Poprzednie częściKroniki Elorien - Prolog

Kroniki Elorien - Rozdział 10

Poranek na dziedzińcu twierdzy był chłodny i wyjątkowo przejrzysty. Nad szczytami Gór Srebrzystych nie było ani jednej chmury, a pierwsze promienie słońca odbijały się od jasnych granitowych murów fortecy. Żołnierze kończyli zmianę wart, w stajniach panował już ruch, a zwiadowcy sprawdzali rzemienie plecaków, ostrza noży i zapasy na cały dzień. Dla większości był to kolejny zwyczajny poranek służby. Jedynie sześciu młodych magów czuło, że właśnie rozpoczyna się coś znacznie ważniejszego niż wszystkie dotychczasowe ćwiczenia.

Na środku dziedzińca czekał już Zheron z rozwiniętą mapą okolicy. Obok niego stali dowódcy dwóch patroli zwiadowczych.

– Poszukiwania prowadzimy tak jak dotychczas – rozpoczął spokojnie kapitan. – Fakt, że otrzymaliśmy list, niczego pod tym względem nie zmienia. Nadal szukamy demonów, które wydostały się z portalu. O pozostałym wiemy, że jest niewielki i obecnie siedzi bezpiecznie zamknięty w lochu. Pozostałe trzy wciąż znajdują się gdzieś w górach.

Na mapie zaznaczonych było kilka obszarów otoczonych czerwonym atramentem.

– Pierwszy patrol sprawdzi dziś północne zbocza oraz opuszczone kopalnie. Drugi ponownie przeszuka zachodnie lasy. Wiem, że robiliśmy to już wcześniej, ale nie możemy zakładać, że demony pozostają w jednym miejscu.

Dowódcy skinęli głowami.

– A my? – zapytał Lucien.

Zheron przesunął palcem na południowy wschód.

– Wy udacie się do Doliny Andoniusa.

– Nigdy o niej nie słyszałem – przyznał Bram.

– Większość ludzi nie słyszała. Nazwa pochodzi od kartografa Andoniusa, który przed wiekami sporządzał pierwsze dokładniejsze mapy tych terenów. Sama dolina nie jest niczym szczególnym.

– To dlaczego właśnie tam?

– Ponieważ od kilku dni zwiadowcy nie zaglądali w tamte okolice. Dolina jest spokojna, znajduje się tam niewielka osada pasterska i rozległe pastwiska. Jeżeli któryś z demonów szuka pożywienia albo schronienia z dala od większych skupisk ludzi, równie dobrze może przebywać właśnie tam.

Kadir spojrzała na mapę.

– Czy mieszkańcy zgłaszali coś niepokojącego?

– Nic konkretnego. I właśnie dlatego warto tam zajrzeć. Czasami brak wiadomości jest równie interesujący jak ich nadmiar.

Laeria przyglądała się wyznaczonej trasie.

– Jak daleko stąd?

– Kilka godzin spokojnego marszu. Jeśli nic was nie zatrzyma, przed południem będziecie na miejscu.

– A jeśli znajdziemy jednego z demonów? – zapytała Zhana.

Zheron odpowiedział bez chwili namysłu.

– Oceniacie sytuację. Jeśli uznacie, że możecie go bezpiecznie schwytać lub wyeliminować, działacie. Jeżeli będzie zbyt niebezpiecznie, wracacie albo wysyłacie sygnał. Nie zamierzam tracić sześciu dobrze zapowiadających się magów tylko dlatego, że ktoś postanowił urządzić wam próbę.

– Czyli nie musimy udowadniać autorowi listu, że jesteśmy godni? – odezwał się Bram.

– Nie interesuje mnie jego zdanie.

– To akurat rozsądne.

– Interesuje mnie tylko to, żebyście wrócili cali.

Lucien poprawił pas przewieszony przez ramię.

– Wrócimy.

– Mam nadzieję.

Kapitan zwinął mapę.

– W takim razie ruszajcie.

Na dziedzińcu zrobiło się gwarno. Dwie grupy zwiadowców skierowały się do koni, podczas gdy młodzi magowie wyruszyli pieszo. Górska ścieżka prowadząca do Doliny Andoniusa była zbyt stroma i kamienista, by wygodnie podróżować po niej powozem, a pieszy marsz pozwalał znacznie dokładniej obserwować teren.

Przez chwilę siedziałem jeszcze na murze i patrzyłem, jak oddalają się od twierdzy. Sam nie wiedziałem, czego właściwie oczekiwałem po tym dniu. Dotychczasowe poszukiwania prowadzone przez zwiadowców nie przyniosły przecież żadnych rezultatów. Demony zdawały się rozpływać w powietrzu. Nie zostawiały wyraźnych śladów, nie atakowały ludzi, nie dawały się odnaleźć. A jednak za każdym razem, gdy moi młodzi magowie zbliżali się do któregoś z nich, wszystko wyglądało niemal... zbyt dogodnie. Demon w Dalewood pojawił się dokładnie tam, gdzie mogli go zauważyć. Mały Demonek siedział pośrodku drogi, jakby cierpliwie czekał na spotkanie. Potem na własne oczy widziałem cień odciągający kolejnego demona od schroniska, jak pasterz zaganiający owcę z powrotem na właściwą ścieżkę. Im dłużej o tym myślałem, tym trudniej było mi uwierzyć, że to zwykły zbieg okoliczności. Coraz częściej zastanawiałem się, czy całe te poszukiwania nie są jedynie starannie wyreżyserowanym przedstawieniem. Być może cień wcale nie ukrywał demonów przed magami. Być może po prostu decydował, kiedy i którego z nich im pokazać. Jeśli tak było, to moi bohaterowie nie polowali na demony. To ktoś inny prowadził ich od początku dokładnie tam, gdzie chciał. A taka myśl nie podobała mi się ani trochę. Po ośmiuset latach nauczyłem się jednego – jeśli przeciwnik zaczyna układać planszę, lepiej jak najszybciej zorientować się, według czyich zasad toczy się gra. Dlatego, nie tracąc więcej czasu, poderwałem się z kamiennego muru i jako mucha ruszyłem za nimi, ciekaw, dokąd tym razem zaprowadzi ich scenariusz napisany przez kogoś innego.

Droga do Doliny Andoniusa od samego początku różniła się od wszystkich tras, którymi bohaterowie podróżowali wcześniej. Nie prowadziła szerokim traktem handlowym ani wygodną drogą łączącą osady. Była starą górską ścieżką, wydeptaną przez pokolenia pasterzy, zwiadowców i nielicznych kupców, którzy z jakiegoś powodu uznali, że skrócenie sobie drogi przez Góry Srebrzyste jest dobrym pomysłem. Z doświadczenia mogłem powiedzieć, że większość z nich prędzej czy później dochodziła do wniosku, iż jednak nie był.

Kamienna ścieżka wiła się pomiędzy zboczami niczym cienka szara wstęga. Z jednej strony wyrastały strome skalne ściany, miejscami niemal pionowe, poprzecinane szczelinami i półkami, na których rosły samotne sosny kurczowo trzymające się kamienia. Z drugiej teren opadał łagodniej ku dolinom porośniętym ciemnozielonymi lasami. W oddali widać było kolejne pasma górskie, nakładające się na siebie coraz bledszymi odcieniami błękitu, aż w końcu ginęły gdzieś za horyzontem.

Powietrze było chłodne i niezwykle czyste. Każdy oddech pachniał żywicą, mokrym kamieniem i górskimi ziołami rosnącymi pomiędzy skałami. Co jakiś czas nad ich głowami przelatywały wielkie ptaki drapieżne, wykorzystujące ciepłe prądy powietrza unoszące się znad nasłonecznionych zboczy.

Jako mucha miałem nieco inne spojrzenie na krajobraz. Większość ludzi patrzy daleko przed siebie. Ja natomiast widziałem jednocześnie ogromne góry i pojedyncze źdźbła trawy poruszające się na wietrze. Zabawna perspektywa. Polecam każdemu. Niestety wymaga ona pewnych... biologicznych wyrzeczeń.

Przez pierwszą godzinę marszu nie wydarzyło się właściwie nic.

Lucien maszerował na czele grupy, najwyraźniej przekonany, że przewodzenie wyprawie jest jego naturalnym obowiązkiem.

– Wyobrażacie sobie? – odezwał się nagle. – Jeśli naprawdę znajdziemy jednego z tych dwóch demonów już pierwszego dnia...

– To znaczy, że mieliśmy szczęście – odpowiedziała spokojnie Kadir.

– Albo pecha – dodała Zhana.

– Dlaczego od razu pecha?

– Bo nadal nie wiemy, z czym mamy do czynienia.

Lucien wzruszył ramionami.

– Od tego jesteśmy.

– Od czego?

– Od radzenia sobie z problemami.

– Wczoraj twierdziłeś, że jesteśmy od przygód.

– Jedno nie wyklucza drugiego.

Kilka kroków za nimi szedł Bram, który już od dobrych dwudziestu minut demonstracyjnie wzdychał.

– Góry są zdecydowanie za wysokie.

Nikt nie odpowiedział.

– Naprawdę.

Cisza.

– Ktoś powinien był je trochę obniżyć.

– Bram... – westchnęła Laeria.

– No co? Popatrz. Idziemy cały czas pod górę.

– Dosłownie od pięciu minut schodzimy w dół – zauważyła Kadir.

Bram rozejrzał się.

– Rzeczywiście.

Po chwili zastanowienia dodał:

– To i tak męczące.

Filius co kilka minut zatrzymywał się przy kolejnych roślinach.

– Zobaczcie.

Nikt się nie zatrzymał.

– Naprawdę warto zobaczyć.

Lucien odwrócił głowę.

– Co tym razem?

– Goryczka srebrzysta.

– I?

– Rośnie tylko na wysokości powyżej tysiąca metrów.

– Fascynujące.

– Jest.

– Wierzę ci.

– Jej korzeń można wykorzystać do przygotowania bardzo skutecznych mikstur przeciw gorączce.

– Widzisz? – odezwał się Bram. – To jest wiedza praktyczna.

– Dziękuję.

– Gdybyś jeszcze potrafił zrobić miksturę na zmęczenie...

– Nie potrafię.

– Wielka szkoda.

Ścieżka zaczęła prowadzić wzdłuż skalnej grani. Po lewej stronie otworzył się szeroki widok na dolinę, przez którą płynął wąski górski strumień. Z tej wysokości wyglądał jak cienka srebrna nitka przecinająca zielone zbocza.

Laeria zatrzymała się na chwilę.

– Pięknie tutaj.

– Jest – przyznała Zhana.

– Nie spodziewałam się takich widoków.

– Góry potrafią wynagrodzić człowiekowi wspinaczkę.

– Chyba tylko wtedy, kiedy już skończy się wspinaczka – mruknął Bram.

Minęli niewielkie rumowisko skalne, najwyraźniej powstałe po dawnym osuwisku. Pomiędzy ogromnymi głazami rosły niewielkie krzewy jałowca, a z licznych szczelin wypływały cienkie strużki krystalicznie czystej wody.

– Postój? – zaproponował Bram z nadzieją.

– Minęła godzina – odpowiedziała Zhana.

– Właśnie.

– To trochę za wcześnie.

– Nie ma czegoś takiego jak za wcześnie na odpoczynek.

– Jest.

– To bardzo krzywdząca teoria.

Lucien zaśmiał się.

– Kiedyś policzę, ile razy dziennie próbujesz zrobić przerwę.

– Nie zdążysz.

– Dlaczego?

– Bo będziemy robić kolejną.

Nawet Zhana uśmiechnęła się pod nosem.

W miarę jak schodzili niżej, krajobraz zaczął się powoli zmieniać. Nagich skał było coraz mniej. Coraz częściej pojawiały się niewielkie zagajniki sosen i świerków, a pomiędzy nimi rozciągały się górskie łąki pokryte kwitnącymi roślinami. Wiatr poruszał wysokimi trawami, tworząc fale przypominające powierzchnię jeziora.

Kadir co jakiś czas spoglądała na mapę.

– Jeszcze około godziny.

– Skąd wiesz?

– Bo właśnie minęliśmy charakterystyczne skały.

Lucien rozejrzał się.

– Wszystkie skały wyglądają tak samo.

– Dla ciebie.

– Dla mnie naprawdę wyglądają tak samo.

– Tamta ma pęknięcie przypominające błyskawicę.

– Faktycznie. A tamta?

– Jest... skałą.

Bram poklepał go po ramieniu.

– Witaj w klubie.

Po drodze minęli niewielką kapliczkę wykutą bezpośrednio w skale. Stała tam samotnie, najwyraźniej od wielu dziesięcioleci, chroniona niewielkim kamiennym daszkiem. W środku znajdowała się mocno już zwietrzała figurka przedstawiająca dawnego maga, którego twarz niemal całkowicie starł czas.

– Kto to? – zapytała Laeria.

Kadir podeszła bliżej.

– Nie wiem.

– Myślałam, że wiesz wszystko.

– Nie wszystko.

– To dobrze.

– Dlaczego?

– Byłoby to trochę przerażające.

Ruszyli dalej.

Przez kolejne kilkaset metrów jedynym dźwiękiem był rytmiczny stukot butów o kamienie oraz świst wiatru niosącego chłodne powietrze z wyższych partii gór. Nawet Lucien na jakiś czas zamilkł, zajęty podziwianiem krajobrazu.

A ja coraz uważniej obserwowałem otoczenie. Po doświadczeniach z ostatnich dni zacząłem podejrzewać, że jeśli rzeczywiście ktoś prowadzi tę dziwną grę, nie pozwoli, by wszystko wydarzyło się zbyt wcześnie. Dobre przedstawienia mają swoje tempo. Najpierw budują napięcie. Dopiero potem podnoszą kurtynę. Póki co jednak jedynymi stworzeniami, które zwracały na siebie uwagę, były kozice przeskakujące z niezwykłą łatwością pomiędzy skałami i para kruków krążących wysoko nad doliną.

Po kolejnej godzinie marszu ścieżka zaczęła wyraźnie łagodnieć. Góry wciąż otaczały wędrowców z obu stron, lecz przestały sprawiać wrażenie surowych i niedostępnych. Zbocza stawały się coraz bardziej zielone, pomiędzy skałami pojawiało się coraz więcej trawy, a lasy ustępowały miejsca rozległym górskim łąkom. Powietrze nadal było chłodne, jednak czuć w nim było zupełnie inny zapach niż wyżej – zamiast samej żywicy i kamienia unosiła się woń wilgotnej ziemi, ziół oraz kwitnących roślin. Gdzieś niedaleko musiał płynąć potok, bo od czasu do czasu wiatr przynosił charakterystyczny chłód wody.

– Powinniśmy być już blisko – powiedziała Kadir, zerkając na mapę. – Dolina zaczyna się właśnie tutaj.

Lucien spojrzał przed siebie.

– Faktycznie... teren zrobił się jakiś bardziej... przyjazny.

– Góry też czasami odpoczywają – odparła Laeria.

Bram westchnął z ulgą.

– Wreszcie. Mam serdecznie dość wspinania się po kamieniach.

– Przecież od dwóch godzin głównie schodziliśmy.

– Nie psuj mi nastroju faktami.

Po kilkunastu minutach dostrzegli pierwsze oznaki obecności ludzi. Początkowo były to jedynie kamienne murki oddzielające od siebie niewielkie pastwiska. Zbudowano je z luźno ułożonych głazów, bez zaprawy, ale najwyraźniej stały tam od pokoleń. W wielu miejscach porastały je mchy, a pomiędzy szczelinami rosły drobne, fioletowe kwiaty.

Nieco dalej pojawiły się pierwsze drewniane płoty. Za nimi pasły się owce. Było ich kilkadziesiąt, może więcej. Białe, spokojne, całkowicie pochłonięte skubaniem trawy. Kilka czarnych baranów leniwie spacerowało pomiędzy stadem, od czasu do czasu podnosząc głowy i przyglądając się przybyszom z wyraźnym brakiem zainteresowania.

– Chociaż one wyglądają na szczęśliwe – stwierdził Bram.

– Bo nie muszą chodzić po górach – odpowiedział Lucien.

– Właśnie chodzą.

– Ale nie szukają demonów.

– To też prawda.

Filius zwolnił kroku.

A potem zatrzymał się całkowicie. Jedna z owiec, wyjątkowo puszysta i chyba nieco bardziej ciekawska od pozostałych, również podniosła głowę. Przez kilka sekund oboje patrzyli na siebie w całkowitym milczeniu.

– O nie... – westchnęła Zhana.

– Co? – zapytał Lucien.

– Zaraz zacznie.

– Co zacznie?

Nie musiała odpowiadać. Filius bardzo powoli przykucnął.

– Dzień dobry.

Owca zamrugała.

– Widzę, że masz się dobrze.

Owca przeżuła trawę.

– Piękna pogoda, prawda?

Owca spojrzała gdzieś obok niego.

– Myślę, że tak.

– Rozmawiasz z owcą? – zapytał Bram.

– Jeszcze nie.

– To z kim?

– Na razie prowadzę monolog.

Lucien parsknął śmiechem.

– I jak idzie?

– Obiecująco.

Filius ostrożnie wyciągnął rękę.

Owca przez chwilę obserwowała jego dłoń, po czym niespodziewanie podeszła kilka kroków bliżej.

– Widzicie?

– Jeszcze nic nie widzimy – powiedziała Kadir.

– Zaufała mi.

– Albo liczy na jedzenie.

– To też forma zaufania.

Owca pozwoliła się pogłaskać po łbie. Filius uśmiechnął się z wyraźną satysfakcją.

– Wiedziałem.

– Gratuluję – odezwał się Bram. – Udało ci się zdobyć przyjaźń zwierzęcia, którego największym życiowym marzeniem jest znalezienie lepszej trawy.

– Nie bądź zazdrosny.

– Nie jestem.

– Trochę jesteś.

– Odrobinę.

Niestety przyjaźń okazała się dość jednostronna. Gdy tylko owca uznała, że Filius nie posiada niczego jadalnego, spokojnie odwróciła się i wróciła do skubania trawy, najwyraźniej kończąc tę niezwykle głęboką relację.

– Myślę, że poszło dobrze – stwierdził Filius.

– Myślę, że zostałeś profesjonalnie zignorowany – odpowiedziała Zhana

– Nie od razu.

– To rzeczywiście postęp.

Ruszyli dalej. Im głębiej wchodzili w dolinę, tym więcej było śladów ludzkiej działalności. Co kilkaset metrów stały niewielkie drewniane stodoły przykryte gontowymi dachami. Przy niektórych znajdowały się szopy pełne drewna opałowego, przy innych niewielkie zagrody dla kóz lub owiec. Ziemia była tu znacznie żyźniejsza niż wyżej w górach, dlatego obok pastwisk pojawiały się również małe pola jęczmienia i owsa. Wzdłuż drogi rosły stare jarzębiny, a na ich gałęziach ćwierkały niewielkie ptaki, które najwyraźniej nie przejmowały się obecnością ludzi.

Od czasu do czasu mijali pojedynczych mieszkańców. Starszy mężczyzna prowadził dwa osły obładowane workami z mąką. Kilkoro dzieci bawiło się przy strumieniu, budując tamę z kamieni. Kobieta rozwieszała właśnie świeżo uprane płótna, które poruszały się na wietrze niczym białe żagle.

Wszyscy spoglądali na młodych magów z wyraźną ciekawością. Nieczęsto widywało się sześciu uzbrojonych adeptów magii maszerujących przez spokojną pasterską dolinę.

Po kilkunastu kolejnych minutach marszu ścieżka wyprowadziła ich wprost do niewielkiej osady położonej niemal w samym sercu doliny. Trudno było nazwać ją wioską w pełnym znaczeniu tego słowa. Składała się zaledwie z kilkunastu drewnianych domów rozsianych po obu stronach głównej drogi, niewielkiej kuźni, stodoły, młyna napędzanego górskim potokiem oraz małej gospody, która najwyraźniej pełniła jednocześnie rolę miejsca spotkań całej okolicy. Nie było tu rynku, murów ani nawet kaplicy. Życie toczyło się powoli, zgodnie z rytmem pór roku i stad wypasanych na okolicznych zboczach.

Przed jednym z domów starsza kobieta obierała ziemniaki, nieopodal dwóch chłopców próbowało naprawić drewniane koło od wozu, a przy studni kilku mieszkańców prowadziło spokojną rozmowę, która natychmiast ucichła na widok sześciu magów.

Nie wyglądało jednak, żeby ich obecność kogokolwiek przestraszyła. Raczej zaciekawiła.

– Chyba dawno nie mieli tu gości – zauważyła cicho Laeria.

– Albo dawno nie mieli sześciu magów naraz – odpowiedziała Kadir.

Jedyna gospoda nosiła prosty szyld z namalowaną owcą i napisem „Pod Białym Runem”. Budynek był niewielki, zbudowany z ciemnego drewna, z kamiennym kominem i dachem pokrytym gontem. Z wnętrza dobiegał zapach pieczonego chleba, gulaszu i świeżo warzonego piwa.

W środku panował przyjemny półmrok. Kilku miejscowych siedziało przy stołach, popijając napoje i rozmawiając o codziennych sprawach. Rozmowy ucichły na moment, gdy do środka weszli magowie, lecz po chwili gwar powrócił.

Gospodarz, krępy mężczyzna z siwiejącą brodą, wyszedł zza lady.

– Dzień dobry. W czym mogę pomóc?

– Szukamy informacji – odpowiedziała uprzejmie Kadir. – Jesteśmy z twierdzy.

Na wspomnienie twierdzy gospodarz od razu spoważniał.

– Chodzi o te demony?

– Tak.

Mężczyzna pokiwał głową.

– Słyszeliśmy różne plotki.

– A wydarzyło się tutaj coś niezwykłego?

Gospodarz przez chwilę się zastanawiał.

– Niezwykłego... chyba nie.

– Żadnych dziwnych stworzeń?

– Nie.

– Odgłosów?

– Nie.

– Śladów?

– Nie kojarzę.

Lucien rozejrzał się po sali.

– Czy ktokolwiek zauważył coś podejrzanego w ostatnich dniach?

Przez chwilę nikt się nie odezwał.

W końcu z końca sali podniósł się starszy mężczyzna o mocno opalonej twarzy i dłoniach człowieka, który całe życie spędził na pracy.

– Owce.

– Co z owcami? – zapytała Zhana.

– Trzy zaginęły.

– Kiedy?

– W ciągu ostatnich kilku dni.

– Znaleziono jakieś ślady walki?

Starzec pokręcił głową.

– Nic.

– Krew?

– Nie.

– Wełnę?

– Też nie.

– Po prostu zniknęły?

– Jakby się rozpłynęły.

Bram zmarszczył czoło.

– Trzy owce to chyba trochę mało jak na demona.

– Zależy od demona – odpowiedziała Kadir.

– I od owiec.

Lucien spojrzał na pasterza.

– Gdzie pasło się stado?

Mężczyzna podszedł do okna i wskazał ręką zbocza widoczne za osadą.

– Tam. Na wschodnich pastwiskach.

– Daleko?

– Niecała godzina drogi.

– Był pan tam później?

– Byłem.

– I nic?

Starzec zawahał się.

– Właściwie...

Cała szóstka spojrzała na niego jednocześnie.

– Widziałem ślady.

– Jakie ślady? – zapytała szybko Kadir.

– Nie wiem.

– Zwierzęce?

– Chyba.

– Wilka?

– Nie.

– Niedźwiedzia?

– Też nie.

– To czego?

– Właśnie nie wiem.

Zapadła chwila ciszy.

– Prowadziły pod górę – dodał w końcu. – W stronę lasu.

– Jak wyglądały?

– Trudno powiedzieć. Jakby... ktoś chodził na czterech łapach. Ale nie całkiem. Za duże na lisa, za małe na niedźwiedzia. I dziwnie głębokie.

Kadir wyjęła notes.

– Pamięta pan dokładnie miejsce?

– Oczywiście.

– Może nam je pan pokazać?

– Mogę zaprowadzić.

Lucien wymienił spojrzenie z Zhaną.

– To chyba najlepszy trop, jaki do tej pory mamy.

– O ile ślady jeszcze tam są – odparła Zhana.

– Jeśli nie, przynajmniej obejrzymy teren – dodała Kadir.

Starzec skinął głową.

– Zjedzcie najpierw coś. Ja w tym czasie przygotuję się do drogi. Nie będziemy szli długo, ale na zboczu łatwo skręcić kostkę, jeśli nie zna się ścieżek.

Gospodarz bez słowa postawił na stole dzbanek zimnej wody oraz świeżo upieczony chleb.

– Rzadko odwiedzają nas magowie – powiedział z lekkim uśmiechem. – Mam tylko nadzieję, że po waszej wizycie nadal będziemy mogli powiedzieć, że to spokojna dolina.

Po krótkim odpoczynku i zjedzeniu prostego posiłku magowie opuścili gospodę razem ze starszym pasterzem. Mężczyzna przedstawił się jako Oren i od razu było widać, że zna okolicę lepiej niż ktokolwiek inny. Nie szedł szybko, ale pewnie. Ani razu nie zawahał się na rozwidleniach ścieżek, nie musiał zastanawiać się, którą drogę wybrać. Po prostu szedł przed siebie, jak człowiek, który przez całe życie przemierzał te same zbocza.

Osada została za plecami szybciej, niż mogłoby się wydawać. Ostatnie drewniane zabudowania ustąpiły miejsca rozległym pastwiskom, poprzecinanym kamiennymi murkami i drewnianymi ogrodzeniami. Owce rozproszone były po całym stoku niczym białe plamy rozsypane na zielonej trawie. Kilka psów pasterskich obserwowało przechodzącą grupę z wyraźną podejrzliwością, ale wystarczył jeden gwizd Orena, by wróciły do pilnowania stada.

Droga prowadziła łagodnie pod górę. W przeciwieństwie do kamienistych szlaków, którymi wędrowali od kilku dni, tutaj ziemia była miękka i porośnięta gęstą trawą. Wśród niej rosły drobne kwiaty, a gdzieniegdzie pojawiały się niewielkie kępy lawendy i dzikiego tymianku. Wiatr przesuwał się po zboczach równymi falami, sprawiając, że całe pastwisko zdawało się poruszać.

– Gdyby nie demony, chętnie zostałbym tu kilka dni – powiedział Bram.

– Ty chętnie zostałbyś wszędzie, gdzie nie trzeba się wspinać – zauważyła Zhana.

– Nieprawda.

– Naprawdę?

– Zostałbym też tam, gdzie dobrze karmią.

– To mnie uspokoiłeś.

Lucien szedł kilka kroków przed resztą, rozglądając się uważnie po okolicy. Co jakiś czas wchodził na większy głaz, najwyraźniej uznając, że z wyższego miejsca łatwiej będzie wypatrzyć coś niezwykłego.

– Widzisz coś? – zawołała Laeria.

– Owcę.

– Coś jeszcze?

– Drugą owcę.

– Bardzo pomocne.

– Staram się.

Oren uśmiechnął się tylko pod nosem.

– Tutaj – powiedział po kilkunastu minutach.

Zatrzymał się na skraju jednego z pastwisk. Wskazał miejsce, gdzie trawa była nieco bardziej wygnieciona.

– Tutaj pasło się stado.

Magowie natychmiast rozeszli się po okolicy.

Jeszcze kilka dni wcześniej zapewne bezradnie krążyliby po trawie, próbując dostrzec cokolwiek niezwykłego.

Teraz jednak było inaczej. Ćwiczenia w twierdzy najwyraźniej nie poszły na marne. Kadir jako pierwsza przykucnęła przy ziemi.

– Mam coś.

Pozostali podeszli bliżej. Na pierwszy rzut oka nie było tam nic szczególnego. Dopiero gdy człowiek odpowiednio ustawił się względem światła, dostrzegał delikatne odciski w miękkiej ziemi.

– Są bardzo stare – powiedziała Zhana.

– Dwa, może trzy dni – oceniła Kadir.

Przesunęła dłonią tuż nad śladami, nie dotykając ich.

– Zobaczcie.

Lucien przykucnął obok niej.

– To chyba wilk.

– Nie.

– Duży lis?

– Nie.

– Kozica?

Kadir spojrzała na niego z pobłażliwym uśmiechem.

– Kozice nie mają czterech palców ustawionych w ten sposób.

– A gdyby miały?

– Wtedy byłaby to bardzo dziwna kozica.

Bram również przyjrzał się śladom.

– Faktycznie... są jakieś dziwne.

– Zaokrąglone z przodu – mówiła Kadir. – Zbyt głębokie jak na zwierzę tej wielkości. I zobaczcie odstępy.

– Co z nimi?

– Są nierówne.

– Czyli?

– Jakby stworzenie czasami poruszało się normalnie, a czasami wykonywało znacznie dłuższe kroki.

Lucien zmarszczył brwi.

– To możliwe?

– U demona?

– W sumie...

– Właśnie.

Kilka metrów dalej Filius uklęknął przy niewielkim krzewie. Nie patrzył na ślady. Patrzył na rośliny. Delikatnie dotknął jednego z liści, po czym zamknął oczy. Przez chwilę nikt się nie odzywał. W końcu otworzył je ponownie.

– Czujecie coś?

Pozostali pokręcili głowami.

– Ja też prawie nie.

– To znaczy? – zapytała Laeria.

– Coś tu zostało.

– Magia?

– Nie do końca.

Filius przeszedł kilka kroków dalej, dotykając kolejnych roślin.

– Jakby... ślad energii.

– Jakiej energii? – zapytała Kadir.

– Nie potrafię powiedzieć.

– Magicznej?

– Może.

– Czarnej?

Filius długo się zastanawiał.

– Nie.

– Jesteś pewien?

– Tak.

– To dziwne.

– Bardzo.

Spojrzał na niewielkie paprocie rosnące obok śladów.

– Rośliny reagują.

– Jak?

– Są... zestresowane.

Bram uniósł brew.

– Nigdy nie sądziłem, że usłyszę takie zdanie.

– Naprawdę.

– Wierzę ci.

– Ich energia jest zaburzona. Jakby coś przeszło tędy i zostawiło po sobie ślad, którego normalnie nie powinno być.

Kadir zanotowała kolejne obserwacje.

– Czyli mamy nienaturalne tropy i ślad dziwnej energii.

– To chyba pierwszy konkretny dowód od czasu naszego przyjazdu – powiedziała Zhana.

Lucien wstał i spojrzał w stronę lasu porastającego wyższe partie zbocza. Ślady prowadziły właśnie tam. Były coraz słabiej widoczne, miejscami niemal całkowicie znikały pomiędzy kamieniami, ale wprawne oko wciąż potrafiło je odnaleźć.

Oren zatrzymał się u podnóża stoku.

– Dalej nie chodziłem.

– Dlaczego? – zapytała Laeria.

Starszy pasterz wzruszył ramionami.

– Nie miałem po co.

Spojrzał na ciemniejszą linię drzew.

– A poza tym... od dziecka uczono mnie, żeby nie zapuszczać się tam bez potrzeby.

Przez chwilę wszyscy patrzyli w stronę lasu. Wiatr poruszał koronami sosen, lecz poza tym panowała tam całkowita cisza. Lucien poprawił pas z medalionem żywiołu.

– No dobrze.

Spojrzał na resztę grupy.

– Wygląda na to, że w końcu mamy jakiś trop.

– I oby nie skończył się po pięćdziesięciu metrach – mruknął Bram.

– Przekonajmy się.

Las porastający zbocze góry przywitał ich chłodem i ciszą. Już po kilku krokach powietrze wyraźnie się zmieniło. Na otwartych pastwiskach świeciło jeszcze słońce, wiatr swobodnie przetaczał się przez wysokie trawy, a widok sięgał wielu kilometrów. Tutaj korony starych świerków i sosen skutecznie zatrzymywały większość światła. Podłoże pokrywała gruba warstwa igliwia, mchu i opadłych gałęzi, a pomiędzy pniami unosił się charakterystyczny zapach wilgotnej ziemi i żywicy.

Ślady prowadziły jeszcze przez kilkanaście metrów. Kadir szła na czele, niemal z nosem przy ziemi.

– Jeszcze tutaj...

Wskazała kolejny odcisk.

– I tutaj...

Kilka kroków dalej przykucnęła ponownie.

– A tutaj...

Zmarszczyła brwi.

– Nie.

Lucien podszedł bliżej.

– Zniknęły?

– Wygląda na to.

Zhana rozejrzała się po lesie.

– Jak to możliwe?

– Na miękkiej ziemi zostawiały wyraźne ślady. Tutaj podłoże jest twardsze, wszędzie leży mech i igliwie.

Filius uklęknął obok pobliskiego krzewu.

– Nie czuję już tej energii.

– Czyli urywa się dokładnie tutaj – powiedziała Kadir.

Przez kilka minut wszyscy jeszcze krążyli po okolicy, próbując odnaleźć choćby najmniejszy trop. Sprawdzali kamienie, zaglądali pomiędzy korzenie drzew, szukali połamanych gałęzi i wydeptanych ścieżek. Bez skutku.

Lucien westchnął.

– Nie będziemy chodzić wszyscy razem. Zbyt łatwo coś przeoczyć.

– Też tak uważam – przyznała Zhana.

Kadir spojrzała na mapę.

– Podzielmy teren.

Po krótkiej naradzie ustalili trzy dwuosobowe grupy. Lucien ruszył z Zhaną w górę stoku, Bram i Kadir mieli przeszukać zachodni fragment lasu, natomiast Filius z Laerią skierowali się ku niewielkiemu zagłębieniu terenu, gdzie pomiędzy drzewami płynął cienki górski strumień.

Ja oczywiście nie mogłem być wszędzie jednocześnie. Mimo ośmiuset lat praktyki nadal nie opanowałem sztuki rozdzielania się na kilka much naraz. Wybrałem więc grupę Filiusa i Laerii.

Las w tej części zbocza był wyjątkowo gęsty. Rosły tu głównie stare świerki o grubych pniach, pomiędzy którymi niemal nie docierało światło. Strumień szemrał cicho, odbijając pojedyncze promienie słońca, a wokół niego rosły paprocie sięgające niemal pasa. Filius poruszał się powoli. Znacznie wolniej niż podczas zwykłego marszu. Co kilka kroków zatrzymywał się, dotykał pni drzew, oglądał mech albo przyglądał się ziemi.

– Coś wyczuwasz? – zapytała cicho Laeria.

Pokręcił głową.

– Nic.

– A wcześniej wyczułeś.

– Bo tamta energia była świeższa.

Przeszli jeszcze kilkadziesiąt metrów. Las pozostawał zupełnie nieruchomy. Nie było śladów walki. Nie było odgłosów większych zwierząt. Jedynie gdzieś wysoko dzięcioł uderzał dziobem o pień, a z oddali dochodził szum wiatru poruszającego koronami drzew.

Laeria nagle się zatrzymała.

– Słyszałeś?

Filius odwrócił się.

– Co?

– Chyba...

Przez chwilę nasłuchiwali. Ja również. Las znowu ucichł.

– Przysięgam... wydawało mi się, że ktoś przeszedł między drzewami.

– Gdzie?

Wskazała ręką w kierunku niewielkiego skalnego występu. Oboje podeszli tam ostrożnie. Nie było nikogo. Tylko stare pnie, paprocie i kilka porośniętych mchem głazów.

– Może sarna – powiedział Filius.

Laeria długo jeszcze patrzyła pomiędzy drzewa.

– Może.

Nie brzmiała jednak przekonująco. Ja również niczego nie zauważyłem. A to nie podobało mi się jeszcze bardziej. Bo jeśli naprawdę coś tam było, musiało poruszać się wyjątkowo ostrożnie. Albo... nie było tam niczego. Po kolejnych trzydziestu minutach przeszukiwania oboje zgodnie uznali, że dalsze błądzenie nie ma sensu. Nie znaleźli ani jednego śladu.

Kiedy wrócili na skraj lasu, pozostałe dwie grupy czekały już na nich przy kamiennym murku oddzielającym pastwisko od drzew.

– Coś? – zapytała Zhana.

Laeria pokręciła głową.

– Nic pewnego.

– Słyszałam jakiś dźwięk, ale mogło mi się wydawać.

Lucien westchnął.

– U nas też pusto.

Dopiero później, już podczas drogi powrotnej, dowiedziałem się od nich, jak wyglądały poszukiwania pozostałych grup.

Lucien i Zhana przeszukali wyższe partie zbocza. Znaleźli kilka starych legowisk dzikich zwierząt, ślady jeleni oraz miejsce, w którym niedawno osunęła się ziemia po ulewnych deszczach. Lucien przez chwilę był przekonany, że odkrył wejście do jakiejś jaskini, lecz okazało się, że była to jedynie głęboka szczelina pomiędzy skałami kończąca się po kilku metrach.

Bram i Kadir mieli nieco więcej szczęścia... choć tylko pozornie. Trafili na serię dziwnych odcisków prowadzących przez błotnistą część lasu. Kadir już zaczęła podejrzewać, że to kolejny trop demona, jednak po dokładniejszych oględzinach okazało się, że należały do wyjątkowo dużego dzika. Bram podobno przez następny kwadrans przekonywał ją, że dzik również może być demonem. Nie przekonał jej.

Ostatecznie wszystkie trzy grupy wróciły dokładnie z tym samym wynikiem. Nic. Las sprawiał wrażenie zupełnie zwyczajnego. A może właśnie niezwykle skutecznie ukrywał to, czego szukali.

Lucien spojrzał jeszcze raz w stronę ciemnych drzew.

– Nie podoba mi się to.

– Mnie też – przyznała Kadir. – Ślady nie mogły po prostu wyparować.

– Ale wyparowały – mruknął Bram.

– Nie. My tylko przestaliśmy umieć je znaleźć.

Przez chwilę wszyscy stali w milczeniu.

Za ich plecami spokojnie pasły się owce, jakby cały świat ograniczał się do świeżej trawy i ciepłego słońca. Przed nimi las pozostawał ciemny i nieprzenikniony. W końcu Zhana odezwała się spokojnie.

– Wracajmy do osady.

Nikt nie zaprotestował.

Popołudnie upływało powoli, a Dolina Andoniusa pozostawała równie spokojna jak o poranku. Mimo niepowodzenia w lesie magowie postanowili wykorzystać pozostały czas jak najlepiej. Nie chcieli wracać do twierdzy z poczuciem, że zbyt szybko zrezygnowali z poszukiwań. Jeszcze raz obeszli okoliczne pastwiska, tym razem znacznie uważniej niż wcześniej. Rozdzielali się na niewielkie odległości, oglądali kamienne murki, zaglądali do opuszczonych szałasów pasterskich i schodzili nad niewielkie potoki przecinające dolinę. Co jakiś czas któreś z nich zatrzymywało się, aby przyjrzeć się śladom pozostawionym przez zwierzęta, jednak za każdym razem okazywało się, że należały do owiec, psów pasterskich, jeleni albo górskich kóz. Nic nie wskazywało na obecność istoty, której szukali.

Filius ponownie próbował wyczuć nietypową energię wśród roślin porastających skraje lasów i wilgotniejsze zagłębienia terenu, lecz tym razem natura pozostawała całkowicie spokojna. Drzewa nie zdradzały żadnych oznak niedawnej obecności demona, a krzewy i paprocie wyglądały dokładnie tak, jak powinny wyglądać o tej porze roku. Nawet ptaki zachowywały się zwyczajnie. Ich śpiew rozbrzmiewał pomiędzy zboczami bez najmniejszego zakłócenia, jakby góry chciały przekonać wszystkich, że od wielu tygodni nie wydarzyło się tutaj nic niezwykłego.

Kadir skrupulatnie zapisywała wszystkie obserwacje. Dla wielu ludzi brak nowych informacji oznaczał porażkę, ona jednak traktowała go jak kolejną wskazówkę. Zaznaczała na mapie miejsca, które zostały dokładnie sprawdzone, notowała przebieg odnalezionych wcześniej śladów i opisywała las, w którym trop urwał się bez wyraźnego powodu. Twierdziła kiedyś, że dobra mapa jest równie cenna przez to, co zawiera, jak przez to, czego na niej nie ma. Tego dnia zaczynałem rozumieć, co miała na myśli.

Pozostali mieszkańcy doliny również nie potrafili powiedzieć niczego nowego. Każdy słyszał już o zaginionych owcach, kilku wspominało o dziwnych odgłosach dochodzących nocami z lasu, lecz kiedy dopytać o szczegóły, okazywało się, że nikt nie potrafił wskazać ani miejsca, ani czasu, ani nawet opisać samych dźwięków. Były to raczej opowieści, które rodzą się wszędzie tam, gdzie ludzie wiedzą, że w pobliżu może czaić się coś nieznanego. Strach ma bowiem niezwykłą zdolność uzupełniania brakujących informacji własną wyobraźnią.

Z każdą kolejną godziną słońce przesuwało się coraz niżej nad grzbietami gór. Cienie wydłużały się na pastwiskach, a stada owiec powoli wracały w stronę zagród. Pasterze nawoływali psy, zamykali drewniane bramy i kończyli codzienną pracę. Cała dolina przygotowywała się do wieczoru w ten sam spokojny sposób, w jaki zapewne robiła to od wielu pokoleń.

Magowie również uznali, że nadszedł czas powrotu. Zgodnie z poleceniem Zherona mieli wrócić do twierdzy przed zmrokiem, niezależnie od wyników zwiadu. Choć każdy z nich miał nadzieję odnaleźć coś więcej niż kilka urywających się śladów, wszyscy rozumieli, że nie warto ryzykować nocnego marszu po górach tylko po to, by przedłużyć poszukiwania o godzinę czy dwie.

Opuścili więc Dolinę Andoniusa tą samą ścieżką, którą przyszli rano. Powrót przebiegał znacznie ciszej. Poranny entuzjazm ustąpił miejsca spokojnym przemyśleniom. Każdy analizował wydarzenia minionego dnia na swój sposób. Lucien od czasu do czasu rozglądał się jeszcze po zboczach, jakby liczył, że demon postanowi ujawnić się dosłownie w ostatniej chwili. Zhana zachowywała czujność do samego końca, uważnie obserwując lasy i skalne półki mijane po drodze. Bram, choć zmęczony wielogodzinnym marszem, nie narzekał już tak często jak rano. Nawet on zdawał sobie sprawę, że nieudane poszukiwania bywają bardziej wyczerpujące niż najdłuższa wspinaczka. Filius co pewien czas zatrzymywał wzrok na mijanych drzewach i krzewach, jakby wciąż miał nadzieję dostrzec coś, co wcześniej umknęło jego uwadze. Laeria natomiast raz po raz odwracała się za siebie w stronę doliny, której spokojny krajobraz wydawał się zupełnie nie pasować do tajemnicy, jaka mogła kryć się w pobliskim lesie.

Ja również przez całą drogę nie dostrzegłem niczego niezwykłego. Żadnego cienia przemykającego pomiędzy skałami, żadnego demona obserwującego ich z oddali ani choćby śladu obecności tajemniczego maga. Góry pozostawały ciche. A jednak ta cisza nie uspokajała mnie ani trochę. Wręcz przeciwnie. Coraz bardziej przypominała ciszę przed wydarzeniami, których nikt jeszcze nie potrafił przewidzieć.

Kiedy ostatnie promienie słońca zaczęły oświetlać mury twierdzy ciepłym, złotym światłem, młodzi magowie dotarli do głównej bramy. Strażnicy rozpoznali ich z daleka i bez zbędnych formalności otworzyli ciężkie wrota. Pierwszy zwiad dobiegł końca. Nie przyniósł odpowiedzi, ale pozostawił po sobie pierwszy prawdziwy trop i jeszcze więcej pytań.

Wieczór, który początkowo zapowiadał się spokojnie, przyniósł jednak wiadomość, na którą nikt nie był przygotowany. Ledwie magowie zdążyli odłożyć plecaki i zameldować Zheronowi przebieg zwiadu, na dziedziniec twierdzy wpadło kilku strażników prowadzących wyraźnie wyczerpanych zwiadowców z jednej z pozostałych grup. Już z daleka było widać, że coś poszło bardzo źle. Dwóch ludzi miało porozrywane ubrania i zakrwawione bandaże prowizorycznie założone jeszcze w górach. Jeden podpierał drugiego, a na twarzach wszystkich malowało się zmęczenie pomieszane z niedowierzaniem.

Zheron natychmiast przerwał rozmowę z młodymi magami i ruszył w ich stronę. Po kilku krótkich pytaniach polecił zaprowadzić rannych do twierdzowego medyka, a sam wysłuchał relacji dowódcy zwiadowców.

Wieść bardzo szybko rozeszła się po całej twierdzy.

Jedna z grup prowadziła poszukiwania w okolicy starych, opuszczonych kopalni położonych kilka godzin drogi na zachód. Było to miejsce sprawdzane już wcześniej wielokrotnie, lecz tym razem zwiadowcy postanowili zejść głębiej niż zwykle, do zawalonych korytarzy, które przez lata uznawano za zbyt niebezpieczne. Właśnie tam natknęli się na demona.

Nie przypominał żadnego z tych, o których dotychczas mówiono. Nie był niewielkim, zwinnym stworzeniem, jakie zaatakowało w Dalewood. Nie był też uroczą czarną kulką siedzącą obecnie w lochu twierdzy.

Według opisu świadków wyglądał niczym ogromny byk zbudowany z czarnego dymu i cienia. Jego sylwetka była masywna, poruszała się na czterech potężnych nogach, a nad głową wyrastały dwa długie, zakrzywione rogi. Oczy podobno świeciły bladym, srebrzystym światłem, które wyraźnie odcinało się od niemal całkowicie czarnego ciała. Najbardziej przerażające było jednak to, że demon nie sprawiał wrażenia materialnego. Gdy poruszał się w ciemnościach kopalni, jego ciało momentami rozpływało się niczym cień rzucany przez płomień świecy.

Do ataku doszło błyskawicznie. Demon wybiegł z bocznego tunelu z siłą rozpędzonego tarana. Zwiadowcy zdążyli jedynie krzyknąć ostrzeżenie. Jeden z ludzi został odrzucony na kamienną ścianę z taką siłą, że zginął niemal na miejscu. Pozostali zdołali uskoczyć i odpowiedzieć ogniem z kusz, lecz bełty albo odbijały się od kamieni, albo przelatywały przez rozmywającą się sylwetkę stwora. Zanim ktokolwiek zdążył opracować plan walki, demon zawrócił i zniknął w najgłębszych częściach kopalni.

Pościgu nie podjęto. Dowódca zwiadowców uznał, że byłoby to zwykłe samobójstwo. Ciasne tunele, brak światła i nieznajomość terenu dawały przewagę stworzeniu, które najwyraźniej doskonale poruszało się w ciemności. Rozkazał więc odwrót i zabranie ciała poległego towarzysza.

Wieść o śmierci zwiadowcy przygnębiła całą twierdzę. Nawet ci, którzy od lat służyli na granicy i widzieli niejedno, zamilkli na dłuższą chwilę. Do tej pory wszyscy wiedzieli, że przez portal przedostały się demony. Teraz po raz pierwszy stało się jasne, że przynajmniej jedno z nich stanowi śmiertelne zagrożenie.

Ja natomiast nie potrafiłem przestać myśleć o czymś innym. Znowu zginął zwykły człowiek. Nie mag. Oczywiście mogłem tłumaczyć to przypadkiem. W końcu w ciasnym korytarzu pierwszy znalazł się właśnie zwiadowca, więc to on przyjął uderzenie. Być może demon zaatakował po prostu najbliższy cel. Jeżeli był to przypadek, zaczynał robić się wyjątkowo konsekwentny.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania