Dzień cd8
— Niech mi pan powie, panie Tobiaszu… Jest pan kawałkiem życia, prawda?
Tobiasz spojrzał na niego z ukosa.
— Kawałkiem?
— No dobrze, kawałem. Nie będziemy się od razu kłócić o jednostki.
Tobiasz przyjrzał mu się uważniej.
— Kawałem? To pan tutaj robi kawały.
— A widzi pan? Już mamy coś wspólnego.
— Żyję, więc jestem?
— To już było. I chyba nawet ktoś mądrzejszy to powiedział.
— Kartezjusz powiedział: „Myślę”.
— Właśnie. Człowiek ledwie coś wymyśli, a już się okazuje, że ktoś wcześniej zdążył to opatentować.
Tobiasz uśmiechnął się krótko.
— Więc jestem życiem.
— Na tę chwilę nie mam podstaw, żeby twierdzić inaczej. Ma pan puls?
— Czułem go, więc raczej tak.
— Zbiera pan znaczki?
— A co to ma do rzeczy? Nie, niczego nie zbieram.
— To może poglądy, przekonania, wspomnienia, emocje i uprzedzenia?
Tobiasz pomyślał chwilę.
— Faktycznie. Zdaje się, że mam pełen magazyn.
— Raczej strych. Na strychu też wszystko jest potrzebne. Tylko nigdy nie wiadomo po co.
— I co z tego?
— To, że nie wszystko, co pan nazywa „swoim”, rzeczywiście jest pańskie.
Tobiasz milczał.
— Myśli pan, że każda myśl, która pojawia się w głowie, jest pańska?
— A czyja?
— No właśnie.
— Pańska odpowiedź zaczyna przypominać pytanie.
— Bo dobre pytanie powinno człowieka trochę wkurzyć.
Samochód sunął dalej w stronę przychodni.
Tobiasz przez chwilę patrzył przez szybę. Próbował słuchać uważniej — nie tylko tego, co działo się na zewnątrz, lecz także tego, co odzywało się w nim.
— Zaraz… — powiedział. — Jeżeli mam myśl, z którą się nie zgadzam, to ona nadal jest moja?
— Ma pan na nią rachunek?
— Co?
— Fakturę. Paragon.
— Nie.
— No to trudno będzie ustalić właściciela.
Tobiasz parsknął.
— Pan sobie żartuje.
— Oczywiście. Ale niech pan zauważy, że pańskie myśli czasami pana męczą.
— Czasami.
— Czasami z panem dyskutują.
— Częściej niż czasami.
— Czasami mówią panu rzeczy, których sam pan nie chciałby usłyszeć.
Tobiasz zamilkł.
— I wtedy — ciągnął dziadek — nazywa je pan „moimi myślami”.
— A jak mam je nazywać?
— Nie wiem. Gośćmi?
— Nieproszonymi.
— Właśnie. Tacy, którzy przychodzą bez pukania. Przyjrzał się pan kiedyś tym gościom?
— Myślom? Niby jak?
Tobiasz spróbował zrobić właśnie to. Przyjrzeć się im, zamiast od razu uznawać je za własne. I wtedy znów zobaczył przed sobą dwie armie: jedną w białych tunikach szytych złotą nicią, drugą w skórzano-stalowych zbrojach. Stały naprzeciw siebie, gotowe do walki, choć nie wiedział, która właściwie była jego.
— Czyli jestem anteną — powiedział.
Dziadek spojrzał na niego.
— Słucham?
— Anteną. Odbieram tylko pewne częstotliwości.
— I co pan odbiera?
Tobiasz wyprostował się, jakby właśnie miał przedstawić wyniki wieloletnich badań.
— Tobiasz. Sto przecinek cztery herca.
— Kiloherca?
— Nie wiem. Sto przecinek cztery.
— To bardzo słaba stacja.
— Dlaczego?
— Bo jeszcze pana nie słyszę.
— Może kwestia zasięgu.
— Albo jakości odbiornika.
— Pan jest niemożliwy.
— A pan jest radiem.
Tobiasz pokręcił głową.
— 100,4 Hz.
Roześmiał się, ale po chwili spoważniał.
— Jeżeli tak jest, to co z tym wszystkim, czego nie słyszę?
— A słyszy pan muzykę w supermarkecie?
— Zwykle nie.
— A ona gra?
— Pewnie.
— No właśnie. Gra, tylko pański mózg uznał, że nie ma potrzeby się nią zajmować. Tak samo z dzwonami.
Tobiasz nadstawił uszu.
Daleko, za zabudowaniami, odezwał się kościół.
— Dziwne — powiedział.
— Co?
— Przecież słyszę je codziennie.
— A kiedy ostatnio pan ich słuchał?
Tobiasz nie odpowiedział.
Dzwony biły. Były tam od zawsze. Ich dźwięk przechodził przez ściany, ulice i samochody, lecz dla niego dawno stał się czymś niewidzialnym.
— Czyli coś może istnieć i jednocześnie dla mnie nie istnieć — powiedział.
— Brawo.
— To nie brzmi jak komplement.
— Bo nim nie jest.
Przez chwilę jechali w milczeniu.
Wtedy dziadek ściszył głos.
— Wie pan, co jest najważniejsze?
Tobiasz odwrócił się do niego.
Dziadek przez chwilę patrzył przed siebie, jakby zastanawiał się, czy rzeczywiście powinien mu to powiedzieć.
— Co?
— To bardzo ważne.
Tobiasz wyprostował się.
— Słucham.
Dziadek pochylił się ku niemu.
— Nic.
Tobiasz zamrugał.
— Co?
— Nic.
Dziadek zachichotał.
— To jest ta wielka tajemnica?
— Największa.
— I co ja mam z nią zrobić?
Dziadek spojrzał przed siebie.
— To zależy, czy pan ją rozumie.
Tobiasz milczał.
— Jeśli pan nic nie rozumie — powiedział dziadek — wszystko jest ważne. Każda myśl, każdy lęk, każde wspomnienie. Wszystko krzyczy: „Mnie słuchaj! Ja jestem ważne!”.
— A jeśli zrozumiem?
— Wtedy wszystko jest równie ważne.
— Czyli?
Dziadek wzruszył ramionami.
— Równie nieważne.
Tobiasz popatrzył na niego.
— To po co było całe to gadanie?
Dziadek uśmiechnął się.
— Żeby pan miał o czym pomyśleć.
— Czyli jednak coś.
— Nie.
— Nic?
— Nic.
Tobiasz spojrzał przez przednią szybę.
— 100,4 Hz — mruknął.
— Co?
— Chyba mam zakłócenia.
Przez chwilę jechali w ciszy.
Tobiasz jeszcze raz pomyślał o antenie, o dzwonach i o wszystkim, co przez całe życie brał za własne tylko dlatego, że słyszał to we własnej głowie.
— A jaka jest właściwa częstotliwość?
Dziadek odpowiedział bez namysłu:
— Nic.
Tym razem Tobiasz się nie roześmiał.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania