Jeszcze jedna tajemnica - Rozdział VIII

Nie wytrzymała. Musiałam się bardzo postarać, by nie zacząć krzyczeć. Wylądowałam tyłkiem w pokrzywach, auu. Z pierwszego piętra nie było wysoko, a bujna trawa zamortyzowała upadek, tylko trochę się poobijałam. W środku chyba jeszcze niczego nie podejrzewali i miałam nadzieję, że nie zwabi ich hałas, który narobiłam.

Miałam mało czasu i musiałam się stąd jak najszybciej zabierać. Nie miałam pojęcia, w którą stronę iść, a do tego bose stopy, wzniosłam oczy do góry, to nie działo się naprawdę. Na dworze było dość zimno i wiał ostry wiatr. Suknia nie dawała mi zbyt dużo ciepła, a do tego chłód od ziemi.

Przemknęłam przez miasto nie zauważona przez nikogo. Chowałam się w bramach domów i za kolumnami. W końcu wbiegłam między drzewa, wierzyłam, że ta droga zaprowadzi mnie do normalności. W lesie pełno było błota, aż jęknęłam z obrzydzenia, gdy zanurzyłam w nie stopy. Teraz nie mogłam się już wycofać, było na to zdecydowanie za późno.

Istotne pytanie, wierzycie w drzewne potwory? Bo jeden właśnie stał na mojej drodze.

- Nie ruszaj się!

Obejrzałam się przez ramię, w moją stronę biegł młody mężczyzna, poły płaszcza powiewały na wietrze. Może tak bardzo by mnie to nie przeraziło, gdyby nie to, że obok niego dostrzegłam Kaspiana.

- Nie krzycz, bo się na nas rzuci – nieznajomy był coraz bliżej.

Dobrze, że mi powiedział, miałam teraz możliwość ucieczki. Zadarłam głowę do góry i przyjrzałam się potworowi. Górował nad drzewami, pochylał głowę, by móc się nam przyjrzeć. Wykonany był cały z drewna, które trzaskało, gdy tylko się poruszył. Okropne. Jego nogi bez trudu stratowałyby kilkoro ludzi naraz. Z paszczy sterczały mu zaostrzone gałęzie. Oczy stwora miały pusty wyraz, niczego w nich nie było.

To mogła być moja jedyna deska ratunku. Zaczęłam się drzeć najgłośniej jak umiałam. Stwór zasłonił sobie uszy drewnianymi rękami i kucnął tuż przy ziemi. Udało mi się przebiec między jego nogami, Kaspian i nieznajomy mieli mniej szczęścia. Nie mogłam się odwrócić, bo odebrałabym sobie szansę na wolność. Biegłam, ile sił w nogach, nasunął mi się wniosek, że powinnam bardziej przykładać się na lekcjach wf-u. Potknęłam się o jedną z gałęzi, zabolało i to bardzo. Zaczęła lecieć mi krew, ale nie miałam czasu by się teraz tym przejmować. Zbiegłam ze wzgórza, kamienie raniły mi stopy, nie miałam już siły. I wtedy ujrzałam dziw nad dziwy, przede mną stał czarny jednorożec. Zwierzę miało głowę dumnie uniesioną do góry, gdy po cichu podeszłam bliżej, położył się na trawie. Rozsądek podpowiadał mi, że nie powinnam mu ufać, ale co innego miałam robić? Wdrapałam się na jego grzbiet i przylgnęłam do jego szyi. Nie umiałam jeździć konno, dlatego mój tyłeczek obijał się o jego grzbiet. Auu, czuję, że długo nie będę mogła siedzieć. Jednorożec był przyjemny ciepły, kołysałam się w rytm jego kroków. Gdy przekroczyliśmy rwący strumień, moim oczom ukazały się ogromne, drewniane drzwi. Zwierzę podbiegło do nich truchtem i położyło się w trawie, zeskoczyłam na ziemię i poklepałam je po szyi.

- Gusia! – przyjaciółka zamknęła mnie w uścisku. – Przepraszam, wybaczysz mi kiedyś to wszystko?

Roześmiałam się z ulgą, dobrze było spotkać znajomą twarz.

- Już ci wybaczyłam.

Ponad jej ramieniem zobaczyłam zbliżających się Kaspiana i nieznajomego.

- Chodźmy już – pociągnęłam ją za rękę.

Kiedy przeszłyśmy przez drzwi, zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Świat wokół mnie zaczął wirować i znikać, miałam wrażenie jakbym rozpadała się na tysiąc kawałeczków. Nigdzie nie widziałam Magdy, znów gdzieś zniknęła.

Gdy wszystko ustało siedziałam w samochodzie z mamą. Musiałyśmy uderzyć w drzewo, spod maski leciał dym. Strasznie bolała mnie głowa, po twarzy płynęła mi krew. Mama była nieprzytomna, pewnie uderzyła o kierownicę. Nie mogłam przypomnieć sobie dokąd jechałyśmy, mama rzadko kiedy prowadziła samochód. Nie znosiła tego, dlatego to tata najczęściej pełnił funkcję szofera. Musiało wydarzyć się coś ważnego.

Na dworze zapadł zmrok, do tego padał deszcz. Samochód pewnie wpadł w poślizg, a ja po uderzeniu pewnie miałam halucynacje. Wycieraczki cały czas przecierały nadtłuczoną przednią szybę.

- Mamo – miałam mocno zachrypnięty głos – mamo.

Nie ruszała się, zaczęła narastać we mnie panika. A co jeśli nie żyje?

Pospiesznie sprawdziłam puls, był dobrze wyczuwalny. Odetchnęłam z ulgą, teraz musiałam sprowadzić pomoc.

Zaczęłam grzebać w kieszeniach by znaleźć telefon. Jak mogłam zapomnieć komórki?

Bez niej się nie istniało w XXI wieku.

Na szczęście w kieszeni płaszcza mamy znalazłam to czego szukałam. Byłyśmy uratowane!

Z nadzieją chwyciłam telefon i mina od razu mi zrzedła, nie ma zasięgu.

Podskoczyłam, gdy ktoś zastukał w szybę, to był ten mężczyzna z mojego snu. Teraz cały mokry od deszczu. Niemożliwe. Odskoczyłam najdalej jak mogłam, kątem oka zobaczyłam, że mama zaczyna się ruszać. W tym samym momencie nieznajomy szarpnął za drzwiczki, puściły. Chciałam krzyczeć, ale zasłonił mi usta ręką.

- Dość hałasu na dziś – powiedział stanowczo.

Kaspian pochylił się nad mamą, chciałam go odepchnąć, lecz nieznajomy trzymał mnie zbyt mocno. Chłopak wyniósł ją z samochodu i gdzieś z nią odszedł. Gdy tylko zniknęli, mężczyzna wyciągnął mnie z auta. Zaczął mnie, gdzieś prowadzić, ale ani ja ani moje nogi nie miały ochoty na współprace. Ignorując ból zaparłam się o ziemię, nieznajomy raptownie przystanął .

- Gdzie idziemy? – zapytałam słabo.

Zmierzył mnie spojrzeniem od stóp do głów.

- Proszę, proszę – założył ręce na piersi – ledwo masz siłę stać, a chcesz się buntować.

Mężczyzna mówił z wyraźnym rosyjskim akcentem, język polski brzmiał w jego ustach tak delikatnie.

- Odpowiem na twoje pytanie – uśmiechnął się lekko – idziemy do mnie do domu.

Dlaczego do niego? To pytanie cisnęło mi się na usta, ale powstrzymałam się.

-A moja mama?

Rosjanin znowu uśmiechnął się, był wtedy taki łagodny.

- Nic jej nie grozi – zapewnił mnie – Kaspian się nią zaopiekuje.

Nieznajomy przyjrzał się krytycznie moim stopom i podciął mi kolana. Zanim zdążyłam uderzyć o ziemię, złapał mnie w ramiona.

Wow, nie należałam do kruszynek.

- Nie lubię włóczyć się po ciemku po lesie – mrugnął do mnie.

- Ciekawe, czy będziesz taki wesoły za parę minut – odgryzłam się.

W odpowiedzi Rosjanin roześmiał się głośno.

- Jesteś dziewczyną, nie możesz ważyć więcej niż puch.

Tym razem to u mnie wywołało to uśmiech, zachowywał się jak prawdziwy Romeo.

Po paru minutach doszliśmy do jakiegoś samochodu, Rosjanin posadził mnie na tylnym siedzeniu. Kiedy wjechaliśmy do Szczecina na ulicach nie było już ruchu, mężczyzna przejechał przez most na Prawobrzeże. Samochód przemknął po skąpanych w deszczu ulicach i zatrzymał się dopiero przy niskim bloku. Nie znałam tych okolic, a tym bardziej ulicy, na której się znajdowaliśmy.

Z lekką zadyszką wzniósł mnie na trzecie piętro i miał mały kłopot z otworzeniem drzwi do mieszkania.

- Postaw mnie – poprosiłam odpychając jego ręce.

Chciałam stanąć na nogi , ale nie pozwolił mi. Zamiast tego podbiegł do parapetu i posadził mnie na nim.

Podobało mi się, to jaki jest ciepły i spokojny, już w ogóle nie odczuwałam strachu, może jedynie niepewność. W końcu w ogóle go nie znałam, nie ufałam mu za bardzo.

- Gotowe – podszedł do mnie z rozłożonymi rękami. – Myślałem, że kobietą, która przeniosę przez próg będzie moja żona, ale cóż, jak się nie ma co się lubi…

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania