Uniwersum Metro 2033: Bajarz

Majaczy mi przed oczami cel mojej wyprawy. Mały budyneczek dawnej stacji będący aktualnie barem, w którym spotykają się stalkerzy, łowcy nagród oraz najróżniejsze męty post apokaliptycznego świata. Eh. Tych ostatnich się najbardziej obawiam. Ledwo dwa tygodnie minęły od kiedy zatłukli Staszka. Niech mu ziemia lekka będzie. Był jednym z najlepszych stalkerów w okolicach Szczecina. Wynajęli go skurwysyny do pomocy przy wyprawie. Wysoki umięśniony blondyn o bladej cerze z czerwonymi wzgórkami na połowie twarzy, wystających kościach policzkowych, przenikliwych brązowych oczach zakończył swój żywot strzałem prosto w serce. Eh. Parszywy los stalkera. Mijam dość sporą kupę gruzu, która zalega na połowie ulicy. Rozglądam się dookoła. Wszędzie ruiny budynków. Dwu piętrowych bloków pomalowanych kiedyś różową farbą, teraz usmoloną oraz schodzącą ogromnymi płatami zalegającymi chodniki, wielorodzinnych domów strawionych przez potężne pożary, żółto brudnej piekarni z zapadniętym dachem, sali weselnej zawalonej w połowie. Zewsząd otaczają mnie czarne puste ponure okna, tak samo kikuty drzew. Nienawidzę tych oczodołów. Mogą tam się czaić najgorsze ścierwa chodzące po tej Ziemii. Nibyroszce, Szponiaki, wiele innych oraz najgorsze z nich Wije. Wielkie białe robale pokryte mocnym pancerzem i kolcami. Najgroźniejszy jest jad, który gotuje wnętrzności ofiary. Paskudna śmierć. Z jednego jeszcze powodu ich nienawidzę, przypominają mi dawną świetność człowieka. Coś, co utraciliśmy wraz ze światem, który strawił atomowy ogień. To za czym bardzo tęsknię. Eh. Ściskam mocniej moje AKM. Nogi wchodzą mi w dupę. Trzydzieści kilometrów wokoło dzień. Zdrowo mnie posrało, ale takie zlecenie nie zdarza się codziennie. Tysiąc nabojów kalibru 5,56 × 45 mm i nowy karabinek Beryl z odstrzelenie jakiegoś typa. Moim celem jest koleś zwany Bajarzem. Nieźle musiał zajść za skórę Czarnym Diabłom, skoro wyznaczyli taką nagrodę za niego. Pewnie sami by go odstrzelili, gdyby nie wojna z Republiką oraz Ci debile ze Świnoujścia nie nawywijali takiej kabały. Dobrze, że nie muszę tego typa długo szukać. Wystarczyło pójść tylko do Przeklętej i ona wskazała mi, gdzie jest. Przeraża mnie tamto miejsce. Wieś na pierwszy rzut oka jak każda inna po Armagedonie. Zniszczona i opuszczona z walającymi się gdzieniegdzie trupami. Pozory. To miejsce jest wielką anomalią czasoprzestrzenną. Można zobaczyć tam duchy dawnych mieszkańców podczas ich życia. Jednak to małe piwo. Te dusze widzą przechodzącą osobę i mogą ją wciągnąć. Sam na własne oczy widziałem to, ale jak widać, ma też swoją zaletę. Dozymetr od dłuższej chwili przestał dawać o sobie znać. Opieram się plecami o betonowy słupek, który jest pozostałością ogrodzenia sali weselnej. Lustruję okolicę. Pusto i cicho, do moich uszu dobiega tylko gwizd wiatru. Przyglądam się uważnie jeszcze raz ruiną bloków. Coś mi się w nich niepodobna. Zaczynam nerwowo oddychać. Szkła mojej maski przeciwgazowej parują. Kurwa mać nic nie widzę. Najgorzej. Dobra spróbuję powoli dojść do baru. Jeszcze tylko zniszczony plac zabaw i barykada ochrony. Odklejam się od słupka i stawiam delikatnie stopę. Wchodzę na zniszczony chodnik. Teraz byle nie wypieprzyć się na ryj. Macam stopami miejsce, w których mogę dać krok. Dobrze, że mam FOO-1 w kamuflażu, które nie krępuje mi ruchów tak jak te dwa gumowe kondomy OP-1, L2. Coś mi zaczyna przeszkadzać. Poprawiam na sobie policyjną kamizelkę kuloodporną. Ściągam szelki od plecaka. Lepiej. Szkła stopniowo odparowują. Jestem tuż przed samym placem zabaw. Pordzewiałe huśtawki, linkę tyrolkę delikatnie unosi wiatr, powodując złowieszcze skrzypienie. Aż ciarki mi przez plecy przeszły. Spoglądam w tamtym kierunku. Coś mnie kuje w sercu, patrząc na zniszczone drewniane domki, zawalone stertami śmieci boisko do kosza, przerdzewiały stół do ping-ponga oraz urządzenia siłowni. Eh i te kikuty drzew. Tęsknie za starym światem. Moja pamięć przywołuje wspomnienia upalnych letnich dni, które spędzałem ze znajomymi, grając w kosza. Eh. Głośno wzdycham. Nagle za plecami słyszę ogłuszający ryk. O kurwa! Przez takie zwiechy proszę się o zostanie obiadem jakiegoś mutka. Boję się odwrócić. Ponowny przeciągły ryk. Rozpoznaje, do kogo należy. Odwracam się. Mierzę z AKM. Kurwa tego zasrańca jeszcze brakowało. Nibyroszec! Wielkie bydle mierzące około trzech metrów przypominające psa. Pokryty jest cały rybimi łuskami, a na jego nosie sterczy róg przypominający ten nosorożca. Ma ogromne łapy mające grubość niedźwiedzich. Stoi na kupie gruzu, który niedawno minąłem. Patrzy w moim kierunku swoimi czerwonymi oczyma. Czuję, jak nogi się pode mną uginają. Ręce zaczynają mi się trząść. Weź się w garść! Nabieram powietrza w płuca. Uspokajam oddech. Kładę palec na spuście. Opieram kolbę o ramię. Przykładam broń do oczu. Celuję. Kurwa zasrana muszka. Nienawidzę przez nią celować. Eh. Musiał mi się zbić ten celownik optyczny kilka dni temu. Jak pech to pech. Czekam. Bestia schodzi z zawału. Kieruje się w moją stronę. Jest na wysokości sali weselnej, gdy pociągam za spust. Czuję szarpnięcie potem kolejne. Po chwili słyszę huk i następny. Dzwoni mi w uszach. Chwytam mocniej karabin. Pociągam broń w lewo, posyłając serię w kierunku potwora. Większość kul trafia monstrum w grzbiet. Następuje potężny ryk. Bestia staje na tylne łapy i po chwili rusza z impetem w moim kierunku. Przykucam. Kładę kciuk na bezpieczniku i przesuwam w górę na tryb pojedynczy. Wracam na spust. Czekam. Rozjuszona bestia skraca dystans. Muszę trafić w oko, aby natychmiastowo posłać ją do diabła. Widzę czerwone ślepia zaledwie dwadzieścia metrów przede mną. Są one w prostej linii celowania z muszką. Mam Cię. Naciskam spust. Czuję szarpnięcie. Po chwili słyszę huk. Potwór pada, szorując popękany asfalt. Odskakuje, aby jego cielsko nie ścięło mnie z nóg. Ląduje na gołej ziemi. AAA!!! Czuję ból w plecach. Podnoszę się obolały z ziemi. Dobrze, że te stwory są samotnikami.

— Żyjesz? — słyszę wypowiedziane zdyszanym głosem za moimi plecami — Fiu. — dobiega do moich uszu podziw —Nibyroszec w pojedynkę. Nieźle.

Odwracam się. Stoi przede mną pięciu mężczyzn ubranych w pancerze zrobione z grubej blachy od której odchodzi siwo-zielonkawa farba, płyty pokrywają im całe ciała bez stawów ruchowych. Pod zbroją dostrzegam kombinezony L2. Na twarzach mają post PRL-owskie i radzieckie maski przeciwgazowe typu GP-5, GP-7 oraz MC1. Na głowach noszą stalowe hełmy bez żadnych osłon od, których odchodzi już farba. Dwóch z nich ma AKM y podobne do mojego. Kolejni posiadają prymitywne pistolety maszynowe zrobione z rurek, a ostatni miotacz ognia. Muszę przyznać, ciekawie wygląda. Zrobiony z dwóch butli po gazie połączonych ze sobą systemem kabli, które również biegły do długiej rury ze specjalnym rozszerzeniem jej na końcu. Coś mnie nagle tknęło. Przyglądam się uważniej ich dowódcy. Gdzieś już słyszałem ten głos i widziałem te bursztynowe oczy. Hm. Już wiem! Przypomniał mi się piękny czerwcowy dzień. Boisko ze świeżą zieloną trawą otoczone łąką z jednej strony, a z drugiej blokiem i zabudowaniami wsi. Mecz. Śmiech mojego kolegi Michała, który mówi do mnie, że moje zadrapanie po nie udanym wślizgu do wesela się zagoi. Ile przeżyliśmy razem! Ostatni raz go widziałem, jak wyruszał na rajd. Od tamtej pory przepadł jak kamień w wodzie. Postawiłem już na nim krzyż, a tu o. Zaczyna rozpierać mnie radość. Przez chwilę zapominam o celu.

— Koleś co się na mnie tak lampisz? — pyta ochryple podenerwowany dowódca, mierząc we mnie AKM-em.

Decyduję się na neutralny ton i wypowiedź.

— Przypominasz mi kogoś. Jak masz na imię?

Nie wychodzi mi to. Moje słowa brzmią dziwnie. Ochroniarz parska śmiechem. No tak mogłem się tego spodziewać.

— Skądś się urwał koleś? Hahaha Imię? Przecież teraz używane są tylko ksywy. Hahaha

Nie klnie co słowo, a to znaczy, że na pewno jest z pokolenia sprzed Armagedonu. Całe pokolenie powojenne ma tę przypadłość. Zero normalnego rozmawiania tylko rzucanie mięsem. O kurde narzekam jak stary pryk.

— Jak Cię tak bardzo to interesuje. Mam na imię Michał. Hahaha — powiedział ochryple rozbawiony ochroniarz.

Jego oddział utworzył koło nas kwadrat w celu obrony. Wiedziałem! Haha.

— Dobrze się domyślałem. Właśnie w tym momencie stoi przed Tobą Twój kolega — mówię spokojnie, otrzepując się.

Ochroniarz w tym momencie zbaraniał. Zaczął mi się przyglądać. Po chwili wybuchnął radosnym okrzykiem.

— Sławula! Hahaha!! Kopę lat stary! Mogłem się domyślić, że to Ty!!— wydziera się Michał ochryple przez maskę.

Poznał. Zaczyna ściskać. Podnosi mnie.

— Żebra mi zaraz połamiesz! — mówię mu uśmiechając się.

Opuszcza mnie na ziemie.

— Chodźmy już do baru — mówię nerwowo — Zaraz mogą się zlecieć mutki.

— Spokojnie — odpowiada łagodnie — Ta okolica jest bezpieczna. Mutków mało. Promieniowania też nie ma. Raz na jakiś czas zdarzy się zabłąkana owieczka. Chłopy wracamy. Co Ciebie tu sprowadza?

Ruszamy powoli w kierunku stacji.

— Głowa — mówię krótko.

— Dalej się tym parasz?

— Jak widzisz — odpowiadam nosowo, uśmiechając się.

— Zobaczysz, jeszcze Cię to do grobu wpędzi — mówi, grożąc palcem.

— E tam.

—Kapitanie co to za skurwiały wypierdek gnoma? — pyta się ochryple zaciekawiony jeden z jego podkomendnych.

—Wyrażaj się gamoniu — Michał w tym momencie wyprowadza potężny cios w kark podkomendnego.

— Ała!

— Trochę szacunku dla starszych gówniarzu. Nawet nie wiesz, kto to jest! Najlepszy łowca po tej stronie Odry! Nie tylko mutantów, ale też i ludzi! Jakie on bestie upolował!

— To wyjaśnia, dlaczego załatwił tego bydlaka — wtrąca drugi z ochroniarzy.

Mijamy barykadę usypaną z gruzów i płyty chodnikowych oraz małe bunkry wkomponowane w nią. Wejście było bardzo trudne. Trzeba było się wdrapać na sam szczyt blokady, która ma około czterech metrów. Stajemy na ogromnym placu. Z każdej strony to samo co na ulicy. Kikuty drzew, rozwalone ogrodzenia i tym podobne krajobrazy zniszczenia.

— Rozejść się. Meldować jakby coś się działo. Będę w barze — rozkazuje swoim ludziom Michał.

W końcu cel mojej wyprawy. Budynek dawnej stacji nie wygląda zbytnio okazale. Dwa różnej wielkości prostopadłościany połączone ze sobą. Okna zamurowane. Kawałki tynku leżące pod ścianami. Ślady po kulach i pożarach. Dużo ten budynek musiał widzieć. Koło wejścia stanowisko stacjonarnego miotacza ognia obłożone workami z piaskiem. Praktycznie taka sama konstrukcja co ten ochroniarza tylko dwa razy większa. Podchodzimy do drzwi znajdujących się w tym mniejszym prostopadłościanie. Michał nacisnął klamkę. Pociągnął. Przeszliśmy przez przedsionek, w którym nie ma nic do opisywania. Ot zwykła pustka. Moim oczom ukazała się dość spora sala zastawiona w większości prowizorycznymi stołami oraz krzesłami. Zrobione były z różnych koślawych i usmolonych kawałków drewna. Do moich uszu dolatuje muzyka grana na gitarze. Na zawilgoconych i usmolonych ścianach zamontowano uchwyty do pochodni, które wykonano dzięki starym szmatom oraz kijom nienadających się na meble. Po sali kręciły się piękne szczupłe kobiety. Ubrane jedynie w podniszczone ubrudzone staniki i kuse szorty. Od ich falujących utłuszczonych piersi odbijało się światło pochodni. O rety! Co za widok! Ile to już lat minęło? Eh. Julia… Przypomina mi się jej uśmiech oraz wysportowane ciało. Eh. Szkoda, że mnie nie zabrał z Tobą Armagedon. Nie musiałbym teraz zapierdalać po takich wypizdowach, polować na mutki i jakichś baranów. Kiedy w ogóle ja ostatnio kochałem się z kobietą? W barze panuje wrzawa. Zewsząd dochodzą radosne pijackie okrzyki stalkerów, łowców i bandytów. Z jednej strony dobiegają mnie słowa opowieści. Bingo! Chyba znalazłem dziada, ale najpierw rozmowa. Wypytam go jeszcze o niego. Trudno znaleźć wolny stolik. Po chwili Michał ciągnie mnie do znajdującego się w rogu sali. Opieramy broń o krawędzie stołu, aby były w pogotowiu. Ściągam plecak. Kładę go na podłodze obok AKM-u. Energicznym ruchem zrywam maskę z twarzy. Kładę ją na stole. Ja pierdole jaki smród… Powstrzymuje odruch wymiotny. Dawno takiego smrodu nie czułem. Jakby zmieszać gówno z rzygowinami, zapachem fiuta oraz osoby niemyjącej się przez co najmniej tydzień. Chwilę zajmuje mi przyzwyczajenie do niego. Mimo że higiena w obecnym świecie zeszła na drugi plan to jednak w żadnym miejscu nie waliło jak tu. I tu niby ludzie jedzą? Ta… Chyba tylko panienki ich przyciągają. Pewnie też musi być tu burdel. Znowu mnie mdli. Eh. Wytrzymaj. Wystarczy, że sprzątniesz gościa i zmywasz się stąd. Nie dziwię się, że koleś wybrał to miejsce jako kryjówkę. Kto by tu szukał zbiega?

— Nie mów, że puścisz pawia — mówi zdziwiony Michał.

— Nie spokojnie — uspokajam go.

Siadamy.

— Zofka — zwraca się Michał do jednej z kobiet, wysokiej, szczupłej blondynki o dorodnych kształtach — przynieś dwa piwa!

Mam nadzieję, że to będzie coś w miarę dobrego do picia, a nie tak jak ostatnio. Eh. Potem dwa tygodnie się męczyłem. Myślałem wtedy, że kopnę w kalendarz. Kelnerka podchodzi do nas

— Ciemne czy jasne? — mówi kobieta anielskim głosem.

— Jakie chcesz? — pyta przyjacielskim tonem Michał.

— Obojętnie.

— Dwa ciemne.

— Już się robi! — blondynka puszcza oczko.

Michał daje jej siarczystego klapsa. Idzie potężny trzask od tego. Blondynka się czerwieni na twarzy. No, no, jednak chyba wdał się w romans, a mówił, że po śmierci Wiktorii z żadną nie będzie. Uśmiecham się podejrzliwie.

— No co?

— Nic, nic. Przypomina mi się, co mówiłeś kiedyś — mówię spokojnie.

Michał przygląda mi się jak wariatowi. Po chwili zaskakuje, o co mi chodzi.

— Dawane czasy. Mój celibat życia jej nie wróci, a ja też chcę na stare lata nie być samotny — mówi podenerwowanym tonem, machając ręką.

— Rozumiem Cię stary — uśmiecham się gorzko.

Eh. Jedno z pragnień każdego człowieka. Nie być samotny. Jedni odczuwają to mniej inni mocniej. Eeee! Potrząsam głową. Zaraz znowu bym odpłynął.

— To na kogo dzisiaj polujesz? — spytał półszeptem z zaciekawieniem w głosie.

— Na kolesia zwanego Bajarzem — odpowiadam szeptem.

Michał zbladł. Blondynka, która już stała z piwem na tacy przy nas upuściła je. Wszyscy kierują wzrok w naszym kierunku.

— Baaaa… Baaaa… Bajarza posrało Cię?!!?! — wrzasnął przerażony.

Patrzę na niego podejrzliwie. Coś jest nie tak. Chwytam prawą ręką za kaburę. Nagle słyszę odsuwanie krzesła. Kroki. Odbezpieczam broń. Oby Glock wypalił. Ostatnimi czasy ma z tym problem. Czuję chropowatą rękojeść pistoletu przez rękawiczkę. Aaa! Ssss! Zaczynam czuć jakiś ucisk w głowie. Co jest kurwa? Spoglądam na Michała jeszcze raz. Trzęsie się. Rusza nerwowo rękami. Idzie mu piana z ust. Po chwili wyje jak wilk. Spoglądam na blondynkę. Rozrywa podniszczony stanik. Na wierzch wychodzą ogromne cycki. O ja pierdole! CO TU SIĘ KURWA DZIEJE!!?!?!? Ktoś zaczyna syczeć jak wąż. Inny traci przytomność. Warczenie. Szczekanie. Trzask łamanych mebli. Huk roztrzaskiwanych naczyń. Czuję, jak jakiś tępy ból świdruje czaszkę. Nagle coś mi się przypomina. Gdy widziałem ogłoszenie, dwóch żołnierzy rozmawiało o kolesiach, którzy są w stanie kontrolować mutanty i ludzi! Wtedy uznałem to za bajkę. No to super. Trafiłem na takiego. Jak oni ich nazywali?

— Jednomyślni! — odezwał się ktoś szyderczo.

O kurwa. Nie mogę podnieść ręki. Patrzę w kierunku Michała leży na blacie stołu nie rusza się. Kurwa mać!

— Nie trudź się. Co kolejny baran, który chce mnie zabić? Ehh — mówi spokojnie.

Stoi przede mną wysoki, dobrze zbudowany, brodaty mężczyzna o okrągłej bladej twarzy z czerwonymi wzgórkami. Ubrany jest w poszarpane ciuchy przypominające wojskowy zielonkawy mundur oraz czarny płaszcz, przy jego pasie nie widzę maski przeciwgazowej. Aaa!!! Jaki ból!!! Wrzawa w oku mnie ucichła. Wszyscy leżeli. Kurwa ciekawe czy żyją? Aaa!!!

— Twardy jesteś. Pierwszy raz widzę kogoś takiego. Nie mam czasu na zabawę z Tobą. Tak to bym poczekał, aż Ci, co przeżyli obudzą się. Wtedy kazałbym im Ciebie zatłuc w jakiś pojebany sposób.

Jakbyś przeżył atak Nekromana to też byś tak miał. Próbuję ruszyć nogą. Udaje mi się to! Mężczyzna podchodzi do stolika, próbując wziąć broń Michała. Kopię w nóżkę stolika. Karabin upada. Przestaje czuć ucisk w głowie. Jest! Musiałem wytrącić go tym z równowagi. Mam pewnie kilka sekund. Tyle mi wystarczy. Wyrywam Glocka z kabury. Prostuję szybko rękę. Mierzę przez muszkę w głowę klęczącego mężczyzny. Odwraca się w moim kierunku z karabinem w dłoniach. W tym momencie pociągam za spust. Czuję lekkie kopnięcie. Potem do moich uszu dobiega huk. Z lufy unosi się dym. Na czole gościa pojawił się mały czerwony punkcik, z którego popłynęła cienka stróżka krwi. Zwiotczałe ciało pada na podłogę. Uff. Siadam na krześle. Oddycham głęboko. Zmęczenie podróż daje o sobie. Hyhyhy. Oddycham głośno. Uff. Czas na mnie. Sprawdzam puls Michała oraz blondynki. Żyją. Przyciągam plecak do siebie. Wyciągam kawałek papieru, podniszczony długopis oraz dużą torbę z folii. Bazgrolę kilka słów. Wkładam karteczkę do jego kieszeni. Odpinam od plecaka maczetę. Podchodzę do trupa Bajarza. Biorę potężny zamach. Wyprowadzam cios, który odcina łeb od tułowia. Chwytam za włosy. Wkładam ją do torby. Szczelnie związuję, aby zapach krwi nie zwabił jakiś mutków. Pakuję folie do plecaka. Nakładam na plecy. Odszukuję swój karabin i maskę. Przechodzę przez salę i przedsionek. Naciskam klamkę. Komu w drogę temu czas!

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania