Poprzednie częściInne kolory życia - część I

Inne kolory życia - część XII

Na osiedlu, Morowo, 27 września, 2011

Wieczór

Odkąd słońce stało się przygasłym dyskiem skrytym w części za horyzontem, wschodnie niebo ciemniało od chmur. Wieczór nastał szybciej niż zazwyczaj, a ulice opustoszały. Blokowiska stały się oazami święcących kwadracików, rozstawionych po całym mieście. Stary Antek jak zwykle wyszedł ze swojej meliny na ogródkach działkowych, gdy tylko zmierzchało. Zastawił wejście do budki starymi paletami i przysłonił kawałkiem materiałowej zasłony, poplamionej i przetartej. Zaczął poszukiwania od śmietników na najbliższym osiedlu, a potem poszedł dalej, nie znalazłszy niczego przydatnego, ani zdatnego do zjedzenia. Wbrew pozorom nie należał do grupy najbardziej zdesperowanej pod tym kątem. Nie był wszystkożerną chodzącą przetwornicą na odpady. Czasami wolał okraść jakichś mało sprytnych spacerowiczów niż gmerać w śmietniku za resztkami obleczonymi w kożuszek pleśni z dodatkowym białkiem w postaci larw.

Przy kolejnym kontenerze zatrzymał się na dłużej. Ktoś postanowił chyba nauczyć swoje pociechy odpowiedniego prowadzenia się i wyrzucił do śmieci butelkę jakiegoś napoju gazowanego. Z etykiety można było wyczytać, że data ważności minie za rok. Antek uśmiechnął się i sięgnął po znalezisko. Upił łyk. Poczuł się, jakby miał o dwadzieścia, a może nawet trzydzieści lat mniej. Żadnych trosk, problemów z nogami i coraz częstszymi atakami tych dziwnych głosów szumiących w głowie. Niekiedy naprawdę nie dawały spokoju, doprowadzając człowieka na skraj szaleństwa. Gdzieś głębiej znalazł paczkę chipsów. Resztki, bo resztki, ale przynajmniej bez pleśni.

Przy kontenerze spędził kwadrans. Siedział, gapiąc się na latarnie przy ulicy i niebo, zasnute chmurami. Sączył napój, a kiedy zrobił ostatni łyk, dźwignął się z ziemi i pomaszerował w stronę głównej ulicy.

Postać pojawiła się jakby znikąd. Antek z początku nic sobie z tego nie robił, choć już na początku miał dziwne przeczucie. Coś było nie tak, ale ten wieczór układał się tak dobrze, że facet nie zawracał sobie głowy takimi błahostkami. Przeczucie – a na co to komu? Skręcił w prawo i widząc w oddali szyld nocnego baru, skierował się w jego kierunku. Miał kilka wyżebranych złotówek. Na jedno piwko w sam raz.

Chłopak stanął na drodze Antkowi jakieś kilkanaście metrów od skrzyżowania. Przez moment spoglądali na siebie, mierzyli siły na zamiary. Antek nie poznawał chłopaka. Nie miał dobrej pamięci do twarzy, do imion, nazwisk, nazw własnych… właściwie to do niczego. Wiedział, jak się nazywa i mniej więcej kiedy się urodził – z dokładnością do sześciu miesięcy. Ominął nieznajomego bez słowa. Tamten zaś stał cały czas jak posąg. Nie odwrócił się, nie wykonał żadnego ruchu. Po prostu stał. Kiedy Antek był już po drugiej stronie ulicy, przy barze, odwrócił się i spojrzał za nieznajomym. Nikogo nie było. Potem, tamtej nocy, wracając do swojej budki na ogródkach, ciągle odwracał się za siebie, sprawdzając, czy nikt go nie śledzi. Niepokój – uczucie, którego nie doznał od lat. Zapomniał już, jak potrafi być nieprzyjemne.

Za Morowem, 28 września 2011

Auto jechało z dozwoloną prędkością zarówno w mieście, jak i poza nim. Wyglądało zupełnie niepozornie, wręcz zlewało się z krajobrazem. Srebrny sedan z segmentu D sunął przed siebie, pokonując kolejne kilometry po prawdziwie polskich drogach przypominających ser szwajcarski. Kilka kilometrów za Morowem, z głównej drogi auto skręciło w lewo, polną ścieżkę prowadzącą do posesji znajdującej się za brzozowym zagajnikiem. Gdy tylko srebrny Nissan zatrzymał się przy bramie, drzwi frontowe domu otworzyły się. Stanął w nich barczysty mężczyzna o posturze dyskotekowego ochroniarza, przebiegłych małych oczach i z kozią bródką przetykaną siwizną.

– Piotr! – zawołał mężczyzna. – Nie zapraszałem cię tu, łajzo.

– No i dlatego jestem, kibolku – odgryzł się tamten.

Podeszli do bramy i podali sobie dłonie. Przez moment ich spojrzenia walczyły o dominację, ale potem atmosfera spuściła z tonu.

– Wejdź, Kaśki nie ma, ziuchniemy po browarku.

Piotr nie mógł odmówić, choć nie miał ochoty na posiadówkę przy piwie. Wolał załatwić to szybko.

Gospodarz postawił na stole dwie puszki, zimne aż szczypały dłonie. Razem upili po kilka łyków, a potem, na moment, nastała zupełna cisza.

– Potrzebujesz czegoś? Wyglądasz na zamyślonego.

– Ty i te twoje bystre obserwacje. Zawsze trafione – zadrwił, choć nie do końca. W zasadzie to przyznał temu zakutemu pacanowi rację. Ale po co wychodzić przed szereg, niech sobie myśli.

– No, to gadaj.

– Jest robota, ale delikatna.

– Na ile?

– Trzech, może czterech, dla pewności. Nic dużego. Jeden maszynista musi zaliczyć egzamin z życia.

Gospodarz zamyślił się. Wyglądał w tej pozie totalnie groteskowo. Wielki, barczysty byk z miną frasunku jakiegoś pseudointeligenta. Piotr dla powstrzymania kolejnych docinek zapił kpinę piwem.

– Dasz radę?

– Pewnie. Taka nasza robota, między innymi. Opowiedz mi o tym maszyniście trochę?

– Chcesz jego biografię, czy wystarczy skrócony życiorys na pięć linijek?

– Z grubsza. I jeszcze jedno, na zaś. Łamiemy?

– Nie, nic z tych rzeczy. Nastraszyć i trochę poklepać, ale tak wiesz, po przyjacielsku. Facet ma rodzinę.

Dryblas zaśmiał się chrapliwie.

– To o co ty mi dupę zawracasz? Żal ci frajera, bo bachorów jakiejś pindzie narobił? Powiem ci coś, Piotruś. Ja robotę to robię dobrze albo wcale. Straszyć to go możesz niebieskimi, my jesteśmy poziom wyżej.

– Nikt oprócz ciebie nie podejmie się tej fuchy.

– Ano, wiem. Mam pieprzony monopol i dlatego stawiam warunki, ptysiu. Więc albo porządnie, albo wcale.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania