Między rytmem a ciszą - Dzień 2 - Tiago (12)
Tiago
Moje serce na ułamek sekundy przestało bić. Pierwsza myśl, tak gwałtowna, że aż zabolała: Okienko.
Sophia tam była. Siedziała w ciemności tuż nad nami, patrząc na moich ludzi, na mnie, a teraz pewnie i członków gangu. Jeśli teraz spojrzę w tamtym kierunku, jeśli mój wzrok ucieknie chociaż na milimetr w stronę sufitu, zrujnuję wszystko. Przełknąłem ciężko ślinę, zmuszając mięśnie twarzy do absolutnego luzu. Nie mogłem pozwolić, by zobaczyli choćby cień strachu.
– Oi, irmão! – rzucił luźno facet z blizną, ale jego oczy, zimne jak lód, skanowały salę. – Trochę tu głośno. Przeszkadzamy?
Podszedłem do odtwarzacza i wyłączyłem muzykę. W sali zapadła głucha, duszna cisza. Słyszałem tylko ciężkie oddechy moich zmęczonych przyjaciół.
– Trochę tak, stary – odpowiedziałem, siląc się na lekką chrypkę i leniwy, brazylijski akcent, jakbym był tylko zmęczonym instruktorem. – Przygotowujemy się do zawodów. Za dwa dni jesteśmy na scenie. O co chodzi?
Mężczyzna podszedł bliżej. Wyciągnął z kieszeni pognieciony wydruk zdjęcia. Spojrzałem na papier. Sophia. Zdjęcie zrobiono z ukrycia, prawdopodobnie w jakimś klubie. Wyglądała na nim na szczęśliwą i wciąż biło od niej to amerykańskie, bogate Miami.
– Szukamy tej gringi – powiedział krótko, podsuwając mi kartkę pod nos. – Kręciła się w tej okolicy. Ktoś widział, jak wchodziła w te uliczki. Widziałeś ją?
Mateo podszedł o krok, marszcząc brwi.
– Stary, tu przychodzą setki ludzi... – zaczął, ale jeden z goryli uniósł tylko rękę, a Mateo natychmiast urwał.
Moi ludzie nic nie wiedzieli. Ich autentyczny strach był moją jedyną tarczą.
– Nie, nie widziałem – powiedziałem prosto w oczy faceta z blizną, nie mrugając. – Słuchaj, w faweli i wokół niej jest pełno dziewczyn, ale u mnie tańczą tylko lokalni. Taka luksusowa laska uciekłaby stąd na sam widok naszych łazienek – zakpiłem. – Szukajcie w hotelach w Jardins albo na Copacabanie, nie w takiej ruinie na obrzeżach.
Lider gangu zmrużył oczy. Przez kilka sekund mierzył mnie wzrokiem. Czułem, jak kropla potu spływa mi po karku, powoli, drażniąco. Moje dłonie miały ochotę się zacisnąć w pięści, ale zmusiłem je, by luźno zwisały wzdłuż ciała.
– Ładne kłamstwo, tancerzyku – mruknął facet z blizną. Zrobił dwa kroki w bok, a jego ciężki, wojskowy but zatrzymał się niemal dokładnie obok sufitowego okna. Rozejrzał się uważnie. Gdyby spojrzał w górę, zobaczyłby ciemność, ale jakby Sophia spanikowała i głośniej odetchnęła... – A co masz na górze? Tam są schody, więc wygląda na to, że masz tam mieszkanie.
Mój żołądek zacisnął się w supłowo na widok jego cwaniackiego uśmiechu.
– Moje prywatne cztery kąty – odpowiedziałem natychmiast, robiąc krok w bok, by okno było za jego plecami, choć starałem się zrobić to niby przypadkiem, opierając się o poręcz. – Syf, pełno brudnych gaci i starych garnków. Nic ciekawego.
– Wejdziemy, sprawdzimy – rzucił krótko gangster i skinął na swoich ludzi. Ruszyli do przodu.
W tym momencie musiałem postawić wszystko na jedną kartę. Wiedziałem, że jeśli wejdą na górę, Sophia nie będzie miała gdzie uciec. Obiecałem jej, że w moim świecie nie ma miejsca na strach. Nadszedł moment, by to udowodnić.
Rzuciłem się w przód, odcinając im drogę do schodów. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z własnej głupoty. Właśnie dałem im potwierdzenie, że coś ukrywam. Moje serce tłukło się o żebra jak oszalałe, a w głowie miałem absolutną pustkę. Nie znałem ich szefa. Nie miałem za sobą potężnego gangu, nie miałem broni, nie miałem żadnego asa w rękawie. Byłem tylko zwykłym tancerzem z São Paulo, który uwięził się we własnej obietnicy, a nie żadnym superbohaterem. Nawet za bardzo nie umiałem się bić.
– Słuchaj, stary... – zacząłem, unosząc dłonie w obronnym, ale stanowczym geście. Chciałem zyskać na czasie, wymyślić jakiekolwiek kłamstwo. – Nie możecie tam tak po prostu wejść. To mój dom...
Nie zdążyłem dokończyć.
Facet nawet nie zmrużył oka. Jego ruch był tak szybki i metodyczny, że moje ciało, zazwyczaj idealnie reagujące na każdy impuls, tym razem zawiodło. Nie było w tym filmowej walki. Gość po prostu wyprowadził krótki, potężny cios z dołu, trafiając mnie idealnie w szczękę.
Huk uderzenia rezonował w mojej czaszce. Świat nagle zawirował i stracił kolory. Poczułem potworne szarpnięcie w karku, a potem twarde, drewniane deski parkietu uderzyły mnie w plecy i ramię. Straciłem dech. W ustach natychmiast pojawił się słony, metaliczny posmak krwi. Rozciąłem wargę o własne zęby.
– Tiago! – krzyk Mateo dobiegł do mnie jakby zza grubej, wodnej ściany. Usłyszałem szuranie butów, moi ludzie ruszyli w moją stronę, ale natychmiast zatrzymał ich suchy, mrożący krew w żyłach dźwięk przeładowywanej broni.
– Ani kroku, gówniarze – warknął jeden z goryli.
Leżałem na boku, przyciskając dłoń do pulsującej bólem szczęki. Moje oczy łzawiły, ale desperacko próbowałem złapać ostrość. Widziałem wszystko z poziomu podłogi. Z tej samej perspektywy, z której Sophia patrzyła na nas z góry.
I wtedy zamarłem. Moje spojrzenie, wbrew wszelkiej logice, uciekło w stronę małego okienka tuż przy suficie, zaledwie trzy metry od mojej twarzy. W mroku za brudną szybą dostrzegłem ruch. Przez ułamek sekundy zobaczyłem jej szeroko otwarte, przepełnione absolutnym przerażeniem oczy. Widziała, jak upadłem. Widziała krew na moich ustach. Widziała, że jej jedyna tarcza właśnie zawiodła. Jeszcze nie uspokoiła się po wtargnięciu Mateo, a już jej życie wisiało na włosku. Nie mogłem nic zrobić, nie potrafiłem jej obronić. Czułem, że przegrałem jej życie i zawiodłem zaufanie osoby, która powierzyła mi swój los.
Uciekaj, Sophia, błagam cię, uciekaj... – krzyczałem w duchu, niezdolny do wydobycia głosu.
Ciężkie, wojskowi buty bliznowatego przeszły tuż obok mojej głowy. Każdy jego krok na drewnianych schodach brzmiał dla mnie jak wyrok śmierci. Mojej i jej. Deski trzeszczały, a ten dźwięk rozrywał mi bębenki w uszach. Jeden stopień. Drugi. Trzeci.
Dwaj pozostali gangsterzy cofali się powoli w stronę schodów, wciąż trzymając Mateo i resztę na muszce. Byli profesjonalistami. Nie spuszczali z nas oka, odcinając mi jakąkolwiek możliwość ratunku.
Wbiłem paznokcie w podłogę, próbując się podnieść, choć w głowie wciąż mi wirowało. Słyszałem, jak facet z blizną dociera do szczytu schodów. Słyszałem metaliczny szczęk klamki moich drzwi. Tych nędznych, drewnianych drzwi, które miały chronić dziewczynę z Miami przed całym złem tego miasta.
Drzwi ustąpiły z głośnym skrzypnięciem. Gangster wszedł do mojego mieszkania.
Z góry, prosto z mojego mieszkania, dobiegł potworny huk. Dźwięk rozbijanego drewna, a zaraz po nim metaliczny brzęk przewracanego regału. Szukał jej. Przetrząsał moje rzeczy, niszcząc wszystko na swojej drodze w seryjnym, brutalnym amoku.
Ten hałas zadziałał na mnie jak porażenie prądem. Cały ból w szczęce i zawroty głowy zniknęły, wyparte przez czystą, zwierzęcą adrenalinę. Sophia była tam sama. Przerażona, osaczona przez potwora. Rzuciłem się do przodu, podrywając się z podłogi z furią, o jakiej nigdy sobie nie podejrzewałem.
Nie zrobiłem nawet kroku. Ciężkie, brutalne ramię jednego z goryli uderzyło mnie w piersi, spychając z powrotem na kolana. Zanim zdążyłem znowu napiąć mięśnie, poczułem potworny ciężar na plecach. Facet przycisnął mnie butem do desek, wgniatając moje ciało w podłogę. Drugi z nich natychmiast skrócił dystans. Usłyszałem suchy, metaliczny szczęk, a sekundę później poczułem lodowaty, okrągły dotyk lufy pistoletu. Przycisnął ją prosto do mojej klatki piersiowej, dokładnie tam, gdzie moje serce waliło jak oszalałe.
– Ani drgnij, tancerzyku – warknął nade mną zimny głos. – Bo to będzie twój ostatni występ.
Mateo i chłopaki krzyczeli coś z tyłu, ale bandyta uniósł broń wolną ręką, uciszając ich samym gestem. Leżałem z lufą wciśniętą w mostek, a z góry dobiegł kolejny huk. Tym razem brzmiał jak trzask pękającego szkła. Każdy ten dźwięk rozrywał mnie od środka. Byłem bezużyteczny. Moja obietnica bezpieczeństwa leżała na tej podłodze razem ze mną, umazana moją własną krwią.
Nagle hałasy na górze ucichły.
Zamiast nich usłyszałem ciężkie kroki na schodach. Ten z blizną schodził na dół. Nie spieszył się, ale drewniane stopnie aż trzeszczały pod jego ciężarem. Gdy tylko zobaczyłem jego twarz, wszystko stało się jasne. Był aż czerwony z wściekłości. Jego nozdrza szeroko się rozdymały, a żyła na skroni pulsowała tak mocno, jakby miała zaraz pęknąć.
Miał puste ręce. Nie znalazł jej. Nie znalazł jej.
Ta myśl przyniosła mi tak potężną ulgę, że niemal zapomniałem o gniotącej moje płuca lufie pistoletu. Sophia jakimś cudem zniknęła, schowała się albo uciekła.
Gangster podszedł prosto do mnie. Skinął głową na swoich ludzi, a facet trzymający mnie butem natychmiast odskoczył, dając mi przestrzeń. Nie zdążyłem jednak nawet nabrać powietrza. Tez z blizną zamachnął się i kopnął mnie z całej siły w brzuch.
Skuliłem się w kłębek, plując śliną i krwią na podłogę. Całe powietrze uszło ze mnie w jednym, zduszonym stęknięciu. Zanim zdążyłem złapać oddech, gość złapał mnie mocno za mokrą od potu koszulkę, szarpnął do góry, uderzył kilka razy w żebra, a potem uniósł moją głowę tak, że z zmusił mnie do spojrzenia mu prosto w oczy.
– Słuchaj mnie uważnie, śmieciu – wycharczał mi prosto w twarz, a z jego ust jadowicie śmierdziało tanim tytoniem. – Nie wiem, w co grasz i kogo tu ukrywasz. Ale ta gringa jest nasza. Mam na ciebie oko. Jeśli dowiem się, że pisnąłeś choć jedno słowo albo że mi zaimprowizowałeś teatrzyk... wrócę tu. I wtedy spalę tę budę razem z tobą i twoimi kolesiami. Zrozumiałeś?
Puścił mnie tak gwałtownie, że znowu uderzyłem głową o deski. Wyprostował się, poprawił skórzaną kurtkę i rzucił krótkie: „Idziemy”.
Trzej mężczyźni odwrócili się na pięcie i wyszli, trzaskając drzwiami wejściowymi. W sali tanecznej zapadła głucha, przerażająca cisza, przerywana tylko moim rzężącym oddechem i cichym szlochem kogoś z ekipy.
Dopiero po kilku długich chwilach w sali wybuchł chaos. Słyszałem krzyki Mateo, ktoś łapał mnie za ramiona, próbowali pomóc mi wstać, ale odepchnąłem ich z całą siłą, na jaką było mnie stać. Nie liczył się ból w rozbitej szczęce ani pulsujący skurcz w brzuchu. Liczyła się tylko ona.
– Tiago, stary, stój! Co to było?! Kto to, kurwa, był?! – wrzeszczał za mną Mateo, ale jego głos natychmiast utonął w szumie krwi rozsadzającym moje uszy.
Wpadłem na schody. Brałem po dwa, trzy stopnie naraz, potykając się o zardzewiałe krawędzie i łapiąc poręczy jak tonący. Drewno trzeszczało pod moimi stopami w tym samym, morderczym rytmie, w jakim przed chwilą szedł na górę tamten bandyta. Każdy krok był torturą, lękiem przed tym, co zastanę na szczycie.
Wszedłem przez otwarte na oścież drzwi mieszkania i zamarłem.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania