Poprzednie częściDzień

Dzień cd9

— Czy kocha pan żonę? — zapytał starzec.

Pytanie zabrzmiało poważnie. Nawet jego lekko zachrypnięty głos tym razem nie potrafił odebrać mu ciężaru.

— Co za pytanie? Oczywiście, że tak.

Starzec pokiwał głową, jakby właśnie potwierdził coś, co od początku podejrzewał.

— A kotkę?

Tobiasz zerknął na niego.

— Co ma do tego kotka?

— Niech pan mi to powie.

— Przywiązuję się do istot, z którymi żyję.

— Czyli kocha pan Zosię jak kotkę?

— Nie. — Dłonie mocniej zacisnęły się na kierownicy. — To dwie różne rzeczy.

— A kotkę jak Zosię?

W odpowiedzi ścięgna wyrysowały się jeszcze wyraźniej.

— Pytam, żeby zachować symetrię.

— Niech pan przestanie.

Starzec uśmiechnął się pod nosem.

— Dwie różne rzeczy. A mnie zawsze mówiono, że miłość jest jedna.

Chwila ciszy nadała ostatnim słowom siłę.

— Co próbuje mi pan przez to powiedzieć?

— Niczego. Ja tylko pytam. To pan mówi.

Tobiasz chciał odpowiedzieć, ale nie odpowiedział.

Pomyślał o Zosi.

Nie była to nawet myśl. Raczej coś, co na chwilę stanęło obok wszystkich innych i zaczęło się im przyglądać.

Zosia.

Przypomniał sobie ich kłótnie. Nie jedną. Wszystkie naraz.

Zaczynały się przecież tak zwyczajnie.

Jedno zdanie.

— Mogłaś tylko...

— A ty zawsze...

I już.

— Głupie, prawda? — odezwał się starzec.

Tobiasz drgnął. Dopiero po chwili zorientował się, że powiedział to na głos.

— Myśmy się kłócili.

— Z kotką?

Odwrócił głowę.

— To nie jest śmieszne.

— Pozwolę sobie się z panem nie zgodzić.

W kabinie brzęczała mucha. Przeleciała między nimi, odbiła się od szyby i usiadła na desce rozdzielczej.

— Ona też chce coś powiedzieć — zauważył starzec.

— Jaka ona?

— Mucha.

Tobiasz zerknął na owada.

— To nie jest rozmowa dla muchy.

— Może dlatego jest taka lekka.

Mucha ruszyła dalej.

W głowie znów pojawiły się dwie armie. Białe i czarne. Stały naprzeciw siebie.

— Którym pan kibicuje?

— Tym dobrym, oczywiście.

— A które są dobre?

— Te przyjemne.

Starzec przekrzywił głowę.

— Czyli jeśli przychodzi myśl, że jest pan głupi, bo znowu pokłócił się pan z żoną, to jest zła czy przyjemna?

Tobiasz popatrzył na niego.

Przez chwilę milczał.

— Ech... Dlaczego pan to robi?

— Pytam?

— Pan doskonale wie.

— Owszem.

Uśmiechnął się i skierował wzrok przed siebie.

— Może dla pana to jest śmieszne, ale ja...

Urwał.

Samochód przejechał przez niewielką nierówność. Kierownica drgnęła pod dłońmi.

— Ale pan... co?

— Już rozumiem.

— Co pan rozumie?

— Że czasami rzeczy nie są takie, jakie się wydają.

Dłonie rozluźniły się. Wykonał manewr skrętu w boczną uliczkę i wypuścił powietrze nosem.

— A ja? Jakim się panu wydaję?

— Pan to w ogóle się tylko wydaje. Przez pana poważnie zaczynam myśleć, że oszalałem.

— A oszalał pan?

— Nie wiem.

— A może wcześniej był pan szalony? O co kłócił się pan z żoną?

Tobiasz westchnął.

— O różne rzeczy.

— Jakie?

Patrzył na drogę.

— No... różne.

— Bardzo konkretna odpowiedź.

— Nie pamiętam.

— Pamięta pan, tylko wstyd powiedzieć.

Lekkie zażenowanie przebiegło po twarzy Tobiasza.

— To może łatwiej będzie powiedzieć, kto to zwykle zaczynał?

— To zależało.

— Od czego?

— Od sytuacji.

— Kto pierwszy podnosił głos?

— Nie zawsze podnosiliśmy głos.

— Kto pierwszy przestawał słuchać?

Tobiasz odwrócił głowę i zacisnął usta.

— Nie wiem.

— A kto pierwszy odpowiadał na coś, czego drugie wcale nie powiedziało?

Starzec przyjrzał mu się uważnie.

— No?

— Nie wiem.

— Szkoda. To byłaby ciekawa statystyka.

Przez chwilę jechali w ciszy.

Tobiasz pomyślał o Zosi. O jej twarzy podczas kłótni.

I nagle zrozumiał coś, czego wcześniej nie zauważał.

Nie pamiętał, kto miał rację.

Nie dlatego, że nie potrafił odtworzyć argumentów.

Po prostu przestały być ważne.

— Czy złość coś naprawiła?

Cisza.

— Dzięki niej lepiej pan zrozumiał Zosię?

Jeszcze dłuższa.

— A ona dzięki niej lepiej zrozumiała pana?

Palce ponownie zacisnęły się na kierownicy.

— To nie tak działa.

— A jak?

— Człowiek po prostu...

Urwał.

Starzec skinął głową.

— O tak... „Człowiek po prostu”.

Przez chwilę słychać było tylko silnik.

Tobiasz przypomniał sobie, jak to wyglądało.

Jedno z nich mówiło coś. Drugie słyszało coś zupełnie innego. Potem padała odpowiedź na coś, czego nikt nie powiedział. A po niej następna.

I nagle oboje bronili się przed czymś, czego drugie nawet nie zamierzało zrobić.

— To bardzo popularna dyscyplina.

Odpowiedział na pytanie, które nie padło.

— Czy ona robiła dokładnie to samo?

— Mnie pan pyta? To pańska żona.

Tobiasz rzucił mu krótkie spojrzenie.

— Pan jest nieznośny.

— A pan jest świadkiem.

— Czego?

— Własnej wersji wydarzeń.

Znów skierował wzrok na drogę.

— To wszystko jest jakieś...

— Bezsensowne?

— Trochę.

— A jak długo człowiek potrafi bronić czegoś bezsensownego?

— Długo.

— Jak długo?

— Pan naprawdę chce mnie dzisiaj doprowadzić do szału?

Starzec roześmiał się cicho.

— Nie. Nie będę prowadził pana tam, gdzie sam pan doszedł wiele razy. To byłoby nudne.

Tobiasz odwrócił wzrok.

I wtedy zobaczył to.

Nie jedną kłótnię.

Mechanizm.

Dwie osoby. Jedno zdanie. Dwie armie.

Jedna ruszała natychmiast:

Jak ona mogła?

Druga odpowiadała:

No właśnie. A pamiętasz ostatnio?

I zanim człowiek zdążył zauważyć, już nie rozmawiał.

Bronił granic. Zbierał argumenty. Przypominał sobie rzeczy, które w normalnych warunkach dawno uznałby za nieważne.

A po drugiej stronie siedział ktoś, kto prawdopodobnie robił dokładnie to samo.

Starzec patrzył przez przednią szybę.

— Wie pan, co jest dziwne?

Tobiasz czekał w milczeniu.

— Nic. Właśnie to, że już nic nie jest dziwne. Poza sytuacją, kiedy ktoś przestaje zachowywać się jak dziwak.

Przed nimi droga zwężała się między drzewami.

Tobiasz pomyślał o Zosi. O jej głosie. O tym, jak łatwo w jednej chwili potrafił zamienić go w dowód przeciwko niej.

Jakby nie mówiła do niego osoba, którą znał od lat, lecz ktoś, przed kim należało się bronić.

— A potem się godziliśmy — powiedział po dłuższej chwili.

— I?

— I wszystko wracało.

— Co to jest wszystko?

Długo milczał.

— Ona.

Starzec spojrzał na niego.

— A wcześniej?

Tobiasz patrzył na drogę.

— Wcześniej była Zosia.

Uśmiech pojawił się na twarzy starca.

— To nie to samo?

Pokręcił głową.

— Nie.

Starzec odwrócił się ku szybie.

Tym razem nie powiedział nic.

Tobiasz również nie pytał.

Jechał dalej.

I po raz pierwszy od bardzo dawna próbował przypomnieć sobie nie to, o co ostatnio pokłócił się z Zosią.

Tylko jak wyglądała, kiedy oboje już zapomnieli o swoich urazach.

Zrodziło się w nim postanowienie, że od teraz będzie inaczej. Już zaczął układać w głowie plan rozmowy, kiedy śmiech starca brutalnie przerwał ten tok myśli.

— Z czego pan się śmieje?

— Z pańskiego postanowienia.

— Co jest w nim złego? Ja już nic nie rozumiem.

— Nie ma w nim nic złego. Jest tylko bardzo naiwne.

Tobiasz zmarszczył brwi.

— Dlaczego?

— Bo one nie pozwolą się panu tak łatwo zmienić.

Natychmiast po tych słowach po obu stronach jezdni pojawili się jeźdźcy. Ustawili się w równych szeregach, a ich długie piki, wyciągnięte ukośnie, utworzyły nad drogą tunel.

Tobiasz poczuł ich obecność.

Zewsząd napływały głosy. Zaprzeczały. Radziły. Podważały słowa starca. Ostrzegały przed nim, mówiły o szaleństwie, śmiały się.

Było ich za dużo.

Musiał je odrzucić.

Wszystkie naraz.

Teraz.

— Pan też je widzi?

Starzec odwrócił ku niemu głowę.

— Zdecydowanie rzadziej. I w nieco innej postaci. Ale tak.

— To którym pan kibicuje?

Tobiasz sądził, że tym razem go zaskoczy. Albo przynajmniej usłyszy odpowiedź, której wcześniej nie dostał.

— Żadnym.

— Żadnym?

— Są takie same. Tylko udają, że należą do dwóch różnych drużyn.

— Przecież walczą ze sobą.

— Owszem. Ale o to samo.

Popatrzyli na siebie.

— To co ja mam zrobić?

— Nic.

— Nic?

— Przyglądać się, jak robi pan głupoty.

Tobiasz odwrócił głowę.

— Co, proszę? I niby jak to ma cokolwiek zmienić?

— Właśnie tak — padło w odpowiedzi.

Na twarzy starca pojawił się uśmiech.

— Czy wczoraj chciał się pan zmieniać?

— Raczej nie.

— To dlaczego dzisiaj już pan chce?

— Bo zobaczyłem...

Urwał.

— Zobaczyłem siebie.

Uśmiech starca nieco się poszerzył.

— Właśnie.

Tobiasz czekał.

— A dzisiaj zobaczył pan je.

Głosy po obu stronach drogi nie ustawały. Piki nadal tworzyły nad samochodem ciemny tunel.

— I co z tego?

— To wystarczy.

— Wystarczy do czego?

Starzec przyjrzał mu się uważnie.

— Żeby nie ruszać z nimi za każdym razem, kiedy zaczynają szarżę.

Tobiasz przeniósł wzrok na drogę.

Po obu stronach jezdni stały dwie armie.

Czekały.

I po raz pierwszy przyszło mu do głowy, że może nie musi wybierać żadnej z nich.

Że może nie musi ich pokonać.

Wystarczy, że nie wsiądzie na konia.

Następne częściDzień cd10

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania