Między rytmem a ciszą - Dzień 2 - Tiago (11)
Tiago
Do środka wkroczył Mateo. Jak zwykle wyglądał, jakby właśnie urwał się z teledysku: szerokie spodnie, rzucona na jedno ramię bluza i wielki uśmiech na twarzy. W ręku trzymał butelkę wody. Wszedł głęboko w moją przestrzeń, rzucając sportową torbę prosto pod nogi, tuż obok kanapy.
– Tiago! Irmão!27 – zawołał, a jego głos odbił się od ścian małego salonu. – Przyszliśmy z ekipą trochę wcześniej. Chcemy przećwiczyć dłużej przed pokazem, a na dole klimatyzacja ledwo zipie. Masz lód w zamrażalniku?
Stojąc przy aneksie kuchennym, zaledwie dwa kroki od niego, czułem, jak serce tłucze mi się o żebra niczym oszalałe. Próbowałem opanować oddech. Moje taneczne odruchy znowu musiały zadziałać, ale tym razem jako maska, która miała ukryć potworny stres.
– T-tak, jasne. Chyba coś jest – wykrztusiłem, celowo podchodząc do lodówki i otwierając jej drzwi na oścież, żeby zasłonić sobą blat stołu.
Kątem oka spojrzałem na mebel. Szlag. Plasterki mango, dwa widelce, dwie szklanki i… ten cholerny, lepki napis SEGURA nabazgrany w soku owocowym. W tak małym pomieszczeniu wystarczyło jedno spojrzenie, by zorientować się, że przed chwilą siedziały tu dwie osoby.
Gdy sięgałem do zamrażalnika, Mateo podszedł bliżej i oparł się o krawędź blatu, dokładnie tam, gdzie jeszcze minutę temu Sophia trzymała dłonie. Zamknąłem lodówkę, kurczowo trzymając w ręku plastikowy pojemnik z lodem.
– Stary, wszystko gra? – Mateo zmrużył oczy, przyglądając mi się uważnie z odległości kilkudziesięciu centymetrów. W ciasnym mieszkaniu jego bliskość była wręcz duszna. – Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha. Albo jakbyś znowu trenował do czwartej rano.
– Nic mi nie jest. Po prostu… układałem nową choreografię w głowie i mnie wyrwałeś z transu – skłamałem gładko.
Wykorzystując moment, w którym Mateo odwrócił wzrok, by złapać podrzucaną butelkę, złapałem leżący obok zlewu ręcznik kuchenny. Jednym szybkim, zdecydowanym ruchem zgarnąłem z blatu resztki mango i starłem napis, rozmazując sok na drewnie. Serce podeszło mi do gardła, gdy Mateo spojrzał na moją pracującą dłoń, ale na szczęście uznał to pewnie za zwykłe sprzątanie.
– Wszyscy już są? – zapytałem, chcąc odwrócić jego uwagę od drzwi sypialni, które znajdowały się tuż za jego plecami. Głos Sophii, nawet ciche westchnienie, mogłoby nas teraz zgubić.
– Prawie cała ekipa. Zaraz przyjdzie reszta. – Mateo wrzucił kilka kostek lodu do swojej butelki, a grzechot plastiku wydał mi się nienaturalnie głośny. Klepnął mnie mocno w ramię. – Dobra, schodzę na dół, zanim rozniosą te głośniki. Dawaj do nas, stary. Potrzebujemy twojego bicia serca w tym kawałku. Bez ciebie ten bit nie siedzi tak, jak powinien.
– Będę za minutę. Tylko wezmę buty – skinąłem głową, zmuszając się do luźnego, kumpelskiego uśmiechu.
Gdy tylko drzwi za Mateo się zamknęły, a ciężkie tąpnięcia jego butów ucichły na schodach, wypuściłem z płuc całe powietrze. Nogi miałem jak z waty. Przez chwilę stałem w bezruchu na środku mojego salonu, słysząc jedynie narastający z dołu, przez grube deski podłogi, gwar głosów mojej galera i pulsujący bas, od którego drżały szklanki w szafkach kuchennych.
Zrobiłem trzy ciche kroki w stronę sypialni i zapukałem delikatnie dwoma palcami w drewniane skrzydło drzwi.
– Sophia? – zawołałem stłumionym szeptem. – Jest okej. Poszedł.
Drzwi ruszyły powoli, uchylając się zaledwie na szerokość kilku centymetrów. W ciasnej szczelinie pojawiła się jej blada twarz. W zielonych oczach wciąż pulsował ten sam paraliżujący strach przed zdemaskowaniem, ale gdy jej wzrok spotkał się z moim, dostrzegłem w nim coś nowego. To było bezgraniczne, czyste zaufanie. W tym obcym, głośnym São Paulo, w tym małym pokoju, byłem jedyną rzeczą, która oddzielała ją od niebezpieczeństwa.
Wyciągnęła dłoń zza drzwi i pokazała na podłogę, z której wciąż biły wibracje głośnej muzyki, pytając mnie niemym spojrzeniem, co teraz zrobimy.
Spojrzałem na zegarek na ścianie. Do rozpoczęcia zajęć zostało kilka minut. Bas z dołu uderzał w regularnych odstępach czasu, sprawiając, że metalowe haczyki na kubki wiszące nad zlewem cicho pobrzękiwały. W małej przestrzeni ten dźwięk wydawał się potężny, wręcz osaczający.
Sophia wciąż stała w bezpiecznej szczelinie uchylonych drzwi sypialni. Jej palce kurczowo zaciskały się na krawędzi futryny, aż pobielały jej kłykcie. Moja bluza wisiała na jej drobnych ramionach, sprawiając, że wyglądała na jeszcze mniejszą i bardziej bezbronną, niż była w rzeczywistości.
– Muszę iść – powiedziałem najdelikatniej, jak potrafiłem. Podniosłem z podłogi sportowe buty i zacząłem szybko wsuwać je na stopy, nie wiążąc jeszcze sznurówek. – Moja ekipa czeka.
W jej oczach momentalnie wezbrała fala paniki. Zrobiła pół kroku naprzód, wychodząc z ciemności sypialni na oświetloną słońcem przestrzeń salonu. Przełknęła ciężko ślinę, a jej wzrok zaczął nerwowo biegać od moich butów, przez drzwi wyjściowe, aż po okno wychodzące na dachy São Paulo.
– Alone?28 – szepnęła. To jedno słowo brzmiało tak krucho, że poczułem fizyczne ukłucie w klatce piersiowej. Bała się tej pustki. Bała się, że gdy znów stąd wyjdę, to małe mieszkanie przestanie być schronieniem, a stanie się pułapką.
Podszedłem do niej o krok. W tak małym pokoju oznaczało to, że znów staliśmy niemal ramię w ramię. Nie mogłem jej dotknąć, nie po tym, co wydarzyło się przed chwilą przy stole, ale chciałem dać jej całą pewność siebie, jaką dysponowałem.
– Nie. Nie sama – zaoponowałem, kręcąc powoli głową. – Ja… Na dole… Zajęcia.
Pokazałem palcem na okienko przy podłodze. Wiedziałem, że Sophia przesiadywała przy nim, gdy tańczyłem. Najważniejsze było to, że ze studia, ze względu na kąt padania światła i przyciemnianą powłokę, to okienko wyglądało jak ciemna, martwa tafla. Nikt z dołu nie mógł jej zobaczyć. Ja czułem jej obecność i wzrok, którym mnie śledziła, ale poza tym zostawała niezauważona przez nikogo.
Sophia niepewnie kiwnęła głową. Zrobiłem krok w tyłu, widząc, że dziewczyna idzie w stronę okienka. Jej bose stopy stąpały po podłodze bezszelestnie. Kiedy dotarła do szyby, kucnęła, a potem usiadła na piętach bezpośrednio przy ścianie, kuląc się w sobie. Z tej perspektywy zapewne idealnie widziała Mateo rozstawiającego głośniki i grupę kilkunastu młodych ludzi w luźnych ubraniach, którzy właśnie robili rozgrzewkę, śmiejąc się i przekomarzając.
Zobaczyłem, jak napięcie w jej karku minimalnie odpuszcza. Widok normalnego, pulsującego życia, które nie miało nic wspólnego z mrocznym światem jej porywaczy, zadziałał na nią uspokajająco. Spojrzała na mnie z dołu, wciąż trzymając dłonie splecione na kolanach.
Musiałem iść. Każda minuta działała na naszą niekorzyść. Komuś znowu może przyjść do głowy, by mnie odwiedzić. Podszedłem do drzwi wyjściowych i chwyciłem za ciężką, metalową klamkę. Zanim jednak ją nacisnąłem, odwróciłem się do niej raz jeszcze. Sophia siedziała nieruchomo na podłodze, oświetlona smugą południowego słońca, wyglądając przez szybę w dół niczym więzień w luksusowej wieży.
– Sophia? – odezwałem się, przyciągając jej uwagę. Uniosłem dwa palce i zastukałem nimi rytmicznie w futrynę drzwi. Trzy szybkie uderzenia, sekunda przerwy, jedno mocne. Raz-dwa-trzy... raz. – Mój kod. My sign. Jeśli usłyszysz to pukane, to ja. Tylko ja. Rozumiesz?
Pokazała kciuk w górę, prosty, uniwersalny gest. Jej usta ułożyły się w ten ledwo widoczny, nieśmiały uśmiech, który widziałem u niej po incydencie z kubkiem.
– Seguro – szepnęła, jakby przypominając sobie słowo ze stołu.
– Seguro – potwierdziłem.
Nacisnąłem klamkę, wyszedłem na betonową klatkę schodową i pociągnąłem drzwi za sobą. Dźwięk zapadającego rygla w zamku brzmiał w ciszy korytarza potężnie i ostatecznie. Przekręciłem klucz w zamku dwa razy. Klik. Klik. Zrobiłem to z premedytacją, głośno, żeby słyszała, że nikt postronny nie wejdzie do środka bez mojej wiedzy. Zamknąłem ją tam dla jej własnego bezpieczeństwa, stając się jej jedynym łącznikiem ze światem.
Zbiegłem po drewnianych schodach na dół, z każdym krokiem zrzucając z siebie skórę opiekuńczego gospodarza i wchodząc w rolę trenera. Gdy pchnąłem drzwi studia, uderzyła we mnie fala gorąca, zapach potu, gwaru i dudniący, hip-hopowy bit z głośników.
– O, jest i mistrz! – wrzasnął Mateo przez całą salę, robiąc efektowny obrót na pięcie. – Myśleliśmy, że tam na górze zasnąłeś! Zaczęliśmy już ćwiczyć sekwencję, a ja nie przekonany do tego przejścia po ósemce!
– Już, już, nie gorączkuj się – rzuciłem, klaszcząc w dłonie, by zebrać grupę na środku parkietu. – Skład do koła! Rozgrzewka skończona, jedziemy z tematem. Mateo, puść track od początku.
Koledzy natychmiast ustawili się w formacji. Stanąłem na samym przedzie, przodem do wielkiego lustra, które odbijało całą salę. Zacząłem odliczać sekundy do wejścia basu. Ale zanim wykonałem pierwszy ruch, mój wzrok instynktownie powędrował w górę, w róg sali, gdzie pod samym sufitem, w cieniu konstrukcji wentylacyjnej, znajdowało się małe, podłużne okienko mojego mieszkania.
Wiedziałem, że tam jest. Choć szyba wydawała się całkowicie czarna, wyobraźnia podpowiadała mi jej zielone oczy wpatrujące się we mnie z góry. Czułem na sobie jej wzrok. Ten fakt sprawił, że krew w moich żyłach zaczęła krążyć szybciej, a w klatce piersiowej poczułem uderzenie czystej, dzikiej adrenaliny.
– Pięć, sześć, siedem, osiem i…! – krzyknąłem, a moje ciało ruszyło do przodu, idealnie w punkt ciężkiego, brazylijskiego bitu.
Tego dnia nie tańczyłem dla Mateo, nie tańczyłem dla przyjaciół, ani nawet dla nadchodzącego pokazu. Każdy mój gwałtowny ruch, każde cięcie powietrza dłonią, każdy niski, zmysłowy krok i pokaz siły w bicie były przeznaczone wyłącznie dla tej jednej, ukrytej w mroku dziewczyny z Miami. Chciałem jej pokazać, że w moim świecie nie ma miejsca na strach. Że przy mnie jest bezpieczna.
Muzyka dudniła w głośnikach, bas wibrował w moich stopach, a pot zalewał mi oczy. Uwielbiałem to uczucie zmęczenia połączonego z wolnością. Całą drużyną zrobiliśmy obrót, przygotowując się do finału choreografii, gdy nagle drzwi wejściowe z hukiem uderzyły o ścianę. Dźwięk rozniósł się po sali głośniej niż bit. Mateo potknął się w pół kroku, a reszta ekipy zamarła.
W progu stało trzech facetów. Żaden z nich nie wyglądał na tancerza. Ten w środku, z głęboką blizną przecinającą brew i w lśniącej od słońca, skórzanej kurtce, wszedł do środka, jakby to miejsce należało do niego. Dwaj pozostali stanęli po bokach, zakładając ręce na piersi. Pod luźnymi koszulkami wyraźnie odznaczały się kształty broni.
Olheiros.
Kurwa, to koniec.
27 Irmão! (z portugalskiego) – brat, kumpel.
28 Alone (z ang.) – Sama
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania