Upadły Anioł - Rozdział 15

Czarne, jak smoła schody prowadziły w głąb mrocznych czeluści. Nie miałem ochoty, tam schodzić, jednak co innego mi zostało? Za mną były tylko ściany z mięśni, ociekające dziwną mazią. Gdzie ja u diabła byłem? Mam nadzieję, że aby nie u tego wezwanego przed chwilą... Ruszyłem powoli, choć musiałem użyć wszelkich wewnętrznych sił, by to zrobić. Skoro początek tak wyglądał, to co będzie mnie czekać dalej?

Schody wraz z ich pokonywaniem zaczęły ulegać zmianie, raz pięły się do góry, raz w bok, by przy kolejnym razie przyprawić o mdłości, zmuszając do chodzenia z głową w dół. Wszystko wydawało się tak absurdalne, jakbym był w umyśle jakiegoś czubka. Gdy o tym pomyślałem, stanąłem w miejscu. Miałem nadzieję, że wniosek, który powstał w tej samej chwil, to była tylko głupia hipoteza...

— Witam w Urielolandzie! — Niemal z prędkością światła przede mną wyrosła karuzela z kolorowymi, różnymi zwierzętami. O zgrozo nie były to plastikowe twory... Poruszały głowami i kończynami, wydając dźwięki. Klaun siedzący na owcy, odziany był w długi smoking z pobrudzoną, białą koszulą, zbliżył się do mnie, zeskakując z dziecięcej atrakcji. — Nazwa, tak jak imię brzmi na śmieszny żart... Uriel... Co to kurczę jest? Lek na nietrzymanie moczu albo na chorą prostatę? Bóg chyba musiał cię nie lubić...

— Wesołku, może tak przystopuj? — warknąłem. Humor na poziomie dna... Durna maska klauna... Zaczynałem jednak powątpiewać w moją nadzieję... To wszystko mogło powstać tylko w jednym umyśle. — Nie dość, że codziennie denerwujesz mnie swoim chichotem, to teraz przyzywasz do siebie...

— Ding dong — zabrzmiał irytująco dla mych uszów. — Trafnie odgadłeś, gdzie i kim jestem... lecz zrobiłeś dwa błędy... A skąd wiem? Bo jestem, kim jestem, jak to mówi ten twój ukochany Bóg... Przynajmniej tak myślę, że tak to brzmiało. Wprawdzie wiesz kim, ale nie wiesz, czym jestem, dlatego nie zauważasz swej pomyłki. Czas więc na kwizzzzzzzzzzzz — W tle zabrzmiała tandetna melodia jednego z ogłupiających, telewizyjnych show, a scena ponownie uległa zmianie. Stałem przed pulpitem z czerwonym przyciskiem, a klaun trzymał w dłoniach mikrofon z długim, ciągnącym się po ziemi kablem.

— Co do jasn... — Nie dokończyłem, głośne buczenie zagłuszyło moją wypowiedź.

— Stracił pan pierwszą szansę... Przypominamy, że ma Pan tylko trzy próby. — Podszedł i zaczął klepać mnie po plecach. — Nie ładnie tak odpowiadać, zanim usłyszy się pytanie. — W moment wrócił na swoje poprzednie miejsce. — Czytam pytanie... Czy jeśli ożenisz się ze swoją macochą, to będziesz dla brata: a) ojcem b) ciotką czy c) kurczakiem? Prosimy wstrzymać się z odpowiedzią, gdyż było to pytanie dla widzów. Czekam na odpowiedzi pod numer: gówno cię to obchodzi o treści: podaj dalej. A twoje pytanie brzmi... Gdyby babcia miała wąsy, byłaby dziadkiem? I znów czekamy na odpowiedzi... Wiem, wiem. Niecierpliwisz się, lecz widownia uwielbia takie emocje. Słyszysz to? Bum bum bum. To twoje serce, czyżby nadmiar cholesterolu?

— Możesz już skończyć tę farsę? — Miałem ważniejsze rzeczy do roboty.

— Pan ważniak nie ma nawet odrobiny czasu na zabawę? Ach ta dzisiejsza korpomłodzież. Sami pracoholicy i tępi idioci. Niestety jest pan zmuszony dotrzymać nam towarzystwa. Tak więc finałowe pytanie... Czym jestem? A) demonem B) biskupem C) aktorem, pchającym się wszędzie czy... — Tu zbliżył się do mnie i ściągnął maskę. Przywitał mnie obraz żywcem wyjęty z łazienkowego zwierciadła. Zaskoczyło mnie to i jednocześnie przeraziło. — Czy może d) tobą? — Z uśmiechem godnym największego wariata wrócił na miejsce i założył maskę.

— Skończ już, jak dla mnie wyglądasz na zwyczajnego durnia i błazna...

— Tak, to była dobra odpowiedź. Jestem tobą...— Za nim rozwinął się wielki transparent z napisem "Gratulacje dla tępego".

— Bredzisz... — Dla mnie był zwyczajnym małym demonem, który musiał działać w ukryciu z powodu małej mocy. Tanie sztuczki i manipulacja.

— Demon... Jesteś mało zabawny, Urielu. Patrzysz przez "Judasza", choć możesz utworzyć drzwi. No dobra rozwińmy temat i powiedzmy wprost bez żadnych śmiechów i żartów. Stworzyłeś mnie, jestem twoim lustrzanym odbiciem, aniołku. Prawdziwym tobą schowanym za skrzydłami i piękną aureolą. Teraz nie masz ani tego, ani tego, a że cały czas myślałeś o upadku, narodziłem się ja. Jedyny i prawdziwy Uriel, dupek i cham, lubujący się w mordach i rzeziach. Kwintesencja wszechpotężnego anioła wojny. — Rozłożył ręce i z teatralnym gestem ukłonił się w pas.

— Masz niezłą gadkę, mały demonie, jednak nie sądzisz, że uwierzę w te bzdury? — Część mnie powoli zaczynała wierzyć w jego słowa. Nie znałem swojego umysłu, bo nigdy do niego nie zaglądałem. Bzdury filozofów, ot jedyna wymówka, mimo to wydarzenia, których doświadczyłem, skutecznie pozwalały zaakceptować wszelką, nawet absurdalną prawdę... Na szczęście albo nieszczęście pozostał jeszcze zwykły upór.

— Jest tam kto? — krzyknął mi do ucha, aż podskoczyłem. — Dziury nie widać, więc chyba coś tam masz... Pomyśl trochę, nim coś powiesz. Dla mnie, jako osoby postronnej, wprawdzie jestem tobą, ale tobą w wersji mądrzejszej, anioły i demony niewiele się różnią. Uprzedzę twój tok rozumowania, anioły są lepsze tylko dlatego, że ich oponenci zostali postawieni po drugiej, mniej moralnej stronie, lecz pomijając to, jesteście tacy sami. Samych archaniołów można obdarować grzechami głównymi. Ty Urielu, do ciebie pasuje gniew i nieczystość. Nienawidzisz demonów za to, czym są, a ich zarzynanie sprawia ci nieczystą przyjemność. Rafael, kolejny blady agent. Zazdrości ludziom tego, że Bóg ich kocha miłością nieograniczoną, pomimo ich natury, Rafałek nie chce też rozstać się z bycia prawą ręką Stwórcy, czyli chciwość. Nie potraficie też myśleć, bo wam tak pasuje, czyli lenistwo, a pychy chyba nie muszę tłumaczyć. Zostało jeszcze obżarstwo, mógłbym coś powiedzieć o mocy, ale nie jestem pewien trafności przykładu... Trafności... Widzisz, nawet używam słów, których ty nigdy byś nie użył. Skąd więc taka pogarda dla upadłych braci? Wprawdzie nie tłumaczę ich czynów, ale pogarda tylko dlatego, że chwilowo są po innej stronie...

— Chwilowo? — Klaun już całkowicie wzbudził u mnie gniew. — Demony są i zawsze będą złem wcielonym. Pragną braku zasad i robienia tego, co im się żywnie podoba. To anarchiści i podłe istoty. Nigdy nie będę z nimi po jednej stronie.

— Czy na pewno? — Wyszarpał odrobinę „mięśni” ze ściany i stworzył z nich telewizor. Na ekranie odtworzył kilka spotkań z Astaroth. — A ona?

— To tylko wyjątek... — Dlatego nienawidziłem filozoficznych bredni. Mogłem kłócić się o artystów, malarzy, czy o cokolwiek... Gdy dochodzi do sporu o nonsensy, zawsze są wyciągane jakieś brudy, czy nie wygodne fakty z przeszłości.

— Wyjątek? Całkiem trafna odpowiedź. Jest rzeczywiście wyjątkiem. Tylko jej nigdy nie pociachałeś, nie porąbałeś, nie wysłałeś w niebyt. Każde wasze spotkanie kończyło się albo jej wygraną, albo remisem. Ratowałeś ludzi, ukończyłeś wszelkie boże misje, jednak to ona zawsze była górą. Czyżby miłość? A może zapędy masochistyczne?

— Miała szczęście i tyle — odburknąłem.

— No tak. — Klasnął w dłonie. — Ty masz tą swoją tępą blondyneczkę, żyjącą oderwanymi od rzeczywistości ideałami... Osobiście olałbym ją i wziąłbym się za demona. Wie, czego chce, nie zawiedzie cię, czy też nie zdradzi, bo i tak jej nie zaufasz i przede wszystkim nie bawi się w zbawianie świata... W ogóle, co za głupota... Świata nie da się zbawić, póki człowiek istnieje. Sam doskonale, o tym wiesz.

— Spadaj stąd, nim wyrwę ci kręgosłup. — Większych bzdur nie słyszałem. Każde zdanie, które to padło, sprawiało, że wewnętrznie się gotowałem.

— Nie jesteś zły z powodu usłyszanych "głupot", Urielu. Jesteś wściekły z powodu płynącej prawdy. Doskonale wiesz, że Rafael ma racje. Demony trzeba tępić, ludzi kontrolować. Nie istnieją inne fakty. O Kasji i Astaroth nie wspomnę. Posiadasz siłę, by to zrobić, lecz nadal ograniczają cię głupie kajdany z poprzedniego stanowiska. Przypomnij sobie ogromną radość, gdy mroczni padali pod ciosami twego miecza. Ta przyjemność z ich jęków i nienawiści w gasnących oczach... Teraz możemy rozszerzyć zabawę o inne ofiary. Eliminować w sposób rozrywkowy zły element i prowadzić żelazną ręką pozostałych, a pod butem trzymać demony. Czyż ta wizja nie przyprawia cię o podniecenie? — Uwiesił się ramieniem na moim barku, a drugą ręką pokazywał kuszące obrazy, pojawiające się na ekranie.

— Mam dość... — Zamachnąłem się pięścią, lecz jego już nie było.

— To tylko kwestia czasu, moje "ja". W końcu dojdziesz do takiej samej prawdy, gdy pożyjesz dłużej w środkowym świecie. Pora zająć miejsce Boga, to twoje przeznaczenie. Musimy tylko stać się jednością, wtedy skończy się era chaosu. Ha ha ha — Wariacki śmiech rozsadzał bębenki i spowodował ból głowy. Na moment wszystko mnie przytłoczyło, gdy z powrotem otwarłem oczy, byłem w hotelowym pokoju, leżąc na łóżku. Za oknami księżyc świecił na rozgwieżdżonym niebie. Sen, czy rzeczywistość? Wolałem to pierwsze. Musiałem się przejść...

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Vespera 4 miesiące temu
    Scena żywcem wyjęta z makabrycznego koszmaru - podoba mi się.
  • krajew34 4 miesiące temu
    Chciałem oddać za pomocą snu umysł szaleńca, więc cieszę się, że z takiego odbioru. Dzięki za wizytę i komentarz.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania