Dzień cd7
Zauważył, że staruszek się przybliża.
Najpierw przesunęła się ku niemu noga — powoli, niezgrabnie, ponad dźwignią zmiany biegów. Potem reszta postaci. Stary człowiek przechylił się w jego stronę i zaczął wślizgiwać się w miejsce, które Tobiasz przecież wciąż zajmował.
Nie odskoczył.
Patrzył.
Ciało staruszka napływało na niego, pozbawione już wyraźnych granic. Twarz, ramiona, tułów — wszystko traciło kształt, rozpływało się, jakby obraz oglądany przez szybę nagle zaczął spływać pod wpływem deszczu.
I wtedy wróciło to.
Nie staruszek. Nie myśl o nim.
Świat.
Kierownica.
Poczuł ją pod dłońmi z niezwykłą wyrazistością. Guma była miejscami gładka od wielokrotnego dotyku, gdzie indziej chropowata. Lekko lepka — może od tłuszczu pozostawionego przez palce, może od starego środka do pielęgnacji wnętrza. Ciepło jego dłoni przechodziło w nią powoli, jakby pomiędzy skórą a kierownicą nie było już granicy.
Czuł puls.
Nie w nadgarstkach.
Pomiędzy dłońmi a kierownicą.
Każdy ruch rąk pociągał za sobą kolejne. Ścięgna poruszały się pod skórą przedramion, napięcia przesuwały się aż ku łokciom, wyżej, do ramion. Samochód skręcał, a jego ciało odpowiadało na ten skręt, zanim zdążyłby o nim pomyśleć.
Siedział.
I nagle wiedział, że siedzi.
Ciężar ubrania na ramionach. Ciężar własnego ciała wciskający go w fotel. Ucisk pod udami, tam, gdzie krawędź siedziska dotykała łydek. Stopy nieruchome przez chwilę, potem lekko korygujące nacisk. Każdy fragment ciała znajdował się gdzieś konkretnie.
Nie był już tylko człowiekiem jadącym samochodem.
Był człowiekiem, który czuł, że jedzie.
W kabinie unosił się zapach środka do czyszczenia tapicerki, którego użył kilka dni wcześniej. Słodkawy, chemiczny, już prawie wywietrzały. Z nawiewów napływało gorące powietrze o ciężkim, nieokreślonym zapachu — trochę kurzu, trochę plastiku, może czegoś, co nagromadziło się przez lata w przewodach samochodu.
Oddychał tym wszystkim.
I nie chciał, żeby przestało.
Za szybami przesuwały się drzewa.
Jesienne, przerzedzone, jakby świat zdążył już częściowo zapomnieć o lecie. Liście migotały na wietrze — małe, skurczone, żółte i brązowe. Tam, gdzie gałęzie były już nagie, ich kształty stawały się niemal nieprzyzwoicie wyraźne. Każde drzewo miało własny sposób rozrastania się, własną krzywiznę, własną historię zapisaną w rozgałęzieniach.
Pnie mijały go szybko.
Ciemna, popękana kora.
Miejsca pokryte mchem.
Niebieskawy odcień zieleni, którego wcześniej nigdy by nie zauważył.
Wyżej drewno stawało się gładsze. Gałęzie cieńsze. Coraz delikatniejsze, aż w końcu rozpływały się na tle nieba.
Trawa falowała przy drodze.
Wiatr przechodził przez nią jak niewidzialna dłoń, raz przygniatając źdźbła, raz pozwalając im się podnieść. Suche liście wpadały w jej ruch, wirowały przez chwilę i znikały wśród źdźbeł.
Asfalt również przestał być tylko asfaltem.
Nie tworzył jednolitej, czarnej powierzchni. Składał się z tysięcy drobin, odcieni grafitu, szarości i głębokiej czerni. Pęknięcia przecinały go nieregularnie. Plamy, zagłębienia, ślady po dawnych naprawach układały się w coś na kształt obrazu, który zmieniał się wraz z ruchem samochodu.
Każda nierówność dochodziła do niego.
Najpierw przez koła.
Potem przez podłogę.
Przez siedzenie.
Przez kręgosłup.
Samochód lekko się kołysał, a Tobiasz kołysał się razem z nim. Nie stawiał temu oporu. Poddawał się ruchowi z przyjemnością, niemal dziecięcą, jak ktoś siedzący na huśtawce i niechcący jeszcze dotknąć nogami ziemi.
I dopiero gdzieś na granicy tego wszystkiego pojawiła się myśl.
Staruszek.
Przecież przed chwilą siedział obok niego.
A może w nim.
Dlaczego więc Tobiasz nie był przerażony?
Dlaczego nie zatrzymał samochodu? Nie próbował zrozumieć, co zobaczył, nie szukał dla tego nazwy, wyjaśnienia ani ratunku?
Nie wiedział.
Po prostu nie myślał o tym.
To, co się wydarzyło, nie zniknęło. Pozostało gdzieś w nim, nierozwiązane, niemożliwe do zignorowania. A jednak nie pochłaniało już wszystkiego. Jakby umysł, zmuszony na chwilę zmierzyć się z czymś całkowicie niewytłumaczalnym, zrezygnował z walki i oddał się temu, co było pewne.
Ciepłu.
Dotykowi.
Ruchowi.
Zapachowi.
Światłu.
Temu, co właśnie mijało za szybą.
Odbierał każdą chwilę z uwagą, z jaką ogląda się film, który nagle okazuje się znacznie ciekawszy, niż przypuszczaliśmy. Nie chciał uronić żadnego szczegółu.
I może właśnie dlatego widział teraz więcej.
Bo kiedy uwaga przestaje uciekać ku temu, czego nie ma, nagle pozostaje jej znacznie więcej dla tego, co jest.
Jego towarzysz ponownie się przesiadł.
Wraz z jego ruchem coś zmieniło się w obrazie. Kontury lekko zmiękły, kolory przygasły, a większość doznań, które przed chwilą wypełniały Tobiasza, rozpłynęła się niemal bez śladu. Ciepło kierownicy, ciężar ubrania, nacisk ciała na fotel, drżenie samochodu — wszystko wróciło do swojej zwyczajnej, niewymagającej uwagi postaci.
Wrócił też świat.
Ten zwykły, któremu jeszcze rano nie przyszłoby mu do głowy odmówić atrakcyjności. Teraz wydawał się zaskakująco ubogi.
Tobiasz spojrzał na staruszka.
Dopiero teraz przyjrzał mu się naprawdę.
Miał twarz, która zdawała się od dawna przygotowana do uśmiechu. Policzki były szerokie i miękkie, przecięte głębokimi bruzdami schodzącymi od kącików ust. Skóra przy oczach marszczyła się promieniście, a nad nimi wisiały ciężkie, lekko opadające powieki. Nos miał duży, z miękkim, zaczerwienionym czubkiem. Pod nim siwy wąs, przystrzyżony krótko, ale nierówno, ginął w szerokim uśmiechu.
Usta niemal zawsze pozostawały uniesione.
Nie był to jednak uśmiech kogoś rozbawionego. Raczej ślad uśmiechu, który zdążył z czasem odcisnąć się w twarzy tak mocno, że nie sposób było go już całkowicie usunąć. Nawet gdy staruszek próbował spoważnieć, skóra policzków pozostawała napięta w tych samych miejscach, jakby mięśnie pamiętały coś, czego on sam nie próbował już pamiętać.
Tobiasz miał dziwne wrażenie, że zna tę twarz.
Nie z samochodu.
Z czegoś wcześniejszego.
Przez moment próbował przypomnieć sobie sen. Ten poranny, którego obrazy wciąż wymykały mu się z pamięci. Twarz mogła tam być. Ta sama? A może tylko podobna? Nie potrafił rozstrzygnąć. Im usilniej próbował ją odnaleźć, tym szybciej sen rozpadał się na pojedyncze, pozbawione związku obrazy.
Staruszek siedział obok i patrzył przed siebie.
Uśmiechał się.
Nic nie mówił.
Tobiasz też milczał.
Znów był zanurzony w tej błogości, za którą już zdążył zatęsknić. Nie myślał o tym, co się wydarzyło. Nie próbował tego nazwać ani zrozumieć. Po prostu przez chwilę pozwalał światu istnieć.
Dopiero później miał sobie przypomnieć tę chwilę i zastanawiać się, co właściwie się stało.
— Właściwie, panie Tobiaszu — odezwał się w końcu jego towarzysz, wciąż jeszcze powstrzymując uśmiech — dałem panu na chwilę moje patrzenie.
Tobiasz spojrzał na niego.
— Pańskie… patrzenie?
— Tak.
— Co to właściwie znaczy?
— Że przez chwilę patrzył pan trochę mniej po swojemu.
— To znaczy jak?
Staruszek wzruszył ramionami.
— Jak ktoś, kto pierwszy raz widzi świat.
Tobiasz milczał.
— A może — dodał staruszek — jak ktoś, kto ostatni raz go widzi. W gruncie rzeczy różnica jest niewielka.
— Niech pan nie komplikuje.
— Ja? To pan komplikuje. Ja tylko siedzę.
Tobiasz pokręcił głową.
— Powiedział pan, że dał mi pan swoje patrzenie.
— Na chwilę.
— I co to znaczy?
Staruszek westchnął, jak nauczyciel, który właśnie odkrył, że uczeń jest zdolny, ale ma niepokojącą skłonność do zadawania pytań.
— Powiedzmy, że na chwilę usunąłem Tobiasza.
Tobiasz zmarszczył brwi.
— Mnie?
— Nie.
— Przecież przed chwilą powiedział pan „Tobiasza”.
— Właśnie.
— To znaczy mnie.
— Niezupełnie.
— Jak to: niezupełnie?
Staruszek uśmiechnął się szerzej.
— Widzi pan? Już się pan denerwuje.
— Bo mówi pan rzeczy, które nie mają sensu.
— Mają. Tylko nie pański.
Tobiasz przez chwilę patrzył na niego z niedowierzaniem.
— Ale ja tam byłem.
— Oczywiście.
— Doskonale to pamiętam. Widziałem wszystko. Czułem zapachy, słyszałem dźwięki. Czułem kierownicę, samochód, drogę. Wszystko było… — urwał, szukając właściwego słowa — było tego tak dużo. Jakbym nagle naprawdę znalazł się we własnym życiu.
Staruszek pokiwał głową.
— Bardzo dobrze.
— Więc jak możesz mówić, że mnie tam nie było?
— Nie powiedziałem, że pana nie było.
— Powiedziałeś, że usunąłeś Tobiasza.
— Tak.
— Czyli mnie.
— Nie.
Tobiasz odetchnął głęboko.
— Zaczynam mieć wrażenie, że robi pan sobie ze mnie żarty.
— Dopiero zaczynasz?
Tobiasz parsknął mimo woli.
Staruszek natychmiast wykorzystał ten moment.
— No. I proszę. Już lepiej.
— Co?
— Śmiech panu służy. Myślenie trochę mniej.
— To bardzo wygodna teoria.
— Wszystkie dobre teorie są wygodne dla tego, kto je wymyślił.
Tobiasz odwrócił wzrok.
„Tobiasz”.
Słowo zaczęło dziwnie brzmieć.
Nie „ja”.
Tobiasz.
Jak imię kogoś stojącego obok. Kogoś, kogo można obserwować, opisywać, oceniać. Kogoś, kto coś robi, czegoś chce, czegoś się boi.
A przecież on był Tobiaszem.
To było oczywiste.
Tak oczywiste, że przez chwilę nie zauważał, jak bardzo jest to tylko założenie.
— To nie to samo — powiedział nagle.
Staruszek uniósł brwi.
— Co?
Tobiasz spojrzał na niego.
— Ja i Tobiasz.
Przez twarz staruszka przemknęło coś, co mogło być zadowoleniem.
— O.
— Co „o”?
— Nic.
— Właśnie zrobił pan tę swoją minę.
— Jaką?
— Jakby pan coś wiedział.
— Człowiek w moim wieku ma prawo mieć miny.
— Niech pan odpowie.
— Sam pan odpowiedział.
Tobiasz chciał zaprzeczyć, ale zatrzymał się.
Bo rzeczywiście.
Nikt mu tego nie powiedział.
Nie usłyszał żadnego wyjaśnienia, żadnej definicji. Po prostu nagle zobaczył różnicę.
Tobiasz był imieniem.
Rolą.
Historią, którą przez lata opowiadał sobie o sobie samym.
A to, co przed chwilą patrzyło, słyszało, czuło i było tak boleśnie obecne, nie potrzebowało przecież imienia.
Staruszek poklepał dłonią kolano.
— Mówiłem panu, że jest pan pojętny.
— Nie pamiętam.
— To dobrze.
— Dlaczego?
— Bo zaczyna pan się oduczać.
Tobiasz popatrzył na niego.
— Czego?
Staruszek uśmiechnął się.
— Siebie.
Przez chwilę obaj milczeli.
— Brzmi złowieszczo — powiedział Tobiasz.
— Niepotrzebnie.
— Dlaczego?
— Ludzie zwykle najbardziej boją się utraty tego, co nigdy nie było ich własnością.
Tobiasz skrzywił się.
— Pan naprawdę nie potrafi powiedzieć czegoś normalnie?
— Potrafię.
— To dlaczego pan nie mówi?
— Bo normalnie już pan umie.
Staruszek odwrócił głowę w stronę szyby.
— A poza tym, panie Tobiaszu…
— Tak?
— Proszę się skupić na roli.
— Jakiej roli?
Staruszek spojrzał na niego z rozbawieniem.
— Tej, którą właśnie pan gra.
— To jest jakaś kpina?
— Nie. To jest teatr.
Uśmiech nie schodził mu z twarzy.
— A w teatrze, panie Tobiaszu, nie ma dubli.
Odczekał chwilę.
— Gramy na żywo.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania