Upadły Anioł - Rozdział 18

Płomień ogniska tańczył, jak czarownica próbująca uciec przed śmiertelnym żywiołem. W mych dłoniach jawiła się pięknie zdobiona filiżanka, z której unosił się aromat wyśmienitej herbaty, w tle przygrywał walc, a na parkiecie tańczyło monstrum w smokingu. Na czaszce można było dostrzec zadowolenie. Nie... Nie... Chwila moment. Ani nie byłem sadystycznym szlachcicem, ani wytwornym dżentelmenem, umiejącym docenić smaku naparu, a co tu dopiero mówić o muzyce.

Znajdowałem się w kryjówce ucznia Jana, po kilku naprawdę nudny tygodniach wreszcie miałem zobaczyć rezultat jego pracy. Nie sądziłem, że dłużej potrwa zbieranie energii, niż stworzenie artefaktu, jednocześnie gdzieś tam wewnątrz mnie tkwiła obawa, jak to będzie wyglądać. Czy będzie to ciężkie? Zegarek, bransoletka, a może coś zupełnie innego? Stwór, którego imienia nadal nie zapamiętałem, miał dość specyficzny gust, mówiąc delikatnie.

Na "twarzy" gospodarza trudno było odczytać jakikolwiek wyraz. To tak jakby wróżyć z kości zwierzęcia, czy można spodziewać się dobrej pogody. Niby istniała taka możliwość, ale po co? Po kilku minutach wreszcie skończył, nie wiedziałem, jak odnieść się do takiego rezultatu. W kościstych dłoniach trzymał... kose, której ostrze nawet w świetle pobłyskiwało złowrogo.

— Mówiłeś, że skończyłeś... A ja tu widzę tylko narzędzie dla jakiegoś rolnika... Już dawno nie miałem kontaktu ze wsią, jednak jestem na sto procent pewny, że wyszły już z użycia. — Upiłem łyk z filiżanki, ukrywając jednocześnie swoje zmieszanie.

— Mój przyjacielu, może i kosa to przeżytek dawnej epoki, jednakże nie straciła niczego ze swojego blasku. Ten silny fundament, który podtrzymuje wspaniałe ostrze. Idealnie nada się, wszak mówią na ciebie anioł śmierci — powiedział, oddając przedmiot w moje ręce.

— Anioł Śmierci... — Odstawiłem to, co miałem w ręce. Im dalej spoglądałem w przeszłość, tym mniej widziałem archanioła... Dobry demon to martwy demon. Jedyna maksyma, którą kierowałem się w starciu z "dawnymi" braćmi i siostrami. Nie interesowało mnie ich cierpienie, gdy rozbijałem dusze, powiedziałbym, że wręcz przeciwnie sprawiało to niezwykłą radość. W końcu były to sługi zła.

— Czyżbym wywołał nieprzyjemne wspomnienia? — spytał gospodarz, polerując śnieżnobiałą chustką zakrzywione ostrze.

— Coś w tym rodzaju — odpowiedziałem krótko, nie chciałem ciągnąć tematu, który powodował coraz to bardziej bolesne ukłucie w sercu. Dawny wizerunek anielskiego bohatera o niezrównanej sile oraz nieograniczonej dobroci rozsypał się niczym tafla szkła. Jak wiele rzeczy ulega zmianie, gdy spogląda się z innej perspektywy. — Dobra, kosa kosą, jednak prosiłem o zwyczajny artefakt, a nie oręż. Do czego mi broń, skoro mam magię?

— Śmiem wątpić w twoje mistrzowskie umiejętności posługiwania się maną i jej dziełami... Jesteście istotami prawie początku, może nie żyje tak długo, jak wy, jednak w świecie ponadnaturalnym wprowadzacie takie zamieszanie, że nie trudno pozyskać informacje na wasz temat. Weźmy przykład takiego ciebie. Specjalizujesz się w walce bliskiego kontaktu. Włócznie, topory, maczugi, a w szczególności miecze jednoręczne to twój podstawowy arsenał. Nigdy nie miałeś w ręce broni dystansowej, choć twoi pobratymcy od niej nie stronią. Co innego w "pracy", gdzie używałeś ludzkich broni do kamuflażu, mimo tego faktu, nie liczę tego do swych rachunków. — Wstał i wybrał jedną z licznych ksiąg, stojących na obszernych regałach. — Co do magii... Tu sprawa jest i była prosta. Działasz tylko i wyłącznie bazując na instynkcie, przez co jakoś twych zaklęć pozostawia wiele do życzenia. Podsumując. Przyjmując od ciebie zadanie, wiedziałem, że zwykły projekt nie wystarczy. Dla biegłego mistrza normalny naszyjnik, czy inna biżuteria idealnie spełni swe zadanie, twój ukochany brat Rafael używał do tego srebrnego pierścienia, kamuflując to złotą atrapą na szyi. Urielu, ty potrzebujesz czegoś innego, coś w rodzaju młota, a nie skalpela. Proste, a zarazem skuteczne. — Z głośnym trzaskiem zamknął tom. — A co pasuje do typowego barbarzyńcy? Oczywiście bez obrazy, przyjacielu, może i posiadasz intelektualne zainteresowania, o których ja nie wiem, mimo to na pierwszy rzut oka, przypominasz taką istotę. Chociaż jakby się zastanowić, nad samą definicją...

— Do rzeczy... Znowu odchodzisz od tematu. — Chciałem już wyjść z artefaktem. Bałem się, że wewnętrzne szaleństwo przybierze rozmiary, uniemożliwiające zażegnanie je magią.

— Wybacz, przyjacielu. Przeważnie prowadzę monologi z naturą, rzadko trafia się interaktywny słuchacz. — Zauważyłem na jego twarzy lekki wstyd. Albo była to po prostu tylko moja wyobraźnia? Sam nie wiedziałem. — Po pierwsze kosa będzie miała siedlisko w twej duszy, przez co naturalnie stworzy barierę, przez którą będziesz mógł przesiewać to i owo. Po drugie wchłonie szaleństwo, przez co twoja psychika zdobędzie podstawę, a po trzecie otrzymasz oręż, będący zawsze w zasięgu ręki. Niezniszczalny, prosty i śmiercionośny dla twych wrogów.

— Brzmi bajecznie, zbyt fantastycznie. Gdzie tkwi haczyk? — Jeśli coś brzmiało ładnie, cukierkowo, wyjęte żywcem ze słodkich tworów dla dzieci, zawsze miało drugie dno.

— Zaczynam zmieniać zdanie o tobie, przyjacielu. — Wolałem nie mówić, że raczej mam gdzieś jego opinie o mnie... — Broń przejmie to, co niewygodne dla ciebie, jednakże w chwili słabości, atak, który przybędzie z wnętrza ciebie, przyniesie ze sobą o wiele bardziej opłakane skutki. Wszystko zależy od woli...

— Czym to niby różni się od aktualnego stanu? Chcesz powiedzieć, że zmarnowałem tyle czasu, aby dostać zwykły bubel? — Stwór zaczął działać mi na nerwy.

— Ależ spokojnie... — Na całe szczęście nie dodał przyjacielu... Inaczej rozszarpałbym go na miejscu. A może powinienem to zrobić? — Różnica między teraźniejszością a przyszłością jest taka, że zyskasz swobodę w magii i w walce. Żadne bodźcie nie wzbudzą w tobie berserka, oczywiście, póki sam tego nie zechcesz i to dotyczy również podświadomości. I tu pojawia się pewne pytanie. Pozostaniesz w aktualnej sytuacji, czy podejmiesz ryzyko, stawiając czoła próbie, zdolnej pojawić się w nieodpowiednim miejscu i czasie? — Spojrzał na mnie, jakby chciał przewiercić mnie wzrokiem na wylot.

— A mam jakiś wybór? — Już dawno pogodziłem się, że zawsze miałem i będę mieć pod górkę. Taki los wybrał dla mnie Bóg.

— Zawsze jest wybór, różnią się tylko ich konsekwencje. Skoro tak, to pora przejść do odpowiedniego obrzędu... — Jego wypowiedź tylko spowodowała moją rezygnację z dalszego oporu.

— Strach się bać, co? — powiedziałem do siebie. — Prowadź.

— Niech tak będzie. — Nacisnął w odpowiedniej kolejności kamienie na kominku, otwierając tym przejście prowadzące do słabo oświetlonego pokoju. — Zapraszam.

Z deszczu pod rynnę, oby woda nie była zbyt lodowata... Wkroczyłem w ciemność, mając za plecami złowieszczego stwora, ukryte wrota powoli zamknęły się za nami. Niech Stwórca ma mnie swej opiece....

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • LBnDrabble 3 miesiące temu
    Zapraszamy do wzięcia udziału w Bitwie na Drabble!
    Dwa tematy i ogromny wachlarz twórczej wyobraźni.
    Można umieścić dwa tematy w jednym opowiadaniu lub pisać na jeden.
    # Uchylone drzwi
    # Diplodok i żyrafa
    Czas do 03 luty 2021 - godzina 23:59.
    Liczymy na Ciebie!!!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania