Miętowe łabędzie. Czerwony tygrys (cz. 2, rozdział 9)

__________

 

Alex

 

Alice wygląda jak… Nie ma słowa, które opisze jej wygląd. Albo nie, inaczej. Alice wygląda jak ,,nieboszczyk po pięciu latach na cmentarzu, wykopany z ziemi”. Tak mi powiedziała kiedyś w kawiarni, w której pracowała, kiedy miałem problemy ze snem.

Ale sam pewnie lepiej nie wyglądam.

Boże, co ja mam myśleć?

Z jednej strony mój młodszy brat spełnia swoje największe marzenie, więc powinienem się cieszyć. Ale przecież z drugiej strony, ja właśnie go tracę. Na zawsze. Medal ma dwie strony. Jedna to żałoba, a druga to radość. Po której stronie mam stanąć?

Po której!?

Alice myśli tak samo. Ja to po prostu wiem.

Po jakiś dziesięciu minutach milczenia odzywa się Koby:

- Co się…? - no kończy pytania. Odpowiada mu Alice.

- Przeszliśmy przez portal, Koby, nie pamiętasz? - podchodzi do niego i klęka obok. - Eddie… Nie dał rady.

- Hę?

- Już nie jest wampirem, umarł. Jego krew zmieniła kolor. - wskazuje na Eddy’ego, który już nie jest członkiem naszej Zgrai. Chyba jeszcze to do mnie nie dotarło…

- Jak to? - przerażony Zavier aż siada. Koby też.

- Szybko się pozbierał i wyglądał na w pełni zdrowego, ale stracił przytomność… - zaczynam.

- A resuscytacja? - szepcze Koby.

- Próbowaliśmy… - pocieram ręką czoło. - Ale się nie udało, nie mam pojęcia dlaczego…

- Cicho! - krzyczy nagle Alice. - Eddie? Eddy, słyszysz mnie? Halo, Eddy? Budzi się, Arth! - podbiega do Eddy’ego.

- Hura. - mówi Arthur. Zero entuzjazmu w jego głosie, brzmi jakby właśnie przegrał ważny zakład. Chwilę później Alfie powraca panowanie nad sobą. - Trzeba mu wytłumaczyć co się stało.

Alice kiwa szybko głową i odwraca się do Eddy’ego. Ona nawet nie ma siły na łzy, jeszcze jest w szoku… Ja też.

- Alice? - chrypie Eddie.

- Tak, Eddy, to ja.

- Co mi jest? - pyta. Ma straszną chrypę, brzmi, jakby ktoś przed chwilą go dusił.

- To skomplikowane… - próbuje się wymigać Alice.

- Lubię skomplikowane rzeczy. I wszystko mnie boli, więc możesz się zlitować i zająć mi czas. - nawet po takim przejściu nie stracił swojego specyficznego sarkazmu w głosie.

- Posłuchaj, przeszliśmy przez portal, pamiętasz? Byłeś wampirem, uciekaliśmy przed twoim bratem, Justinem…

- Ble. Coś go już nie lubię.

- Ale pamiętasz? - Alice uśmiecha się delikatnie.

- Tak. I zwracam szczególną uwagę na ,,BYŁEŚ wampirem”… - na te słowa Alice wzdycha.

- Twój organizm nie dał sobie rady z przejściem przez portal. Umarłeś, jesteś teraz… Jesteś teraz człowiekiem, Eddie. - wyjaśniam za nią. - Spełniło się twoje marzenie, gratulacje.

Taka jest moja strategia. Z zewnątrz będę się cieszyć razem z nim. Nikt nie musi wiedzieć, co dzieje się wewnątrz mnie. Jaka tam trwa teraz zamieć, pada deszcz, burza ciska piorunami, a mgła pokrywa całą powierzchnię mojej duszy… Tego nie da się dokładnie opisać.

- Jestem? To znaczy, człowiekiem? Mam czerwoną krew i normalnie będę się starzeć? Będę wieść normalne życie, chodzić do szkoły, spotykać się ze znajomymi, jeździć na zjazdy rodzinne w Kanadzie? Nie będę już zmieniać się w zwierzęta, nie będę miał snów proroczych, nie będę musiał słuchać się Siostry Natury? Już nie muszę się podporządkowywać, nie muszę bać się magicznych stworzeń? Nie będę już słyszeć waszych myśli? Nie będę już członkiem Zgrai? - ostatnie pytanie wypowiada ze smutkiem, a nie z entuzjazmem, który jak na jego stan jest wręcz ogromny.

- Dokładnie tak. Ale zawsze będziemy rodzeństwem, co się stało już się nie odstanie, Eddy. Żyjesz, trwasz i to jest najważniejsze. - pocieszam go. Alice chyba zrozumiała moją strategię i przybrała taką samą. Dobry ruch, siostrzyczko, myślę.

Dopiero teraz zauważam Arthura opartego o ścianę budynku za nami, z Camille na rękach.

- Arth? - podchodzę do niego.

Wzdycha, ale nic nie mówi.

- Wiem, że wam się to nie podoba. - chrypie cicho Eddy.

- Słucham? Nie, Eddie, spełniło się twoje marzenie, to wspaniale… - próbuje Alice.

- Przestań się zadręczać, Alice, twoja maska jest nieskuteczna. Alex, ty też możesz przestać udawać, że się cieszysz. Przecież was znam. - odpowiada śmiertelnik. Kurczę, dziwnie go tak nazywać.

- Trzeba dotrzeć do Starych Kamienic. Eddy, jak się czujesz? - stwierdzam po chwili.

- Może dam radę usiąść, ale iść, wstać… No już nie za bardzo. - mówi Eddie i próbuje usiąść. Udaje mu się to dopiero z pomocą Alice. - Dzięki.

- Proszę. Ale jesteś pewien, że nie dasz rady wstać i dojść?

- A jak mamy daleko? - pytam.

- Musimy dojść do końca tej ulicy, a później skręcić w prawo i będziemy. Plan był taki, że pójdziemy do twojego mieszkania, Alex. - tłumaczy Cruz. - Eddy, a gdyby ktoś ci pomógł? Byłbyś w stanie?

- Może. Alex, chodź, pomożesz mi. - decyduje Eddie. Podchodzę do niego i pomagam mu wstać, ale jest jak lalka. Wygląda jakby nie panował nad swoim ciałem, swoimi ruchami.

- I jak? - docieka Zavier. - Dasz radę?

Zamiast Eddiego odpowiadam ja.

- Nie da, i niech nie próbuje nas oszukać. - patrzę na Eddiego znacząco. - Nie panuje nad swoimi gestami, nie dojdziemy z nim nawet do połowy tej ulicy.

- Czyli zostaniemy tu aż dojdzie do siebie? - pyta zażenowany Koby.

- Chcesz czekać w jakimś zaułku miesiąc aż Eddie wyzdrowieje? Zapomnij. Idziemy, jakoś damy radę. Alice, weź ode mnie Camille, a ja pomogę Alexowi. Dojdziemy jakoś. - rozkazuje nam Arthur. Alice wykonuje jego polecenie, a Arth podchodzi do mnie i łapie Eddy’ego z drugiej strony.

Wychodzimy z zaułka w którym siedzimy już dobrą godzinę i zmierzamy w stronę ulicy na której stoją rzędem Stare Kamienice.

Po jakiś trzydziestu minutach jesteśmy w mojej kawalerce. Osiem osób na tak małym metrażu to wyzwanie, ale dajemy radę… Jakoś. Mamy do dyspozycji cztery krzesła, małą sofę i łóżko w moim pokoju, plus materac na którym spał Eddie, jeszcze przed naszym wyjazdem. Teraz też go tam kładziemy, żeby mógł pospać. Ciekawe ile będzie się zbierał? - pytam się w duchu.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania