowie, co o tym myśli. W międzyczasie, by nie wyjść na gbura, skoncentrowałem uwagę na filiżance i dzbanku, znajdujących się na stoliku. Nie powiem, zdobienia na nich cieszyły oczy i jednocześnie ciekawiły swoją tajemniczością. Skoro ja to zauważyłem, to musi coś w tym być.

— Jesteś pewien, przyjacielu, że to coś w twoim... — Zastanowił się na chwile, w końcu po sekundzie kontynuował, lecz znalezione słowo nie stanowiło tego, czego szukał — jestestwie to nie demon, albo inna nadnaturalna istota? Nasz świat bywa strasznie pokręcony i tylko pozornie zgłębiony.

— Jeśli mutacje, a raczej wymysł mej wyobraźni można nazwać nowym istnieniem, to możesz mieć racje. Jednak ja poprzestanę na swoim. — Podniosłem dzbanek do ust i bez ceremonialnie opróżniłem go z zawartości. Pogawędka trochę trwała, więc ciecz zdążyła ostygnąć. Gospodarz nawet nie zauważył tego braku kultury, co było mi na rękę. Niestety taka ilość nie wystarczyła, by wyzbyć się okropnego posmaku z ust.

— Jeśli tak to czeka cię iście syzyfowa praca, mój drogi. — Wstał i odstawił na wpół napełniony przedmiot. — Istnieje wiele konfliktów, jednak ten wewnętrzny to trudność wychodząca ponad skalę. Przegrasz, już nigdy nie będziesz taki sam. Szaleństwo zmienia nie do poznania i łamie nawet najtwardszych.

— Już przestaje liczyć, co może mnie zabić bądź pokonać. Już sama myśl przeraża... — Uśmiechnąłem się słabo. Im dalej w to brnąłem, tym byłem bardziej pewny... Nawet z wielką siłą i z miarę trzeźwym umysłem stanowiłem tylko marną istotę. Każda walka... Każde starcie... Tylko krwawa rzeź... Nie potrafiłem zmiażdżyć przeciwnika bez brudzenia rąk, czy też ranienia siebie.

Pożegnałem stwora, nie pytając go, czy udało się, czy nie. Ostatnimi czasy, zamiast działać, bić nieprzyjaciela, tylko narzekam, albo rozmawiam. Zupełne przeciwieństwo dawnego mnie.... Zresztą jak by coś poszło nie tak... Raczej powiedziałby mi, prawda? Ciekawe kogo ja właściwie pytam...

Godzinę później siedziałem w małym aucie, słuchając przesłodzonej relacji o nowo narodzonym wnuczku starszego małżeństwa. Wnętrze przesycone było zapachem wilgoci i dymu tytoniowego, a silnik nie brzmiał zbyt dobrze, choć i tak niezbyt mnie to interesowało. Splotłem ręce, po czym spróbowałem przybrać wygodniejszą pozycję. Wprawdzie już sama próba skazana była na klęskę, zważywszy na liczne pakunki obok mnie... mimo to umożliwiło to skonstruowanie dwóch zaklęć obrony i ataku. Seniorzy wyglądali na dobrych ludzi, jednak ile razy demony przybierały takie pozy? Nie potrafię zliczyć. Nadmierna ostrożność, a może już paranoja? Jedyny plus, że przepływ many wrócił do normy.

Myliłem się, ale taką rozmową mogliby spokojnie torturować amatorów mocnych wrażeń. Mało brakowało, a sen zamknąłby oczy. Miasto przede mną nie przedstawiało odstępstwa od normy. Ot średnia metropolia w nieznanym miejscu o zapomnianej nazwie. Uśmiechnięci ludzie mijali mnie, nawet nie spoglądając. Co jakiś czas jakieś dziecko przebiegło, głośno krzycząc do kolegi, albo koleżanki. Może te ciuchy od starszego państwa tak bardzo nie odstawały od współczesnych? Znoszone dżinsy, skórzana, ciemna kurtka z wytartym logiem jakiegoś klubu motocyklowego. Oj dziadek musiał mieć ciekawą przeszłość, dałbym sobie rękę uciąć, że wyciągnięta substancja w przeźroczystym woreczku, barwy nie do rozpoznania, nie służył jako proszek do prania...

Wzruszyłem ramionami i ruszyłem dalej. Mózg odczuwał lekki dyskomfort zgiełkiem i tłumem ludzi, jednocześnie bawiła mnie jedna, aczkolwiek ta sama rzecz. Pewien kontrast, ciemna i jasna strona ulicy. Tam, gdzie teraz wesoło biegają najmłodsi, gdzie pary spędzają miło czas, za dosłownie kilka godzin staną skąpo ubrane kobiety, a tuż obok zaczną dziać się ciemne interesy. Jakby ktoś stał, gdzieś w pobliżu i kręcił kółkiem niczym w rozkładanej książce. To nie moje miejsce i niekolejny cel.... Cel... Jaki właściwie on był? Uratować Boga? Ocalić świat? Przeżyć? Brzmi fantastycznie jak bohater sztampowej powieści bądź niskobudżetowej gry.

Czas wypala wszystko, począwszy na ciele, a skończywszy na wspaniałych ideach. Coś, co chciałem zrobić, co obrałem za wytyczne, po głębokim przemyśleniu, stawało się wręcz niewykonalne. Między mną a Rafaelem były tabuny aniołów i ich pomniejszych sług, dla nich nie różniłem się od demona, paskudny zdrajca, odrzutek, którego należy zlikwidować. Skąd u niebiańskich mieszkańców taka agresja? Gdy teraz spoglądam, wydaje się to nieco przesadzone, szczególnie patrząc na "naszą" reputacje wśród ludzi. Skrzydlaci przyjaciele, obrońcy, nosiciele woli Stwórcy... Z drugiej strony raczej nikomu nie przyjdzie do głowy współczuć demonom, zło należy tępić, wie to każda, nawet najlepsza istota.

W pobliskim automacie, używając gotówki, zakupiłem bilet kolejowy. Kliknąłem na chybił trafił, manewrując wśród nieznanych i nic mi niemówiących nazw, byle daleko. Zapamiętałem, o której i gdzie i wyjąwszy papierosa z nowej paczki, zapaliłem. Zapalniczka to niezwykle użyteczny przedmiot, ile ja musiałem się użerać z zapałkami... Nie żałowałem wydania przysłowiowego ostatniego grosza, w każdej chwili w ustronnym miejscu mogłem stworzyć odpowiednią ilość gotówki. Strach przed znalezieniem ustąpił miejsca pozornym poczuciu własnej siły, w końcu mając stabilną manę, co może pójść nie tak? Sam nadal nie wiem, skąd takie pierdoły przyszły mi do głowy.... Bezpieczeństwo w oparciu o własną siłę można włożyć między bajki. O czym miałem się przekonać znacznie później...

Pociąg z wierzchu przypominał standardowy pojazd szynowy, coś na pograniczu jeszcze nowego, ale wchodzącego po trochu w dział schodzącej farby i lekkiej rdzy. Chwile zajęło znalezienie odpowiedniego przedziału, wolałem podróżować sam, niż z bandą wrzeszczących cherubinków, albo ględzących kobiet. Poświeciłem kilka minut, ale zakończyłem swe działania sukcesem. Zakupiony w centrum handlowym ciemny plecak wraz z zawartością rzuciłem w kąt. Wycieczka w tamto miejsce nie była szczególnie interesująca, wszedłem, nabyłem, co trzeba i wyszedłem. Tyle. Zamknąłem okno, po czym usiadłem na skórzanym siedzeniu, licząc, że droga upłynie na obserwowaniu pędzącego krajobrazu. Jakże naiwne myślenie...

Gdy wagony ruszyły, rozległo się delikatne stukanie.

— Wolne? — Wychyliła się głowa z siwiejącymi włosami.

— Niech pani siada... — odparłem zrezygnowany. Ile bym dał za obszerny kapelusz, by móc naciągnąć go na oczy... A tu nawet czapki z daszkiem nie kupiłem... Byle kobieta nie chciała rozmawiać, byle zajęła swój umysł czymkolwiek, byle nie mną...

Następne częściUpadły Anioł - Rozdział 22

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania