Cień Areny - AKT I, rozdział 12.
Rozdział 12
Droga zdawała się nie mieć końca. Michał dawno przestał liczyć zakręty — mógłby przysiąc, że krążą w kółko. Po może dwóch, trzech godzinach jazdy autobus wreszcie się zatrzymał. Szarpnięcie wyrwało niektórych z zamyślenia. Drzwi otworzyły się z głośnym, mechanicznym sykiem, a do wnętrza wdarł się chłód nocy i mdły zapach dymu, kurzu oraz starego betonu.
— Wysiadać — rzucił jeden z żołnierzy po rosyjsku, stukając pałką w metalową poręcz.
Radecki wyszedł jako trzynasty. Przez moment musiał zmrużyć oczy — na dziedzińcu panował półmrok, oświetlany jedynie przez parę lamp halogenowych zamontowanych na statywach. Chłodne światło rzucało długie, poszarpane cienie, a silny wiatr targał połami mundurów strażników.
Zamrugał. Przez chwilę wydawało mu się, że zna to miejsce.
Szare, grube mury o prostych konturach, szeroki dziedziniec otoczony kolumnami, wyszczerbione schody prowadzące na główną bramę. Kamienne ściany, w których czas zatrzymał się jakieś sto lat temu. Twierdza. Ale nie jakaś anonimowa budowla w środku niczego. Coś w jego głowie zaczęło się odgrzebywać — obraz, uczucie, jakiś detal…
Jeszcze nie był pewien.
Gdzieś zza murów dobiegł pojedynczy strzał. Potem kolejny, stłumiony, jakby oddany w podziemiach. Następnie krótka seria — zbyt krótka jak na regularną walkę, zbyt precyzyjna.
Radecki znieruchomiał. Nasłuchiwał.
Znowu wystrzał. Tym razem towarzyszył mu głuchy huk — może granat, może podłożony ładunek. Wybuch nie był bliski, ale wystarczająco wyraźny, by zmrozić krew w żyłach.
Czy to jeszcze walka o utrzymanie pozycji? — przemknęło mu przez głowę. Czy dobijanie tych, którzy nie zdążyli uciec?
Przyglądał się rosyjskim żołnierzom. Byli zrelaksowani. Kilku żuło gumę. Inni rozmawiali półgłosem, jakby to był zwykły dzień. Nikt się nie ukrywał. Nikt nie wyglądał, jakby obawiał się ostrzału.
Więc to drugie… — pomyślał z goryczą. Oni już tu są. Rozgościli się. A resztę po prostu trzeba posprzątać.
Ruszył za kolumną więźniów. Buty uderzały o bruk, dźwięk odbijał się echem od murów, monotonny jak werbel. Nawet nie było komendy. Po prostu szli. W środku nocy, przez obce miejsce, ku czemuś, co miało być „nowym życiem”. Ale to nie było życie. To było coś innego. Coś, co odebrało Michałowi Radeckiemu imię i miało odebrać też duszę.
Kolumna ruszyła, prowadzona przez krępego żołnierza z latarką przymocowaną do karabinu. Poruszali się powoli, w pełnym porządku — jeden za drugim, w odległości około trzech metrów. Ciszę przerywało tylko stukanie butów o bruk, czasem szczęk łańcucha, którym ktoś niezdarnie szarpnął przy wstawaniu lub przestawianiu się.
Radecki trzymał rytm, jako numer trzynaście. Przed nim numer dwanaście.. Za nim, bez wątpienia, Noah z numerem dwadzieścia, którego obecność czuł niemal fizycznie, mimo dystansu.
Każdego z nich eskortowało dwóch żołnierzy — jeden z przodu, drugi z tyłu — trzymających broń gotową do strzału. Zachowywali się tak, jakby prowadzili grupę seryjnych morderców, a nie przypadkowo złapanych młodych ludzi. Tyle że to już nie byli przypadkowi młodzi ludzie. Nie według nich. Teraz byli numerami. Potencjałami. Materiałem.
Michał kątem oka zarejestrował ruch po lewej stronie dziedzińca. Tam właśnie żołnierze rozładowywali sprzęt z wojskowych ciężarówek. Jedna z nich była częściowo otwarta — w środku widać było rzędy skrzyń zabezpieczonych pasami. Obok niej kilku mężczyzn w szarych kombinezonach z napisem "MED-TECH" na plecach przenosiło ładunek pojazdu na wózkach — chłodnie, stojaki z kroplówkami, monitory medyczne, kontenery z oznaczeniami biologicznymi. Na jednej z paczek wymalowany był czerwony znak ostrzegawczy: BIOHAZARD.
— Coś nowego im się szykuje — mruknął któryś z eskortujących żołnierzy.
Nie brzmiał jak ktoś przejęty.
Radecki zacisnął szczękę. Cokolwiek mieli tutaj zamiar z nimi zrobić — nie wyglądało to na „szkolenie komandosów”. Prędzej na eksperyment, test, proces selekcji. To miejsce żyło — ale nie normalnym życiem. To był organizm sam w sobie: oddychał, trawił i wydalał. I teraz ich właśnie trawił.
Światła na dziedzińcu za nimi zaczęły przygasać. Zimny kamień pod stopami powoli zamieniał się w gładką, bieloną powierzchnię. Wchodzili do wnętrza twierdzy. Tam czekał na nich kolejny etap. Radecki nie wiedział jeszcze, czy będzie gorszy od poprzedniego — ale był pewien, że nie będzie lepszy.
Szli w milczeniu coraz bardziej w głąb twierdzy. Kamienne korytarze pochłaniały światło, a zimne ściany zdawały się odbijać echo ich kroków w dziwnie przytłumiony sposób. Radecki czuł, jak narasta w nim zmęczenie. Każdy krok był coraz cięższy, plecy bolały od naprężenia mięśni, kark sztywniał od nieustannego napięcia. Umysł rwał się ku wspomnieniom z ostatnich dni, ale nie potrafił ich już złożyć w logiczną całość. Wszystko zacierało się w mętliku: śmierć Igora, strzały na froncie, rosyjski żołnierz wydający rozkaz „Nie dobijać”, ciemność. A potem — numer, ubranie, transport, twierdza. Teraz.
Szli długo, a każdy krok tylko pogłębiał wrażenie odrealnienia. Jakby stąpał przez koszmar, z którego nie dało się już obudzić.
Kiedyś był Michałem Radeckim. Teraz był numerem trzynaście.
Szurał nogami, nie z wyczerpania, ale z poczucia bezsilności. Szło się łatwiej, gdy człowiek się prostował, gdy walczył o każdy krok — ale on już nie walczył. Nie w tej chwili. Szedł przygarbiony, z oczami wbitymi w plecy poprzedzającego go mężczyzny. Numer 12.
I właśnie ten numer, ten człowiek przed nim, nie pasował do niczego.
Z każdą minutą Radecki utwierdzał się w przekonaniu, że dwunastka jest większy, niż wcześniej myślał. Może wtedy, w autobusie, wyglądał tylko na umięśnionego — ale teraz? Teraz było widać wszystko. Ten facet poruszał się z pewnością siebie, jakby nigdy w życiu nie musiał nikogo słuchać. Szerokie plecy, ramiona jak u zapaśnika, łydki spięte jakby tylko czekały na sygnał do skoku. Nie miał w sobie cienia strachu.
Radecki, mimo wyczerpania, nie mógł oderwać od niego wzroku. Dwunastka szedł pewnym, miarowym krokiem, jakby był nie więźniem eskortowanym pod lufą karabinu, a żołnierzem na rutynowym patrolu. Nawet jego ruchy były inne — nie było w nich ani krzty spięcia. I choć otaczało ich dwóch uzbrojonych ludzi, Radecki miał dziwne wrażenie, że ten człowiek mógłby ich obezwładnić w kilkanaście sekund. Może nawet krócej. Może tylko czekał na moment.
Dar od losu — przemknęło mu przez myśl. Tylko dla kogo?
W pewnej chwili, jakby czując na sobie spojrzenie, dwunastka odwrócił na moment głowę. Michał nie zdążył odczytać wyrazu jego twarzy, ale mógłby przysiąc, że tam, w kącie ust, pojawił się uśmiech. Krótki, jak błysk ostrza. Żart? Zadowolenie? Znudzenie?
Boże, kim on jest? — pomyślał Radecki z rosnącym niepokojem. Każdy z nas ma wypisany na twarzy strach. Każdy poza nim. On… on chyba się tym bawi.
Gdy dotarli do końca korytarza, kolumna zatrzymała się, a jeden z żołnierzy zaczął po kolei otwierać masywne, metalowe drzwi. Na ścianach nie było nic — żadnych oznaczeń, żadnych napisów, żadnych numerów. Tylko szarość i cisza przerywana stukotem butów.
Padł suchy rozkaz:
— Wchodzić. Bez ociągania.
Każdy z „numerów” wprowadzany był do osobnej celi. Nie trzeba było specjalnie przymusu — zmęczenie, otępienie, dezorientacja robiły swoje. Gdy przyszła kolej na Radeckiego, jeden z wartowników pchnął go lekko w plecy. Michał przekroczył próg i usłyszał za sobą metaliczny trzask zamka. Zostawili go samego.
Cela była surowa jak cały ten kompleks — betonowe ściany, metalowa prycza przyspawana do podłogi, zimna umywalka i sedes w kącie. Żadnych koców, poduszki, a okienko wysoko nad głową nie oferowało nic prócz szarego odbicia światła, które i tak nie docierało do wnętrza.
Usiadł ciężko na łóżku. Z ulgą, ale i niepokojem. Z ulgą — bo mógł wreszcie usiąść bez ciągłej obserwacji. Z niepokojem — bo nie miał pojęcia, co będzie dalej.
Nie minęło wiele czasu, gdy pod drzwiami rozległy się kroki. Jęk zawiasów, szczęk zamka. Drzwi uchyliły się, a do środka weszło dwóch uzbrojonych żołnierzy. Za nimi wszedł doktor Kazanov.
— Dobry wieczór, numerze trzynaście — powiedział doktor łagodnym, niemal uprzejmym tonem.
Michał milczał. Przestawało go dziwić, że mówiono do nich numerami.
— Przynieśliśmy ci coś — ciągnął Kazanov, wyjmując z kieszeni mały blister z trzema tabletkami. — Witaminy. Pomogą ci przetrwać to, co przed tobą. Wzmocnią organizm, poprawią metabolizm, uspokoją nieco nerwy.
Radecki zmarszczył brwi. Nie ruszył się z miejsca.
— Co to dokładnie jest? — zapytał nieufnie. — Dlaczego miałbym to brać?
Kazanov nie wyglądał na zaskoczonego. Uśmiechnął się lekko, jakby spodziewał się pytania.
— Bo będzie ci lżej, Trzynaście. Uwierz mi, za kilka dni sam docenisz, że wziąłeś te tabletki. Twoje ciało zostanie poddane intensywnemu wysiłkowi. Twoja psychika również. A to — uniósł blister i poruszył nim lekko — to jedyna łagodna rzecz, jaką dziś otrzymasz. Później będzie już tylko gorzej.
Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. Michał nie widział w jego twarzy pogardy ani rozbawienia. Jedynie spokój i... pewien rodzaj rezygnacji?
W końcu Radecki sięgnął po tabletki. Połknął je bez słowa. Bez wody. Czuł, jak lekko przylegają mu do gardła, ale nie zakrztusił się. Nawet nie skrzywił.
Doktor skinął głową z aprobatą.
— Dobrze. Bardzo dobrze. Uczciwe podejście do zaleceń medycznych zawsze popłaca.
Zawrócił w stronę drzwi. W progu odwrócił się jeszcze i rzucił przez ramię:
— Spróbuj się wyspać. Może to być twoja ostatnia spokojna noc w życiu.
Drzwi zamknęły się bezgłośnie. Michał został sam. W ciszy.
W celi panował chłód, ale po wszystkim, co przeszedł w ostatnich dniach, Michał zasnął niemal natychmiast — nie z komfortu, lecz ze zmęczenia tak głębokiego, że mógłby zasnąć nawet na betonie.
Obudził go brutalny hałas: najpierw głośne uderzenie kolby karabinu w drzwi, a zaraz potem szczęk zamka. Do środka weszło dwóch żołnierzy. Nie odezwali się ani słowem. Jeden rzucił mu na podłogę krótkie, szare spodenki, drugi podszedł i wyciągnął rękę, żądając pomarańczowego uniformu. Radecki nie oponował. Zimne powietrze uderzyło go mocniej, gdy został tylko w szortach. Następnie otrzymał kolejną porcję tabletek — tym razem bez wyjaśnień, tylko cichy rozkaz spojrzenia w górę i połknięcia ich pod czujnym wzrokiem jednego z żołnierzy.
Zaraz potem został poprowadzony przez korytarze, aż dotarli na dziedziniec. Szarość poranka rozlewała się po betonie jak mgła. W powietrzu czuć było wilgoć, a oddychając, widział parę wydobywającą się z ust. Mimo to stał tylko w cienkich spodenkach, podobnie jak reszta. Po raz pierwszy widział ich wszystkich razem. Dwudziestu ludzi, ustawionych w dwóch rzędach. Wszyscy w podobnym stanie — brudni, wychudzeni, zagubieni.
Na końcu szeregu stał Noah. Radecki skinął do niego głową. Ten odwzajemnił gest nieco z opóźnieniem — wyglądał na jeszcze bardziej wyczerpanego niż poprzedniego dnia. Michał rozejrzał się dalej. Wzrok sam powędrował do numeru 12. Potężny cień mężczyzny wyróżniał się na tle pozostałych. W świetle wschodzącego słońca jego twarz wydawała się niemal posągowa — zarysowana ostrymi liniami, spokojna i… niepokojąco pewna siebie. Nie było w niej ani śladu lęku. Wręcz przeciwnie — miał w sobie coś z drapieżnika, który właśnie wyszedł z klatki i z niecierpliwością wypatruje, komu będzie mógł rozszarpać gardło. Michałowi przemknęło przez myśl, że może ten gość był tu wcześniej. Może był komandosem, którego testują ponownie. A może po prostu urodził się do przemocy.
"Zero strachu, zero obaw. Tylko ten przeklęty uśmieszek jak u kogoś, kto wie, że za chwilę będzie górą" — pomyślał Michał, wpatrując się w numer 12. Gość wydawał się pogardzać wszystkimi wokół. Nawet tymi z karabinami.
Michał spojrzał w niebo. Słońce dopiero wspinało się nad linię lasu, o ile w ogóle to był las — zza murów i ogrodzeń nie widział niczego wyraźnie. Próbował przypomnieć sobie przebieg ostatnich dni. Bitwa. Ucieczka. Zasadzka. Transport. Cela. Musiał być początek września. Może trzeci albo czwarty dzień miesiąca. Wczesny ranek. Może szósta. Może ciut wcześniej.
Stał na zimnym betonie, trzęsąc się jak osika. Nie uważał się za zmarzlaka, ale ciało reagowało inaczej, gdy było wygłodzone, niewyspane i pełne napięcia. Ręce mu drżały, zęby szczękały, a wewnętrzny głos powtarzał tylko jedno: "Gorzej być nie może."
Nie był pewien, czy bardziej trzęsie się z zimna, czy z tego, że nie miał pojęcia, co ich teraz czeka. Pocieszał się tylko jedną myślą: może dadzą im śniadanie. O ile w ogóle przewidzieli coś takiego jak śniadanie.
Wkrótce na dziedzińcu zapanowała cisza. Żołnierze ustawili się wzdłuż murów, tworząc żywy kordon wokół dwudziestu więźniów, z których większość ledwo trzymała się na nogach. Kilku trzęsło się z zimna jak Michał, inni starali się zachować pokerową twarz, choć zdradzały ich nerwowe ruchy lub sztywność postawy.
Wtedy pojawił się on — generał Kutuzow. Postawny, siwiejący mężczyzna o żelaznym wyrazie twarzy, ubrany w wojskowy płaszcz i czapkę. Wszedł wyprostowany na środek placu, zupełnie niewzruszony padającą mżawką. Jego wzrok był twardy i przeszywający, jakby potrafił czytać w myślach zgromadzonych więźniów. Każde jego spojrzenie niosło chłodną pewność siebie i bezwzględny autorytet człowieka, który nie musi podnosić głosu, by wszyscy zamilkli. Towarzyszył mu pułkownik Borodin.
Kutuzow zatrzymał się przed nimi, uniósł rękę i przemówił po rosyjsku. Głos miał donośny, rytmiczny, jakby wygłaszał mowę przed setkami.
— Towarzysze! — zaczął. — Zostaliście wybrani. Wyrwani z chaosu, z brudu, z błota zdrady i opuszczenia. Tam, gdzie wasz kraj was porzucił, my dostrzegliśmy w was wartość. Potencjał.
Michał nie rozumiał wszystkiego, ale znał rosyjski na tyle, by wychwycić sens.
— Tu, na tej ziemi, na tym terenie — kontynuował Kutuzow — stworzymy z was nową jakość. Nowy gatunek wojownika. Silnego, niezłomnego, lojalnego. Nie jesteście już więźniami. Nie jesteście już porażką waszych narodów. Jesteście surowym materiałem, który poddamy obróbce. A potem — wypuścimy w świat jako broń doskonałą.
Rozglądał się po twarzach zgromadzonych z zadowoleniem.
— Nie pytajcie o prawa. Nie pytajcie o sprawiedliwość. Tu nie będzie demokracji ani litości. Jest tylko projekt. Projekt, który wymaga od was absolutnego posłuszeństwa i oddania. W zamian otrzymacie nowe życie. Silniejsze. Trwalsze. Lepsze.
Zamilkł na chwilę, jakby chciał dać im czas na przyswojenie jego słów.
— Ci, którzy wykażą się lojalnością i determinacją, znajdą tu miejsce i cel. Reszta... — spojrzał chłodno — Reszta nie jest nam potrzebna.
Zrobił krok w bok, pozwalając swojemu adiutantowi dołączyć do niego.
— Zaczynacie od dziś. Dobrze się przyjrzymy, kto jest gotów stać się częścią przyszłości, a kto zostanie zmielony przez tryby selekcji.
Słowa Kutuzowa wybrzmiewały w głowie Michała jeszcze przez kilka sekund. Wcześniej czuł tylko strach i zmęczenie — teraz pojawiło się coś jeszcze. Coś, co zaskoczyło go samego.
Myśl, że został wybrany.
Stał tam nieruchomo, w cieniu porannego światła, a serce biło mu szybciej — nie z paniki, lecz z dziwnego podniecenia. Generał miał rację. Ich własne kraje, ich dowódcy, ich ludzie — wszyscy ich porzucili. Radecki wspomniał moment schwytania: nikt nie przyszedł im z pomocą. Żaden ratunek nie nadszedł, żaden helikopter, żadna akcja odbicia. Po prostu zniknęli. W jednej chwili przestali istnieć.
Ale tutaj… tutaj ktoś widział w nim potencjał.
Myśli Michała zaczęły wędrować szybciej. Co jeśli to rzeczywiście szansa? Jeśli naprawdę trafił do miejsca, które zrobi z niego kogoś więcej niż tylko rozbitka po wojnie? Może to nie piekło, tylko brama do nowego życia?
Zacisnął zęby. Nie chciał się do tego przyznać, ale w głębi duszy od dawna pragnął czegoś takiego — być potrzebnym, być kimś. Być wojownikiem jak ci, których podziwiał w dzieciństwie. Bohaterem, który nie boi się niczego i którego nikt nie może złamać.
A teraz nadarzała się okazja.
Rzucił okiem na innych więźniów — większość wciąż wyglądała na przerażonych, zrezygnowanych. Ale on czuł w sobie coś innego.
Chciał się wykazać. Chciał udowodnić, że się nadaje. Że nie tylko przetrwa, ale stanie się najlepszy. Najsilniejszy. Że wykorzysta to, co mu dano — i nie będzie narzekał.
Oczy Michała zaszkliły się od mżawki, ale nie odwrócił wzroku. Stał nieruchomo, wciągając powietrze przez nos, jakby chciał nasycić się tą chwilą. Dreszcze wciąż przebiegały mu po plecach, a skóra pokryta była gęsią skórką. Ale nie cofnął się. Nie garbił. Nie dał po sobie poznać, że coś go boli.
Wyprostował się do końca, jakby to właśnie teraz miał zostać zaprzysiężony. Uniósł głowę z godnością, jakiej sam by się po sobie nie spodziewał, i rozejrzał się po twarzach współwięźniów. Większość była rozbita — skuleni, przytłoczeni, zrezygnowani. Tylko kilku, w tym ten z numerem dwanaście, stało równie pewnie jak on.
Wtedy jego wzrok natrafił na oczy Kutuzowa.
Generał stał bez ruchu, dłonie złożone za plecami, twarz nieprzenikniona. Ale jego spojrzenie zatrzymało się na twarzy Michał na dłużej. Jakby dostrzegł coś więcej. Coś, czego szukał.
W ciszy, która nagle zapadła, rozbrzmiał jego głos:
— Witamy w Projekcie Zeta.
Odwrócił się, nie mówiąc już nic więcej, i ruszył w stronę przejścia w murze. Oficerowie i kilku uzbrojonych żołnierzy ruszyło za nim, zostawiając dwudziestu więźniów na zimnym dziedzińcu w świcie, który zapowiadał dzień bez litości.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania