Upadły Anioł – Rozdział 3

Po włożeniu kombinezonu i napełnieniu zbiorniku z wodą czułem się, jak w filmie o zarazie i to takim kiepskim. Nie musiałem czekać, aż jeden z funkcjonariuszy otworzy kolejne kraty. Już dawno kilku mięśniaków je wyłamało, dopiero paralizatory, pozwoliły na obezwładnienie więźniów. Z daleka mimo maseczki dolatywał odór, przypominający pewne pole bitwy przy piekielnej bramie. Westchnąłem głośno i naciągnąłem gogle na oczy. Wolałbym walczyć z kilkoma arcydemonami, niż sprzątać ten syf...

No dobra, ponarzekałem, teraz czas na pracę. W środku nikogo nie było, oprócz jednej, bladej osoby. Posterunkowy miał co najwyżej dwadzieścia parę lat, nosił idealnie wyprasowaną, białą koszulę, na szyi wisiał czarny krawat. Nie zmienił nawet garniturowych spodni i gustownych, ciemnych butów. Spoglądał tępo z twarzą bez wyrazu, zupełnie nie wiedząc, jak się za to zabrać.

— Zamierzasz sprzątać w tym stroju? — spytałem, podchodząc bliżej.

— Woźny... Przepraszam, powinienem powiedzieć konserwator powierzchni płaskich... Regulamin... — bełkotał coś bez sensu. Funkcjonariusz przy celach miał rację, stary wepchnął młodego na minę, która prędzej wyrwie mu kończyny, niż go wzmocni.

— Żonaty? — spytałem, wskazując na obrączkę.

— Tak... Jesteśmy z Melanią miesiąc po ślubie. Dopiero stanęliśmy na nogi, a tu... — Młody praktycznie się rozpłakał, wskazując na źródło problemów. Jego reakcja była zrozumiała, pewnie liczyli każdy cent... Dodatkowe wydatki takie, jak nowa odzież do pracy, czy też czyszczenie tapicerki samochodu znacząco obciążą domowy budżet. Nie miałem serca zmuszać go do tej roboty.

Podniosłem dłoń w jego kierunku i z pomocą odrobiny magii uśpiłem go. Błękitny blask zajaśniał w jego oczach, by po chwili zniknąć. Posterunkowy nawet nie pisnął, przeniosłem nieprzytomnego pod ścianę. W głowie zaczęły pojawiać się jakby szepty, a ból delikatnie zaczął dawać o sobie znać. Zignorowałem to, lecz co teraz? W każdej chwili mógłby wpaść stary z niezapowiedzianą kontrolą. Smród na niego nie działał, a wizja złapania podwładnego na niesubordynacji, wprawiała go w stan ekstazy. Coś jednak zostało mi z anioła, wciąż nie potrafiłem całkowicie przymknąć oczu na potrzeby innych. Musiałem działać szybko, a z tym wiązało się ryzyko. Nie pierwsze i nie ostatnie.

Rozerwałem wewnętrzną blokadę i pozwoliłem mocy swobodnie płynąć, następnie tłumiąc blask, wyczyściłem magią każdy niemalże centymetr celi. Efekt zadziwiał, raczej wątpiłem, by kiedykolwiek była w takim stanie. Zadowolony z siebie, ruszyłem w kierunku swoich rzeczy, by spróbować zamaskować interwencję nadnaturalną.

„Pomocy! Boże, jeśli istniejesz, uratuj moją córkę! Nienawidzę cię! Ratuj! Już więcej tego nie zrobię, tylko daj jakiś znak! Popatrz tylko, zabiłem kolejne twoje dziecię”, w głowie zabrzmiały tysiące głosów, rozszarpując każdy zakamarek mego umysłu, na domiar złego na plecach pojawiły się skrzydła.

— Hej! — krzyknął funkcjonariusz z dyżurki. — Wszystko dobrze?

— Wszystko... w... porządku... Po... prostu... uderzyłem... się... w... głowę... — Było ciężko wymawiać każde słowo przez zaciśnięte zęby. Ledwie go słyszałem, właściwie zgadłem, o co chodzi. Powoli krok za krokiem ruszyłem w stronę kantorka. Najchętniej wybiegłbym na zewnątrz, na świeże powietrze, lecz istniało zbyt wielkie ryzyko spotkania kogoś, nie wspominając o kamerach. Choć wiedziałem, że to niemożliwe, by usłyszał, zacząłem modlić się do Niego. „Panie! Byle nikt tutaj nie przylazł, byle nikt tutaj nie przylazł, bardzo Cię proszę”, powtarzałem w myślach.

Wreszcie dłonią dotknąłem okrągłej klamki i otwierając drzwi, wpadłem z impetem do środka. Pomimo bólu, pamiętałem o zamknięciu za sobą. Potrzebowałem pozbyć się krzyków z mej głowy. W biurku był odpowiedni lek, którego koledzy z wydziału narkotykowego lepiej nie powinni znaleźć w rzeczach woźnego. Wieki zajęło dotarcie do celu, całe pomieszczenie wirowało, jak na głupiej karuzeli. Z ciężkim oddechem wysunąłem szufladę i wyciągnąłem biały proszek w przeźroczystej torebeczce. Niestety przy próbie otwarcia rozerwałem ją, pozostała ostatnia.

Czułem wszechogarniające szaleństwo, z ust zaczął wydobywać się niekontrolowany cichy chichot. Tym razem nic nie zepsułem, z makabrycznym uśmiechem na twarzy, z obłędem w oczach wsypałem zawartość wprost do gardła.

Całe ciało płonęło, żyły wściekle pulsowały, a serce z każdym uderzeniem, pragnęło wyjść na zewnątrz. Krzyki ludzi ucichły, lecz zamiast tego przyszła ochota na zabicie kogoś, na zniszczenie całego posterunku. Zacisnąłem pięść, czułem krew spływającą po dłoni. Z każdą sekundą jej przybywało, a ja słabłem. Chciałem krzyczeć, chciałem niszczyć, tylko sekundy dzieliły mnie przed złamaniem.

Dotoczyłem się obok zlewu, spojrzałem w lustro i wszystko, jakby znikło. Patrzyła na mnie moja własna twarz, tylko poprzecinana krwawymi nićmi, oczy ściemniały, pozbawione białka, a ze skrzydeł wypadały pióra, usta wykrzywione w uśmiech. Strach zalał każdy zakamarek ciała, upadłem spanikowany na podłogę. Nie istniała większa obawa, niż to, że anioł ulegnie spaczeniu, stając się demonem... Przynajmniej tak było ze mną.

Trochę minęło, nim w końcu opamiętałem się i postanowiłem sprawdzić swój stan. Narkotyk wciąż buzował w żyłach, potęgując wszelkie emocje. Chwyciłem za biurko, by wstać, niestety ręce tak drżały, że zrobiłem to za trzecim razem. Teraz wystarczyło spojrzeć w lustro. Pot ponownie zaczął brudzić i tak wyplamiony kombinezon. Najpierw dłonią spróbowałem wyczuć zmiany, dotykając całej głowy, dopiero w tym momencie uświadomiłem sobie, że musiałem już na początku zrzucić gogle. Nie znalazłem niczego podejrzanego. Głośno przełknąłem ślinę, pozostała tylko jedna opcja.

Powoli, jak w zwolnionym tempie przeniosłem wzrok na lustro. Oczyma wyobraźni widziałem demoniczną twarz i ogromne, zakrzywione rogi. Niczego takiego nie było. To samo odbicie, co zwykle, tylko skrzydła pozostały niezakryte. W okrojonej wizji pośród nieskazitelnej bieli zauważyłem czarny punkt. Rozwinąłem je i wyrwałem źródło mroku. Czarne pióro. Znak, że zbliżyłem się do niebezpiecznej granicy, tamta wizja mogła stanowić ostrzeżenie. Z ulgą spuściłem głowę i umyłem ręce, po ranach nie został nawet ślad.

— Proszę, proszę — zabrzmiał za mną damski głos. — Wykryłam anielską energię, miałam nadzieję na krótką rozrywkę z jakimś pionkiem, a tu gruba ryba.

— Astaroth — rzuciłem krótko. Nie musiałem spoglądać, by wiedzieć, z kim mam do czynienia.

— Urielu — odpowiedziała słodkim głosem. — Ile to już lat? Ostatnio widzieliśmy się...?

— W czasie rewolucji francuskiej, chciałaś doprowadzić do wielkiej rzezi obu stron...

Podeszła bliżej, aromat jej perfum wypełnił powietrze.

— Przecież i tak wygraliście... Z prostego ludobójstwa i masakry zrobiliście historyczne wydarzenie... — Położyła dłoń na moim ramieniu i wyszeptała. — W piekle krążą ciekawe pogłoski... Mówią, że wielki archanioł Uriel oszalał i stał się renegatem...

— Bzdury — odparłem, odsuwając się od niej. Podszedłem do szafki i zacząłem zmieniać ubranie.

— No nie wiem, nie wiem. — Skrzyżowała ręce i spoglądała w moim kierunku. — Wyglądasz marnie... Nie pozostało nic po dawnym wojowniku nieba... Nie widzę twojego naszyjnika, przed chwilą pod osłoną mocy schowałeś skrzydła, zamiast po prostu z pomocą magii wymazać swoją obecność... Nie wygląda to na kłamstwa, Urielu... Co na to Kasja? A może o niczym nie wie?

— Nie mieszaj jej do tego — warknąłem, zatrzaskując metalowe drzwiczki.

— Więc nie wie. — Roześmiała się.

— Czego ty naprawdę chcesz? — Skierowałem kroki w stronę diablicy. Nie zmieniła się, krótkie czarne włosy, sztuczne błękitne oczy, piękna twarz. — Sama widzisz, w jakim jestem stanie, to twoja szansa. — Rozłożyłem ręce na boki. — Śmiało.

— Mam inne plany, co do ciebie... — Na twarzy zagościł zagadkowy uśmieszek. Wiedziałem, że już coś pojawiło się w pięknej główce i raczej nie będę z tego zadowolony.

— O czym ty...

Przerwało mi wejście komendanta. Stary sprawiał wrażenie potulnego, zupełnie nie okazał zdziwienia na widok Azaroth.

— Tu pani jest, poruczniku Makarow... Przygotowaliśmy wymagane papiery...

— Poruczniku? — Lekko zdezorientowany, spojrzałem na szefa.

— Dziękuje, komendancie, zaraz przyjdę... Skończę tylko rozmawiać z panem Thomasem. Zapomniałam się przedstawić. Pan pozwoli. — Podała mi rękę. — Porucznik Misza Makarow, funkcjonariusz Spraw Wewnętrznych. Pan pozwoli, że dopiero teraz, ale muszę poznać rozmówce, nim przejdziemy do części oficjalnej... Więc teraz, pomijając wstęp, czas na właściwą konwersację. Zechce pan odpowiedzieć na kilka pytań?

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania