Uniwersum Metro 2033: Czarne Diabły cz.9

Pokój gościnny był średniej wielkości i nieco różnił się od innych pomieszczeń. Duże łóżko przyniesione z powierzchni stało na środku, zajmując prawie całą wielkość pokoju. Po jego lewej stornie stał mały stolik. Całość wnętrza oświetlała mała lampka nocna. Obok drzwi stało krzesło oraz stolik. W tym pokoju pracowało na zmiany kilkanaście kobiet. Podziemne Miasto przyjęło prostytucje jako karę, za niektóre zbrodnie popełniane przez przedstawicielki płci pięknej. Julia leżała na łóżku i patrzyła się pustym wzrokiem w sufit. Był u niej następny chętny. Czuła obrzydzenie oraz nienawiść do tych mężczyzn. Każdy ruch faceta sprawiał ogromny ból. Miała wrażenie, że zaraz ten koleś przebije pochwę. Łzy napływały. Przed oczami miała moment śmierci ojca. Niekiedy dziewczynie wydawało się, że widzi płaczących rodziców stojących w rogu pokoju. Ciągle też rozmyślała o Wojtku i wujkach czy oni jeszcze żyją. Modliła się również o koniec tego koszmaru. Niestety to był dopiero pierwszy dzień. Została najprawdopodobniej sama na tym świecie. Rozmyślania przerwała w momencie, kiedy poczuła, że facet doszedł w niej. Mężczyzna szybko ubrał się, a potem wyszedł.

- No koniec na dziś, wracamy do celi dziwko. Ubieraj się. – powiedział strażnik.

Julia nie zareagowała. Ciągle patrzyła się beznamiętnie w sufit.

- Nie słyszałaś!?!? Ruchy szmato!! – mówiąc to, wartownik wstał z krzesła.

Chwycił dłonią policyjną pałkę, która leżała na stoliku obok. Ruszył zamaszystym krokiem w kierunku łóżka. Kiedy już stanął przy jego rogu, wziął duży zamach. Cios spadł prosto na krocze Julii. Dziewczyna zawyła z bólu. Skuliła się. Następny cios został wymierzony w twarz. Po nich spadały kolejne na całe ciało.

- Ja Ci kurwo pokażę!!! – wrzeszczał strażnik.

Gdy skończył katować Julię, chwycił ją za włosy. Zaczął ciągnąć w stronę cel. Prześliczna twarz dziewczyny zmieniła się w miazgę. Podbił jej oczy. Z ust i nosa ciekła jej krew. Wybił kilkanaście zębów. Na całym ciele pojawiły się siniaki. Strażnik szedł bardzo powoli, jakby demonstrował każdej przechodzącej kobiecie co ją czeka jak złamie prawa enklawy. Gdy stanął przed drzwiami celi, wyjął pęk kluczy z kieszeni. Chwile mu zajęło, zanim znalazł ten właściwy. Włożył go do kłódki i przekręcił. Otworzył drzwi na całą szerokości. Złapał ponownie Julię za włosy oraz z dużym impetem wepchnął w głąb celi. Pomieszczenie było bardzo niewielkie. Miało zaledwie metr siedemdziesiąt wysokości oraz dwa metry szerokości. Znajdowało się w nim tylko niewygodne posłanie i wiadro jako toaleta. Nawet nie było tam lichej żarówki, która oświetliłaby wnętrze. Skatowana dziewczyna uderzyła głową o posadzkę. Julia straciła przytomność. Obudziła się. Ku jej zaskoczeniu nie leżała na zimnej posadzce w celi. Czuła coś miękkiego oraz bardzo przyjemnego. Podniosła się delikatnie. Leżała na czymś zielonym. Gdy rozejrzała się dokoła, ogarnęło ją zdumienie. Teren w oku niej był ogromny. Zieleń rozciągała się, aż po horyzont. Od pewnego momentu stały w rzędach jakieś olbrzymie rośliny. Niedaleko niej był mały drewniany płotek z furtką. Nie miała również betonowego sufitu nad głową. Popatrzyła w dal i zobaczyła jak jakaś dziwna żółto-pomarańczowa tarcza schodziła za horyzont. Niebo miało barwę pomarańczową.

,, Gdzie ja jestem!?!?” – pomyślała przerażona Julia.

Nagle usłyszała głos dochodzący spod tych olbrzymich roślin.

- Tutaj córeczko!

- Mama? – zdumiała się Julia, słysząc ten głos.

Matka dziewczyny zmarła niedługo po porodzie na tajemniczy wirus. Ojciec Julii postawił hipotezę, że jest to zmutowana w wyniku promieniowania grypa. Wystraszeni mieszkańcy enklaw nadali mu nazwę Nowej Plagi. W szczytowym okresie epidemii wirus wybił jedną trzecią ocalałych. Nowa Plaga była praktycznie nieuleczalny oraz wyjątkowo zakaźna, w swoim szczytowym stadium zmieniała swojego nosiciela w Garbacza albo uśmiercała. Stwory te poruszają się na czworaka. Ręce mają zakończone długimi szponami, skórę pokrytą ogromnymi wrzodami, bardzo duży garb na plecach oraz wystający kręgosłup. Cudem było to, że żona Doktora urodziła niezakażone dziecko. Jej matka przy porodzie wypowiedziała tylko jej imię i kocham Cię, po tych słowach zmarła. Mimo tego Julia zapamiętała ten ciepły ton. Po pewnym czasie zauważyła dwie sylwetki pomiędzy tymi roślinami. Ruszyła biegiem w ich kierunku. Gdy nieco się zbliżyła, rozpoznała obie.

- Mama! Tata! – krzyknęła uradowana dziewczyna.

Gdy już do nich dobiegała, ktoś chlusnął zimną wodą w jej twarz.

- Pobudka księżniczko – zaśmiał się szyderczo wartownik.

Wróciła do tego koszmaru. Leżała na posadzce nieopodal posłania. Włosy miała sklejone dziwną lepką substancją. Czuła jakby ktoś wiercił jej z tyłu głowy młotem do betonu. Nie mogła wstać. Nogi odmawiały jej posłuszeństwa. Została ponownie chwycona za włosy i bez słowa pociągnięta w stronę prysznica. Tam strażnik kazał jej się obmyć. Po tym zaprowadził ją do pokoju gościnnego. Usiadła na łóżku.

- Kolejny chętny! – wrzasnął strażnik.

Tak rozpoczął się kolejny dzień koszmaru…

***

Stali już drugi dzień na stacji Szczecin Dąbie. Wojtek miał bardzo dużo szczęścia, że trafił do wagonu z mniej radykalnymi Kościelnymi, a nie Kanibalami lub ich fanatycznymi kolegami. Wielu okazało się bardzo w porządku ludźmi i nawet wykwitła pomiędzy nimi przyjaźń. Jego nowy przyjaciel ksiądz Jacek był bardzo sympatycznym człowiekiem, który pamiętał jeszcze czasy sprzed Ataku. Mężczyzna miał niewiele ponad metr sześćdziesiąt wzrostu, przeciętnej budowy ciała. Twarz duchownego była oszpecona przez wrzody. Miał około pięćdziesięciu lat. Z nieukrywaną przyjemnością oraz tęsknotą w głosie opowiadał chłopakowi o tamtych czasach.

- Świat był piękny wtedy! Tętniące życiem miasta pełne ludzi, a na wsiach piękne krajobrazy. Lasy pokryte zielenią wiosną albo prześlicznymi kolorami jesienią. Pola uprawne, na których było złociste zboże latem. Również prześliczne krajobrazy gór. Nasza ojczyzna była przepiękna. Jeszcze pamiętam, jak jako bajdel jeździłem do mojej babci na wieś. Co ja wtedy tam jadłem! Te dania, które ona robiła. Boże! Ile ja bym dał, aby tamto wszystko wróciło! Co myśmy zrobili z naszą Ziemią… - duchownemu zaszkliły się oczy.

Wojtek próbował wyobrazić sobie tamten utracony świat, lecz nie udawało mu się to. Za każdą próbą nachodziły mu na wyobrażenie szaro-bure barwy. Jego starania przerwał duchowny.

- Ciekawe co oni z nami zrobią…

- Nie chcesz wiedzieć – powiedział brodacz, który od dłuższej chwili przysłuchiwał się ich rozmowie.

Wojtka po tych słowach przeszedł dreszcz na całym ciele. Duchowny tylko głośno westchnął i jeszcze bardziej spochmurniał. Już kilkanaście osób umarło przez te dwa dni w tej ciasnej klatce. Co wieczór żołnierze przeprowadzali inspekcje, celem ich było zliczenie pozostałych przy życiu. Wtedy też nie wiadomo dokąd zabierano ciała. Wojtka uwagę jednak przykuło zachowanie brodatego faceta, który od dłuższego czasu dziwnie przyglądał się wszystkim znajdującym się w wagonie. Mężczyzna kontynuował:

- Na Twojej szyi księżulku znajduję się klucz do naszej wolności.

Ksiądz Jacek spojrzał na niego zdziwiony oraz zaskoczony. Po chwili jedna zrozumiał, o co chodzi brodatemu i powiedział:

- Nie rozumiem jak mój medalik, może być kluczem do wolności?

- Te obroże mają możliwość zdjęcia bez wywołania wybuchu. Wystarczy włożyć cieniutką blaszkę w to wcięcie – mówiąc to, wskazał palcem miejsce na obroży, gdzie była wąska szczelina – Wtedy zablokuje ona działanie mechanizmu.

Wojtkowi i księdzu Jackowi opadły szczęki ze zdumienia. Tracili już powoli nadzieje, że uda im się to zdjąć, a tu taka informacja.

Duchowny wstał i bez namysłu zerwał medalik, a potem oddał go mężczyźnie. Wtedy brodacz poszedł na środek wagonu.

- Ludzie…

***

- Tędy! Zaraz to wszystko jebnie!

Tropiciel podniósł drugą bardziej ukrytą klapę, która znajdowała się we wnętrzu skrytki. Była bardzo wąska. Stalkerzy musieli najpierw rzucić na dół plecaki i broń, aby im udało się zejść. Nastąpiło powtórne uderzenie w drzwi. Tym razem miało jeszcze większy impet niż poprzednio, a zza nich rozległ się potężny ryk charakterystyczny dla Szablaków. Gdy Szrama i Tropiciel zniknęli w mroku, który panował pod klapą, przyszedł czas na największego z grupy.

- Kurwa, jeszcze tego nam brakowało…- powiedział Spryciarz.

Okazało się, że Goryl jest za duży, aby przecisnąć się przez szczelinę. Zablokował swoim cielskiem przejście, de facto więżąc

Spryciarza w tym pokoju.

- Kurwa mać! – wrzasnął Tropiciel.

- Co teraz? – spytał Szrama.

- Daj mi pomyśleć – mówiąc to, zaczął chodzić nerwowo w tę i powrotem - Dobra. Bierz plecki pod ścianę. Zabezpiecz drzwi. Spryciarz! Poszukaj jakiegoś ciężkiego przedmiotu. Podłoga skrytki jest na tyle cienka, że zdołasz się przebić jednym solidnym uderzeniem.

Stalker słysząc słowa kolegi, natychmiast rozpoczął przeszukiwanie pokoju. Nie zajęło mu to dużo czasu. Znalazł dość sporych rozmiarów młotek leżący pod ścianą. Mutant nie odpuszczał, kolejny raz z wielkim impetem naparł na drzwi, które już prawie mu się poddały. Spryciarz nie tracąc czasu, podbiegł do skrytki. Wskoczył do niej i uderzył z całych sił w podłogę, która poddała się od razu. Oboje spadli na posadzkę pomieszczenia pod pokojem. Szczęście do nich się uśmiechnęło, gdyż nie odnieśli żadnych poważniejszych ran. Szybko otrzepali się i wstali.

- Ruchy! Jak ten granat wybuchnie, to najprawdopodobniej budynek się zawali – powiedział Tropiciel, podając im ich plecaki oraz broń.

Gdy tylko wybiegli na korytarz z pomieszczenia, rozległ się ogromny huk i skowyt rannego mutanta. Ściany budynku zaczęły drżeć. Po chwili wszystko zaczęło się walić.

- Spierdalamy! – wrzasnął Spryciarz.

Biegli, co chwila, potykając się o kawałki tynku, płaty farby, śmieć zalegające na podłodze oraz gruz. Ściany za nimi waliły się, wzbijając radioaktywny kurz w powietrze. Dozymetrom załączyły się alarmy, dając im wiadomość, że przyjmują ogromną dawkę promieniowania. Wbiegli do holu wyjściowego. Byli na jego środku, gdy nagle przed nimi zawalił się sufit, blokując przejście.

- Kurwa! Musimy biec przez ten korytarz!

Przejście blokowała pordzewiała krata, przyniesiona z jakiegoś sklepu. Goryl rozpędził się i uderzył barkiem. Spawy puściły. Na podłogę z hukiem posypały się pręty. Wbiegli w korytarz. Gdy byli w połowie jego długości budynek nagle przestał się walić, a alarmy dozymetrów ucichły. W pewnym momencie całkowicie przestały terkotać. Zwolnili. Zaczęło ich otaczać gęsty mrok. Cała czwórka zapaliła latarki. Snopy światła nie mogy się przebić na więcej niż parę kroków. Szli praktycznie po omacku. Ostrożnie stawiali kroki.

- Nie podoba mi się to… - powiedział Tropiciel.

Nagle zza ich plecami rozległ się tupot stóp i dziecięcy śmiech. Włosy im stanęły dęba. Skronie zaczął zalewać pot. Machinalnie odwrócili się. Nikogo tam nie było. Znowu rozległ się ten śmiech tylko tym razem już przed nimi. Cała ta sytuacja sprawiła, że języki ugrzęzły im w gardłach. Po dłuższej chwili milczenia odezwał się przerażony Szrama:

- Ja pierdole…

Spryciarz jako pierwszy się otrzeźwił. Jeszcze moment mu zajęło opanowanie strachu. Potem spojrzał na dozymetr, ogarnęło go zdumienie. Licznik urządzenia wskazywał zero. Mrok otaczający ich z każdą chwilą gęstniał. Musiał podjąć szybko decyzję. Podszedł do każdego i uderzył solidnie pięścią w ramię.

- Nic nam nie pomoże stanie tutaj. Musimy ruszać dalej. Ja i Szrama pójdziemy przodem, a wy będzie ubezpieczać tyły. Nie możemy się za bardzo od Siebie oddalić.

Gdy tylko uformowali szyk, Spryciarz postawił pierwszy niepewny krok. Szli bardzo powoli. Mrok przed nimi tak zgęstniał, że snopy światła latarek praktycznie nie były, w stanie przebić się. Spryciarz poświecił na swój zegarek. Jego wskazówki wskazywały godzinę dziesiątą rano. Westchnął z ulgą. Oznaczało to, że od momentu, kiedy wyszli z enklawy, minęły dopiero cztery godziny. Spojrzał przed siebie.

,, Ten korytarz musi mieć jakieś wyjście w końcu” – pomyślał.

Szli tak chyba dobre pół godziny, wówczas stalker ponownie spojrzał na zegarek. Zdumiał się, jego wskazówki nadal były ustawione na godzinie dziesiątej rano. Jednak po chwili doszedł do wniosku, że to bateria musiała się wyczerpać. Poprosił Szramę o sprawdzenie godziny. Jego zegarek również wskazywał dziesiątą rano, tak samo Tropiciela i Goryla.

,, To nie możliwe, aby we wszystkich zegarkach w tym samym momencie baterie się wyczerpały” – pomyślał.

Znowu rozległ się tupot stóp i dziecięcy śmiech. Miało to miejsce w niewielkiej odległości przed nimi. Jednak tym razem dźwięki były przytłumione, dochodziły jakby zza drzwi. Stalkerzy spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Ruszyli dalej. W pewnym momencie latarki zaczęły przebijać się przez gęsty mrok i ich oczom ukazał się korytarz. Nic w tym dziwnego by nie było, gdyby nie to, że drzwi prowadzące do pokoi wyglądały jak nowe, a na podłodze nic nie zalegało nawet trupy! Całą grupę ogarnęło zdumienie i dezorientacja.

- Gdzie my jesteśmy?!?! – powiedział Goryl.

Nagle wszystkie drzwi się otworzyły. Szrama odwrócił się, w kierunku najbliższych czekając na atak. To co ujrzał wprawiło go w osłupienie. Zobaczył ulicę. Ludzi spacerujących z psami, goniących za swoimi sprawami z telefonami przy uchu, parę staruszków idących razem po chodniku. Asfalt, na którym nie zalegała odrobina gruzu ani wraki aut z trupami w środku. Całe budynki stały w pełni swojej okazałości. Całość tego obrazu dopełniały zielone drzewa i krzewy! Chciał już dać krok i przenieść się z powrotem do tamtego świata, lecz złapał go za ramię Goryl oraz pociągnął do siebie.

- Puszczaj!! Chcę tam!!!

Zaczął się wyrywać olbrzymowi. Nagle przed nimi rozległ się śmiech dziecka. Członków grupy obleciała gęsia skórka. Tropiciel przełknął głośno ślinę. Oczy Szramy wyglądały jak strusie jajka, a Goryla zaczął zalewać pot. Spryciarz obrócił się powoli, bojąc się tego, co zaraz zobaczy. W odległości zaledwie paru metrów od nich stał mały na oko sześcioletni chłopiec o ciemnych włosach…

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • slawko00 3 miesiące temu
    Jeden pierwotny fragment tekstu został zmieniony.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania