Wirus - Rozdział 5.

Ten wieczór był bardzo ciepły. Miałam szczęście, że urodziłam się latem.

 

Od razu po wyjściu z hali, Samantha przybrała pozę, której uczono nas na szkoleniach. Typowa skradanka, zapewniająca przeżycie w tych czasach. Uśmiechnęłam się jednak widząc jak Sam wczuwa się w sytuację jeszcze w obozie. Przyznam, że i mnie to podekscytowało.

 

Nasz schron otoczony był "murem" zrobionym z metalowej siatki i różnych blach. Samanthę zawsze bardziej ciągnęło do naginania zasad niż mnie, toteż jego budowę miała w małym palcu. Wiedziała, gdzie są słabsze punkty przez które można się przecisnąć.

 

Przebiegłyśmy kilkanaście metrów, skulone, udając dorosłych walczących z zarażonymi. Dało nam to sporo radości i śmiechu, jednak z tym drugim musiałyśmy się opanowywać.

-Jesteś pewna? - spytała tajemniczo Samantha gdy stałyśmy już przy "tym" miejscu w murze. Blaszany kawałek wyraźnie odstawał, a nasze niewielkie ciała mogły się przecisnąć obok.

-Żartujesz? Najpierw mnie namawiasz, a teraz się pytasz? - spytałam zdziwiona.

-No wiesz ... nie wiem czy nie jesteś tchórzem - wyszczerzyła się Sam. Wredny rudzielec.

-Tchórzem? No to patrz! - odparłam po czym prześlizgnęłam się za mur z niezwykłą szybkością. Roześmiana Samantha po mnie zrobiła to samo.

-Brawo, brawo. No dobra, chodź już, szesnastolatko.

 

Nie pamiętałam zbytnio świata sprzed epidemii. Miałam niecałe osiem lat gdy to wszystko się zaczęło, więc raczej byłam usprawiedliwiona. Jedynymi prześwitami były wakacje. Rodzice starali się, żebym wspominała je jak najmilej. Byłam jedynaczką, więc poświęcali mi maksimum swojego czasu i uwagi. Zawsze mi to odpowiadało.

A potem gdy pojawił się wirus, wszystko szlag trafił. Nawet nie wiadomo skąd tak naprawdę się wziął. Najchętniej udzielali się fani teorii spiskowych, którzy głosili, że to wina Rosjan. Nic nowego.

 

Cały świat był upiorny. Opustoszałe budynki, drapacze chmur porośnięte mchem i bluszczem, zniszczone sklepy, porzucone samochody. A najgorsze było to, że nie zarażeni byli najgroźniejsi, a ludzie. Potrafili zabić dla głupiej butelki wody, którą ktoś akurat nie chciał się podzielić. Do tego robili to często z niezwykłą brutalnością. Wiele razy o tym słyszałam, ale jeszcze nigdy nie widziałam na oczy. Miałam nadzieję nie zobaczyć jak najdłużej.

 

-Który z chłopaków ci się najbardziej podoba? - wypaliła nagle Samantha. Nie odzywałam się przez chwilę. Nigdy o tym szczególnie nie myślałam, szczerze mówiąc, nie obchodziło mnie to za bardzo. Istniało wiele innych problemów.

-Nie wiem. Nie mam zdania na ten temat - powiedziałam lekko zarumieniona. Samantha nie zwalniała kroku.

-Jasne - odparła ironicznie.

-Naprawdę - tłumaczyłam - No a tobie?

 

Milczała z miną pełną zastanowienia.

-Chyba Adam

-Adam? Jest grubo po czterdziestce - komentowałam zażenowana.

-Co z tego? Jest taki twardy, i męski, i ...

-Starczy - powiedziałam roześmiana. Sam widząc to, również zachichotała.

-No co? Nic mu nie brakuje - ciągnęła.

-Ta. Lat także - dogryzłam jej.

 

Samantha nic już nie powiedziała.

To może dość dziwne, ale zawsze lubiłam te cisze, które pojawiały się między nami. Wtedy można było zrozumieć znacznie więcej, niż ze słów. Uwielbiałam obserwować gesty przyjaciółki, jej mimikę twarzy. Było w niej zawsze coś fascynującego. Zawsze wiedziałam, gdy jest czymś zakłopotana. Tak było i w tym momencie.

 

-No, to tutaj - wskazała na budynek przed nami. A raczej na jego resztki. Brakowało dachu, jednej ze ścian, a cały dół był praktycznie zawalony. Kiedyś był to chyba dom jednorodzinny

-Faktycznie niedaleko. Ale co ciekawego może być na stercie gruzu? - spytałam delikatnie unosząc kącik ust.

-Marudzisz jak zwykle - powiedziała Samantha zakładając ręce na biodra - musimy wspiąć się na górę, to ci pokażę.

-Okej. No to do dzieła - powiedziałam i ruszyłam przed siebie.

Przestępując próg jakiegokolwiek budynku, zawsze czułam się z tym nieprzyjemnie. Wiedziałam, że właścicielom się nie narażę, ale mimo wszystko nie lubiłam tego robić. Musiałam jednak przywyknąć, gdyż budynki były jedyną szansą na żywność (poza polowaniami), leki, narzędzia i tak dalej. No i, jak widać czasem trafiły się też atrakcje.

-Podsadź mnie, to cię wciągnę - powiedziała pewnie rudowłosa.

-Nie ma sprawy szefowo.

Samantha zwinnie przeskoczyła na górę, stawiając nogi na moich ramionach, po czym podała mi rękę. Wciągnęła mnie i odetchnęła udając wielki wysiłek.

-Powinnam ci dać wagę na urodziny - powiedziała złośliwie. Przyjemnie słuchało się jej docinek.

-Bardzo śmieszne.

-Ot, nasza atrakcja - powiedziała Sam dumna.

 

Gdy wyjrzałam zza jej pleców, dostrzegłam jakiś dziwny stół. Był zielony, miał kilka dziur, a na nim porozrzucane były jakieś kolorowe kule.

-Co to takiego? - spytałam podnosząc jedną z tych kul w ręku.

-To, moja droga, nazywa się bila. A sama gra to billard. Na bank ci się spodoba!

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Shogun 2 miesiące temu
    Ha, billard :D No tego się nie spodziewałem. Najbardziej jednak podobał mi się ten fragment o ciszy. Dużo w nim prawdy. Czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział :D
    Pozdrawiam ;)
  • Kapelusznik 2 miesiące temu
    Fajne sceny
    Ok klimat
    nadal chaos w linii czasu
    4
    Nie wiem gdzie jesteśmy
    Ten odcinek z biciem i "kłuciem" bardzo zdezorientował

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania