Poprzednie częściCórka mroku

Córka mroku 11

Krew i Pęta

 

Ejon oczyścił rany Girona, jednocześnie gorączkowo wertując księgę Bunholda. Widział dawniej, jak jego mistrz składał połamane kości i zasklepiał rozdarcia, ale na wampirzym wojowniku nic nie działało. Wręcz przeciwnie – każde słowo wydawało się pogarszać sprawę. Schronili się głębiej w pieczarze, gdzie echo każdego szeptu niosło się jak złowieszczy pomruk.

– Iszeaeee nadijeee... – recytował Eion, wykręcając palce w dziwacznych gestach. – Iszszszaaeee nadiieee!

Z każdym kolejnym zawołaniem ściany jaskini drżały, a z sufitu sypał się lodowy pył. Góra zdawała się protestować przeciwko nieudolnej magii. Eldiole, dziedziczka tronu Zahiry stała z boku, zaciskając zęby. Obiecała sobie, że da chłopakowi szansę, ale gdy kolejny wstrząs niemal zwalił ją z nóg, straciła cierpliwość.

Podeszła do Ejona i z rozmachem zdzieliła go w tył głowy otwartą dłonią.

– Czy ty naprawdę próbujesz nas tu pogrzebać, ty księgożerny niedojdo?! – syknęła.

– Ale ja go ratuję! – Eion rozmasowywał potylicę, patrząc na nią z wyrzutem. – Przecież chcę go leczyć.

– Jak dotąd świetnie ci idzie wykańczanie tego biedaka!

– Ale księga mówi, że rany od...

– Czy masz tam choć jedno słowo o leczeniu wampirów? – przerwała mu Eldiole, wyciągając sztylet, który teraz, w bliskości wrogów, pulsował jadowitym blaskiem.

Ejon odskoczył nerwowo, przekonany, że dziewczyna chce go ugodzić. Ona jednak pochyliła się nad Gironem, którego ciało wpadło w konwulsyjne drżenie.

– Masz zakaz używania magii! – rozkazała. – Tak długo, jak jesteśmy w tej dziurze, nie chcę widzieć żadnych twoich mambo-dżambo. Jeśli spróbujesz jeszcze raz, wbiję ci to ostrze w gardło!

Machnęła mu sztyletem przed nosem, po czym szybkim ruchem nacięła własną dłoń. Zacisnęła pięść nad ustami wampira, pozwalając, by gorąca, królewska krew spadła wprost na jego spękane wargi.

Reakcja była piorunująca. Giron gwałtownie otworzył oczy – jego tęczówki zniknęły, zastąpione absolutną, drapieżną czernią. Rany na jego piersi zamknęły się z mokrym mlaśnięciem, a wampir zerwał się na równe nogi, kucając jak tygrys szablozębny gotowy do skoku.

– Coś ty zrobiła?! – wrzasnął Eion. – Nie powstrzymamy go teraz!

Zanim Giron zdążył uderzyć, Eldiole bezceremonialnie zwaliła go z nóg pokaźnym kamieniem, który trzymała w drugiej ręce.

– Wiąż go! – ryknęła do osłupiałego maga. – Rusz się! Użyj rzemieni z uzdy, tylko mocno!

– Coś ty narobiła... – stękał Eion, zaciskając pęta na nadgarstkach nieprzytomnego ponownie wampira.

– Wyleczyłam go – rzuciła beznamiętnie Eldiole, ocierając dłoń o futro.

Tymczasem w obozie Vilkundów, w namiocie zrobionym z grubych skór wieloryba, panował zaduch potu i strachu. Wanora była przykuta do ciężkiego, dębowego krzyża, a jej pęta z „martwego żelaza” boleśnie wpijały się w skórę.

– Dziwne... mógłbym przysiąc, że wyglądasz jak ta suka, która pocięła mi twarz – Ragnar Bezbrody pochylił się nad nią, a blizna na jego policzku lśniła w blasku łuczywa.

Wanora odwróciła wzrok, na ile pozwalała jej ciężka obroża. Ragnar nagle wyciągnął dłoń i jednym brutalnym ruchem wyrwał srebrny grot tkwiący w jej boku. Dziewczyna wygięła się w łuk, nie mogąc powstrzymać krótkiego okrzyku bólu.

– Dlaczego srebro cię nie zabiło? – mruknął jarl, przyglądając się pociskowi. – Nigdy nie widziałem, by wampir to przeżył.

Ragnar po rzezi oddziału wampirów natychmiast zwinął obóz i ruszył w stronę bezpiecznego Hrimgrim, ale jego nowa zdobycz fascynowała go coraz bardziej.

– Masz włosy Eldiole, jej oczy... – podszedł bliżej i czubkiem noża brutalnie rozwarł jej usta, odsłaniając kły. – Ale gdybyś była pełnokrwistym wampirem, już byś gniła.

Uderzył ją pięścią w twarz, aż głowa Wanory odskoczyła do tyłu.

– Nie odwracaj oczu, kiedy do ciebie mówię!

Wanora napięła nadgarstki, a łańcuchy zadzwoniły złowieszczo. Spojrzała na niego z taką dawką nienawiści, że Ragnar na moment znieruchomiał.

– Jestem ostatnim obrazem, jaki zobaczysz na tym świecie – syknęła.

– Ha, ha! – Ragnar roześmiał się, odsłaniając wejście do namiotu. Blady blask dnia padł na dziewczynę. Wanora skrzywiła się, ale słońce nie spaliło jej skóry. – Na moje oko nie jesteś ani człowiekiem, ani wampirem. Jesteś skrzyżowanym kundlem.

Zimny uśmiech zniknął z jego twarzy.

– Nie potrzebuję cię. Nie będziesz walutą ani dla wampirów, ani dla ludzi. Jutro zginiesz!

Wyszedł, zostawiając ją w ciszy, którą przerywał jedynie oddalający się szczęk jego zbroi.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania