Ocena bitwy #2 ― Lucinda

Oceny Bitwy Literackiej SO #2

 

Temat główny: Dom strachu.

Temat dodatkowy: Zawsze dostaję gorzki koniec lizaka.

 

Tytuł: ,,Dom Strachu”

Autor: Okropny

 

TECHNIKALIA

 

,,- Pospiesz się, bo ci zamkną ten twój ukochany Dom Strachu! - powiedziała uszczypliwie Wendy do swojej siostry, robiąc złośliwą minę. Jej siostra, Sammy, kuśtykała lekko po niefortunnym lądowaniu sprzed kilku minut”. ― Pierwsza rzecz, która przyciąga uwagę od samego początku, to dywizy zamiast pauz lub półpauz w roli myślnika. Druga sprawa to połączenie w jednym akapicie dwóch podmiotów. Najpierw wypowiada się Wendy i narrator opisuje jej zachowanie, po czym przechodzi do drugiej z sióstr. Tutaj może nie sprawia to takiego problemu, bo ta zmiana jest wyraźnie zaznaczona, ale dalej nie zawsze tak było i nie zawsze tak się da, żeby brzmiało to naturalnie.

 

,,Wypadek przy pracy, powiedziałyby (przecinek) gdyby ktoś spytał”. ― Tu chyba nie ma co się jakoś szczególnie rozwodzić, bo podobnych błędów jest niewiele, ale ,,gdyby” wprowadza zdanie podrzędne.

 

,,koraliki na sznurkach były koloru kości słoniowej i przypomniały małe czaszki”. ― Sugerowałabym tutaj zmianę formy dokonanej ,,przypomniały” na niedokonaną ― ,,przypominały”. Podejrzewam, że te koraliki ogólnie przypominały czaszki swoim kształtem, a nie tylko w tym momencie i tym dziewczynkom.

 

,,- Wiesz, Sam, tak sobie myślę, że jednak nie zamkną za prędko. Wątpię, czy w ogóle już jest otwarte... - popatrzyła na siostrę Wendy”. ― W tym fragmencie można się przyczepić do zapisu dialogu, a konkretnie łączenie wypowiedzi z narracją. ,,Popatrzyła” jest czynnością nie odnoszącą się bezpośrednio do faktu wypowiadania się, tylko jest aktywnością towarzyszącą wypowiedzi, dlatego powinno się ją rozpocząć wielką literą, rozpoczynając nowe zdanie, bo tym właśnie jest. Nie kontynuuje tej samej myśli.

 

,,- Wiesz, Sam, tak sobie myślę, że jednak nie zamkną za prędko. Wątpię, czy w ogóle już jest otwarte... - popatrzyła na siostrę Wendy. Miała siedemnaście lat, o cztery więcej niż Sam, co naturalnie czyniło ją prowodyrką wszystkich głupot, które robiły. Nawet jeśli to Sammy wychodziła z pomysłem na psoty, jak było i tym razem, gdy postanowiły wkraść się na teren miasteczka. Stały tak i patrzyły na wejście, za którym widać było dym i przyćmione kolorowe światła”. ― Trochę długi fragment, ale w ten sposób powinno być wyraźniej widoczne to, dlaczego on się tu znalazł. Narrację następującą po wypowiedzi poświęciłeś Wendy i relacjom między nią i jej siostrą. Były to zaledwie dwa zdania, ale zdania złożone, zawierające sporo treści. Co mnie się nie podoba, to że po tym przerywniku od zdarzeń bieżących od razu wracasz do ,,tu i teraz”, dzieląc te dwie różne perspektywy zaledwie kropką. Moim zdaniem, lepiej byłoby rozpocząć w nowym akapicie zdanie ,,Stały tak i patrzyły [...]”.

 

,,Stały tak i patrzyły na wejście, za którym widać było dym i przyćmione kolorowe światła, błyskające... Nie dość diabolicznie”. ― To ,,nie dość diabolicznie” rozpoczęłabym małą literą. Używa się, co prawda, obu zapisów, ale tutaj ta kontynuacja po wielokropku uzupełnia jedną myśl, rozpoczętą wcześniej, a nie wprowadza nową.

 

,,Spojrzały na siebie, jakby zachęcając siebie nawzajem do zrobienia pierwszego kroku, a potem jak gdyby nigdy nic spojrzały dookoła”. ― Powtórzenie czasownika ,,spojrzały” i zaimka ,,siebie”.

 

,,W tym zakątku wesołego miasteczka nie było nikogo, nawet wszędobylsko przebiegających co chwilę goniących się klaunów, którym gacie z obręczami w pasie majtały się przekomicznie”.

,,- Chodźmy porzucać ciastami w klaunów! - zarządziła Wendy, przełamując moment stagnacji i łapiąc młodszą siostrę za rękę”.

Fragmenty dwa i oba występowały jeden po drugim, zwracając moją uwagę na styl narracji. W pierwszym cytacie można trafić na słowa z języka potocznego jak ,,majtać się”, natomiast w drugim pojawia się ,,stagnacja”, którą trudno zaliczyć do potocyzmów. Wspominam o tym, bo nie jest to jedyna taka sytuacja.

 

,,Obejrzała się na Sammy, którą już wcześniej musiała puścić, by odebrać watę - mała miała już dwa rożki z popcornem”. ― Niepotrzebne powtórzenie słowa ,,już”.

 

,,wysoki, bardzo szarmancki dla dam mężczyzna rozpina płaszcz i w kłębach dymu dematerializuje się, a spod pustego płaszcza wypada trzech karłów, z garściami pełnymi zegarków i biżuterii”. ― W pierwszej chwili chciałam zwrócić tu uwagę tylko na przecinek przed fragmentem ,,z garściami pełnymi zegarków [...]”. Może to bardziej taka moja oszczędność w znakach interpunkcyjnych, jeśli nie spełniają szczególnej roli. Nie widzę potrzeby, aby traktować jako dopowiedzenie informację o tym, co te karły trzymały. No chyba że jest jakiś powód, którego ja nie dostrzegam, to najwyżej zignorujesz powyższe. Dodatkowo pojawia się tu w niewielkiej odległości dwukrotnie użyte słowo ,,płaszcz”. Nie bardzo da się tak po prostu usunąć jedno z nich, ale pewnie można by coś poprzekształcać, żeby tego powtórzenia uniknąć.

 

,,Siostrom zwyczajnie zaczęło się nudzić i zaczęły się rozglądać w poszukiwaniu…”. ― Powtórzenie czasownika ,,zacząć się”.

 

,,- Chodź! - krzyknęła siostrze do ucha Sammy, która (przecinek) by taki zabieg wykonać, musiała stanąć na palcach”. ― Taki układ przecinków wynika w tym wypadku z szyku zdania, bo wtrąciłeś zdanie w inne, które było w stosunku do niego nadrzędne.

 

,,Tu, z boku, było ciszej. Nieliczne grupki rodziców i dzieci przechodziły wciąż tu i ówdzie między opustoszałymi strzelnicami [...]”. ― Dwa razy występuje w tym fragmencie słowo ,,tu”. Za drugim razem ma trochę inne znaczenie, bo wplecione jest w utartą frazę, a właściwie lepiej powiedzieć, że jest jej częścią. Mimo to brzmieniowo zwraca trochę uwagę to powtórzenie.

 

,,Nieliczne grupki rodziców i dzieci przechodziły wciąż tu i ówdzie między opustoszałymi strzelnicami, stanowiskami z prażoną kukurydzą i orzeszkami, mijane przez pracowników obsługi w białych koszulach i czarnych cylindrach, z pomalowanymi na biało twarzami, którzy z tyłu na kamizelkach mieli wyhaftowane przezwiska”. ― Hm, trochę długie to zdanie…

 

,,Można było gdzieniegdzie zobaczyć, jak jakiś ojciec rodziny wołał "Ej, Świecznik! możesz mi wskazać, gdzie są kible?" albo "Bobby!" wołał klaun, który zaczepił fryzurą o korbę do jakiegoś urządzenia i potrzebował pomocy”. ― Nie podobają mi się te cudzysłowy, które nie są polskimi cudzysłowami. Poza tym mimo że treść wypowiedzi jest przytoczona w ten sposób, to przydałby się na przykład dwukropek przed albo w przypadku drugiej wypowiedzi jakiś myślnik po czy coś…

 

,,Facet gadał dziwnie, ale przecież po to się przychodzi do wesołego miasteczka: Zaznać dziwności i nowości”. ― Hm, do dwukropka się nie przyczepię, chociaż rzadko spotyka się taki zapis, ale w takim razie ,,zaznać” powinno być zapisane z małej litery, bo to wciąż jedno zdanie.

 

,,- Zapraszam za mną, wy! I może... ty? Albo ty? Chodźcie! - zapytał kogoś za ich plecami i wskazał go ruchem tak nagłym, że Sam prawie podskoczyła w miejscu i mimowolnie odwróciła głowę”. ― Moim zdaniem, tamto ,,Chodźcie!” przydałoby się przenieść trochę dalej, na przykład przed zdaniem: ,,Dziewczynka odwróciła się z powrotem”. Chodzi o to, że po nim wprowadziłeś narrację, zaczynając ją od ,,zapytał”, a więc dotyczy pytań sprzed zawołania, natomiast narracja zapisywana małą literą łączy się za pomocą myślnika z tym, co następuje bezpośrednio przed nią, oznacza kontynuację jednej myśli, jednego zdania. Tym różni się od narracji rozpoczętej wielką literą. Zasada, że małą literą mają być zapisane czynności odnoszące się do faktu wypowiadania się, a pozostałe wielką, to tak naprawdę jest, powiedziałabym, uproszczenie. Rzecz w tym, że myślnik nie kończy zdania, on tylko dba o rozdzielenie czegoś, co się od siebie różni, w tym wypadku wypowiedzi bohatera od dopowiedzenia narratora.

 

,,wszyscy jak jeden okrąglutcy jak rodzina cukierników”. ― Może nie jest to takie typowe powtórzenie wynikające z nieuwagi albo nieświadomości, ale jednak to ,,jak” trochę zwraca uwagę… Wybrałeś właśnie taki zapis, dobór słów, choć tę samą treść z pewnością dało się przekazać inaczej.

 

,,Gdy grupka dotarła już do pod koralikową zasłonę Domu Strachu”. ― Drobna pomyłka z ,,do” i ,,pod”.

 

,,Namalowane wampiry wyglądały jak najprawdziwsze, trójwymiarowe wypijające krew potworzyska, duchy wydawały się poruszać i pobrzękiwać najprawdziwszymi łańcuchami, a ze środka wydobywał się prawdziwy dym”. ― A tutaj przykład użycia powtórzeń, który mnie się podoba. Gdyby gdzieś tego ,,prawdziwego”/,,najprawdziwszego” zabrakło, nie byłoby tak samo, a tak podkreślona jest w ten sposób realistyczność dekoracji. Niemal słyszy się w głowie zaakcentowany przymiotnik.

 

,,- Te dziewczynki wchodzą pierwsze, dopiero potem reszta gości! - Zawołał do gawiedzi. Oparł znowu dłonie na kolanach, nachylając się lekko do nich. - No, na co czekacie? - Spytał z dobrotliwym uśmiechem”. ― ,,Zawołał” i ,,spytał” powinno być z małych liter, bo czynności odnoszą się bezpośrednio do faktu wypowiadania się przez Watsona i nie zaczynają przez to nowego zdania.

 

,,Dziewczynki popatrzyły na niego z otwartymi ustami, potem na siebie... I prawie wbiegły do środka”. ― Może się czepiam, ale nie przekonuje mnie to ,,i” z wielkiej litery, które w takim razie rozpoczyna nową myśl. Bardziej wygląda mi na kontynuację poprzedniej, a w takim wypadku spójnik byłby zapisany małą literą.

 

,,Po przekroczeniu kotary z koralików-czaszek, usłyszały za plecami trzask”. ― Przecinek zbędny, bo nie jest to zdanie złożone i nie ma innej funkcji, którą mógłby w tym wypadku pełnić.

 

,,Tam, gdzie jeszcze przed chwilą były sznury białych kuleczek, było wielkie lustro”. ― Powtórzenie czasownika ,,być”.

 

,,Po przekroczeniu kotary z koralików-czaszek, usłyszały za plecami trzask. Tam, gdzie jeszcze przed chwilą były sznury białych kuleczek, było wielkie lustro. Odbijały się w czerwono-niebieskim świetle”. ― Trochę się powtarzam, jeśli chodzi o dwa poprzednie przykłady, ale tu pojawia się kwestia ta, o której pisałam chyba na samym początku. No i tu już tak wyraźnie te zmiany zaznaczone nie są. Na początku, owszem, dziewczynki są podmiotem, ale później ,,było lustro”, a po kropce ,,odbijały się”... Nie wątpię, że można się domyślić, że chodzi o dziewczynki, ale z samej treści niekoniecznie to wynika.

 

,,- Aaa! - wrzasnęła Wendy, gdy Diabeł zrobił krok naprzód w jej kierunku”. ― Zastanawia mnie, dlaczego ,,Diabeł” jest tu zapisany wielką literą… Tym bardziej, że dalej jest już małą, na przykład tu: ,,- Sammy! - odepchnęła diabła Wendy i pobiegła za nią, nie patrząc nawet, czy diabeł nie podąża za nimi”. No i w tym drugim fragmencie pojawia się powtórzenie.

 

,,Coś jest chyba nie tak z tym Domem Strachu, wcale się nie boję, za to jest... Dziwnie”. ― Ponownie coś, o czym wspominałam, a więc ,,dziwnie” zapisałabym małą literą, ponieważ stanowi ono dokończenie jednej myśli w tej sytuacji.

 

,,- Hej, Sammy, słyszysz? Mówiłam, że dziwnie. Chodź, idziemy stąd. - powiedziała i szturchnęła siostrę lekko w ramię, zachęcając ją do podjęcia kroków w celu wydostania się z pomieszczenia”. ― Nie powinno być kropki na końcu wypowiedzi, ponieważ narracja bezpośrednio się do niej odnosi. W ogóle średnio to brzmi: ,,zachęcając ją do podjęcia kroków w celu wydostania się z pomieszczenia”...

 

,,Stały tam we dwie i patrzyły w pustkę”.

,,Sammy stała tylko i patrzyła w pustkę”.

Hm. No dobra, Stały i patrzyły w pustkę, później Wendy próbuje zagadnąć siostrę, tamta nie reaguje, więc pada wypowiedź, którą przytoczyłam w poprzednim przykładzie ze szturchnięciem. Skoro Sammy nie reaguje, to domyślam się, że wcale nie przestała patrzeć w tę pustkę, a tu dosłownie zostaje powtórzone zdanie, w którym obie tak stały. Szczerze mówiąc, nie sądzę, aby powtórzenie tej konstrukcji było zamierzone, tym bardziej, że pojawiały się już powtórzenia wyrazów. Być może nawet mało kto by zwrócił na to uwagę. Mi łatwiej jest zauważyć powtarzającą się frazę niż pojedynczy wyraz, może stąd jakoś zwróciłam na to uwagę.

 

,,- Oooo, teraz się boję! Naprawdę się boję! Sammy! Sammy! - rozejrzała się”. ― ,,Rozejrzała się” z wielkiej litery.

 

,,- Uff, Sammy! - odetchnęła z ulgą, widząc swoją młodszą siostrę. W której, jednak, można było zauważyć pewną zmianę. Między innymi: przed chwilą nie miała jeszcze w ręce rozgrzanego do czerwoności, długiego noża”. ― Przyznam szczerze, że nie bardzo podoba mi się rozpoczęcie zdania od ,,w której”. Nie przeszkadza mi, gdy ktoś od czasu do czasu zacznie zdanie od na przykład spójnika, gdy ma to zastosowanie, ale ten zaimek bardzo mocno zawsze łączy się z przedmiotem wypowiedzi, który dookreśla, a w ten sposób brakuje temu zdaniu takiej odrębności myśli, zamkniętej całości, którą powinno charakteryzować się zdanie. Natomiast w wydzielenie przecinkami ,,jednak” nie ingeruję, bo i zazwyczaj nie przyczepiam się do podobnych wtrąceń, jako że są one zabiegiem indywidualnym dla każdej sytuacji i wynika z określonych zamierzeń autora. Oczywiście do tego potrzebna jest jeszcze świadomość różnicy zapisu w jego rozumieniu, ale tu już dużo trudniej jest przewidzieć, który autor taką świadomość ma, a który nie, chyba że sadzi tych wtrąceń ile wlezie.

 

,,- Sammy? - spytała znowu. Sammy spojrzała na nią białymi, pustymi oczami bez źrenic. Mrugnęła.

Dwa stwory za jej plecami schwyciły jej kończyny i unieruchomiły w żelaznym uścisku. Zaczęła krzyczeć, wić się i wyrywać. Wendy po raz pierwszy tego dnia bała się jak cholera”. ― To jest dobry przykład chociażby tego użycia imienia ,,Sammy”, które często się powtarza, ale przede wszystkim chciałam się odnieść znowu do włączania obu postaci do jednego akapitu. Najpierw odzywa się Wendy, później zachowanie dotyczy już Sammy, a mrugnięcie to już nawet nie wiadomo. Pewnie jednak Sammy, skoro na nią przeniosła się uwaga narratora. Ale znowu później zaczyna się nowy akapit i znowu podmiot się nie zmienia, jakby chodziło o Sammy, a jednak w kolejnym zdaniu powiedziane jest już, że to Wendy się bała. Owszem, można by się domyślić wszystkiego i nie byłoby problemu dla czytelnika, bo tylko w jeden sposób da się to racjonalnie złożyć, ale to nie zmienia faktu, że zapis nie odzwierciedla odpowiednio treści, jaką za zadanie przekazać.

 

,,Nie bolało ani trochę, ale wszystko wydawało jej się takie prawdziwe! Straszne, okropne, prawdziwe!”. ― Tu już powtórzenie, że było to prawdziwe, wydaje się być niezamierzone, nie podkreśla, wygląda na błąd. Inny efekt byłby, gdyby drugie wykrzyknienie nie składało się z trzech różnych przymiotników, ale ale dwóch przysłówków opisujących przymiotnik ,,prawdziwe”. Wtedy rzeczywiście mogłoby to wyglądać na zabieg zamierzony.

 

,,Nie czuła bólu w oderżniętych i skauteryzowanych od gorąca kończynach, nie czuła bólu z przypalania - a jednak czuła ściekającą krew i swąd palonej skóry i ubrań”. ― Rozdrabniasz tu brak bólu w kończynach i z przypalania, do czego bym się nie przyczepiła, bo miałoby to określone znaczenie w tym wypadku, ale wcześniej pisałeś, co cytowałam wyżej, ,,nie bolało ani trochę”, a to zdaje się podsumowywać ewentualny ból ze wszystkiego, czego mogła doświadczyć.

 

,,- Zawsze dostaję gorzki koniec lizaka. - powiedział z wyrzutem ten przyssany do głowy Wendy”.

,,- Przegrałeś w uczciwej rozgrywce, Klaus. - odparł ten drugi”.

W obu powyższych przypadkach nie powinno być kropek po wypowiedzi.

 

,,Potrząsając głową (przecinek) wzdrygnął się potwór wysysający zawartość czaszki”. ― Zdanie złożone z imiesłowem przysłówkowym współczesnym.

 

,,- Nie twoja wina, że młodzież dzisiaj ma dosłownie gówno w głowach. - Odparł drugi między kęsami. Wzruszyli ramionami i przeżuwali dalej w absolutnej ciszy”. ― Po wypowiedzi nie powinno być kropki, a ,,odparł” z małej litery. Zastanawiam się też, czy oni naprawdę tak często wzruszali ramionami, czy to tak przez przypadek wyszło. Najpierw podczas losowania i później jeszcze dwa razy w odstępach dwóch wypowiedzi i splunięcia.

 

FABULARIA

 

Zacznę chyba od dziewczynek. Cóż, przyznam szczerze, że przy pierwszym wrażeniu pomyślałam sobie, że to naprawdę dziewczynki, czyli jeszcze dzieci ― niesforne, co najwyżej ledwo nastolatki, które głodne przygód wybrały się w to miejsce wbrew rodzicom, bo, jak to było wspomniane, oni ,,nigdy by się nie zgodzili na przyjście”. Wrażenie to się zachwiało mniej więcej w połowie strony, kiedy napisałeś, że Wendy miała siedemnaście lat… Kurczę, moje rodzeństwo jest w podobnym wieku co Wendy i Sammy i mimo że nie zawsze zachowują się dojrzale, potrafią wykłócać się i szturchać jak dzieci, ,,oddawać” sobie i takie tam, to nijak mi się to łączy z wizją bohaterek opowiadania, które biegają po wesołym miasteczku, śmieją się do siebie przy wymianie waty cukrowej i popcornu. Moja siostra, gdyby spotkała taką rówieśniczkę, to prawdopodobnie popatrzyłaby się na nią, uniosła brwi i wykrzywiłaby się w sobie właściwej minie. Gdyby ta starsza miała trzynaście/czternaście lat, potrafiłabym to zrozumieć, ale nie siedemnaście. To już prawie próg dorosłości i nie twierdzę, że nie robi się wtedy głupich rzeczy, że nikt nie zachowuje się już infantylnie, ale chyba jednak w trochę inny sposób. Jak dla mnie, one zachowują się na młodsze, sporo młodsze niż są.

Wendy i Sammy biegły w stronę Domu Strachu, mijając po drodze mnóstwo niepilnowanych dzieci, tyle można wyczytać z tekstu, natomiast tym bardziej dziwne wydaje mi się w takim razie to, że dopiero dotarłszy na miejsce, kiedy się rozejrzały, zobaczyły, że wokół jest pusto. Przecież kiedy dookoła jest sporo ludzi, nie tak trudno zauważyć, że ich liczba mocno spada, a tu właściwie nagle nie ma nikogo. Może nie pisałabym o tym, ale zabrakło mi po prostu naturalności. Niby było wspomniane, że rozejrzały się od niechcenia, a moja pierwsza myśl była taka, że one wręcz musiały się w tej chwili rozejrzeć, bo inaczej nie byłoby pretekstu dla słów Wendy, że Dom Strachu chyba jeszcze nie jest otwarty. Więcej ― nie byłoby pretekstu do ich bezczynności. Przecież zatrzymały się, jedna drugą wzrokiem ponaglała, żeby zrobić jakiś ruch, podejść, cokolwiek. I wtedy właśnie ROZEJRZAŁY SIĘ, w dodatku od niechcenia. Na pewno?

Następna kwestia, która przyciągnęła moją uwagę, pojawia się już trochę dalej. W pewnym momencie zastosowałeś pewien zabieg, który byłby całkiem w porządku, gdyby nie to, że mija się trochę ze spodziewaną jego rolą. Pojawił się taki fragment:

,,Jednak wśród połykaczy mieczy, żonglerów i tancerzy z ogniem dziewczynki nie czuły się najlepiej. To nie było to, po co tu przyszły; tu nie było strasznie. Siostrom zwyczajnie zaczęło się nudzić i zaczęły się rozglądać w poszukiwaniu...

- Chodź! - krzyknęła siostrze do ucha Sammy, która by taki zabieg wykonać, musiała stanąć na palcach. Wendy dała się pociągnąć za rękę i po chwili były już poza zbiorowiskiem”.

Narracja się urwała. Dodatkowo Sammy zaczęła wołać siostrę, ale ma to większe znaczenie dopiero po zwróceniu uwagi na samo zawieszenie. Opowieść się toczy, narrator informuje czytelników, co się dzieje, świadkiem czego są bohaterki i w chwili, kiedy ten narrator nie kończy myśli, czytelnik mógłby odnieść wrażenie, że albo coś się wydarzyło, coś nagłego, zaskakującego, gwałtownego, albo któraś z sióstr zobaczyła akurat coś interesującego i to na tyle, żeby natychmiast zwrócić ku temu uwagę odbiorcy. Zaraz potem Sammy, jak już mówiłam (i co wynika z przytoczonego fragmentu), zaczęła wołać siostrę i ciągnąć ją poza tłum. Można pomyśleć, że rzeczywiście robi to w jakimś celu, że rzeczywiście coś zobaczyła. No i zaraz wszystko pryska. Nie ma nic, siostry wychodzą poza tłum i tyle. Dlaczego nie było tego celu? Dlaczego Sammy nie dostrzegła czegoś wartego pokazania siostrze, czegoś zaskakującego, przerażającego, nie wiem, cokolwiek?

Niedługo po tym, jak opuściły tłum, Wendy zapytała Watsona, gdzie jest Dom Strachu. Dziwne pytanie, jak na kogoś, kto przecież przed nim stał. Zrozumiałabym różnie sformułowane pytania i pewnie do wielu bym się nie przyczepiła, ale to… Nie razi to, co prawda, tak jak poprzednia uwaga odnośnie bezcelowego wyjścia, które wydawało się być celowe, chociaż można było tego uniknąć. Na początku pomyślałam jeszcze, że może zapomniały, w którym to kierunku, ale dalej pojawia się też fragment: ,,Watson szedł już niespiesznym krokiem w stronę, jak sądziła [dziewczynka], Domu Strachu”, który wskazywałby bardziej na niewiedzę, skoro ,,jak sądziła”. Nawet w sytuacji, kiedy najzwyczajniej nie potrafiłyby tak trafić, stanowiłoby to spory kontrast odnośnie pierwszych scen, gdzie od razu udało im się trafić w odpowiednie miejsce. Niby tym razem było już po zmroku, a to jednak wpływa na postrzeganie otoczenia, zwłaszcza jeśli dobrze się go nie zna. No nie wiem, z drugiej strony nic nie wskazywało, żeby Wendy i Sammy szukały drogi do Domu Strachu, odkąd młodsza z nich prowadziła drugą na bok. Może przez to trudno uwierzyć, że nie mogły tam dotrzeć.

Wendy stwierdziła, że nie jest strasznie, tylko dziwnie, gdy z Sammy uciekły po tym, jak ten ,,diabeł” krzyknął, chcąc je nastraszyć. Nie bardzo rozumiem, co do tamtego momentu mogło być takiego naprawdę dziwnego. Dopiero brak reakcji Sammy na słowa siostry mógłby budzić poważniejsze wątpliwości, czy na pewno wszystko jest w porządku. Nie wiem, może to tylko takie moje wrażenie, może te słowa wcale nie są wypowiedziane przedwcześnie, może ta dziwność nie jest tak zarysowana w treści, jak była w zamyśle... Tak ja to widzę, a mogę się przecież mylić.

Starsza z sióstr spodziewała się czegoś więcej niż przebierańcy, no i właściwie to dostała. Na pewno nie w takiej postaci, w jakiej by oczekiwała, ale jednak. Jej strach musiał w końcu sięgać apogeum, gdy zobaczyła Sammy z nożem w ręce.

Hm, Wendy zmarła tragicznie, jak to nazwał narrator, a Sammy po porozcinaniu jej ciała odeszła, pozostawiając zwłoki Watsonowi i temu drugiemu. Nie ma jednak żadnej podpowiedzi odnośnie przemiany młodszej z sióstr. Co jej się stało? Dlaczego jej oczy stały się białe? Co zmusiło ją do zaatakowania Wendy? Dokąd później odeszła? To całkiem spora zagadka, ale ani trochę nie rozjaśniona.

Watson i Klaus zaczęli zjadać ciało Wendy, losując, komu przypadną lepsze elementy. W ten sposób dochodzi do sceny z głową dziewczyny i do wygłoszenia czegoś, co można by uznać za morał, jakieś ogólne spostrzeżenie, tylko dla mnie trochę za mało wiążący się z całą historią. Oczywiście jako podsumowanie sceny i narzekań Klausa łączy wrażenia wywołane zmysłami ― gorzki smak ― z taką właśnie ogólną myślą. Gorzej jest z tym związkiem odnośnie treści całego opowiadania. Chyba że specjalnie siostry miały by starsze, niż to wynikało z ich zachowania. Narrator wspominał, że Wendy była, z racji swojego starszeństwa, prowodyrką wszystkich ich głupstw. To właśnie słowo nasuwa mi się na myśl ― wspominał. Nie zauważyłam w zachowaniu sióstr tego, co można by podsumować ostatnią wypowiedzią Watsona, bo one niewiele zrobiły.

Całe opowiadanie przedstawia przemknięcie się dziewczyn na teren wesołego miasteczka, pobiegnięcie do Domu Strachu, powrót w stronę tłumu, jedzenie waty cukrowej i popcornu, oglądanie widowisk, które je nudziły, powrót do Domu Strachu. Nie ma tu miejsca na głupstwa, za które Wendy mogłaby zostać ukarana za dowodzenie podczas dziecięcych wybryków. Jak dla mnie czegoś tu brakuje. Przydałoby się wyraźniejsze uzasadnienie tej ostatniej sceny i ostatniej wypowiedzi, bo w tej chwili wydaje się to zgodne z tematem dodatkowym bitwy, ale bez głębszego znaczenia zawartego w tekście. Trochę tak, jakby na hasło: ,,zawsze dostaję gorzki koniec lizaka” ze skojarzeniem z głową przyszła taka myśl na temat ,,tej dzisiejszej młodzieży”, a skoro gdzieś tam już było, że robiły głupoty, no to wszystko jest w porządku...

No ale w tej części oceny na tym chyba poprzestanę i przejdę do wrażeń ogólnych, tam się bardziej rozpiszę, zanim za bardzo rozpędzę się tutaj.

 

WRAŻENIA OGÓLNE

 

Mówiłam wyżej o uzasadnieniu chociażby ostatniej sceny i może do tego na początek się odniosę. Wymieniałam główne punkty opowieści, ale jest coś jeszcze, co nie pozwala na odczucie dynamiki. Są pojedyncze zdania, w których ktoś coś robi, na przykład że klauni się gonią, sprzedawcy krzyczą, ale gdy chodzi o Wendy i Sammy, właściwie nie robią one nic. Czasem gdzieś pobiegną, dokądś pójdą, zaśmieją się, jednak najczęściej w narracji pojawiały się takie czynności jak stanie, patrzenie, rozglądanie się... Wszystko to, co wprowadza bezruch, zawieszenie albo, jak być może powiedziałby narrator, stagnację. Bohaterki zdaję się być obserwatorkami, biernymi uczestniczkami wydarzeń. Są i tyle. To fabuła rządzi nimi, a nie one fabułą. Poza tym, że to one są wyjęte z tłumu, właściwe niczym mogłyby się nie różnić od reszty zgromadzonych ludzi.

Wspominałam też o celu niektórych czynności, jak na przykład to opuszczenie przez Wendy i Sammy tłumu, gdzie tam szczególnie można się było spodziewać czegoś istotnego, wnioskując z zabiegów narracyjnych. Odniosłam wrażenie, że pisałeś na szybko, co przyszło Ci do głowy, i zacząłeś po prostu szukać pretekstu do... tak naprawdę do dalszego pisania.

Weźmy na przykład początek. Siostry dostały się na teren wesołego miasteczka, po drodze, co mało istotne, Sammy kuśtykała po skoku przez płot, no i obie kierują się do Domu Strachu. No ale nie można przecież przejść do sedna, bo wyszłoby za mało znaków, więc robi się pusto i dziewczyny nie decydują się na przejście przez zasłonę z koralików. Wtedy pojawia się pierwszy problem, bo trzeba coś zrobić z bohaterkami, żeby przeciągnąć trochę do czasu tej masakry planowanej na sam koniec... Jedyne wyjście to wciągnąć je w jakieś atrakcje, niech sobie chodzą, patrzą, to im zajmie trochę czasu, a że będzie ich to nudzić, to pokombinuje się coś, żeby znowu do tego Domu Strachu trafiły.

Tak sobie chodziły we dwie przez jakiś czas, ale nie mogą przecież tylko jeść popcornu i waty cukrowej i obserwować występy, które, swoją drogą, nie ma co zbyt szeroko opisywać, bo to nic nadzwyczajnego ― ot, takie sobie sztuczki dla zajęcia czasu, a skoro to wesołe miasteczko, to przy okazji czytelnik lepiej wyobrazi sobie ogólną sytuację. Jednak ponieważ nie może to trwać w nieskończoność, a bohaterki utknęły w tym tłumie i mogą tylko patrzeć na to, co się dzieje, trzeba coś zrobić. Przychodzi czas jakoś je z tego tłumu wyciągnąć, więc narrator daje ku temu pretekst. No to teraz trzeba je wysłać do Domu Strachu, tylko... hm, wciąż ktoś musi być odpowiedzialny za to, co tak się wydarzy. Ale wystarczy przecież zaangażować kogoś z ekipy, kto je tam zaprowadzi o wszystko zadba. Tak też się stało. Ostatnia rzecz to całość zakończyć.

Właśnie tak wyobrażam sobie proces powstawania tego tekstu i nie zadowala mnie to. Chciałabym zobaczyć sytuację, w której umieszczany jest bohater/bohaterowie, którym daje się charaktery i rozum do podejmowania decyzji i niech za nie płacą, niech biorą aktywny udział w tym, co im zsyła wykreowana sytuacja, a nie pozwalają jej rzucać sobą gdzie popadnie. Sytuacja jest, bohaterowie są, aktywność nie bardzo.

Co tu dużo mówić... To chyba przede wszystkim składa się na mój odbiór tekstu i jestem trochę zawiedziona. Nie powiem, żebym znała Cię dobrze jako autora, bo nie czytałam zbyt wielu Twoich tekstów, ale spodziewałam się czegoś więcej. Spodziewałam się czegoś dobrze przemyślanego, uzasadnionego i ciekawego. Zamysł, owszem, wydaje się być interesujący, piszesz klarownie i potrafisz stylem nie zanudzić czytelnika, co jest ogromnym plusem, ale z wykonaniem gorzej. Myślę, że stać Cię na dużo więcej i to właśnie pod względem fabularnym, angażowania bohaterów i ożywiania ich, zamiast wykorzystywania do opisania jednej szczególnej sceny, do której wszystko dążyło, a tak naprawdę miało dążyć, bo dążenie oznaczałoby, że etapami szły za sobą kolejne zdarzenia, a w rzeczywistości wypełniały tylko czas i objętość tekstu. Wszystkie te powtórzenia i błędy wypisane przy technikaliach to nic, jeśli dopracowana jest strona fabularna (mimo że w ocenie pierwsza jej część prawdopodobnie wyszła najdłuższa).

Parę razy przy okazji czegoś wspominałam też o doborze słów, zwłaszcza przy powtórzeniach albo różnicach w stylu narracji, kiedy czasem był to styl potoczny, a innym razem bardziej formalny. To też z pewnością wpływa na wrażenia ogólne odnośnie tekstu. Zwłaszcza chyba moją uwagę zwracały te wyrażenia, o których również wspominałam, jak z tym zachęcaniem do podjęcia kroków w celu wydostania się. Gdyby to była rozprawka, to może i tak, ale w ustach narratora brzmi to dziwnie.

Podsumowując, moje najważniejsze zarzuty to:

Brak zaangażowania głównych bohaterek ― czynnego zaangażowania.

Dysproporcje wieku i zachowania, które tu naprawdę mnie kłują, zwłaszcza w przypadku siedemnastolatki.

Czynności bez celu i wymyślanie pretekstów, żeby tylko zapełnić czymś przestrzeń.

Miejscami dobory słów.

Przy lepszym dopracowaniu tego tekstu, ten pomysł mógłby się naprawdę dobrze spisać tematycznie, fabularnie i emocjonalnie.

 

Tytuł: ,,Przystań”

Autor: Adam T

 

TECHNIKALIA

 

,,Zawsze tak sapał (przecinek) kiedy był już odpowiednio wściekły”. ― Przecinek rozdziela zdania składowe. Druga rzecz to brakująca kropka na końcu zdania.

 

,,Kiedy mama ugotowała obiad, jedynie ja mogłem nalać mu zupy, czy nałożyć drugie, nikt inny”. ― Zbędny przecinek przed ,,czy”, bo nie wprowadza zdania podrzędnego, tylko rozdziela alternatywę.

 

,,Nie wydała z siebie żadnego dźwięku, mogłem sobie tylko wyobrazić (przecinek) jaki to musiał być ból”. ― Przecinek rozdziela zdania składowe.

 

,,— Kiedy dasz nam wreszcie spokój (przecinek) głupi, stary dziadzie?!”. ― Rozbudowałeś tę apostrofę i obejmuje ona również oba przymiotniki.

 

,,— No uderz! Bij starego ojca!”. ― Po ,,no” dałabym tu przecinek. Nie jest to w tym wypadku partykuła wzmacniająca, ale wykrzyknienie, a od rozróżnienia tych dwóch funkcji zależy interpunkcja.

 

,,— Po coś lał, niech śpi?”. ― Tu zawarte są dwa odrębne zdania: pytające i rozkazujące, dlatego nie można przenieść na koniec znaku zapytania, który odnosi się tylko do pierwszego z nich.

 

,,— A dziadek, to niech się uspokoi, bo ja go uspokoję!”. ― Na uproszczenia nie zwracam uwagi, bo to już jest indywidualny język bohatera, ale przecinek przed ,,to” jest zbędny; nie pełni żadnej roli. Dalej przypadkiem pojawiła się jeszcze spacja po ,,dziadku” przed znakiem zapytania (nie jeden raz się taka pojawiła, ale nie będę specjalnie takiego szczegółu wytykać).

 

,,Spuścił nogi, trafiając idealnie w granatowe klapki »made in china«”. ― Byłabym jednak za napisaniem słowa ,,China” z wielkiej litery, bo to w końcu nazwa państwa.

 

,,Zniszczoną twarz z wydatnym, orlim nosem okalały białe, wiecznie rozwiane włosy. Nie czesał ich, bo niby po co? Według niego uczesany staruch nikomu nie był potrzebny; ani uczesany, ani tym bardziej po ludzku ubrany, dlatego wiecznie siedział w piżamie (przecinek) względnie w szlafroku, kiedy trzeba było ją wyprać”. ― Dodany przecinek oddziela myśl główną od ewentualności, która jest w tym wypadku dopowiedzeniem mówiącym o wyjątkach od reguły. Nie wiem, też, czy byłeś tego świadomy podczas pisania, ale wcześniej, gdy mowa była o czesaniu, użyłeś tego samego słowa ,,wiecznie” do rozwianych włosów, jak i dalej do siedzenia w piżamie.

 

,,Nienawidził mamy (przecinek) odkąd pamiętam”. ― Zdanie złożone.

 

,,Ostre rysy twarzy, wydatny nos i wąskie usta upodabniały go dziadka”. ― Umknęło Ci gdzieś słowo ,,do” przed ,,dziadka”.

 

,,senior Henryk rzadko wychodził, do tego podczas snu, czy nawet drzemki niemożliwie wręcz chrapał”. ― W tym fragmencie przydałoby się albo pozbyć przecinka przed ,,czy” (bo nie wprowadza ono zdania podrzędnego), albo potraktować ,,czy nawet drzemki” jako wtrącone dopowiedzenie, a w takim wypadku dodać po tym wyrażeniu przecinek.

 

,,błagał (przecinek) żeby pozwolili mu zadzwonić na policję, bo z domu się boi”. ― Przecinek rozdziela zdania składowe.

 

,,Wie pan (przecinek) jakie są konsekwencje?”. ― Zdanie złożone. Tak samo dalej w pytaniu: ,,Wie pani (przecinek) jak to jest, kiedy się tyle osób ściśnie pod jednym dachem?”.

 

,,— A to w końcu pana teść, czy ojciec?”. ― Bez przecinka przed ,,czy”, bo rozdziela ono dwa elementy alternatywy, a nie wprowadza zdanie podrzędne czy dopowiedzenie. Nie występuje też drugi albo kolejny raz w tej samej funkcji w jednym zdaniu.

 

,,odnotował skrupulatnie (przecinek) kto pracuje, kto się uczy [...]”. ― Zdanie złożone.

 

,,ojciec wszedł do kuchni, bo tam na lodowce zawsze leżały papierosy”. ― Literówka ,,na lodówce”.

 

,,Kiedy zapalił zapałkę (przecinek) pierdyknęło tak, że z mojej ściany spadł święty obrazek”. ― Zdanie złożone.

 

,,Ze strachu uciekłem na klatkę i zacząłem dzwonić do sąsiadów, krzycząc »Pożar! Tata się pali!«”. ― Po zamknięciu cudzysłowu brakuje kropki kończącej zdanie, a przed cytatem mógłby być dwukropek.

 

,,Podsuwali więc do podpisania świstek, że pacjent odmawia udzielenia sobie pomocy (przecinek) i odjeżdżali”. ― Zdanie podrzędne dopowiadające, co to był za świstek, jest wtrącone w zdanie złożone współrzędnie łączne.

 

,,— Wiesz dlaczego nie pojechałem z nimi?”. ― Zdanie złożone.

 

,,Na początku pytałem, dlaczego”. ― Bez przecinka. Według Wielkiego Słownika Ortograficznego PWN należy pomijać przecinek przed zaimkami względnymi „wprowadzającymi takie pozorne zdania podrzędne, które nie są rozwijane, np. «Nie dostał kolacji i nie miał pojęcia dlaczego», «Postanowił kupić mieszkanie, lecz nie wiedział kiedy»”.

 

,,Zobaczysz wtedy (przecinek) czym ona pachnie”. ― Zdanie złożone.

 

,,Bo takie jak ty, tylko to potrafią!”. ― Zbędny przecinek.

 

,,Ty mnie, jak nie otruć chcesz, to zagłodzić!”. ― Zbędny przecinek przed ,,jak”.

 

,,— Niech słucha jaką ma matkę kurwę!”. ― Zdanie złożone.

 

,,Robiłem mu rano przed wyjściem do szkoły kanapkę, gdy wracałem, bywało (przecinek) że leżała nietknięta, bo poprzedniego dnia, po śniadaniu miał »kurcze i boleści«, czyli mama zatruła w domu całe jedzenie”. ― Przecinek przed ,,po śniadaniu” jest zbędny. Dokładne określenie czasu to ,,poprzedniego dnia po śniadaniu” i nie ma potrzeby go rozdzielać.

 

,,Chciała chyba odwrócić uwagę od głębokich bruzd, jakie coraz wyraźniej znaczyły jej twarz”. ― Użyłeś tutaj zaimka ,,jakie” zamiast ,,które”, a mnie zastanawia, czy zrobiłeś to świadomie, ponieważ istnieje różnica między jednym a drugim. ,,Jakie” wskazuje cechy tego, o czym się mówi, a więc w tym wypadku bruzd, tak więc w ten sposób skupiasz się na ich ,,głębokości”, natomiast ,,które” wskazuje konkretny element, czyli je bruzdy, które posiada.

 

,,Skinąłem głową. — Chcecie go zamknąć u wariatów?”. ― Wypowiedź w następnej linijce, bo przed narracją mówiła matka bohatera.

 

,,Benio nawet się do mnie odzywał, zresztą prawie zawsze był zalany, więc i ja się do niego nie odzywałem”. ― Zabrakło słowa ,,nie” przed ,,odzywał”.

 

,,Mama, nie czekając (przecinek) co powiem, zapukała i weszła do gabinetu”. ― Zdanie z imiesłowem przysłówkowym współczesnym.

 

,,Kiedy usłyszała powód naszej wizyty (przecinek) ucieszyła się, twierdząc (przecinek) że dobrze się złożyło”. ― Wyrażenie mówiące, że usłyszała powód ich wizyty, pojawia się niekiedy w języku mówionym, ale jednak w dosłownym rozumieniu tego zapisu ,,powód” został ożywiony albo chociaż obdarzony umiejętnością wydawania dźwięku. W rzeczywistości pani doktor usłyszała o powodzie wizyty.

 

,,Ja przytakiwałem tak, jak prosiła”. ― Ten przykład wypisuję nie przez bezwzględny błąd, ale bardziej żeby wskazać różnicę między dwoma zapisami, jakie są tu możliwe, a różnią się w pisowni wyłącznie miejscem przecinka. W tej chwili, to znaczy z przecinkiem przed ,,jak”, zdanie oznacza, że bohater przytakiwał w taki sposób, jak prosiła go o to matka, natomiast gdyby przecinek był przed ,,tak”, oznaczałoby, że przytakiwał, dlatego że o to go prosiła.

 

,,w sumie wszystko, co mówiła (przecinek) było prawdą”. ― Wtrącone zdanie podrzędne.

 

,,Przypuszczam, że nakłonienie pani teścia, by mnie odwiedził (przecinek) nie wchodzi w rachubę, prawda?”. ― Zdanie złożone.

 

,,Potem wyszła z mamą przed dom i wyjaśniła (przecinek) na czym czasami polega starość”. ― Zdanie złożone.

 

,,Zanim skojarzyłem pochylona nade mną, bladą postać z nim, prawie zaliczyłem zawał”. ― Literówka ,,pochyloną”. Zauważyłam też, że zawsze rozdzielasz przydawki (dla jasności ― określenia rzeczownika) przecinkiem, traktując je jako równorzędne, ale nie jestem przekonana o świadomości tego zabiegu, dlatego tutaj się trochę szerzej do tego odniosę. Otóż przydawki mogą występować jako równorzędne i nierównorzędne. Te pierwsze rozdziela się przecinkiem i wszystkie w równym stopniu określają rzeczownik. Natomiast przydawek nierównorzędnych nie rozdziela się przecinkiem i w takim zapisie pierwsza z nich określa połączenie drugiej przydawki i określanego przez nią rzeczownika. To znaczy, że przydawki równorzędne występują np. w zdaniu: ,,Jest to książka mądra, ciekawa, pouczająca”, gdzie każdy przymiotnik oddzielnie określa rzeczownik. Ale w zdaniu: ,,Dostałem piękne wieczne pióro” przydawki są nierównorzędne, bo ,,wieczne pióro” (jakie?) ,,piękne” (przykłady z sjp).

 

,,nikt nie siedział na ławce przed wejściem i nie śpiewał kibolskich teksów”. ― Literówka ,,tekstów”.

 

,,— Ale ja c h c ę spać. Tylko przez tą maszynę nie mogę”. ― ,,Tę maszynę”.

 

,,Nie wiem, co bardziej mnie zszokowało. Czy to, że staruszek był tylko w skarpetach; czy to, że jego nogi i podłoga były brązowe od płynnego kału”. ― Moją uwagę zwróciło tu użycie średnika ze względu na to, że powinien on rozdzielać samodzielne wypowiedzenia, a tu tak nie jest. I tak rozdzieliłeś już zdanie nadrzędne od podrzędnego kropką…

 

,,Wcześniej nie czułem żadnego zapachu, dotarł do mnie dopiero (przecinek) gdy byłem blisko”. ― Zauważ, przy okazji tego zdania, że o ile w poprzednim (przykład wyżej) rozdzieliłeś zdania składowe znakami mocniejszymi, niż można się było spodziewać, tak tutaj dwie samodzielne informacje są rozdzielone najsłabszym z nich. To trochę tak, jakbyś poprzednie zdanie i jego poszczególne elementy chciał bardziej wyeksponować, tylko co w nim było takiego wyjątkowego?

 

,,W pierwszej chwili nie zrozumiałem, a może byłem za bardzo wściekły. Poza tym, co chwila zbierało mi się na wymioty”. ― Dwa zdania i dwie ,,chwile”.

 

,,Mieszkanie tonęło z papierosowym dymie”. ― ,,W papierosowym dymie”.

 

,,Brat patrzył na mnie mętnie i zdawał się pytać wzrokiem »Po co takiego pokurcza Ziemia nosi?« (kropka)”. ― Cudzysłów kropki nie zastępuje.

 

,,— Ty jesteś jak taka kura. — powiedział powoli i dobitnie”. ― Narracja odnosi się do samego faktu wypowiadania się, dlatego stanowi kontynuację zdania, a więc po wypowiedzi kropka jest zbędna.

 

,,Odsunąłem krzesło i usiadłem na przeciw brata”. ― ,,Naprzeciw” pisze się łącznie.

 

,,— Dziadek chyba nie żyje — usłyszałem własny głos (przecinek) zanim zdałem sobie sprawę, że coś powiedziałem”. — Zdanie złożone.

 

,,Nie czułem żalu, czy smutku”. — Zbędny przecinek.

 

,,— Z pedalstwa szpital nie wyleczy — zauważył syn sąsiada (przecinek) gdy wychodziłem na korytarz”. — Zdanie złożone.

 

,,Poczułem silny uścisk w głowie”. — Bardziej by tu ,,ucisk” pasował.

 

,,Pokiwałem głową. — Trudno jest być aniołem”. — Wypowiedź powinna się znaleźć w następnej linijce, bo akapit rozpoczyna się od narracji.

 

,,— Nie prawda. Tchórze nie myją starcom szczęk po jedzeniu, ani nie obcinają paznokci; ani nie wycierają ich z gówna”. — ,,Nieprawda” pisze się łącznie, jak partykułę ,,nie” z innymi rzeczownikami, a przecinek przed pierwszym ,,ani” jest zbędny, bo to zdanie współrzędnie złożone rozłączne. W miejscu średnika wystarczyłby przecinek, nawet wydaje się być odpowiedniejszy.

 

FABULARIA

 

W tej części oceny staram się myśleć jeszcze technicznie i trochę schematycznie, żeby później móc odnieść się do tego wrażeniowo, choć przyznam, że zaraz po przeczytaniu całości nie tak łatwo wycofać się do tego, co buduje tekst i zatrzymać za drzwiami skutki emocjonalne. No ale cóż, pozostaje wziąć głęboki oddech i rozpocząć gruntowną analizę.

Wszystko rozpoczyna się od jęków bólu staruszka, więc chyba od tej postaci wypadałoby zacząć. Lubię rozkładać bohaterów na czynniki pierwsze, zwłaszcza gdy są one naturalnie przedstawione.

Od początku widać, że Henryk działa członkom rodziny na nerwy. Przy braku wyrozumiałości dla starszego człowieka nie dziwi to tak bardzo, bo pewnie każdy mimowolnie byłby trochę rozdrażniony, słysząc w nocy czy nad ranem jęki, które nie dawałyby mu spać, a z tekstu wynikało, że była to raczej powtarzająca się sytuacja.

Ojca i brata Marcela irytowały, łagodnie mówiąc, takie sytuacje i to im było najbliżej do zachowań agresywnych, choć nie można powiedzieć, przynajmniej o tym pierwszym, że on to ten całkiem i na wskroś zły. Porywczość niekiedy przejmowała nad nim kontrolę, ale nawet gdy niewiele brakowało, aby uderzył mężczyznę, ostatecznie do tego nie dochodziło. Może i mogła być w tym jakaś zasługa Marcela, który próbował temu zapobiec, ale gdyby Władek naprawdę nad sobą nie panował, prawdopodobnie skończyłoby się inaczej. Mówię tu raczej o jednej scenie, która została wyraźniej pokazana. Dalej było coś o rękoczynach, ale bardziej mi to pasuje do wspomnianego również policzkowania przez Benia, które miało działać na wariatów.

No ale wybiegam trochę do przodu, a jeśli nie chcę czegoś namieszać, poplątać albo przeoczyć, to lepiej trzymać się porządku. Scena, o której pisałam odnośnie aktu agresji, miała miejsce po ,,ataku” Henryka. Z tego powodu, mimo że takiego zachowania pochwalić nie można, da się je zinterpretować jako oznakę bezradności. Staruszek zaatakował przecież jego żonę i zrobił jej krzywdę przez swoje podejrzenia wobec niej. A przecież mogło skończyć się jeszcze gorzej, gdyby Władek się nie włączył.

Elżbieta czasem krzyczała na teścia, ale jej zachowanie również świadczyło bardziej o bezradności niż bezpodstawnej, zimnej nienawiści. Chyba sama nie wiedziała, jak zaradzić ciągłym oskarżeniom o podtruwanie mężczyzny, których się przecież nasłuchała niemało, tak jak tego na temat słów jej ojca o niej.

Benio. Benio dostał pracę, ale nie poszedł, bo był pijany i ani widziało mu się przerwać świętowanie, po którym trzeba się wyspać. Jako postać wzbudza negatywne emocje, chyba najbardziej ze wszystkich, ale życie w sporej mierze tak go ukształtowało. Nie był już dzieckiem jak Marcyś, mimo że ten drugi wyjątkowo wcześnie musiał dojrzeć, i mając za wzór relacje rodziców i dziadka, taki oto wyniknął skutek. Wciągnął się w ten sam nałóg alkoholowy, nabył ten sam stosunek do staruszka, tylko na innej podstawie, bo nie ograniczała go za bardzo świadomość więzów rodzinnych. Władek, mimo że ojciec go denerwował, nie posunąłby się za daleko, chyba że naprawdę straciłby nad sobą panowanie. Benio zdawał się mieć mniej skrupułów, co zresztą objawia się także w stosunku do młodszego brata.

Marcyś wzbudza tutaj chyba najwięcej współczucia, chociaż trzeba mu przyznać, że radzi sobie w tej sytuacji mimo że nie jest mu łatwo. Starał się być cierpliwy dla dziadka, a w zamian otrzymywał od niego zaufanie. Dzięki temu zbliżył się do Henryka i może ze względu na to jego miejsce pośrodku konfliktu bez przynależności do którejś z jego stron, albo może lepiej mówić tu o przynależności do obu z nich, bo przecież czuje sympatię do dziadka, który nie rozstawia go po kątach i darzy jakimiś okruchami uwagi, której chłopcu brakuje, ale jednocześnie gdy szedł z matką do psychiatry, sam powiedział, że w końcu jest jednym z nich.

Alkohol zresztą też odegrał sporą rolę, bo to z jego udziałem dochodziło do największych awantur, a raz przecież doszło do wygrażania nożem, co skończyło się wizytą policji. Mało prawdopodobne wydaje się, żeby Elżbieta naprawdę mogła tego noża użyć przeciwko teściowi. Pewnie nawet nie bardzo się nad tym zastanawiała, po prostu zgodnie z groźbą ten nóż przyniosła i schowała.

Natomiast Henrykowi mogła wystarczyć wtedy sama opinia o synowej, aby uwierzyć, że rzeczywiście tego noża użyje. No a w efekcie zajście wyszło poza cztery ściany.

Później po pożarze było już tylko gorzej, kiedy wszyscy musieli jeszcze bardziej ścieśnić się na mniejszej powierzchni. Henryk cały czas żył w przeświadczeniu, że synowa go truje, a tej z kolei brakło cierpliwości, żeby tego wysłuchiwać, no i w końcu kłótnia pomiędzy nimi staje się źródłem faktów na temat przeszłości, choć przedstawionych przez obojga w sposób subiektywny. Może gdyby nie choroba Henryka, wszystko wyglądałoby inaczej. Przecież kiedyś musiało być lepiej.

Po obu stronach padło sporo nieprzyjemnych słów, ale ich problemem nie była nienawiść sama w sobie, tylko nieszczęście, które w inny sposób dotykało każdego członka rodziny.

Ta pierwsza część skupia się na tym, co działo się w domu. Pokazuje relacje między pokoleniami, ich problemy, ataki, kłótnie, wypadki. W drugiej akcja przenosi się ,,na zewnątrz”. Następuje próba podjęcia jakichś kroków, żeby coś się w ich sytuacji zmieniło.

Tak dochodzi do wizyty u psychiatry. Trudno powiedzieć, dlaczego po wyjściu płakała. Miała wyrzuty z powodu tak radykalnych kroków, a może to przez nadzieję, jaką żywiła na poprawę? Od tamtego czasu rzeczywiście sporo się zmieniło. Henryk ciągle spał, co musiało niepokoić Marcysia, ale przynajmniej nie był zdenerwowany i niespokojny.

Dalej zostały przedstawione dwa nocne incydenty, które pokazują Marcysia jako dziecko dojrzałe i obarczone odpowiedzialnością. Podczas pierwszego z nich dziadek obudził go, bo słyszał hałas. To przypomina trochę zachowanie przestraszonego dziecka, które nie może spać. Za drugim razem natomiast chłopiec sam zajął się dziadkiem, kiedy pozostali spali w najlepsze.

Następuje trzecia część, a wraz z nią kolejny istotny moment w życiu Marcysia. Bohater po powrocie do domu widział dziwne zachowanie ojca i brata, a później usłyszał, że jego matka miała wypadek. Całe zdarzenie w istocie było dziwne i mogłoby się zdawać niewiarygodne. No ale, cóż, zdarza się.

Władek nie zdołał zareagować tak szybko, jak by tego chciał, i obwiniał się o to. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Przykre jest tylko to, jak słabego człowieka sobą reprezentuje. Pozostawił młodsze dziecko samemu sobie, bo jego ta sytuacja przerosła, i oczekiwał, że Marcyś wszystkim się zajmie, że pójdzie do sąsiadów, zadzwoni do szpitala, zapyta o stan matki i wysłucha, czy Elżbieta ma jakieś szanse na przeżycie, a może już zmarła.

Przez cały czas widać, jak mało uwagi poświęca się chłopcu. Nie jest potrzebny, dopóki coś się nie stanie, a jak już do tego dojdzie, to daje mu się zadanie, które powinien wykonać dorosły. To samo wydarzyło się, gdy chłopak odkrył śmierć dziadka. Jego ojciec nawet nie zamierzał przejąć inicjatywy.

No i tak powoli nadchodzi koniec. Po wiadomości o śmierci matki, po tym, jak zachowywał się ojciec, a brat przepadł, i jak widział, że jego dziadek nie żyje, wydawało się być tylko coraz gorzej. Myśli, które pewnie nie raz pojawiały mu się w głowie, zaczęły przybierać na sile. Można powiedzieć, że Henryk dawał mu wcześniej powód do życia, bo Marcyś czuł się potrzebny, a samotność nie doskwierała mu w takim stopniu.

Na tym chyba lepiej poprzestać w tej części oceny i przejść do wrażeń ogólnych.

 

WRAŻENIA OGÓLNE

 

Trochę już tych wrażeń ogólnych przeniknęło do części dotyczącej fabuły, kiedy pisałam o bohaterach, bo jednak mojej wypowiedzi nie można było nazwać obiektywną.

Co ja Ci mogę powiedzieć… Nie miałam wcześniej do czynienia z Twoimi utworami, ale ten mogę uznać za naprawdę dobry. Bohaterowie są świetnie wykreowani i przede wszystkim naturalni — ani całkiem źli, ani idealni, po prostu prawdziwi.

W tym tekście mogę znaleźć to, czego szukam. Jest sytuacja, w której osadzeni zostali bohaterowie; sytuacja niełatwa, ale oddająca w pełni temat i to w sposób, zdawałoby się, przyziemny. Przecież to historia pewnej rodziny, nieszczęśliwej rodziny, która z tym nieszczęściem sobie nie radzi. Choroba, starość i nałogi są złem, które prowadzi do kolejnych nieszczęść, od awantur, krzyków, agresji, przez rozluźnienie relacji między członkami rodziny, właściwie aż po śmierć Elżbiety, bo gdyby wtedy nie paliła, nie doszłoby to tego wypadku.

Jest Henryk, który podobno nigdy nie był święty, a wraz z wiekiem i postępem choroby dostawał coraz częstszych ataków, z którymi rodzina, zamieniwszy wsparcie ze strony bliskich na alkohol i papierosy, nie potrafiła sobie poradzić. Ojciec matka i Benio podsumowani jako tchórze, stanowili różne jej odmiany. Ojciec łatwo się denerwował i odpuszczał, pozostawiając działania innym, takie działania, które mogłyby im pomóc; matka była przestraszona i zdenerwowana, nie radziłą sobie i nie miała pojęcia, co powinna zrobić; Benio wszystko olewał i gdyby nie denerwujący dziadek, dobrze by mu było, jak było. A pośrodku tego wszystkiego chłopiec kochający swoją rodzinę i czujący zobowiązanie wobec każdego jej członka (mimo że na przykład Benio zawsze go ignorował).

W opozycji do tego przyziemnego ludzkiego życia była ostatnia scena z rozmową Marcela z imaginacją jego dziadka. Efekt był naprawdę dobry. Właśnie tam zawarta jest cała samotność, jaką odczuwa chłopiec, i cała rozpacz. Bo nagle znajduje się on w takim punkcie, gdzie wszystko w jego najbliższym otoczeniu ulega zmianie i to, co do tej pory pozwalało mu żyć z dnia na dzień, nagle przemija.

To ładna, ale i smutna scena. W sumie nawet w tym momencie nie warto jej komentować. To trzeba przeczytać i poczuć. Mogę tylko powiedzieć, że świetnie dopełniłeś nią tę historię i pozwoliłeś zatrzymać się na trochę dłużej w tym świecie. Całość czytało się bardzo dobrze.

 

Tytuł: ,,Jaki jest, każdy widzi”

Autor: Felicjanna

 

TECHNIKALIA

 

,,"Ranczo..." - kpi, w myślach”. — Pierwsza rzecz to cudzysłów. W języku polskim jest kilka dopuszczalnych cudzysłowów, ale ten cudzysłów amerykański do nich nie należy. Druga myślnik, który może występować w postaci pauzy bądź półpauzy, ale dywiz, którego użyłaś, jest niepoprawny.

 

,,Ani kury, ani świni, a kota-przybłędę, jedynie baba posiada, zaś na ugorach jej rancza, całkiem spore brzózki się zasiedliły”. — Przecinki przed ,,jedynie” i przed ,,całkiem” są zbędne. Do pierwszego z nich nie mam nic do dodania, co do drugiego natomiast mogę powiedzieć, że nie ma potrzeby rozdzielać przecinkiem okoliczników miejsca (tutaj ,,na ugorach rancza”) od reszty zdania. Oprócz tego ,,jedynie” przeniosłabym przed ,,kota-przybłędę”, bo nie ,,jedynie baba posiada kota-przybłędę”, a ,,baba posiada jedynie kota-przybłędę (ale nie posiada kur ani świń, jak to było na początku zdania)”.

 

,,To było kilka dni po tym, gdy się zjawiła po spadek”. — Zmieniłabym ,,gdy” na ,,jak”, bo obecnie to trochę wygląda tak, jakby zjawiła się po spadek kilka dni po czymś, a nie jakby coś wydarzyło się w kilka dni po jej zjawieniu się po spadek.

 

,,"Stary Węgielny umarł po latach" - takie określenie wykuła Ziemiańska”. — Tu znowu niepoprawny cudzysłów.

 

,,Sama miała 101 lat, jak twierdziła, a "Węgielny, to musi, żył z pińset..." i że nienaturalne jest bardzo, żeby człowiek tak długo męczył innych...”. — W tekstach beletrystycznych, a do takich zalicza się opowiadania, liczebniki zapisuje się słownie. Pomijając też wspominany już dwukrotnie cudzysłów, przecinków przed ,,to” i przed ,,żył” nie powinno być. W tym wypadku ,,musi” nie funkcjonuje jako czasownik, a tym bardziej orzeczenie, tylko raczej w znaczeniu ,,pewnie”. No a podmiotu też nie ma co rozdzielać od reszty.

 

,,Pewnie, przez tą, nieukrywaną zazdrość, sama przestała ich męczyć, już kilka dni później. Albo, to sprawka Znachora była, co sugerowali niektórzy, li tylko wskazując głową chatkę tamtego…”. — Już w tym momencie czuję, że przecinki zaczynają mnie przerastać… Zauważ, że gdyby chcieć robić pauzę oddechową w każdym miejscu wskazanym przecinkiem, to człowiek by się mógł zapowietrzyć co najwyżej, a z treści mało prawdopodobne, żeby coś zrozumiał. W pierwszym z tych dwóch zdań ani jeden przecinek nie jest potrzebny, a w drugim zbędny jest pierwszy z nich (po ,,albo”). Wszystko zależy od sytuacji, ale trafiając na fragmenty, gdzie co dwa-trzy słowa jest nieuzasadniony przecinek, zaczynam myśleć, że lepszy jest ich brak. Oczywiście nie traktuj moich słów jako atak, bo mija się to z rzeczywistą intencją.

Polecam liczyć orzeczenia. Wiem, jak to brzmi, ale jednak większość przecinków w zdaniach, to przecinki rozdzielające zdania składowe, a te rozpatruje się ze względu na orzeczenie. Jedno orzeczenie — jedno zdanie składowe. W pierwszym z dwóch wypisanych zdań orzeczeniem jest wyrażenie ,,przestała męczyć” i innego nie ma. Dopiero po tym zastosowaniu przecinka są jeszcze te odpowiadające za wtrącenia, dopowiedzenia i inne, ale tak ewentualne niedociągnięcia dużo mniej rażą nawet czytelnika, który nie bardzo orientuje się w tych wszystkich zasadach.

Sporo może też zdziałać czytanie na głos, jeśli komuś naprawdę mocno nie chce się liczyć tych orzeczeń. Może efekt nie będzie taki sam, bo mowa nie zawsze uwzględnia wszystkie zasady składniowe itp., ale na pewno pomoże wyeliminować takie nagromadzenie przecinków, jakie pojawiło się w tym fragmencie.

 

,,- On długo żył... - szeptała. - Stary był, kiedy tu przybył... A ja..., malutka byłam... - zbagatelizował to. Miał 35 lat, a urodziła go po 40. i czasami bajdurzyła o duchach lub chatce Znachora, w stare zamczysko się przemieniającą”. — Pierwsza drobnostka to zbędny przecinek po trzykropku (,,A ja…,”). Liczebniki powinny być zapisane słownie i przecinek po ,,znachora” jest zbędny. Ale, co najważniejsze, nie rozumiem całego fragmentu. Mieszasz ,,ją” i ,,jego”. Dla porządku najlepiej jest trzymać się zasady, że jeden akapit to jeden bohater, i nie chodzi tu o to, że o nikim innym wspomnieć nie można, ale tutaj najpierw mówi ona, ale później jest informacja, że on to zbagatelizował, więc to już powinno tworzyć nowy akapit. A później w jednym zdaniu zaczyna się od niego, tak jak byłoby to spodziewane po rozpoczęciu nowego akapitu, o którym wspomniałam, ale zaraz jest kolejny przeskok do niej. To znacznie odbiega od czegoś, co można by było nazwać klarownym zapisem.

 

,,Słyszał, mówiącą ją do kierowcy, że najprawdopodobniej zadzwoni za kilka dni i będzie miał kurs powrotny. Tamten wyraźnie się uśmiechnął na tę robótkę, lecz Lesio nie dojrzał na drzwiach auta napisów, informujących o miejscu, skąd przyjechali. Gapił się w tym czasie, na Helki cycki”. — Zaczynając od pierwszego zdania, nie powinno być przecinka, który u Ciebie rozdziela orzeczenie od reszty zdania. Tego się nie robi i nie przychodzi mi do głowy żadna sytuacja, w której mogłoby to być wymagane, no chyba że zdanie składa się wyłącznie z orzeczenia, ale to już co innego. Poza tym szyk. ,,Słyszał (kogo?, co?, czyli dopełnienie bliższe) ją (i dopiero to, co tę ,,ją” określa) mówiącą”. To podstawowa budowa, różne inwersje w przeróżnych rodzajach zdań bywają dopuszczalne, jeśli spełniają określone funkcje; w tym wypadku jest to po prostu błąd. W następnych zdaniach zbędne są przecinki przed ,,informujących” (napisów »jakich?« informujących o miejscu — jest to wyrażenie złożone z rzeczownika i określającej go przydawki i nie ma powodu takich związków rozdzielać, chyba że ową przydawkę chce się potraktować jako dopowiedzenie, czyli dodatkową informację uzupełniającą albo dla podkreślenia treści po przecinku) i w ostatnim zdaniu przed ,,na”, bo to zdanie proste: orzeczenie, okolicznik czasu (czyli najprościej określenie czasu sytuacji), dopełnienie dalsze (w dopełniaczu) i bliższe (w bierniku). Zazwyczaj w szyku najpierw jest dopełnienie bliższe, a później dalsze; tu zastosowałaś inwersję, ale nie jest to tutaj tak rażące jak w pierwszym zdaniu w tym fragmencie, bo można przyjąć, że chciałaś podkreślić to, że gapił się akurat na jej ,,cycki”.

 

,,Ogromnym wysiłkiem woli, spojrzał kobiecie w oczy”. — Zbędny przecinek.

 

,,- Sam nie wiem... - odpyskował. - W staniku trudno oceniać... - Boże kochany! Jak ona się wtedy śmiała. Wytrąciła go z równowagi do tego stopnia, że nawet zapomniał się przedstawić. A potem podeszła całkiem blisko”. — Od wykrzyknienia ,,Boże kochany!” powinien rozpoczynać się nowy akapit, bo wypowiedź należała do Lesia, natomiast narracja dotyczy zachowania Helki. Jeszcze jedna rzecz to wielokropki. Od samego początku tekstu każdą jedną wypowiedź i nie tylko kończyłaś wielokropkiem. Nie wiem, czy było to umyślne, czy może odruchowe, ale to nie jest dobrze. Wielokropek, jak każdy inny znak, ma pełnić określoną funkcję. Może oznaczać zawahanie, zawieszenie wypowiedzi, urwanie jej, ale nie uwierzę w to, że każdy z bohaterów właśnie tak się wypowiadał. Niemożliwe, żeby wszyscy byli tak niepewni tego, co mówią, żeby byli tak bardzo zamyśleni, rozkojarzeni i nie wiadomo co jeszcze.

 

,,- Mam zdjąć...? - zapytała. Kierowca tego nie słyszał i pytaniem o miejsce dla bagażu, wyratował Lesia z opresji”. — ,,Kierowca” od nowego akapitu, bo znowu zmienia się postać. Druga rzecz to zbędny przecinek przed ,,wyratował”.

 

,,Właśnie wyszła z domku i już marzy. Gapiąc się w niebo, rozciąga się, głośno ziewając i uśmiechając, do Bóg wie czego. Albo jeszcze, w to samo południe, nie przebudziła się do końca, resztki magii snu biorąc za rzeczywistość... albo naśmiewa się z niego, gdyż (przecinek) jak przypuszcza, doskonale wie, jak on na jej obecność reaguje. Lesia to bulwersuje”. — Na początek zauważę, że mieszasz czasy. Pisałaś w przeszłym i nagle przeskakujesz do teraźniejszego. I znowu nie jest to zabronione — bo mało co można uznać naprawdę za niedopuszczalne — ale jeśli już, musi to mieć jakiś cel. Wszystkie zabiegi na tekście są dla autora, aby przekazał to, co chce przekazać i tak, jak chce przekazać, trzeba to jednak robić umiejętnie. Taka zmiana czasu może wpływać na dynamikę, dlatego dla scen, w których chce się podkręcić tempo, byłoby to czymś efektownym, no i nie wystąpiłoby w tym samym akapicie. Tutaj wygląda to na niedopatrzenie, tym bardziej, że później znowu wracasz do przeszłego i znowu do teraźniejszego.

,,Uśmiechając do Bóg wie czego” powinno być zapisane bez przecinka.

Kurczę, z pięć minut, jeśli nie więcej, zastanawiam się nad sensem tego, co jest dalej, to znaczy od pierwszego ,,albo” i właśnie mnie olśniło! Zmyliła mnie interpunkcja, choć staram się odnosić się do niej z rezerwą, jeśli nie jestem pewna, czy autor potrafi bezbłędnie się nią posługiwać, więc tutaj sama sobie trochę czasu zmarnowałam… W ogóle wtrącenie jest tu zupełnie niepotrzebne, bo nie bardzo istotna jest informacja, że to było to samo południe, zresztą to samo, to znaczy które? Nie było wcześniej nic o południu. Jakoś tak przyszło mi do głowy, że skoro jest wtrącenie, to będzie to typowe zdanie oznajmujące, tyle że dość rozbudowane, no i ten wielokropek mnie przez to zdekoncentrował, a nie pomyślałam, że to jest alternatywa dwóch możliwych przyczyn uśmiechu kobiety.

Przecinek przed ,,jak przypuszcza” jest dlatego, że to typowy przykład wtrącenia.

 

,,Wczoraj znów, przez pół nocy szukał na redtube, czy innym podobnym gównie, równie prowokacyjnych. I nie znalazł. Te podobne, wyglądały na zrobione”. — Zbędny przecinek przed ,,przez” i tak samo przed ,,wyglądały”.

 

,,- Witaj (przecinek) Leszku! - boso, w... chyba (niech ją diabli!) koszulce nocnej, bo za sukienkę tej szmatki uznać było nie można, zmierza ku niemu. By otworzyć mu furtkę i zaprosić do środka”. — Ten dodany przecinek rozdziela apostrofę, a więc bezpośredni zwrot do adresata wypowiedzi, od niej samej. Jeśli taki zwrot jest na początku, wtedy przecinek jest po nim, jeśli w środku, to wydziela się go przecinkami z obu stron, a jeśli tak jak tutaj jest na końcu, wtedy przecinek jest przed nim. Wszystko to pozostaje w ramach głównego zastosowania przecinka, a więc aby rozdzielać od siebie to, co jest różne i to różne pod wieloma względami. Tu jest to zwrot do kogoś i treść, którą chce się mu przekazać, mogą to być zdania składowe, które różnią się zależnościami między sobą, może to być rozdzielenie treści właściwej (głównej) od dopowiedzianej (wtrąconej, dodatkowej). Możliwości jest wiele.

Poza tym ,,boso” powinno być z wielkiej litery, bo rozpoczyna ono nowe zdanie. Reguła jest taka, że jeśli narracja po wypowiedzi rozpoczyna się czynnością odnoszącą się do samego faktu wypowiadania się, czyli ,,powiedział”, ,,rzekł”, ,,zapytał”, ,,mruknął” itd., to traktuje się to jako kontynuację zdania z wypowiedzi, a więc nie kończy się słów bohatera kropką, a owa narracja rozpoczyna się małą literą. Natomiast gdy pierwsza narracyjna czynność nie ma nic wspólnego z mówieniem, tylko jest zachowaniem towarzyszącym wypowiedzi, a nie ściśle się z nią łączącym, to rozpoczyna ona nowe zdanie z wielkiej litery, przy czym trzeba pamiętać, aby zamknąć poprzednie. W tym wypadku wypowiedź kończył wykrzyknik, ale gdyby go nie było, musiałaby się tam znaleźć kropka.

Oczywiście są wyjątki od reguły i takim byłoby na przykład wtrącenie za pomocą myślników krótkich informacji o czyimś zachowaniu w trakcie wypowiadania się, a więc gdyby ktoś się wypowiadał i jednocześnie gestykulował albo wykonywałby po prostu gesty mowy ciała towarzyszące mówieniu, wtedy można by było wtrącić je w wypowiedź bez kończenia i rozpoczynania nowego zdania.

Szyk w wyrażeniu ,,uznać było nie można” też jest trochę… specyficzny. Nie jest to podstawowy szyk i przyznam, że nie bardzo mi się on podoba. Lepiej by wyglądało ,,nie można było uznać”.

Ostatnia rzecz, o której tu wspomnę, to dzielenie zdań. Wiadomość o ubiorze rozdzielasz przecinkiem od całkiem odrębnej wiadomości o poruszaniu się, ale już ciąg dalszy, który mówi o celu tego poruszania się (a więc ściśle się z nim wiąże), zapisujesz w nowym zdaniu. Nie bardzo rozumiem taki zabieg. Sugerowałabym zacząć nowe zdanie od ,,zmierza”, a przed ,,by” postawić przecinek, który zdecydowanie by wystarczył.

 

,,- Nnie..., pani Heleno... Robota... - Lesio wskoczyłby chętnie i to biegusiem, ale ta baba go przeraża tak naprawdę, bo kiedy na niego spojrzy, to jakby wszystkiego się o nim dowiadywała natychmiast. A on wolałby jej nie mówić, że w nocy jej cycki znalazł w końcu. We wspomnieniu i że musiał se ulżyć”. — Po pierwsze, zbędny przecinek po wielokropku, ale o tym, że tak się nie pisze, już wspominałam wyżej. Po drugie, znowu ilość tych wielokropków. Jestem mniej więcej w jednej trzeciej treści drugiej strony i tylko raz, w wykrzyknieniu ,,witaj, Leszku!” go nie było. Po trzecie… Sama narracja mi się nie podoba. Znowu mieszasz czasy. Tworzysz szyk, jakiego w piśmie się nie stosuje albo który może wpłynąć na całkiem inne rozumienie treści. ,,Ta baba go przeraża tak naprawdę” brzmi tak, jakby on chciał podkreślić to, jak bardzo ona go przeraża, a nie jak to potoczne ,,tak naprawdę”, które znalazłoby się pewnie przed ,,przeraża”. ,,Kiedy na niego spojrzy, to jakby wszystkiego się o nim dowiadywała natychmiast” — ,,Kiedy na niego spojrzy, to jakby natychmiast wszystkiego się o nim dowiadywała” (na przykład).

,,A on wolałby jej nie mówić, że w nocy jej cycki znalazł w końcu” i koniec zdania. W dodatku szyk podpowiada, jakoby koniec był miejscem, no bo wiadomo co, kiedy? — w nocy, pozostaje tylko gdzie? Pamiętaj, że zdanie musi być samodzielne. Oczywiście tworzy zależności z innymi zdaniami, ale samo w sobie jest komunikatem, a żeby był komunikat, musi być jakiś przekaz. U Ciebie w tym zdaniu przekaz nie ma, jest tylko jego część. Pełne byłoby, gdyby przed kropką pojawiło się to ,,we wspomnieniu”. Można by ewentualnie ,,w końcu” przenieść wcześniej, na przykład po ,,nocy” i dalej umieść czasownik ,,znalazł” i wtedy co znalazł. Wypowiedzenie niosłoby krótszą treść, ale byłoby pełne. Problem byłby wtedy taki, że następne nie miałoby wciąż sensu.

Podzieliłaś sobie po prostu jedno zdanie na dwa, tak jak Ci pasowało, nie patrząc na to, jakie tam są związki między wyrazami i wyrażeniami, a nie o to chodzi. Nie chodzi o to, żeby uciąć zdanie w pewnym momencie, bo… nie wiem, bo jest za długie?, bo tam ma być dłuższa pauza? Treść to jedno, a druga rzecz to umiejętne jej przekazywanie i dbałość o podstawy tego zapisu. Litery tworzą wyrazy, wyrazy wyrażenia, a wyrażenia zdania. Ale żeby powstały zdania, trzeba powiązać wyrażenia (pełne wyrażenia!) przecinkiem, spójnikiem, a czasem tylko myślą. I nie ma tu znaczenia, czy znasz pojęcie orzeczenia, podmiotu, przydawki itd. Terminologia jest terminologią i tylko terminologią. Ale obok są pytania i odpowiedzi. Jedno i drugie równie ważne. Musisz tworzyć pytania i na nich opierać odpowiedzi, które później staną się spójnym tekstem. Pytanie stoi pomiędzy każdymi wyrażeniami. Nikt go nie widzi, ale ono tam jest i spaja te poszczególne elementy w coś większego, właśnie ono, niewidoczne z pozoru pytanie.

No ale mogłabym tak pisać i pisać… Wybacz mi tę rozwlekłość, trochę mnie poniosło, ale tak już mam, kiedy nakręcę się, żeby pokazać komuś istotę rzeczy taką, jaką ja ją widzę. Taką bardzo od podstaw, logiczną, bez milionów uproszczonych zasad, które trzeba wbijać do głowy, ale z jedną główną. Mimo że, jak inni, poznaję te reguły jako zbiór wyjaśnień odrębnych przypadków, to wewnętrznie gdzieś tam widzę ten punkt, w którym wszystkie bariery się znoszą i pozostaje ta jedna główna reguła.

 

,,Chciała się dowiedzieć, gdzie pochowano jej "wujka", jak o nim mówiła, a napatoczyła na Gorbinową, błagającą o udział księdza, w pochówku męża tamtej: Zdziśka- pijaczyny i nieroba, jakiego świat nie widział.”. ― Na początek znowu niepoprawny cudzysłów amerykański. Kolejna rzecz ― ,,napatoczyła się”. Nie przyczepiłabym się już do przecinka przed ,,błagającą”, choć nie jest on wymagany, ale już przed ,,w pochówku” przecinka być nie powinno. Ostatnia sprawa to myślnik, który zapisałaś w postaci dywizu i w dodatku zabrakło przed nim spacji.

 

,,ona do kościoła chodziła od zawsze i od zawsze dzieciaki, do niego prowadzała”. ― Bez przecinka. Nie ma tu nic do rozdzielenia.

 

,,I obecnie pragnęła męża, w poświęconej ziemi pochować, by móc i znicz tam postawić (przecinek) i pomodlić się za niego”. ― pierwszy przecinek, po słowie ,,męża”, jest zbędny, za to przecinek przed drugim ,,i” jest wymagany, bo występuje on w jednym zdaniu drugi raz w tej samej funkcji, a jeśli spójnik powtarza się w jednym zdaniu (ale istotne jest to, że pełni taką samą funkcję jak poprzednim razem), to przed drugim i kolejnym powtórzeniem stoi przecinek.

 

,,Kobieta może chaotycznie, lecz starała się jakoś proboszczowi wyjaśnić, na czym jego konieczność uczestnictwa opiera, a i stojący obok niej sąsiad, potakiwaniem głową, ją w tym wspierał”. ― Jak już prawdopodobnie wspominałam, wydzielanie przecinkami wtrąceń służy między innymi podkreśleniu czegoś, zwróceniu uwagi czytelnika, a więc powinno się to traktować jako sytuację wyjątkową, w której prosty zapis ,,bezprzecinkowy” nie wystarcza autorowi. Nie wydaje mi się jednak, żeby informacja o tym, że sąsiad wspierał Helkę potakiwaniem głową, a nie na przykład słownie, machaniem rękami czy co tam by sobie wymyślił, miało aż tak duże znaczenie, dlatego osobiście byłabym za usunięciem tych dwóch przecinków (przed ,,potakiwaniem” i ,,ją”), tym bardziej, że zdanie i tak jest dość mocno rozdrobnione tymi przecinkami i wygląda na to, że masz po prostu taką manierę.

 

,,- Ot i arcypastuch…! - usłyszał ksiądz Jan, w pierwszej kolejności, z odpowiednią tonacją i grymasem, którego próżno byłoby nazywać uśmiechem. - Sądzisz, klecho, że to go wzrusza…?! Że tego sztywnego obchodzi, czy ty tam ruszysz swoje egzaltowane dupsko…?!

- ???!!!”. ― Przecinek przed wyrażeniem ,,w pierwszej kolejności” jest zbędny, zwłaszcza że zaraz po nim znowu tworzysz dopowiedzenie, a nadmierna ilość przecinków zmniejsza komfort czytania. Poza tym nie najlepiej dobrałaś perspektywę do treści. Mam na myśli to, że wypowiada się Helka, ale narrację przedstawiasz z punktu widzenia księdza, bo piszesz ,,usłyszał”, ale skoro usłyszał, to o ile tonację, w znaczeniu barwy głosu, da się usłyszeć, z grymasem już gorzej, bo ten już raczej zalicza się do zmysłu wzroku. Gdybyś trzymała się postaci kobiety, dałoby Ci to dużo większą dowolność obrazowania jej reakcji bez rozgraniczania tego między zmysły, ponieważ to ona wysyłałaby sygnały, a nie je odbierała i interpretowała. Zauważ, że to może mieć również wpływ na zrozumienie stanu faktycznego przez czytelnika ― pokazując mu, co zrobił bohater, stwierdzasz fakt rzeczywisty, ale już pokazanie tego przez pryzmat innej postaci musi uwzględniać ewentualny błąd interpretacji takiego zachowania. Tu może to nie jest tak bardzo istotne, ale w końcu opisuje się różne sytuacje, więc to tak na przyszłość.

Pojawił się tu też błąd w odmianie. ,,Z grymasem, który próżno byłoby nazwać uśmiechem”, nie ,,którego”.

Wspominałam już kilkakrotnie o wielokropkach i tu znowu pojawia się okazja, żeby to powtórzyć. Helka najpierw wykrzyknęła, a później jeszcze wypowiedziała pytanie, i ani za pierwszym, ani drugim razem te wielokropki nie były potrzebne, a, moim zdaniem, wręcz przeszkadzały.

Ostatnia rzecz, jeśli chodzi o ten fragment, dotyczy ostatniej linijki. Myślnikami rozpoczyna się od nowej linijki wypowiedzi, a co oznaczają w takim razie trzy znaki zapytania i trzy wykrzykniki? Innymi słowy, jak one brzmią? Chętnie zapoznam się z wyjaśnieniem.

 

,,- Och, doprawdy... Czy ktoś tam będzie się modlił, śpiewał, tańczył, płakał, śmiał się, szczał albo srał...!!! - Helka mówiła monotonnie, lecz odbierało się jej słowa, jako wrzask. Zaraz zresztą podniosła ton, wskazując na Gorbinową. - Ale jej, nie...! I twoim zasranym obowiązkiem - i jeszcze mocniej, - kołtuński skurczybyku, jest zadbanie o pociechę dla swojej wiernej, w chwili jej smutku! Bo to ona, nie jej mąż, twojego wsparcia potrzebuje...! - po czym, uznając dyskusję za zakończoną, zapytała: - Ile, co łaska, za sprawy z Węgielnym...? Jestem coś winna... ? Moim wujem był... - dopowiedziała”. ― Hm, no to mówiła monotonnie czy wrzeszczała? Że nie wspomnę o tym, że trzy wykrzykniki, którymi zakończyłaś wypowiedź, ani trochę nie przypominają zwykłego mówienia.

Przed słowem ,,jako” nie powinno być w tej sytuacji przecinka.

Nie bardzo rozumiem, o co chodzi z tym ,,Ale jej, nie…!” (ze zbędnym przecinkiem). Że nie jest jej obowiązkiem? O obowiązku było dopiero dalej w odniesieniu do księdza. A może o coś innego chodzi…? Nie wiem. Wcześniej jeszcze Helka pytała, czy to kogoś obchodzi, więc może Gorminową miałoby nie obchodzić… Tylko że zapis tego jasno nie przekazuje, bardziej na domysłach można by bazować, kiedy treść będzie miałą sens.

Słowa ,,i jeszcze mocniej” nie bardzo tu pasują. Pomijając ten zbędny przecinek po wyrażeniu. Przecież można było na przykład powiedzieć po prostu, że mówiła coraz głośniej, coraz natarczywiej atakowała go słowami, opcje byłyby różne. Chodzi mi o to, żeby pokazana była ta dynamika, takie crescendo, wiesz, jak ktoś coraz gwałtowniej daje upust swoim myślom i emocjom. Ja to widziałam właśnie jako taki wybuch, ale rosnący w miarę mówienia, jakby puszczały kolejne hamulce aż do wypalenia, kiedy to wraca znowu spokojny ton, już właściwie natychmiastowo, dezorientując adresata wypowiedzi. To zabieg ciekawy i pewnie budzący uśmiech u czytelnika przez sam obraz kobiety,ale w pozytywny sposób, bo widzi się ją wtedy jako postać rzeczywiście z krwi i kości. Jednak w zapisie tego nie zobaczyłam. Właściwie to nawet z trzech wykrzykników zrobił się jeden, a to, że narrator wspomniał ,,i jeszcze mocniej” jakoś napięcia nie przydało.

W tym wyrażeniu: ,,zadbanie o pociechę dla swojej wiernej, w chwili jej smutku!” też nie powinno być przecinka, jak już tak rozkładam cały fragment na części.

 

,,- Nie bardzo, księdza rozumiem...?!”. ― Przecinek zbędny, a znak zapytania nie bardzo tu pasuje, bo właściwie to nie jest pytanie.

 

,,- Przyszedł na dzień przed swoją śmiercią - ksiądz się ponownie przeżegnał, pociągając za sobą innych obecnych, prócz Helki. - Poinformował, że nazajutrz odchodzi i żeby moja noga, przy jego grobie nie postała...!”. ― ,,Ksiądz” powinien być z wielkiej litery, a po ,,śmiercią” kropka. Zapis w dialogach wyjaśniałam już wcześniej, więc powstrzymam się od powtarzania tego samego. Przecinek przed ,,prócz” jest zbędny, jeśli nie chcesz tego wyraźnie zaznaczyć. Ten przed ,,przy jego grobie” też jest zbędny.

 

,,- Po prostu... Znaczące, to "albo" było... - odrzekł proboszcz. - I mówił, że krewna przybędzie... Dzisiaj... - spojrzał na Helkę ze zgrozą”. ― Zbędny przecinek przed ,,to” (nie pełni żadnej funkcji), a ,,spojrzał” z wielkiej litery, bo nie jest to czynność odnosząca się do faktu wypowiadania się. No i cudzysłów pozostaje, ale wkrótce pewnie znudzi Ci się to moje powtarzanie, jeśli jeszcze tak się nie stało.

 

,,"Zaproszenia", poczta pantoflowa, rozesłała szybko i sprawnie”. ― Tu przecinki zupełnie uzasadnienia nie mają, bo nawet wtrąceniem trudno to nazwać tak, żeby treść znowu miała sens. Dlatego najlepiej byłoby je usunąć.

 

,,Było już jednak o jedno spotkanie za daleko, na takie słowa, a Lesio jedynie zachował, posuniętą do granic absurdu ostrożność”. ― Tu powinien być tylko jeden przecinek, przed ,,a”, pozostałe są zbędne.

 

,,Zamiast tego, zaczęła na drugi dzień rozbierać ogrodzenie, otaczające kupiony przez Węgielnego, na moment przed śmiercią, młodniak. Tak go, w każdym razie nazywano, choć lasek miał już kilkanaście lat”. ― Tu potrzebny jest tylko ostatni przecinek przed ,,choć”.

 

,,Sprzedał go Znachorowi Paciak, mieszkający od dawna za granicą, pragnący zerwać ostatecznie więzy, z wiejskim, a pewnie i polskim, pochodzeniem”. ― Bez przecinka przed ,,mieszkający” i przed ,,pochodzeniem”.

 

,,- Aaammm... To mi nie jest, aaammm, potrzebna... - i tak dalej, w tym stylu. Twierdził, że TAM się ożenił, a skoro rodziny TU nie ma, to i nie ma tu nic i mieć nie chce…”. ― Nie bardzo rozumiem, jaką rolę ma tu pełnić to ,,aaammm”, poza tym ,,to” może być ,,potrzebne”, a nie ,,potrzebna”. Bez przecinka przed ,,w tym stylu”.

 

,,- Co pani wyprawia...?! - zaatakował Helkę, mozolącą się z jednym ze słupków”. ― Zbędny przecinek przed ,,mozolącą”.

 

,,- To tutaj są łosie...?! - zdziwiła się, zachwycona Helka”. ― Zbędny przecinek, wielokropek również.

 

,,nawet pani sobie nie wyobraża, jakie szkody może wyrządzić, pani niefrasobliwość...!”. ― Bez przecinka przed drugim ,,pani”, a wielokropek w tym zdaniu ujmuje stanowczości słowom leśniczego.

 

,,- Nigdy nie widziałam, pasących się łosi... - odrzekła na to Helka, a Lesio, przechodzący akurat obok, parsknął śmiechem. Obdarzyła go wtedy figlarnym i zalotnym (chyba) spojrzeniem, lecz skutek był taki, że Lesio sobie przypomniał o maminym ostrzeżeniu i jak zwykle, swym wzrokiem uciekł. - Tak naprawdę, to poza telewizją, nie widziałam ich wcale…”. ― Zbędny przecinek przed ,,pasących”, przed ,,swym” i przed ,,nie widziałam”. Nie chce mi się już nawet roztrząsać mieszania postaci i przeskakiwania uwagą z jednej na drugą (mam na myśli Helkę i Lesia). Pisałam już o wygodniejszej i bardziej klarownej formie: jeden akapit ― jeden bohater.

 

,,- Nie mam prawa rozebrać, należącego do mnie ogrodzenia...!?

- Szkółka...

- Nie powinna mieć własnego i być oddzielona przesieką...?!”. ― Zbędny przecinek przed ,,należącego”, ale nareszcie pojawił się chociaż jeden uzasadniony wielokropek! Cieszy mnie to bardzo. Mam na myśli ten w wypowiedzi leśniczego, któremu później Helka przerwała.

 

,,Nie rozmawiał z nią o załatwieniu sprawy w taki, czy inny sposób, a jedynie straszył (przecinek) i chociaż korciło ją, by zagrać urzędasowi na nosie, zrezygnowała z wojenki, nie chcąc przy Lesiu, wyglądać na nieużytą sukę”. ― Przed ,,czy” przecinek zbędny, tak samo ten przed ,,wyglądać” (,,wyglądać” nie jest kolejnym orzeczeniem i nie tworzy nowego zdania składowego).

 

,,dzięki zdjęciu zapór, doczekała się któregoś dnia widoku łosi, w ich naturalnym środowisku”. ― Zbędne przecinki.

 

,,Uznając, że są majestatyczne, wielkie, brzydkie i przerażające, czekała z utęsknieniem, na ich kolejne pojawienie się”. ― Zbędny przecinek przed ,,na”. Poza tym dziwny trochę ten dobór słów, bo powiedzenie, że są brzydkie i przerażające, raczej świadczyłoby o niechęci zobaczenia ich, dlatego zamiast imiesłowu przysłówkowego współczesnego można było utworzyć proste zdanie z orzeczeniem czasownikowym i połączyć je z tym drugim na przykład przez ,,mimo to”. W ogóle niepotrzebnie tym razem zaczynałaś dla tego zdania nowy akapit. Wystarczyło to zdanie napisać w poprzednim.

 

,,Do tego stopnia, że pojawiających się chorych, nie odstraszyło zejście Znachora”. ― Drugi przecinek zbędny.

 

,,Żądali przeglądania zapisków, przeszukiwania chatki odnośnie do medykamentów i ziół”. ― ,,Przeszukiwania odnośnie”. ,,Do” jest zbędne.

 

,,Oliwy do niechęci, nawet i nienawiści zaś, dolało obrazoburcze Helki działanie, w nadeszłe Boże Ciało”. ― Skoro już oliwy, to powinnaś trzymać się powiedzenia i napisać, że do ognia, a każdy by rozumiał, że chodzi o niechęć o różnym stopniu, zależnie od osoby, jak to zwykle bywa. Wystarczy przecież rozumieć sytuację i nie trudno odgadnąć, co się dzieje. Jeśli natomiast koniecznie chcesz o tej niechęci i nienawiści pisać, to lepiej bez oliwy i albo z pozbyciem się wtrącenia, albo przeniesieniem ,,zaś” na miejsce po czasowniku, bo ono nie może być częścią wtrącenia, jeśli ma pełnić swoją rolę. Tak w ogóle to czym jest ,,obrazoburcze działanie”? No i bez ostatniego przecinka.

 

,,Helkę do kościoła przyprowadzi albo przynajmniej zmusi ją, do zajęcia się jego hemoroidami”. ― Bez przecinka.

 

,,Wsparta o płot, spokojnie przeczekała stacyjne modły, chociaż przy jej domku, żadnej stacji nie było (przecinek) i poprosiła wszystkich o podejście”. ― Bez przecinka przed ,,żadnej”, a przecinek przed ,,i” jest potrzebny, bo zdanie ,,chociaż przy jej domku żadnej stacji nie było” jest zdaniem podrzędnym wtrąconym we współrzędnie złożone, które mówi, że ,,przeczekała (...) i poprosiła wszystkich o podejście”.

 

,,ujrzeli na podwórzu spory stos z chrustu, a na nim naręcza ziół oraz różnych mazi, stanowiących zapewne zawartość słoików, walających się w nieładzie obok”. ― Tu potrzebny jest tylko pierwszy przecinek przed ,,a”.

 

,,Ogień wesoło płonął, na czerwonych twarzach parafian, wytwarzając zapiekłą nienawiść”. ― Nie, ogień nie płonął na twarzach. Nie przyczepiłabym się, gdyby chodziło o inny czasownik, który rzeczywiście by tu pasował. Ogień płonął na ich oczach, a na twarzach mógł co najwyżej płonąć gniewem i innymi negatywnymi emocjami. Poza tym, jaka to jest ,,zapiekła nienawiść”? Może chodziło o zaciekłą?

 

,,Co niektóry coś kwęknął, inny bluznął pod nosem, a wszyscy przeżegnując się zawzięcie, na to widoczne, zuchwałe niszczycielstwo”. ― Po pierwsze, bez przecinka przed ,,na”, a po drugie, wszyscy przeżegnując się, co zrobili? Nie dokończyłaś zdania. Rozpoczęłaś, że wszyscy, ale imiesłów przysłówkowy współczesny wymaga jeszcze zdania z czasownikiem.

 

,,Palę to, bo przyjdzie dzień, że wespół z tym swoim pasterzem, zmusicie mnie do wydania wam lekarstw…”. ― Bez przecinka przed ,,zmusicie”.

 

,,Potem, nie wpuściła już nikogo do środka”. ― Zbędny przecinek. Nie ma potrzeby rozdzielać przecinkiem od reszty zdania okoliczników czasu, a więc, jak już pewnie wcześniej pisałam, mówiąc najprościej, określeń czasu (i to samo tyczy się miejsca).

,,Obecnie, już wyglądała jak dawniej, uśmiechała się i żartowała z niego”. ― To samo tutaj.

 

,,Nie widział jej już później, chociaż krążył w Sylwestra, obok cichego domku licząc, że może wyjdzie do niego, jak to się w przeszłości, wielokrotnie zdarzało”. ― Bez przecinka przed ,,obok” i przed ,,wielokrotnie”, za to z przecinkiem przed ,,licząc”.

 

,,Po całym tym cyrku z udziałem kropidła, który obcy mu był, tak naprawdę, a co jak sądził, także nużyło księdza, matce zachciało się zagrać Matkę Teresę i zaczęła namawiać Jana, na wizytę i poświęcenie, przynajmniej domku Helki”. ― Bez przecinka przed ,,tak naprawdę”, przed ,,na wizytę” i przed ,,przynajmniej”, ale z przecinkiem przed ,,jak sądził”, bo to wtrącenie.

 

,,- Kto to widział, żeby do kościoła nie chodzić...?! - powtórzyła, po raz enty, żegnając się z zaciętością, a co irytowało Lesia niezmiennie i niezmiennie gniewało”. ― Bez przecinka przed ,,po raz enty”, bo on jest zbędny. No i nasuwa mi się pytanie, czym, w tym wypadku, różni się ,,irytowanie” od ,,gniewania”? Bo oba określenia wskazują podobne emocje, mogą się co najwyżej stopniem różnić, dlaczego więc występują oba razem, nie mówiąc o powtórzonym przez to przysłówku ,,niezmiennie”?

 

,,Nie wiedział on, że matka, w swym określaniu stopniowania grzechów, nie jest odosobniona”. ― Bardziej logiczne wydawałoby mi się określanie stopnia grzechów, a nie określanie stopniowania… Stopniowanie oznacza cały proces właśnie określania stopnia. Tak na marginesie, to wtrącenie jest zbędne i brak tych przecinków nie byłby ujmą dla zdania ani całego tekstu.

 

,,Że na lekcjach religii, dzieciom wbija się do główek, że jest to najcięższy grzech i pójdą do piekła, jeśli do kościoła chodzić nie będą…”. ― Bez przecinka przed ,,dzieciom” (znowu rozdzielenie okolicznika).

 

,,Wściekała go także, jej jawna niechęć do Helki”. ― Bez przecinka.

 

,,To ciągłe narzekanie, że obca ona, że sama żyje, bez chłopa, że on nie powinien tam łazić i podobnie. A już o mało nie napadł na matkę, gdy zaczęła mu wyrzucać, zakupy noszone Helce”. ― ,,Podobne”, nie ,,podobnie”, bo chodzi o narzekanie. No i bez przecinka przed ,,zakupy”. Zauważ, że ,,wyrzucać zakupy” to pełne wyrażenie, które można by wręcz nazwać orzeczeniem imiennym (złożonym z łącznika w formie czasownika, którym najczęściej jest odmienione ,,być, ,,stać się”, ,,zostać”, ale nie zawsze, i orzecznika, który może być na przykład rzeczownikiem, przymiotnikiem, imiesłowem, zaimkiem rzeczownym i przymiotnym, przysłówkiem czy liczebnikiem). Wynika to z tego, że samo ,,wyrzucać” nie jest w stanie przekazać w pełni, o jaką czynność chodzi, jeśli nie dopowie się, co się wyrzuca.

 

,,uważał, że chorej kobiecie, pomoc jest potrzebna”. ― Bez przecinka przed ,,pomoc”.

 

,,tylko w takich pragmatycznych podejściach, nawiązywał jakąkolwiek rozmowę”. ― Jest to zdanie proste niewymagające przecinka.

 

,,gdy nakreśliła kolędowanie, jako obowiązek, wolał nie oponować”. ― Bez przecinka przed ,,jako”.

 

,,Przypuszczał, że to ona jest autorką anonimów, informujących go o występkach innych wiernych i uznał, że odmowa skutkuje i tym samym na niego, do niechętnego mu biskupa. Stąd zaś, już prosta droga do zastąpienia go na stanowisku, przez jakiegoś młokosa”. ― Poradziłabym usunąć przecinek przed słowem ,,informujących”, po pierwsze dlatego, że nie jest on konieczny, a po drugie dlatego, że sprawia Ci on inny problem na styku zdań składowych. Jeśli już uparłabyś się koniecznie na ten przecinek, to funkcjonowałby on w roli znaku rozdzielającego wtrącenie, a to znaczy, że drugi musiałby się znaleźć przed ,,i”, bo ten spójnik wprowadza drugie zdanie składowe zdania złożonego współrzędnie łącznego. Nie podoba mi się też w tym zdaniu to: ,,na niego (przecinek zbędny) do niechętnego mu biskupa”. Można się domyślić, że chodzi o anonimy (chociaż przez te wtrącenia i konstrukcję zdania może to nie być takie oczywiste), no ale samo ,,pisać anonimy na kogoś do kogoś” i tak dziwnie brzmi, moim zdaniem.

 

,,Z dwóch powodów: matka była kłótliwa i ciągle potrzebował jej podpisu na niektórych dokumentach, a po drugie, miał nadzieję zobaczyć Helkę i zapewne ironiczne podejście jej, do tego, całego zabobonu”. ― Coś mi mówi, że to pierwsze ,,i” jest dlatego, że dalej chciałaś użyć ,,a” i uniknąć powtórzenia. Ale jeśli tak, to nie jest to dobra metoda. Tak jak synonimy nie mają identycznego znaczenia, tak i spójniki nie zawsze można stosować zamiennie, a jako zwolenniczka oddawania w zapisie dokładnie tego, co chce się przekazać, a nie tego, ale w przybliżeniu, nie mogę przejść obok tego obojętnie. Pokażę Ci różnicę pomiędzy… trzema zapisami z użyciem różnych spójników.

,,Matka była kłótliwa i ciągle potrzebował jej podpisu”. ― Jest to zdanie współrzędnie złożone łączne, czyli są tu podane dwie informacje, współrzędne, jak nazwa mówi (a więc mające ten sam poziom ,,ważności”), i samodzielne, co znaczy, że w miejscu spójnika ,,i” mogłaby się znaleźć kropka i powstałyby dwa niezależne zdania.

,,Matka była kłótliwa, ale ciągle potrzebował jej podpisu”. ― Jest to zdanie również współrzędnie złożone, ale przeciwstawne, czyli, według nazwy, czynności przeciwstawiają się sobie. To znaczy, że jego matka jest kłótliwa, ale mimo to potrzebuje jej podpisu.

,,Matka była kłótliwa, a ciągle potrzebował jej podpisu”. ― Również zdanie przeciwstawne. Myślę, że ono i to powyższe z pkt. 2. lepiej sprawdziłyby się w funkcji, o którą Ci chodzi.

 

,,Nie był zaskoczony widokiem kobiety przy furtce i tylko jej wyraz twarzy, wyraźnie dawał mu do zrozumienia, żeby zawrócić i uciekać”. ― Bez przecinka przed ,,wyraźnie”.

 

,,- Proszę - Helka zwróciła się do księdza”. ― Przy zapisie, w którym wypowiedź nie jest zakończona kropką, a dalej narracja jest związana z faktem wyrażania się, to powinna się ona rozpoczynać czasownikiem, a więc wymaga to zmiany szyku na: ,,― Proszę ― zwróciła się do księdza Helka”.

 

,,Popchnięty, wpadając na Jana, znalazł się wraz z nim, za ogrodzeniem”. ― Bez przecinka przed ,,za ogrodzeniem”. Naprawdę nie rozumiem, w jakim celu umieszczałaś w tekście przecinki w takich miejscach…

 

,chodźcie... - pokręciła głową zniesmaczona. - Skoro, żeście weszli, to obaj...”. ― ,,Pokręciła głową” jest odrębną czynnością nie związaną z mówieniem, dlatego powinna być rozpoczęta wielką literą. I bez przecinka przed ,,żeście”.

 

,,Przed przekroczeniem progu, Lesio się obejrzał. Przy ogrodzeniu, stał i patrzył na niego z politowaniem, w pełnym porożu łoś”. ― Wszystkie przecinki są tu zbędne. Ewentualnie przesunęłabym słowo ,,łoś” przed ,,w pełnym porożu”. Lepiej chyba brzmi.

 

,,Weszli do pokoju, w którym za czasów Węgielnego, odbywało się przyjmowanie pacjentów. Obecnie, zmieniło się w nim tylko to, że do umeblowania dodano telewizor. W tej chwili, milczący”. ― Bez przecinka przed ,,odbywało”, ,,zmieniło” i ,,milczący”.

 

,,Lesio przypatrywał się księdzu. Ten, zajmujący miejsce przy stole, trwożliwie zerkał na kanapę”. ― ,,Zajmując miejsce”.

 

,,Helka także usiadła przy stole i wskazują ostatnie, wolne krzesło, zaprosiła na nie Lesia”. ― ,,Wskazując”, a przed nim przecinek. Usunęłabym natomiast przecinek przed ,,wolne”, ale najpierw może powiem, jaka jest różnica, bo u Ciebie jeszcze nie pisałam. Otóż przydawki (czyli, najprościej mówiąc, określenia rzeczownika ― części mowy lub zdania określające rzeczownik) mogą występować jako równorzędne i nierównorzędne. Te pierwsze rozdziela się przecinkiem i wszystkie w równym stopniu określają rzeczownik. Natomiast przydawek nierównorzędnych nie rozdziela się przecinkiem i w takim zapisie pierwsza z nich określa połączenie drugiej przydawki i określanego przez nią rzeczownika. To znaczy, że przydawki równorzędne występują np. w zdaniu: ,,Jest to książka mądra, ciekawa, pouczająca”, gdzie każdy przymiotnik oddzielnie określa rzeczownik. Ale w zdaniu: ,,Dostałem piękne wieczne pióro” przydawki są nierównorzędne, bo ,,wieczne pióro” (jakie?) ,,piękne” (przykłady z sjp).

 

,,- Mogę wiedzieć, po co...?”. ― Tu przecinek jest zbędny. Jeśli słowo pytające znajduje się na końcu zdania, a więc nie rozwija się dalej wypowiedzi, przecinek jest pomijany.

 

,,- A tutaj? Także, żeś przylazł niechcący...? A ty, Lesiu... - popatrzył z kolei na tego i pełnym wzgardy wzrokiem”. ― Zbędny przecinek przed ,,żeś” i tutaj, nie pierwszy raz, całkiem nie rozumiem, skąd on Ci się tu wziął. Druga rzecz, to ,,popatrzył” powinno być z wielkiej litery, bo nie odnosi się do mowy. No i na koniec ten dziwny szyk, przez który zdanie nie ma sensu. Chodziło Ci chyba o ,,Popatrzył z kolei i na tego pełnym wzgardy wzrokiem”.

 

,,Obaj mężczyźni, nie odpowiedzieli”. ― Kolejna sytuacja z bezpodstawnym przecinkiem. Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale rozdzieliłaś w ten sposób podmiot od orzeczenia. W każdym wypadku nie ma możliwości, aby taki zapis był poprawny. Jedyny powód, aby między nimi stały przecinki, to wprowadzenie wtrąceń albo dopowiedzeń.

 

,,Lepiej było milczeć, a już na pewno, nie próbować pyskówki”. ― Bez przecinka przed ,,nie próbować”. Zrozumiałabym, gdyby pomiędzy tym czasownikiem a poprzednim nie było przecinka, ale on już przecież był. Dlatego ten drugi nie pełni w tym wypadku żadnej funkcji.

 

,,- Do ciebie, Leszku, nic nie mam - mówił dalej Znachor, głaszcząc kota. - Ale ty Janie, musisz nakarmić... Ręką, czy nogą...? - zapytał księdza”. ― Pojawia się tu niekonsekwencja w rozdzielaniu apostrof. Pierwszą z nich wydzieliłaś przecinkami (,,Leszku”), ale drugiej (,,Janie”) już nie. Zbędny jest natomiast przecinek przed ,,czy”, bo w tym wypadku nie wprowadza ono zdania podrzędnego ani dopowiedzenia, a jedynie rozdziela dwa elementy alternatywy.

 

,,- I jakie...?! Za co, mam je znów karmić...?!”. ― Po słowach pytających nie stawia się przecinka, chyba że bezpośrednio po nim następuje wtrącenie bądź dopowiedzenie. No i teraz z tym ,,I jakie…?!” nie wiem, czy to niedopowiedzenie i gdzieś tam dalej wyjaśni się, o co chodziło, czy ten wielokropek jest, bo jest, bo stawiasz go wszędzie. A w tym wypadku ma to istotne znaczenie.

 

,,- A ty, Leszku, do mamusi wracaj - Znachor nie zwracał uwagi, na tłumaczenia księdza”. ― Po wypowiedzi powinna być kropka, bo, jak już prawdopodobnie wcześniej wyjaśniłam, jeśli narracja nie dotyczy faktu wypowiadania się, to rozpoczyna się ją wielką literą jako nowe zdanie. No a żeby rozpocząć nowe zdanie, najpierw trzeba zakończyć poprzednie.

 

,,- Aha... - pokiwał głową Węgielny. - No tak... W takim razie musisz zostać... W sumie... Dobrze jest popatrzeć, co kogo czeka, za wciskanie ludziom ciemnoty, w którą się samemu nie wierzy... Wpuść je…”. ― Tu chyba nie trzeba nic dodawać, ale wielokropki…

 

,,nakazał Helce, na rozlegające się w tym samym momencie, skrobanie”. ― Usunęłabym oba te przecinki. Pierwszy z nich nie pełni żadnej roli, a żeby drugi był uzasadniony w jakiś sposób, to powinien być przed ,,w tym samym momencie”. Chyba po prostu zamierzałaś tu dać wtrącenie, ale trochę nie wyszło.

 

,,dopóki Jan nie zapłaci... Za swoje, siedem grzechów głównych…”. ― ,,Za swoje” powinno być z małej litery, bo to kontynuacja jednej myśli. Poza tym, dla mnie to jest mieszanka dwóch różnych przekazów (i wszystko przez ten przecinek). Można potocznie powiedzieć, że ,,dopóki nie zapłaci za swoje”, a można i ,,dopóki nie zapłaci za siedem grzechów głównych” (gdzie ,,swoich” wskazuje tylko na jego osobę). W pierwszym przypadku nie ma sensu dodawanie siedmiu grzechów głównych, a w drugim przeszkadza przecinek.

 

,,- Ale ja tych psów nie wpuszczę! - wskazała kota”. ― ,,Wskazała” z wielkiej litery (zasadę podawałam wcześniej odnośnie zapisu dialogów).

 

,,na widok zwierzaków, osłupiał, by następnie usilnie, próbować ukryć śmiech”. ― Tu powinien być tylko przecinek przed ,,by”. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, czym się kierowałaś w przypadku tego ostatniego.

 

,,już uczynił w tym zamiarze ruch, gdy nagle, te bezgłośnie, rzuciły się do przodu”. ― Po pierwsze, ,,te” przydałoby się przerzucić przed ,,nagle”, a po drugie, przecinki są zupełnie niepotrzebne.

 

,,małe pyszczki napastników, mieszczą kawały mięsa i kości”. ― Bez przecinka.

 

,,Do czasu, gdy napotkał wzrok, jednej z bestyjek”. ― Bez drugiego przecinka.

 

,,W ułamku sekundy, przed jego rodzonym nosem, kłapnęła paszcza rekina-ludojada”. ― Pomijając dziwnie brzmiący ,,rodzony nos”, wtrącenia nie powinno tu być, bo, jak sądzę, chodziło Ci o to, że paszcza kłapnęła przed jego nosem, a nie że kłapnęła w ułamku sekundy. Dodając te przecinki, wydzieliłaś to, gdzie kłapnęły, w zdaniu głównym pozostawiając informację, jak szybko to było. Dywiz zbędny.

 

,,Najprawdopodobniej nie używały rozwartych zanadto szczęk, gdyż cała akcja trwała dobre pół godziny”. ― Na pewno chodziło Ci o to, że miały aż przesadnie rozwarte szczęki, których nie używały? Czy może ,,zanadto” odnosi się właśnie do ,,nieużywania”? Pamiętaj, że szyk ma istotne znaczenie i czym innym jest świadoma inwersja na potrzeby stylizacji, a czym innym zmienianie znaczenia zdania przez przestawienie wyrazów.

 

,,Ona, jak zwykle gadała, on jadł w milczeniu”. ― I dlaczego w drugim przypadku mogło nie być przecinka pomiędzy podmiotem a orzeczenie, a w pierwszym go postawiłaś? Sytuacja jest analogiczna, różni się tylko tym, że w pierwszym jest jeszcze ,,jak zwykle”, które nie ma wpływu na konstrukcję pod tym względem. Jako dopowiedzenie byłoby to zbędne wyróżnienie tej częstotliwości. To nie jest takie ważne.

 

,,Dopiero ostatnie słowa, ostatecznie go obudziły”. ― Znowu zbędny przecinek.

 

,,Biegło w tamtym kierunku kilkunastu ciekawskich, niektórzy, wyglądając na zmartwionych”. ― Bez drugiego przecinka.

 

,,- Ksiądz Jan, mówił o przekleństwie... - usłyszał. - Tylko kto, miałby księdza przeklinać...?”. ― Bez obu przecinków. W pierwszej sytuacji ,,ksiądz Jan” jest podmiotem, który rozdzieliłaś od orzeczenia, a w drugiej rozdzieliłaś słowo pytające od przedmiotu tego pytania.

 

,,Kilkanaście głów, zwróciło się w jednym kierunku”. ― Bez przecinka.

 

,,Tematy wybierał na chybił-trafił”. ― Dywiz jest zbędny.

 

,,Lesio, bez zastanawiania się, tym razem, przekroczył magiczne wrota i wbiegł do domku”. ― Za dużo tu tych przecinków. Albo Lesio tym razem wbiegł, albo zrobił to tym razem bez zastanowienia. A więc jeśli już koniecznie chcesz wprowadzić dopowiedzenie, to jedno, a nie dwa obok siebie, bo gubi się znaczenie. W ogóle bardzo komplikujesz sobie sprawę szykiem, który nie daje jednoznacznego przesłania. Poza tym, co w tych drzwiach było magicznego?

 

,,- Dlaczego prawnika...?! - zdenerwował się Lesio. - Nie potrzebujemy prawnika...! To prosta tranzakcja i nie potrzebujemy…

- Z kimś, tę tran-zakcję - przedrzeźniła go - będziesz musiał przeprowadzić... A teraz mi pomóż - wskazała pudła”. ― ,,Transakcja” i ,,tran-sakcję”. Bez przecinka w drugiej wypowiedzi. ,,Wskazała” wielką literą.

 

,, - Przyjedź na wiosnę...! - zażądał, po raz pierwszy zwracając się do niej świadomie, bez tak irytującej ją: »pani«”. ― Ten ostatni przecinek tu przeszkadza. To tak, jakby Lesio wcześniej nieświadomie się do niej odzywał, a nie jakby teraz świadomie pominął formę ,,pani”.

 

FABULARIA

 

Pierwsza rozmowa Lesia z Helką… cóż, była niestandardowa. Niecodzienny sposób nawiązywania relacji, ale już kreuje jakąś wizję bohaterów ze względu na ich charaktery. Helkę trudno byłoby zawstydzić, no i jest bezpośrednia, a Lesio nie potrafi ukryć tego, że kobieta mu się spodobała; fakt, że ona to zauważa, mocno go denerwuje, chociaż bardziej jest to widoczne w narracji. Słowa to słowa, a wielokropkami odcięłaś je od pewnego wyobrażenia intonacji, sposobu mówienia. Wszystko jest zawieszone, urwane, przerywane, więc jak czytelnik miałby interpretować takie wyrażenia po wyłączeniu komentarzy narratora?

Zastanawia mnie scena na końcu tego pierwszego fragmentu, gdy Helka zaprasza Lesia do domu, a ten odmawia. Ona wtedy odpowiada mu, żeby wszedł i powiedział jej, ,,co znowu zmalował”. Czy jeden incydent z księdzem (gdzie trudno określić z tekstu różnicę czasu) mógł oznaczać, że podobnych od jej przyjazdu było więcej?

Zresztą, dalej, dopiero po rozmowie z Lesiem o tym ogrodzeniu i łosiach, można przeczytać, że rozpoczęły się kłótnie z innymi.

Na pewno spalenie medykamentów Węgielnego nie poprawił jej stosunków z mieszkańcami wsi, choć przecież takie zachowanie było w tych okolicznościach całkiem racjonalne.

Swoją drogą, sam Węgielny jest interesującą postacią przez emocje, jakie budzi w ludziach. Z jednej strony nie przepadał za księdzem i nie był zbyt religijny, co raczej nie robiło dobrego wrażenia na ludziach. Ksiądz nawet w jakiś sposób się go obawiał (pomijając na razie ten incydent z psami). A jednak tamci chodzili do niego jako znachora.

Matka Lesia też dziwnie się zachowywała. Mówiła, że Węgielny był tam od bardzo dawna i nikt nawet nie wiedział, ile miał lat, trochę jakby z szacunkiem się wyrażała albo tak mnie się wydawało. Ale później brała udział w podpaleniu chatki Węgielnego.

I w tym momencie pojawia się rola Helki. Po co ona właściwie tam pojechała i mieszkała tyle czasu? Jakie miała związek z pojawieniem się Węgielnego w chatce po jego śmierci? Przecież nie była zaskoczona, musiała wiedzieć, o co chodzi.

Z czasem jeszcze dochodzą pytania o powód podpalenia, brak szkód i wyjazd Helki.

No ale chciałam jeszcze wrócić do tej sceny w domu Węgielnego. Od wejścia księdza i Lesia towarzyszył im kot, który nie wydaje się być zwykłym kotem.

Co do samego zmarłego, można odnieść wrażenie, że pokropienie jego grobu przyniosło takie skutki, dość nadzwyczajne, ale dlaczego nie… Ksiądz zdaje się orientować mniej więcej w sytuacji, więc być może spodziewał się, że mężczyzna może wrócić, ale Lesio, hm, praktycznie nie wydaje się być przejęty, choć powinien. Tylko narrator chciałby twierdzić, że tak jest. Natomiast Lesio nawet racjonalnie myśli, bo nie zabrakło mu słów z wrażenia, tylko uznał, że lepiej będzie milczeć, no nie…

Później robi się coraz dziwniej. Z telewizora wychodzą trzy małe psy, atakują księdza, który tylko pojękuje. Lesio widzi, że psy zamieniły się w rekiny ludojady, które przez pół godziny odgryzają księdzu nogę, po czym wychodzą spod stołu znowu jako psy i wracają do telewizora.

Lesio cały czas spokojnie siedzi i się przygląda. Nie ma z jego strony żadnych oznak emocji. Nic. A ksiądz wychodzi w końcu spod stołu i ,,zauważa z żalem”, że to bolało. Naprawdę? Kurczę, dziwne. To przecież wcale nie powinno boleć. Co to takiego, stracić pół nogi… Zwłaszcza jeśli zaraz odrośnie!

No ale to nie był pierwszy raz i przez to tym bardziej nie wiem, za co właściwie ksiądz płacił. Węgielny powiedział, że za swoje grzechy, a dokładniej za wciskanie ciemnoty, w którą się nie wierzy. Za co w takim razie był ukarany poprzednim razem? Za to samo, tylko ,,łagodniej”?

Na koniec ksiądz stwierdza, że Helka i Węgielny są bardzo nietolerancyjni, ale dlaczego? Co ma do tego tolerancja?

Teraz nasuwa się pytanie, czy to z powodu księdza mieszkańcy podpalili dom Węgielnego. Bo z drugiej strony można było odnieść wrażenie, że starsi mieszkańcy wsi wiedzą o czymś na temat znachora, o czym nie wie taki Lesio, któremu narrator często towarzyszył.

Opowiadanie kończy wyjazd Helki. Może rzeczywiście po jej odejściu wieś trochę ochłonie.

 

WRAŻENIA OGÓLNE

 

Tak naprawdę tekst nie jest zły, tworzy ciekawą atmosferę nie tylko przez treść, ale również przez zabiegi językowe ― słownictwo, inwersje (poza wspomnianymi przeze mnie fragmentami) i byłoby bardzo dobrze, gdyby nie błędy językowe, zwłaszcza interpunkcyjne, i pod tym względem nawet nie same błędy (rozumiane przez złamanie zasad) przeszkadzały, ale nadmiar znaków interpunkcyjnych. Za dużo przecinków i za dużo wielokropków. Dopiero gdy popatrzyłam na ten tekst z pominięciem tych znaków, wyszedł naprawdę fajny obrazek.

Wbrew pozorom jest tu sporo tajemnic, nad którymi można się zastanawiać, choć nie na wszystko da się znaleźć wytłumaczenie.

Jak wspominałam pod koniec poprzedniej części oceny, starsi mieszkańcy zdają się wiedzieć coś o Węgielnym, znać jakiś sekret tłumaczący jego wracanie po śmierci i niepokój, jaki budził. Z perspektywy Lesia można najwyżej czuć się zdezorientowanym, bo przed takimi jak on ta tajemnica jest ukryta. Nie mówię o tym jako o zarzucie, bo w innym wypadku czytelnik wiedziałby wszystko, a to by pozbawiło tekst tego sekretu.

Zabrakło mi natomiast emocjonalnej aktywności bohaterów, bo gdyby nie ożywiony narrator, czytelnik nie miałby pojęcia o niczym poza faktami. Było to wyraźnie widać na przykład w tej scenie z psami, gdzie nic o nikim nie wiadomo, poza tym, że psy odgryzają księdzu pół nogi. Reakcja Lesia (na cokolwiek od zobaczenia znachora po jego zniknięcie) ― zero; ksiądz ― tylko pojękiwał; Helka ― Helki się nie czepiam, bo ona często się tak dystansuje.

Psy zmieniające się w rekiny ludojady też były nadzwyczajne, pomijając, że wyszły z telewizora. Nie wiadomo jednak, skąd są, czym są i tak dalej.

Poza tym sama rzeczywistość wiejska ciekawa, tak jak relacja Lesia z Helką. Lesio, jak widać, trochę się spóźnił ze swoimi czynami względem myśli, ale i tak bywa. Helka była bardziej zdecydowana i więcej rozumiała. Dzięki temu tak całkiem ładnie zakończyło się to opowiadanie.

 

Tytuł: ,,Dom”

Autor: fanthomas

 

TECHNIKALIA

 

,,No więc zacznijmy od początku, czyli od momentu, gdy jako mały dzieciak, terroryzowany przez paczkę kumpli, tworzących gang osiedlowy, zawsze dostawałem gorzki koniec lizaka". — Przecinek przed ,,tworzących" bym usunęła. Nie ma obowiązku rozdzielać przydawek od reszty zdań, chyba że ma się powód. A tu dodatkowo chodzi właśnie o ,,kumpli tworzących gang", a nie innych, a więc ta przydawka jest ściśle związana z rzeczownikiem.

 

,,Po przeniesieniu się ze słonecznego Diverse, do skąpanego w deszczu i mgle Windbury, od razu poczułem zmianę klimatu". — Oba przecinki są zbędne.

 

,,Dom, w którym się zamknąłem (przecinek) również nie był bezpieczną przystanią".

 

,,Wmawiałem sobie to przez cały czas. Ktoś zakradł się do domu i mnie nęka. Pozostawia ślady swojej obecności, jakby chciał, bym wiedział, że gdzieś tam jest. Bałem się coraz bardziej, a swój strach przelewałem na papier. Wyczuwałem, że to właśnie on jest siłą napędową mojej nowej historii". — Zakradł się (czas przeszły), nęka (teraźniejszy), ale narrator się bał... To znaczy, że teraz już się nie boi, przyzwyczaił się do nękania. Uważaj na czasy.

 

,,Małe pomieszczenie ukryte za fałszywą ścianą na strychu, pełne starych szmat i pudeł z lizakami. Jakiś świński łasuch się trafił. Któż jednak to był?". — Po co ta inwersja w pytaniu na końcu?

 

,,Przeszukałem ponownie dom, piętro po piętrze, pokój po pokoju (przecinek) i znalazłem figę z makiem". — Całe wyrażenie ,,piętro po piętrze, pokój po pokoju" jest dopowiedzeniem. Zdanie główne informuje, że ,,przeszukał" i ,,znalazł".

 

,,Bardzo dobrze się ukrył, ale to i tak go znajdę". — Bez ,,to".

 

,,Od razu zlokalizowałem, skąd dochodził dźwięk". — Może się czepiam, ale zlokalizować można ,,coś", a tutaj tego ,,czegoś" nie ma.

 

,,Znów dostaniesz gorzki koniec. Tym razem naprawdę gorzki.

Tym razem nie zamierzałem się tak łatwo poddawać". — Nie wiem, czy to powtórzenie jest świadome, ale zwraca uwagę.

 

FABULARIA

 

,,Od pierwszej chwili, gdy przekroczyłem próg tamtego budynku, poczułem strach przebiegający mi po plecach”. — Mhm, poczuł przebiegający po plecach strach… Nie wiedziałam, że tak się da. To chyba trochę tak, jakby strach od niego uciekał.

,,Chciałem dopaść ducha, który nie dawał mi spać. A to nawet nie był duch, tylko ja sam”. — No dobra, ale o co z tym duchem chodzi? Bo rozumiem, że to nie jest taki duch z tych, co w nie nie wierzy. Pomyślałam sobie, że może on tam naprawdę będzie dumał nad swoim wnętrzem, myślał o swoim życiu, szukał weny, ale tak nie było. Nie. On przyjechał, znosił ludzi, którzy przychodzili pod jego dom, i wspominał Micka i jego kumpli. No a kiedy już na niego trafił, to uciekł i tyle go było.

,,Wiedziałem, że mieszkańcy nie będą mili. Od razu wyczułem niechęć do kontaktów z nowymi osobami”. — A tak naprawdę to co poczuł? No bo dzięki temu wiedział, że mieszkańcy nie będą mili, ale nie spotkał przecież ich wszystkich przy wjeździe do Windbury, jak patrzyli na niego wrogo. Czy może spotkał?

,,Lubię od czasu do czasu przenieść się w nowe miejsce, które natchnie mnie do wymyślania pomysłów. Nie myślałem jednak, że będzie tak ciężko. Musiałem jeszcze mierzyć się z nieproszonymi lokatorami w moim domu”. — Po przeczytaniu całego tekstu można stwierdzić, że to ostatnie zdanie nawiązuje do końcówki opowiadania. Nie wiem po co, ale tak to wygląda. Za to gdyby o tym ,,zapomnieć”, właściwie nie wiadomo byłoby, o co chodzi. Tak jak na początku przybliżyłeś już, o co właściwie chodzi w historii, tak tu znowu zatrzymujesz opowieść, żeby nawiązać do tego, co będzie w przyszłości (z punktu widzenia czytelnika w tym momencie).

,,Pod drzwiami mojej pracowni znalazłem lizaka. Nie próbowałem go, ale na pewno miał gorzki smak”. — No dobra, mieszkańcy wioski przypomnieli mu o tym, czego doświadczał w dzieciństwie, ale czy to od razu ma świadczyć o tym, że znaleziony lizak był gorzki? Poza skojarzeniem z Mickiem nie znalazłam we wcześniejszej części tekstu nic, co nasuwałoby na myśl, że obecna sytuacja ma taki punkt wspólny z przeszłością. No chyba że te ,,gorzkie lizaki” wyglądały inaczej niż ,,słodkie”... W innym wypadku narrator musiałby mocno zasugerować się analogiami, choć, jak by nie patrzeć, on stwierdza, że na pewno miał gorzki smak. Nie domyślał się, nie przyszło mu do głowy, tylko stwierdził, że na pewno tak jest.

Zastanawiam się, czy on właściwie w ogóle się bał. No bo z jednej strony jest ta gadka, że mieszkańcy przypominają mu, że prześladowanie nigdy się nie kończy… No niech już będzie, chociaż nawet w tym przypadku indywidualnym porównuje się dzieciństwo z rzeczywistością dorosłego człowieka. Dzieci robią różne rzeczy, ale w miarę dorastania sporo się zmienia. Dziwi mnie, że Mick przez tyle lat nie wyrósł z takich rozrywek, naprawdę mnie dziwi, a główny bohater też nie jest już przecież tym dzieciakiem. Zatrzymałeś czas, jeśli chodzi o mentalność bohaterów, ale czas rzeczywisty płynął i płynie dalej. No ale nie o tym chciałam. Przypuśćmy, że naprawdę oni dalej sobie myślą jak te dzieci, a więc Mick jest oprawcą, główny bohater ofiarą. Ofiara się boi, ale zostanie w tym domu w Windbury, bo musi skończyć książkę. Narrator nie wie, co dzieje się wokół niego, ma złe przeczucia, wspomina zdarzenia z przeszłości, ale książka jest ważniejsza niż uniknięcie powtórki tego, co było.

Hm, główny bohater mieszka już w Windbury jakiś czas, czuje jakieś ślady czyjejś obecności, które budzą strach napędzający go do pisania; ten strach nie ustępuje i ślady też nie. W końcu pojawia się lizak i dopiero teraz mężczyzna postanawia przeszukać dom. Nie myślał o tym, kiedy zaczął się bać tego, co go tam nęka, nie, dopiero lizak go do tego zmotywował. Wcześniej było dobrze, bo książka powstawała, więc co tam strach…

Oczywiście samo przeszukiwanie trwa jeden krótki akapit, a w ciągu drugiego o podobnej długości dziura zostaje zabita. Nic się nie działo, po prostu znalazł przejście i tyle. W dodatku po drugiej stronie było tylko małe pomieszczenie. Cóż, szkoda.

Czara goryczy się przelewa, kiedy mężczyzna traci laptop. Kolejna przesłanka, że książka jest dla niego ważniejsza niż spokój. Dochodzi do spotkania z Mickiem, ale co mnie ciekawi, to że gdy główny bohater postanawia uciec przez okno, nikt go nie goni. A wyglądało na to, że Mick zadał sobie sporo trudu, żeby obserwować dawną ofiarę, straszyć przez tyle czasu w domu. I nagle bohaterowi-narratorowi udaje się uciec, tak po prostu, i jest w porządku, tylko przestał już pisać horrory i budzi się z przeczuciem, że ktoś go obserwuje, co znaczy, że może mu się to tylko śnić.

 

WRAŻENIA OGÓLNE

 

Patrząc od technicznej strony, było w porządku. Więcej można by powiedzieć od strony fabularnej, ale sporo już wyciągnęłam w poprzedniej części oceny.

Przyznam, że jak na początku trafiłam na zdanie: ,,jako mały dzieciak, terroryzowany przez paczkę kumpli tworzących gang osiedlowy, zawsze dostawałem gorzki koniec lizaka”, pomyślałam sobie, że wygląda to na wepchnięty na siłę temat dodatkowy; na szczęście po chwili mogłam odetchnąć z ulgą i stwierdzić, że rzeczywiście jest to lizak, który dodatkowo ma swoje uzasadnienie.

Jeśli chodzi o głównego bohatera, to szkoda mi trochę, że on tak wszystko wiedział i czuł bez poparcia jakichś oznak ze strony otoczenia, rozumiesz, jakichś przesłanek; jeśli wiedział, że coś było nie tak z domem, do którego się wprowadzał, to skąd to wiedział? co zauważył? jakie odniósł wrażenie? czy coś w wyglądzie o tym świadczyło, a może miał jakieś przeczucie trudne do określenia? Jeśli tak, to powinno to w nim jakieś emocje budzić, jakiś niepokój, niepewność. Jeśli wcześniej znał taką opinię o tym domu, to też powinno to nieść coś ze sobą? Tak samo było z niechęcią ludzi, jeszcze zanim zaczęli obstawać przed budynkiem, na co on nie reagował, żeby nie było gorzej. A mogło być gorzej? Obrzucili mu czymś drzwi na prośbę o odejście, w której nie było agresji. To co? Weszliby do środka, gdyby był ,,niemiły”?

O prześladowaniu też już pisałam. Facet powinien się obudzić i zachować, jak przystało na dorosłego mężczyznę. Wiadomo, że sam przeciwko wszystkim mieszkańcom nie miałby szans, ale nie może na to patrzeć dokładnie tak samo jak wtedy, kiedy był ,,małym dzieciakiem”. A jeśli nie radzi sobie z tym, co się dzieje, to może wyjechać.

Natomiast Mick też już jest dorosłym facetem i przez całe dotychczasowe nie miał nic ciekawszego do roboty, jak obserwować byłą ofiarę, aby się nad nią pastwić? Nie założył rodziny? Nie miał pracy? Zainteresowań? Bo wygląda to tak, jakby podporządkował się temu jednemu celowi.

No i dopiero utrata laptopa sprawiła, że główny bohater uznał, że czas to zakończyć. Coś mi w tym nie gra.

Nie chcę się jednak za bardzo powtarzać, więc będę powoli kończyć. Nie chcę, żebyś pomyślał, że przez to, co wytknęła, uważam tekst za zły. Pomysł był ciekawy, chociaż można by go trochę rozbudować o na przykład jakieś pełne napięcia poszukiwania tego przejścia i tak dalej. Klimat ogólnie mi się podoba.

 

Tytuł: ,,Zbawienie”

Autor: Katra

 

TECHNIKALIA

 

,,Ciężkie buty rozchlapywały wodę naokoło siebie". — Wystarczyłoby, że rozchlapywały wodę naokoło, a nawet samo, że rozchlapywały.

 

,,Ten, który pierwszy zwrócił się do Nero, miał szare tęczówki (przecinek) a jego brat bliźniak czerwone".

 

,,– Powinienem wiedzieć coś jeszcze? – łypnął na bliźniaków". — ,,Łypnął" z wielkiej litery, bo to znaczy tyle co ,,spojrzał", a więc nie odnosi się do mówienia.

 

,,Niechciany lokator, nie napadał ludzi zamieszkujących miasto, ale za to nikt, kto choćby wszedł na podwórko starej posiadłości, nigdy już nie wracał". — Pierwszy przecinek jest zbędny; rozdzieliłaś nim podmiot od orzeczenia. Poza tym ,,nikt" zamieniłabym na ,,każdy"; chyba lepiej pasuje do sytuacji, no bo ,,nikt" nie mógłby wejść na podwórko.

 

,,Jeżeli demon wcześniej nie wiedział, że tu wszedł (przecinek) to po tym całym zamieszaniu już na pewno". — Zdanie podrzędne (od ,,że") jest wtrącone w inne — złożone. Jeśli..., to…

 

,,– Wasz demon już dawno powinien się pojawić. Nie wierzę, że ten hałas go nie dosięgnął.

Skupiał zmysły od jakiegoś czasu i nadal nie potrafił wykryć nieproszonego gościa.

– Jest tu…

– Obserwuję". — ,,Obserwuje".

 

,,Nakreślił na pokrytej kurzem, drewnianej posadzce, coś w rodzaju kręgu poprzecinanego liniami". — Przecinek przed ,,coś" jest zbędny.

 

,,potwór nie przystąpił do ataku, ani nie wykonał żadnego ruchu". — Przed ,,ani" z reguły przecinka sięnie stawia, chyba że wprowadza dopowiedzenie albo gdy występuje drugi i kolejny raz pełniąc tę samą funkcję w obrębie jednego zdania.

 

,,Bliźniacy spojrzeli po sobie.

– Nikt się...

– Nie śmieję". — ,,Nie śmieje".

 

,,Zepchnął niechciany niepokój, który zaczął wyglądać z myśli, gdzieś głęboko w zakamarki mózgu". — Zepchnął niepokój wyglądający z myśli w zakamarki mózgu? Dziwne to trochę.

 

,,Gdy wchodził do pokoju, zawiasy wydały z siebie podobny dźwięk, do tego, który przed chwilą przetoczył się po posiadłości". — Bez przecinka przed ,,do tego"; jest zbędny.

 

,,Kurz zalegający na regałach i swobodnie unoszący się w powietrzu, dostał się do nozdrzy i drażnił je w irytujący sposób". — Bez przecinka, bo rozdzieliłaś nim podmiot o orzeczenia. Gdyby był przecinek przed ,,zalegający", można by to uznać za dopowiedzenie, ale go nie ma.

 

,,Chcę się bawić w kotka i myszkę?". — ,,Chce". Hm, to niecodzienne, żeby pojawiały się w tekście niepotrzebne ogonki, częściej autorzy ich nie stawiają, niż z nimi przesadzają. ,,Ę" wystąpiłoby, gdyby to była pierwsza osoba, ale w trzeciej już ,,e" — on chce.

 

,,Szklane półki wbudowane w ścianie przy nim podzieliły los okien". — ,,Wbudowane" może być w coś, a nie w czymś, dlatego ,,w ścianę".

 

,,Powykręcane rogi, odbijały nikłe światło padające z zewnątrz". — Nigdy w ten sposób nie rozdzielaj podmiotu od orzeczenia przecinkiem.

 

,,W rogu stała drewniana kołyska (przecinek) a zaraz przy niej dziecięce łóżko".

 

,,Rzucił się w stronę córeczki, za nim jednak zdążył ją choćby musnąć, rozwiała się w powietrzu". — ,,Zanim" w znaczeniu przed tym, jak zdążył ją musnąć, powinno być łącznie.

 

FABULARIA

 

Hm, ogólnie wydaje mi się, że Nero właściwie niewiele wiedział o domu i o demonie, który w nim rezydował. Bliźniacy twierdzili, że powiedzieli mu wszystko, ale wszystko, to znaczy co? Że chcą odzyskać dom? Dopiero po wejściu do środka Nero pyta o pomieszczenia i tak dalej. To nie było jego pierwsze spotkanie z bliźniakami, a jednak nie wyglądało na to, żeby wiedział, co ma robić.

Bracia już wcześniej próbowali zmierzyć się z demonem, ale podobno nie byli dość potężni, więc postanowili znaleźć egzorcystę, który wykona dla nich to zadanie, a tymczasem to oni wydają się bardziej przydatni. Nero ma przy sobie broń, ale gdyby nie interwencja bliźniaków, nie wyszedłby stamtąd żywy.

Dopiero po wejściu do domu Nero pyta o jego poprzednich lokatorów, a demona nie potrafił wykryć sam, tylko bliźniacy zapewniali go, że na pewno tam jest, tylko nie wiedzą gdzie. A przecież Nero miał być potężniejszy…

Tak naprawdę przewagą egzorcysty nad bliźniakami jest co? Że potrafi znamię zasklepić otwartą ranę? Że może sprowokować demona? Próbował sprawić mu ból, a skuteczniejsi okazali się chłopcy, kiepsko trochę.

Demon robi z egzorcystą, co chce, ale bliźniaków nawet nie tknie. Czy to nie dziwne? Przecież oni chodzą krok w krok za facetem z bronią i się przyglądają. Czekają na efekt, reagując tylko wtedy, gdy jest to bezwzględnie konieczne. Przypominają tylko Nero o obietnicy.

Nero przechodzi załamanie z powodu wizji rodziny, którą stracił, za co się obwinia, aż ogarnia się na tyle, żeby strzelić do demona, chyba, bo w sumie jest tylko mowa o strzale. Na tym się kończy walka z demonem i jednocześnie pojawia się pytanie: po co ten egzorcysta? Skoro wystarczyła kula, to bliźniacy nie mogli sobie sprawić jakiegoś pistoletu? Nie musieliby się już martwić, że nie są wystarczająco potężni. Zresztą, czymże jest taki ludzki pistolet wobec zdolności nadnaturalnych? Wychodzi na to, że jest jednak potężniejszy.

No i tak, na tym się kończy. Pożegnanie i każdy idzie w swoją stronę.

 

WRAŻENIA OGÓLNE

 

Od strony technicznej wypisałam część błędów, ale było też coś, o czym nie napisałam, a zdarzało się często i mam tu na myśli zamieszania z podmiotem. Czytelnik sam musiał się domyślać, kto co robi, zwłaszcza gdy chodziło o egzorcystę, wtedy już całkiem królował podmiot domyślny, a jak ten się zmieniał, no to trudno, problem odbiorcy. Skoia pewnie Ci to na konkretnych przykładach wskazywała, więc ja poprzestanę na wspomnieniu. W każdym razie to jedno z zastrzeżeń, które łatwo zauważyć.

Jeśli chodzi o bliźniaków i ich imiona, widziałam Twój komentarz pod opublikowanym już tekstem, więc wiem o tym nawiązaniu do języka niemieckiego, ale gdyby nie to, to chyba nie wpadłabym na pomysł sprawdzenia, czy połączenie ich imion coś znaczy. Może nie byłaby to ogromna strata, bo ta wypowiedź o niezasłużeniu na zbawienie mogłaby się odnosić do samych wspomnień mężczyzny, chociaż być może pojawiłby się problem pod tytułem: bliźniacy mu się przedstawiają, a on mówi, że nie zasługuje na zbawienie. Wtedy można by pomyśleć, że po prostu za bardzo się pospieszył z tym stwierdzeniem, które mogło mu przyjść do głowy podczas odchodzenia.

Cóż, wydaje się, że marny z niego egzorcysta, skoro każdy inny człowiek z bronią mógłby sobie tak naprawdę poradzić. Można pomyśleć, że bliźniacy wezwali go tam nie dlatego, żeby pozbyć się demona, ale jak gdyby współpracowali z ,,tym złym”, żeby, nie wiem, ukarać mężczyznę za błędy przeszłości czy po prostu niedotrzymanie obietnicy. No bo trochę dziwny ten przypadek, że Nero trafia do domu, który dawniej zamieszkiwała rodzina z małym dzieckiem (o czym nie wiedział), demon wykorzystuje to przeciwko niemu, wiążąc z wspomnieniami egzorcysty, a bliźniacy, niczym niewzruszeni, przyglądają się wszystkiemu i pilnują tylko, żeby mężczyzna nie umarł przed spełnieniem obietnicy.

Poza tym pomysł jest ciekawy i mógłby się nieźle sprawdzić, gdybyś tylko bardziej go przemyślała, aby wszystko się ze sobą zgadzało i miało sens.

 

Tytuł: ,,Dom strachu”

Autor: Mirabelka

 

TECHNIKALIA

 

,,– Jaki obrazek? – zdziwiona Anna próbowała przypomnieć sobie, o czym mówi jej córka". — ,,Zdziwiona" wielką literą, bo narracja nie nawiązuje bezpośrednio do faktu wypowiadania się, bohaterka zadaje pytanie, ale jednocześnie próbuje sobie przypomnieć, co jest już odrębną czynnością.

 

,,Po śmierci mamy, Anna była oderwana od rzeczywistości". — Przecinek zbędny. Nie ma potrzeby rozdzielać okolicznika czasu (czyli określenia czasu, w którym miało to miejsce) od reszty zdania.

 

,,– Tak, tak (przecinek) mamusiu! O laurkę!". — Ten dodany przeze mnie przecinek ma rozdzielać apostrofę (bezpośredmi zwrot do adresata wypowiedzi) od reszty zdania.

 

,,– Nie kłamiesz (przecinek) mamusiu?". — Znowu apostrofa.

 

,,Dwa dni później, siedząca w pędzącym samochodzie kobieta, starała się nie okazać zdenerwowania, a tym samym nie zdradzić (przecinek) co przeżywa". — Niepotrzebne są dwa pierwsze przecinki; pierwszy rozdziela znowu okolicznik czasu, jak już w jednym przykładzie wcześniej, a drugi rozdziela podmiot od orzeczenia. Dodany przecinek rozdziela zdania składowe.

 

,,– O czym ty mówisz (przecinek) do cholery?". — Wulgaryzmy najczęściej występują jako dopowiedzenie, chyba że na przykład ciś określają, a więc bez nich treść zmieniłaby sens.

 

,,Pytanie zawisło w powietrzu, a cisza (przecinek) jaka zapanowała w aucie, zdawała się ranić uszy". — Fragment od ,,jaka" do przecinka jest zdaniem podrzędnym wtrąconym w nadrzędne i określa samą ciszę, a nie dotyczy całego zdania.

 

,,Gdybyś mi powiedziała, co takiego się stało, nie musiałbym wymyślać bóg wie czego!". — Byłabym za zapisaniem słowa ,,Bóg" wielką literą.

 

,,Proszę, powiedz mi (przecinek) czy ktoś cię molestował?". — W tym wypadku ,,czy" wprowadza zdanie podrzędne, a wtedy przed nim powinien stać przecinek.

 

,,Zaczynanie wszystkiego od zera nie jest proste, a spalenie za sobą wszystkich mostów jest jeszcze trudniejsze. Teraz wiedziała już, że jest to wręcz niemożliwe". — Sporo trochę tych ,,jest".

 

,,Ten drewniany dom to mój dom". — Nie dało się zamienić jednego ,,domu" na jakiś inny wyraz?

 

,,Anna czy raczej Katarzyna była dla niego najlepszym, co spotkało go w życiu". — ,,Czy raczej Katarzyna" dobrze byłoby potraktować jako dopowiedzenie.

 

,,Gdy zderzył się, z roztargnioną turystką – tak wtedy myślał – serce zabiło mu szybciej". — Zbędny przecinek.

 

,,Tak (przecinek) to były miłe chwile, spędzane sam na sam z kredkami, farbkami – dotknęła palcem wskazującym policzka niczym mała dziewczynka, która zastanawia się (przecinek) czy zdradzić kolejną tajemnicę – a nawet z czarną pastą do butów mojego ojca". — Przecinek przed ,,spędzane" jest zbędny.

 

,,Opowiedzenie wszystko niczemu nieświadomemu mężowi jak księdzu na spowiedzi, wcale nie zapowiadało upragnionej ulgi". — ,,Opowiedzenie (czego?) wszystkiego" i ,,niczego nieświadomemu". I bez przecinka przed ,,wcale".

 

,,Przypuszczała już jakiego pytania może się spodziewać". — Przecinek przed,, jakiego".

 

,,– Co, ty mówisz. Nigdy nie zachowywałam się jak moja babcia". — Zbędny przecinek.

 

,,– To nie tak (przecinek) jak myślisz". — ,,Jak" wprowadza zdanie podrzędne.

 

,,Postanowiła pominąć resztę pomieszczeń i od razu zabrać mężczyznę do góry". — W przypadku domów mówi się raczej ,,na górę".

 

,,Począwszy od oryginalnej kapy (przecinek) aż po malowidła pejzaży na ścianach".

 

,,musisz pogodzić się z tym, co przeżyłaś (przecinek) i zaakceptować nawet te złe wspomnienia". — W tym przypadku zdanie podrzędne jest wtrącone w zdanie złożone współrzędnie połączone spójnikiem ,,i".

 

,,gdybyś nie musiała o nic się martwić (przecinek) czy wtedy doceniłabyś to, co kosztowało cię w życiu tyle pracy i wyrzeczeń?". — ,,Czy" wprowadza zdanie podrzędne.

 

,,Myślałam, że to szczęście (przecinek) jakie na mnie spadło, potrwa wiecznie". — ,,Jakie" wprowadza zdanie podrzędne.

 

,,Spojrzała na Karola, wytarła spocone dłonie do nogawek spodni". — ,,Wytarła (...) o nogawki spodni".

 

,,Pewnego dnia po prostu zniknął i słuch o nim zaginął. Nie chce o nim rozmawiać, to go nie dotyczy". — ,,Nie chcę".

 

,,przez chwilę obawiał się też (przecinek) czy żona nie jest uwikłana w śmierć jakiegoś człowieka". — ,,Czy" wprowadza zdanie podrzędne.

 

,,ona cię poświęciła w imię swojej nieskalnej opinii!". — ,,Nieskalanej" (literówka).

 

,,Zanim padło kolejne pytanie (przecinek) stali tak chwilę". — Zdanie złożone.

 

,,dręczyłyby go kolejne pytania o to (przecinek) czy dziecko jest zdrowe". — ,,Czy" wprowadza zdanie podrzędne.

 

,,Zrozumiał (przecinek) jakie wspomnienia wiąże z tym domem (przecinek) i nie chciał, by pozostawała tu dłużej". — Zdanie podrzędne jest wtrącone w zdanie współrzędnie złożone łączne (ze spójnikiem ,,i").

 

,,bardzo brakuje jej Maćka i tych niesamowicie zielonych (przecinek) a zarazem zakazanych oczu".

 

,,To były ulubione kwiaty całej rodziny. Mamy, która tak bardzo ją skrzywdziła (przecinek) i taty, który zostawił ich, gdy potrzebowali go najbardziej". — Przecinek przed ,,która" i ten dodany rozdzielają zdanie podrzędne od reszty.

 

,,– Musisz wybrać nowy tatuaż, taki (przecinek) który zakryje i raz na zawsze usunie z twojej skóry ostatni ślad bolesnej przeszłości".

 

FABULARIA

 

Na początek jedno trzeba Ci przyznać — potrafisz zaciekawić czytelnika. Zaczyna się od rozmowy z dzieckiem o obrazku, niby nic takiego, ale z czasem, gdy wszystko się wyjaśnia, fakt, że Anna była wtedy zamyślona, już tak nie dziwi. W każdym razie od tamtego momentu utrzymujesz odbiorcę w niewiedzy, co jest przyczyną takiego stanu kobiety.

Później podczas rozmowy Anny z mężem ta ciekawość bardziej się pogłębia, wręcz można poczuć zniecierpliwienie dla głównej bohaterki, że ciągle tylko przeciąga ten moment i przeciąga, chociaż prędzej czy później będzie musiała wszystko wyznać. Oczywiście nie ujmuje to naturalności postaci, bo ludzie w końcu tak mają, że chcą trzymać takie trudne czy nieprzyjemne fakty w tajemnicy, chować je przed wzrokiem innych, zwłaszcza jeśli czują, że to może przynieść niepożądane skutki.

No ale kobieta była przez to wszystko w nie najlepszym stanie psychicznym i za bardzo ją to męczyło, aby pod naciskiem nie wyjawić tego, co ukrywała przez tyle czasu. Tutaj dobrym pomysłem było tutaj to zaproszenie Karola do domu rodzinnego kobiety. Zawarcie tematu swoją drogą, ale zmiana miejsce jednocześnie inna sceneria, nowa atmosfera, to dla czytelnika zmiana perspektywy.

Właściwie jeśli chodzi o analizę fabuły, to za wiele do powiedzenia nie ma, bo i niewiele się dzieje. Wprowadzasz temat rozmową Anny z córką, budujesz napięcie trzymaniem się przez nią tej tajemnicy, w końcu zabranie męża do rodzinnego domu, wyznanie mu sekretu i powrót. Nie ma więc też zbyt wiele okazji do namieszania, zaistnienia jakichś nieścisłości i tak dalej.

Bohaterowie zachowują się naturalnie, wcześniej już wspominałam o tym w przypadku Anny, ale nie tylko jej to dotyczy. Zrozumiała jest reakcja Karola na prawdę, którą usłyszał, chociaż… raz byłam zaskoczona. Pojawił się taki fragment: ,,Karol zamknął oczy i westchnął z ulgą. Nie zamierzał dzielić się z żoną swoimi wcześniejszymi przypuszczeniami, ale samą informację o śmierci dziecka przyjął z ulgą. Nie mógł sobie wyobrazić, że z jakichś powodów to dziecko żyje z dala od niej, bo dręczyłyby go kolejne pytania o to czy dziecko jest zdrowe, czy aby nie jest potrzebna mu pomoc i czy Anna nie chciałaby go odzyskać. Ciężko byłoby mu przyznać się do takich rozważań przed kobietą, którą tak kochał”. W sumie Karol od początku wydawał się być dobrym człowiekiem, kochającym Annę, wspierającym ją, więc nie powinno mnie to tak dziwić, ale mężczyzna w tym fragmencie nie był samolubny. Mam na myśli to samolubstwo, które siedzi gdzieś tam w człowieku, nawet jeśli ten próbują ją zepchnąć jeszcze dalej i nie pozwolić dojść do głosu. Pierwsze, co Karol pomyślał (w związku z ulgą pod wpływem wiadomości o śmierci dziecka), to że z jakichś powodów to dziecko żyje z dala od niej (Anny), dopiero później było zdrowie dziecka (w końcu to był związek kazirodczy), zmiany w ich życiu, gdyby kobieta chciała je odzyskać; przede wszystkim znalazła się wizja dziecka z daleka od matki. Może to był wynik troski o kobietę, może nie myślał wtedy jeszcze o konsekwencjach, ale to zwróciło moją uwagę.

Jeśli chodzi o Annę, to zaczęła nowe życie i to życie lepsze. Tak jak jako Katarzyna żyła w kłamstwach, które podtrzymywała jej matka, dowiedziała się, że ojciec jej dziecka jest również jej bratem, a później straciła samo dziecko, odkąd trafiła na Karola można tu mówić o zmianie wprost proporcjonalnej. Żyje w szczęśliwym związku z mężczyzną, który bardzo o nią dba, nie pozwala jej nastawiać się do siebie i życia tak, jak nauczyła się to robić w przeszłości, stara się ją podtrzymać w tym pozytywnym myśleniu, który sam ze sobą niesie, no i mają córkę. Po wyznaniu prawdy Anna nie ma powodu, żeby czuć się w nowym życiu nieszczęśliwą.

 

WRAŻENIA OGÓLNE

 

Piszesz poprawnie zarówno pod względem technicznym (z drobnymi tylko niedociągnięciami), jak i fabularnie. Potrafisz tworzyć naturalne postaci, a to, co mi się podobało, patrząc pod kątem wrażeń, to że potrafiłam zaangażować się w tę historię. Podzielałam ciekawość Karola i tak jak on mogłam snuć różne domysły.

Dialogi odgrywają tu naprawdę dużą rolę, a przy tym są świetnie prowadzone. Nie ma sztuczności, wymuszania, są zwyczajne rozmowy, pełne emocji, obaw i ogromnym plusem jest to, że potrafią to odzwierciedlić. W tej bitwie nawet mogę zauważyć, że oddawałaś to wszystko również w interpunkcji, dodając odpowiednie znaki, gdy rosło wzburzenie Karola.

Twoja umiejętność zawierania emocji w wypowiedziach powinna mieć jeszcze jeden skutek odnośnie narracji, a mianowicie zwolnienie narratora z uzupełniania braków w tej kwestii. Tak naprawdę wystarczyłoby, żeby skupił się na opisach, a za oddawanie emocji pozostawił wypowiedziom i zachowaniom bohaterów, bo te ,,działają” bez zarzutu.

No i dialog pełni też rolę nośnika całej historii Katarzyny. Ma to swoje dobre i złe strony, bo czuć te opory kobiety przed wyjawieniem prawdy, cały czas odwlekała ten moment, nawet kiedy już zaczęła, a mężczyzna zadawał kolejne pytania, jakby musiał chwilami wyciągać od niej ciąg dalszy. Minusem jednak takiej formy było to, że odbiorca otrzymywał relację ze zdarzeń, a nie same zdarzenia. Dialog był pośrednikiem. Mogę więc jedynie wierzyć, że bardziej zależało Ci po prostu na trzymaniu się tych obaw i oporów.

Poza tym, ogólnie dobra robota. Więcej chyba nie ma co tutaj dodawać i przeciągać. Resztę, myślę, zawarłam w poprzednich częściach oceny.

 

Na koniec muszę przyznać, że nie poświęciłam wszystkim tekstom tyle uwagi, ile bym chciała. Często przeczytanie po dwa razy musiało wystarczyć, choć najchętniej pozwoliłabym sobie na rozbiór na naprawdę czynniki pierwsze i rozpatrywanie kolejnych fragmentów. No ale rezerwy czasu nie pozwalały, w dodatku przy jednej z korekt trochę mnie poniosło no i... jest, jak jest. Za ewentualne powtórzenia czy coś przepraszam, ale większość czas gonił, więc nad doborem słów już nie zawsze się zastanawiałam. Cóż, mam nadzieję, że mimo wszystko każdy znajdzie tu coś dla siebie :)

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 7

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (16)

  • Katra 19.11.2017
    Dziękuję za włożoną pracę! Pozostaje mi wziąć sobie rady składu do serca i mieć nadzieję, że kiedyś moje teksty nabiorą logicznej spójności :P Co do przecinków i nadprogramowych ogonków to faktycznie zdarza mi się wprowadzać je z automatu, a potem nie potrafię tego wyłapać, nad tym też popracuję :)
  • Lucinda 19.11.2017
    Ano myślę, że to kwestia praktyki, z czasem pewnie wejdzie Ci w krew skupianie się na tym, aby wszystko do siebie pasowało, zresztą, tego też Ci życzę :)
  • Felicjanna 19.11.2017
    Lucinda - chylę czoła, no bo po prostu, heh, miałaś przerąbane z moim tekstem. Pewnie poprawianie zajmie mi tydzień. I b. źle go napisałam albo Ty tak się skupiłaś na technikaliach, że nie zauważyłaś, że księdzu nikt nogi nie zjadł i nie było żadnego pożaru. Dom znachora nie był domem strachu. Dam Ci znać, jeśli zechcesz przeczytać to ponownie, już po Twoich poprawkach.
    Dziękuję za ocenę. Moja gramatyka? heh, nie istnieje.
  • Lucinda 19.11.2017
    Zauważyłam, choć widocznie można było odnieść inne wrażenie. Rzeczywiście powtarzałam parę razy o tej nodze, ale to bardziej przez to, że tak było na początku wspomniane w tekście, później na etapie doboru słów tak jakoś wyszło. Z pożarem też się domyśliłam, skoro nie było po nim śladu, a Helka się pakowała. Podejrzewam, że wynikło u mnie coś takiego z tego, że tę dalszą część oceny Twojego tekstu pisałam już, gdy bałam się o czas, więc za to przepraszam. Poza technikaliami tekst naprawdę mi się podobał.
    No a gramatyka... Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby z czasem zaistniała.
  • Felicjanna 19.11.2017
    widzisz- domem strachu był Lesio i jego bierność.
  • Lucinda 19.11.2017
    Tak, to akurat udało Ci się wyraźnie pokazać w niejednej sytuacji.
  • Okropny 19.11.2017
    Dzięki za ocenę - kawał solidnej roboty.
  • KarolaKorman 19.11.2017
    Ja przeczytałam z wielką przyjemnością :) Wielką rzecz zrobiłaś :) Pozdrawiam :)
  • Lucinda 19.11.2017
    Licznik pokazywał 47 stron, więc... fakt, wielką :D
  • Felicjanna 19.11.2017
    Lucinda pytałaś o ???!!! - megaosłupienie, zbulwersowanie, etc. niecodzienność, bez doświadczeń z przeszłości
  • Lucinda 19.11.2017
    Felicjanno, rozumiem, co chciałaś przez to pokazać. Chodziło mi po prostu o to, że w tekstach nie stosuje się takiego zapisu. Jeśli jest wprowadzenie wypowiedzi, to musi to być wypowiedź, a znaki interpunkcyjne same w sobie nie stanowią treści.
  • Felicjanna 20.11.2017
    Lucinda czas, hehe, na pokazanie języka. Widywałam znaki, zamiast słów. Nie jestem prekursorem, a skoro zrozumiałaś...
  • Adam T 20.11.2017
    Bardzo dziękuję. Doceniam i podziwiam mrówczość Twojej pracy. Co do braku kropek po cudzysłowach, miałem widocznie mylne przeswiadczenie, ż jeśli zdanie w cudzysłowie jest zakończone np. "!", to już kropka po jest niepotrzebna. Ale w końcu będę mógł to wszystko ponaprawiać.
    Pozdrawiam ;))
  • Skoiastel 20.11.2017
    Genialna robota, chylę czoła, zostawiam pionę. :)
    Na końcu przyznałaś, że nie poświęciłaś tekstom tyle czasu, ile byś chciała, ale tego zupełnie nie widać. Wydaje mi się nawet, że temat wyczerpałaś do końca; wiele elementów, na które ja nie zwróciłam uwagi, tutaj się pojawia – na szczęście. Teraz każdy autor powinien już mieć pełny obraz o swojej pisaninie (przynajmniej tej konkursowej). :)
  • fanthomas 20.11.2017
    No to teraz widzę, ile nauki przede mną. Już dawno zapomniałem o przydawkach, czy inwersjach. Dzięki.
  • Mirabelka 20.11.2017
    Dziękuję bardzo za tak wyczerpującą ocenę. Jestem pod wrażeniem pracy jaką wykonałaś. Przeczytałam wszystkie trzy oceny i wyciągnęłam wnioski. ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania