Dzień cd10
Przyjrzał się im dokładnie. Im dłużej na nich patrzył, tym bardziej zdawali się nieswoi. Obracali głowy, spuszczali wzrok. Nawet konie znieruchomiały, jakby nagle przypomniały sobie, że obserwuje je ktoś, kto może mieć wobec nich jakieś oczekiwania. Zamiast drzeć kopytami pobocze, stały spokojnie i znudzone żuły wędzidła.
Może da się je polubić. Tak jak tego irytującego starucha.
— Na Boga, panie Tobiaszu, przecież ja tutaj siedzę!
Starzec poderwał się z fotela tak gwałtownie, że Tobiasz odruchowo zerknął na drogę. Samochód jechał prosto.
— Wypraszam sobie! Żądam satysfakcji!
— Czego pan żąda?
— Satysfakcji.
Poprawił płaszcz, wyprostował się i przybrał minę człowieka, którego honor został wystawiony na ciężką próbę.
— Zawołać sekundantów!
Krzyknął to z takim przejęciem, że Tobiasz nie był już niczego pewien.
— Zostałem obrażony!
Pochylił się ku Tobiaszowi.
— Urażono moją dumę!
Jeszcze przez moment próbował zachować powagę, ale kąciki ust drżały mu coraz wyraźniej. W końcu parsknął śmiechem.
— Nie można z panem rozmawiać — powiedział Tobiasz.
— Można. Tylko nie należy oczekiwać, że rozmowa pozostanie przy tym, od czego się zaczęła.
— To akurat zauważyłem.
Starzec spojrzał przez przednią szybę. Jeźdźcy zostawali powoli w tyle, a szeregi rozciągały się i rozpadały między drzewami.
— To dobrze.
— Co?
— Że pan zauważa.
Tobiasz nic nie odpowiedział.
Za szybą świat przesuwał się niemal leniwie, choć wskazówka prędkościomierza mówiła coś zupełnie innego. Cienie gałęzi ślizgały się po masce i znikały na krawędzi szyby.
— Wie pan, co jest najgorsze w patrzeniu? — zapytał starzec.
— Że można zobaczyć za dużo?
— Nie. Że mucha może wpaść panu do oka.
Tobiasz spojrzał na niego.
— I co wtedy?
— Wtedy zaczynają się kłopoty.
— Jakie?
Starzec wzruszył ramionami.
— Zależy, gdzie wpadnie.
Tobiasz pokręcił głową.
— Pan naprawdę nie potrafi być poważny?
— Potrafię. Tylko nie widzę powodu, żeby robić to cały czas.
Przed nimi droga lekko skręcała. Starzec wskazał ją brodą. Drzewa powoli ustępowały miejsca pierwszym budynkom przedmieścia.
Pojawiły się chodniki i pierwsi ludzie idący w stronę przystanków.
— A jeśli widzi się kogoś, kogo nie ma? Na przykład pana. Co wtedy?
— Wtedy należy udać się do czubków.
Tobiasz zerknął na niego.
— Pan poważnie?
— Śmiertelnie.
Tobiasz westchnął.
— To ja się chyba pogubiłem.
Starzec uśmiechnął się i spojrzał przez boczną szybę.
— To z całą pewnością. Do urologa należało skręcić dwie przecznice temu.
Tobiasz wzdrygnął się i przypomniał sobie o właściwym celu podróży.
Krótką ciszę przerwało ciche dudnienie.
Na szybie pojawiły się pierwsze krople. Zbierały się, pęczniały, próbowały spłynąć w dół, lecz kolejne podmuchy wiatru porywały je z powrotem ku górze. Rozciągały się wtedy na szkle w cienkie, poszarpane smugi.
Zabudowa gęstniała. Budynki stały coraz bliżej siebie, zostawiając między fasadami tylko wąski pas nieba. Zrobiło się chłodniej.
Tobiasz wyciągnął rękę w stronę pokrętła nawiewu, ale zatrzymał ją w połowie ruchu.
— O, cho!
Starzec przerwał milczenie. Zatarł ręce i teatralnie chuchnął w dłonie.
Ich spojrzenia spotkały się.
— Pokrętełka. Czasami, jak widać, jednak się przydają.
Tobiasz opuścił rękę.
— Może ustawi pan radio? Ile to było? Sto przecinek cztery herca?
— Zepsute. I całe szczęście. Chciałbym, żeby wszystkie pokrętła były zepsute.
Starzec uśmiechnął się dobrodusznie.
— Cóż za głupota. A już zaczynałem o panu dobrze myśleć.
Tobiasz zmarszczył brwi.
— Chce pan coś naprawić, psując to jednocześnie? Toż to zupełnie nowatorskie podejście, panie Tobiaszu.
— Być może.
Starzec pokręcił głową z udawaną dezaprobatą.
— To może od razu uciąć panu ręce? One również znacznie utrudniają regulację.
— Właśnie tego pragnę najbardziej. Uciąć, wyrwać te ręce, które sterują moim życiem.
— To nie byłby dobry pomysł, mogę zapewnić. Niech pan lepiej pozostanie przy psuciu pokręteł. To przynajmniej panu wychodzi.
— Jak? — zapytał Tobiasz z nadzieją w głosie.
Starzec wzruszył ramionami.
— Ja nie wiem jak. To pan je psuje. Ja wolę po prostu je ignorować. Ale my tu sobie gaworzymy, a pan się zaraz spóźni. Chyba pora na mnie.
Starzec zaczął klepać się po kieszeniach i wiercić na fotelu, jakby sprawdzał, czy wszystko ma. W końcu wlepił wzrok w kierowcę.
— Mam się zatrzymać? — zapytał Tobiasz, zdziwiony.
— Cóż, już nie te lata, żeby tak wyskakiwać w trakcie jazdy. Gdyby był pan tak uprzejmy, to poproszę.
— Pod jednym warunkiem.
— Jakim?
— Niech mi pan to da.
— Cóż takiego?
— To, co wcześniej.
— Muchę w oku?
— Bardzo śmieszne.
— A dziękuję.
— Niech się pan nie droczy. Poważnie mówię. Dobrze? Proszę. Bardzo proszę.
— Do widzenia — odpowiedział pusty fotel.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania