Czerń przetykana złotem, rozdział 11

Rozdział 11 Brak słów

- Jesteś pewna, że to dobry pomysł, żeby ją jutro zabierać do Twojej matki? - zapytał Rio.

Po kolacji dziewczyna wyglądała na zmęczoną. Dante nie czekał, aż sama się odezwie, po prostu zakończył kolację i poprowadził ją na górę. Kiedy wyszli, Rio odprowadził Vivian w stronę jej auta.

- Dlaczego nie? Dla mamy to będzie najlepsza urodzinowa niespodzianka. Wiesz, że rodzina zaczyna coraz głośniej szeptać, że Don potrzebuje potomka. To może uspokoi ich wszystkich na jakiś czas. A dziewczyna wygląda, jakby przydało jej się wyjście z tego domu. - przyjrzała mu się przez chwile dokładniej i dodała po krótkiej pauzie - nie ufasz jej, prawda?

Rio milczał przez chwilę.

- To nie tak, że jej nie ufam. Ona jest inna. Nie mogę jej rozgryźć. Do tego czuję, że Knox nie mówi mi wszystkiego.

- Co masz na myśli?

- Lilith ma ciekawe umiejętności. Ma pamięć fotograficzną. Zapamiętuje wszystko co zobaczy z nieludzką precyzją. Sam sprawdziłem. Wystarczyło kilka sekund, żeby zapamiętała bezbłędnie ciągi cyfr, które zapisałem na kartce. Narysowała też z pamięci tatuaże Knoxa. Do tego on twierdzi, że nauczyła się włoskiego w jedno popołudnie.

- Co? W jedno popołudnie? Przecież to nie możliwe, jej włoski jest niemal bezbłędny.

- Dokładnie, to jest właśnie ta część, która mnie martwi. Nie wiem co jeszcze ona potrafi, a Knox milczy jak zaklęty. Do tego, kiedy ona na mnie patrzy mam wrażenie, że widzi więcej, niż to bym tego chciał. Ona jakby patrzyła prosto w moją duszę i to jest niepokojące. Sam nie wiem.

Westchnęła.

- Ja ją polubiłam. Jest trochę inna, ale to przecież nie zbrodnia? Myślisz, że ona stanowi zagrożenie?

- Nie wiem, sama w sobie może nie, Dante miał zawsze dobrego nosa do takich rzeczy. Ale chcą ją niebezpieczni i wpływowi ludzie. - opowiedział jej w skrócie sytuację z Aurevexem i IGG, bez specjalnego wdawania się w szczegóły - A on chce ją chronić za wszelką cenę.

- A Dante? Czy ona sprawia, że on przez nią mięknie?

Nad tym też Rio zastanawiał się przez dłużą chwilę, przejeżdżając ręka po krótkich włosach.

- Jest przy niej spokojniejszy, rozluźniony. Ale to było w domu. Byliśmy dziś w porcie, kilka transportów ostatnio nie wyszło na czas. Do tego dokumenty dostawy były niekompletne. Nic wielkiego, takie rzeczy się zdarzają. Nie powinny, ale się zdarzają. Posłał zarządcę do szpitala, pewnie skończyło by się gorzej, gdybym go z niego nie ściągnął. Więc nie powiedziałbym, że mięknie. Powiedziałbym za to, że ona ma na niego duży wpływ, tylko jeszcze nie wiem, czy to dobrze, czy źle - Zatrzymał się blisko przy niej koło samochodu. Przez chwilę patrzył na nią w milczeniu. Uniósł dłoń w jej kierunku, jakby chciał ją dotknąć, ale ostatecznie tylko zacisnął palce w pięść - Vivian, zostań na razie u matki, tam jest bezpieczniej niż w Twoim mieszkaniu. I nie ruszaj się z domu bez ochrony.

Vivian popatrzyła na niego uważniej. Przez chwilę się wahała, ale ostatecznie przytaknęła.

- I tak ostatnio dużo u niej nocuję. Moje mieszkanie wydaje mi się ostatnio trochę zbyt puste - odwróciła na chwilę głowę w stronę bramy - Ale nie lubię jak włóczy się za mną ochrona.

- Wiem. To tylko na jakiś czas, Viv. Ja... - zamilkł na chwilę, jakby nie wiedział co dokładnie chce powiedzieć - Nie chcę, żeby przez to wszystko stało Ci się coś złego.

Przez chwilę stali jeszcze przy jej aucie, patrząc na siebie bez słowa. Żadne z nich nic nie mówiło, chociaż oboje chcieli powiedzieć bardzo wiele. Zwyczajnie nie znajdowali właściwych słów. W końcu Vivian się poruszyła, sięgnęła do klamki, próbując rozładować narastające między nimi napięcie.

- Przyjadę jutro koło południa, znajdę dla Lilith jakąś ładną sukienkę. Nie mogę się doczekać miny mamy, kiedy ją zobaczy. Sto euro, że stanie jak zamurowana i nie będzie mogła wydusić słowa?

***

Rano Dante obudził się wcześnie. Rezydencja ciągle była jeszcze pogrążona w ciszy. Lilith spała spokojnie przytulona do jego boku. W nocy zrywała się przez koszmary kilka razy. Przyglądał się jej przez jakiś czas, zastanawiając się jak to możliwe, że tak szybko przyzwyczaił się do budzenia się obok niej. Nie chciał jej budzić, więc ostrożnie wysunął rękę spod jej głowy i cicho wstał z łóżka.

W głowie kłębiły mu się różne myśli. Miał do przejrzenia mnóstwo zaległych raportów i dokumentów z dostaw, powinien też odbyć kilka rozmów telefonicznych przed wieczorną kolacją, przy której zapewne obecni członkowie rodziny będą chcieli rozmawiać miedzy innymi o interesach. Dla nich spotkania rodzinne były okazją do porozmawiania z Donem, a on będzie musiał ich wysłuchać.

Ale głównie jego myśli kręciły się wokół zapewnienia bezpieczeństwa dla Lilith podczas wieczornego wyjazdu. Zszedł na dół do gabinetu, otworzył laptopa i zabrał się do pracy. Było by łatwiej, gdyby Lilith została w rezydencji pod ochroną. Ale z drugiej strony, chciał ją mieć przy sobie. I Vivian miała rację, nie mógł jej trzymać cały czas w domu, zwłaszcza, że sama zdecydowała się jechać. Pojadą dwoma autami, żeby nie przyciągać uwagi, on Vivian i Lilith z dwójką ludzi w jednym, Rio z resztą w kolejnym. Dwa następne samochody będą zabezpieczać przejazd tak, żeby nie rzucać się w oczy. Może przesadzał, ale przezorny zawsze ubezpieczony.

Po godzinie pracy usłyszał ciche pukanie do drzwi, a później delikatnie się uchyliły i pojawiła się w nich Lilith.

- Nie przeszkadzam Ci?

- Nie, mała, nigdy. Wyspałaś się?

- Nie najlepiej.

Wsunęła się do gabinetu przez otwarte drzwi. Była boso, ale założyła na siebie krótkie spodenki i prostą białą koszulę, które naszykowała dla niej Maria dwa dni temu. To był postęp.

- Ładnie wyglądasz, Lilith.

Uśmiechnęła się lekko. Podchodząc bliżej.

- Pracujesz?

- Próbuję - odsunął się od biurka i wstał z krzesła. Obszedł biurko i podszedł do niej bliżej, objął ją rękami w talii i posadził ją przed sobą na biurku. - nie wyglądasz, jakbyś odpoczęła w nocy. - powiedział przyglądając się jej twarzy.

- Nie spałam najlepiej. Miewam koszmary. Wracają pewne rzeczy - spuściła wzrok na jego klatkę piersiowa. Jej dłoń zaczęła się bawić guzikami na jego koszuli - lepiej śpię, gdy jesteś obok.

- To już wiem. Martwisz się wieczorną kolacją?

- Trochę. Nigdy nie... - zamilkła na chwilę - samo wyjście z domu będzie nowością. A kolacja z Twoją rodziną... Sama nie wiem, jestem w równym stopniu ciekawa co przerażona.

- Wiesz, że nie musisz jechać.

- Wiem, ale na razie dalej chcę. Nie będzie Ci przeszkadzać jak będę tu dziś siedzieć z Tobą? Poczytam sobie coś, albo znajdę inne zajęcie, które nie będzie Ci przeszkadzać.

Ujął dłonią delikatnie jej brodę i uniósł ją do góry, tak, żeby patrzyła prosto na niego. Uśmiechnął się do niej ciepło.

- Zawsze, mała. Możesz tu być tak długo jak tylko chcesz.

Jej palce zacisnęły się na jego koszuli, przyciągnęła go lekko do siebie i pocałowała. Kiedy powoli odpowiedział na jej usta, po języku rozlał mu się intensywny smak truskawek, a zapach owoców gwałtownie wdarł się w jego nozdrza. Wrażenie połączone razem z delikatnością jej ust było absolutnie odurzające, uderzające prosto w jego samokontrolę. Przyciągnął ją do siebie mocno ręka za talię. Drugą ręką chwyciła ją za kark, plątając swoje palce w jej włosy odchylił jej lekko głowę do tylu i pogłębił pocałunek, smakując truskawki prosto z jej języka.

Oplotła go nogami w talii, czuł jak mocno przywarła do niego swoim ciałem. Przez cienki materiał ich ubrań wyczuwał jej przyspieszony oddech i mocne bicie serca. To działało na niego bardzo niebezpiecznie. Kruszyło coraz mocniej jego opanowanie, ustępując miejsca palącemu pożądaniu. Pragnął jej w tym momencie mocniej niż jakiejkolwiek innej kobiety, która przewinęła mu się przez życie. Jego pocałunki powoli zjechały niżej, na linię jej szczeki, później na szyję. Chciał posmakować każdego centymetra jej delikatnej skóry, zlizywać z niej ten oszałamiający smak truskawek, który czuł i doświadczał każdym cholernym kubkiem smakowym. Z jej ust wydobył się cichy jęk, najpiękniejszy dźwięk jaki kiedykolwiek słyszał, który tylko podsycał jego pragnienie. A w tym momencie pragnął jej całej. Nie chciał się zatrzymać. Bardzo nie chciał być tym rozsądnym. Ale wiedział, że powinien.

Oderwał się gwałtownie od niej, odsuwając do tyłu, ale tylko na tyle, żeby móc na nią patrzyć. Nie powinien przekraczać tej granicy. Przeszła byt wiele, przywiązała się do niego po traumatycznych wydarzeniach, stał się jej bezpieczną przystania. Nie mógł jej w ten sposób wykorzystać.

Dyszała tak samo ciężko jak on, patrząc na niego zaskoczona. Przez chwilę nic nie mówiła.

- Nie chcesz mnie? - szepnęła w końcu cicho.

Ujął jej twarz w swoje wytatuowane dłonie najdelikatniej jak tylko potrafił i złożył na jej czole miękki pocałunek.

- Nawet nie wiesz, jak bardzo chcę. Potrafisz mnie bardzo skutecznie kusić, mała- zaśmiał się lekko przytulając ją mocno do siebie.

- Więc czemu przestałeś? - wtuliła nos w jego szyję.

- Bo chcę Ci dać najpiękniejsze doświadczenie, ale dopiero, kiedy będziesz gotowa. Chcę, żebyś mogła się nim cieszyć, tak jak ja przed chwilą smakiem truskawek. A do tego... Do tego Lilith potrzebujesz nabrać sił. Nabrać pewności. Uwolnić się od tego co Ci spotkało. Teraz nic bym Ci nie dawał, teraz tylko bym brał - zaczął delikatnie masować skórę na jej karku, poczuł jak jej dłonie powoli oplatają go w talii - nic nam nie ucieknie mała, obiecuję - zrobił krótką pauzę - wiesz, co? Właśnie dużo bardziej polubiłem truskawki.

***

Vivian pojawiła się w rezydencji Knoxa w południe. Posłuchała rady Rio i tym razem przyjechała z ochroną. Mogło się jej to nie podobać, ale sytuacja była już wystarczająco napięta, a ona miała na tyle rozsądku w głowie, żeby wiedzieć, kiedy ochrona jest naprawdę potrzebna.

Rozejrzała się po holu. Dom brata był zaskakująco cichy o tej porze. Pewnie dlatego, że większość jego ludzi była w tym momencie na zewnątrz. Vivian mniej więcej wiedziała jak działała rezydencja. W domu, po za Knoxem, najczęściej rotacyjnie nocowało kilku ludzi z ochrony. Rio miał swoje mieszkanie w Rzymie, ale miał tu też swój pokój i z tego co jej wczoraj powiedział, wywnioskowała, że od pojawienia się Lilith, nocował w rezydencji, nie u siebie. Maria normalnie nie zostawała tu całą dobę, ale ona też miała taką możliwość. Dwie pokojówki, które Maria miała do pomocy pracowały tylko po osiem godzin dziennie, pojawiały się rano i znikały popołudniem.

Ruszyła powoli korytarzem w stronę kuchni. Maria jak zwykle krzątała się po niej nad jakimś garnkiem, przygotowując już obiad. Karmiła wszystkie osoby przebywające danego dnia w rezydencji, chłopaki Knoxa najczęściej jadali przy stole w kuchni, ale dziś tam też nikogo nie było.

- Dzień dobry Maria, co tam dziś gotujesz?

- Zostaniesz na obiad, to zobaczysz.

- W takim razie nie mam wyjścia - Vivian zajrzała jej przez ramię do garnka, ale kobieta tylko cicho na nią fuknęła.

Maria miała swoje humory, ale ona, Knox i Rio znali ją od dziecka. Dawniej, zanim ojciec zginał, kiedy jeszcze wszyscy mieszkali w rodzinnej rezydencji Romano, pracowała dla ich rodziców, gotując i pomagając matce w wychowaniu dzieci. A kiedy Dante, po śmierci ojca, zaczął bezwzględnie wdzierać się na sam szczyt hierarchii, matka chciała, żeby ktoś bliski o niego dbał i Maria zaczęła pracować dla Knoxa.

- Cicho dziś w domu.

- Rio wyszedł rano, miał jakieś spotkanie, zabrał kilku chłopaków, reszta palęta się na zewnątrz.

- Dante?

- Od rana w gabinecie, siedzi na dokumentami.

- Lilith?

- Razem z nim.

Vivian na chwilę zamilkła.

- Co o niej sądzisz, tak szczerze?

Maria chwilę się zastanowiła, Vivian widziała, jak nagle energiczniej zaczęła mieszać sos w garnku, zaciskając usta ze złości.

- Ta dziewczyna wiele przeszła. Bardzo wiele, Vivian. Momentami serce mi się kroi na jej widok. Twój brat przyniósł ją na rękach w środku nocy, naćpaną do nieprzytomności, z obtartymi nadgarstkami. Wychudzoną, jakby nie jadła porządnie od tygodni. Przez dwa dni nie ruszyła się z sypialni, w której się obudziła, chociaż nikt jej tam nie trzymał. Jak zwierzę, całe życie trzymane w klatce, które nie wie co ma zrobić jak klatka znika - zrobiła krótką pauzę - Pytasz mnie co o niej sądzę? Sądzę, że Lilith ma, mimo tego wszystkiego, czyste serce i może być najlepszą rzeczą jaka spotkała ten dom.

- Dziękuję. Chyba właśnie to potrzebowałam usłyszeć.

Vivian skierowała się z kuchni prosto do gabinetu Knoxa. Zapukała i weszła, nie czekając na odpowiedź. Siedział za biurkiem, zamyślony nad dokumentami, z kubkiem kawy w ręce. Kiedy weszła, uniósł palec do ust i brodą wskazał róg gabinetu, gdzie na małej kanapie spała Lilith. Vivian uniosła lekko brew do góry.

- Miała ciężką noc - mruknął cicho.

- Przywiozłam dla niej sukienki. Nie zmieniła zdania co do wieczoru? - odpowiedziała cicho, podchodząc bliżej biurka.

- Na razie nie. Nie naciskaj jej bardzo z ubraniem. Niech wybierze, to w czym będzie się dobrze czuć.

- W porządku. Idę przygotować rzeczy. W którym pokoju mieszka?

- W moim.

- A Ty gdzie śpisz?

- Tam gdzie zawsze.

Vivian znowu uniosła zaskoczona brew do góry, ale ostatecznie tylko przytaknęła i przez chwilę patrzyła jeszcze na śpiącą dziewczynę. Myślała o tym co powiedziała o niej Maria. Wyglądała teraz naprawdę spokojnie, ale Vivian pamiętała jej minę przy wczorajszej kolacji, kiedy padła propozycja wyjazdu z domu.

Lilith spała do samego obiadu, więc przygotowania do wyjścia zaczęły dopiero popołudniem. Vivian miała cały plan, chciała, żeby Lilith poczuła się pewnie w swojej własnej skórze, przywiozła ze sobą kilka strojów, które powinny idealnie podkreślić delikatną urodę dziewczyny. Jednak ona tylko niepewnie spojrzała na rozłożone na łóżku sukienki.

O osiemnastej Dante i Rio czekali już gotowi w holu rezydencji. Omawiali jeszcze między sobą szczegóły przejazdu, Dante poprawił kolejny raz broń w kaburze pod marynarką. Jego uwagę przykuł cichy szelest, odwrócił głowę i wtedy ją zobaczył. I w jednym momencie zapomniał o czym właśnie rozmawiali. Lilith schodziła powoli po schodach razem z Vivian. Miała na sobie zwiewną, niebieską sukienkę z wielu warstw tiulu, która delikatnie poruszała się przy każdym jej najdrobniejszym ruchu, otulając ją niczym mgła o poranku. Jej czarne włosy falami opadały na ramiona, z jednej strony podpięte tylko srebrną, lekko połyskującą spinką. Vivian zrobiła jej nawet delikatny makijaż wokół oczu, który sprawiał, że wyglądały na jeszcze bardziej wyraziste. Poczuł ja jego serce gwałtownie przyśpieszyło i coś boleśnie ścisnęło mu się w piersi. Wyglądała jak najdelikatniejszy kwiat na świecie. Nie mógł oderwać od niej wzroku.

Kiedy zeszła na dół wyciągnął tylko do niej dłoń i przyciągnął ją do siebie bliżej. Pierwszy raz w życiu zabrakło mu słów.

***

Jechali samochodem na kolację. Dante, Lilith i Vivian siedzieli z tyłu pancernego Suva, z przodu był kierowca i jeszcze jeden ochroniarz. Zgodnie z planem, Rio i kolejna czwórka ludzi jechali za nimi podobnym samochodem. Całą drogę Dante śledził trasę przejazdu przez okno, wyglądał na pozornie spokojnego, prawie rozluźnionego. Jedyne co mogło zdradzać u niego jakieś napięcie to sposób, w jaki jego kciuk cały czas delikatnie zataczał kółka na drobnej dłoni Lilith, której nie puszczał od wyjścia z domu. Ten ruch miał uspokajać ich oboje. Dojechali na miejsce raptem pół godziny później, unikając ruchliwych ulic.

Vivian ukradkiem zerkała na ich złączone dłonie i lekko się uśmiechała pod nosem, wyobrażając sobie reakcję mamy. Mówiła jej, że Knox kogoś przywiezie, chociaż najchętniej zrobiła by z tego niespodziankę, ale musiała się upewnić, że przy stole, obok Dona będzie dla niej wolne miejsce. Może to była rodzinna kolacja, atmosfera zapewne będzie swobodna, ale przy stole ciągle obowiązywała hierarchia.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania